The show must go on…

Obowiązkowym wyposażeniem kibica kolarstwa powinien być kubeł zimnej wody, stojący gdzieś zawsze na podorędziu. W ogóle idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby jego użycie było warunkiem zalogowania się na forum czy grupę dyskusyjną: wpisz login, hasło, potwierdź, że nie jesteś robotem i załącz aktualny filmik ze studzenia parującej czupryny. Trudno o inne wnioski, gdy się czyta płomienne akty strzeliste kipiących świętym oburzeniem kibiców. Jak choćby te wczorajsze, po wycofaniu się z Giro d’Italia Caleba Ewana i Elii Vivianiego.

Czytam sobie te pomysły i czuję, jak zaczyna mi brakować RAM-u do wyobrażenia sobie tych dwóch zbłąkanych neutronów, które połączyły się w ideę anulowania wcześniejszych wyników tych kolarzy, którzy wycofują się z wyścigu przed jego zakończeniem. Serio można w ogóle wpaść na taki pomysł? No to wyobraźmy sobie, jak by to mogło wyglądać.

Załóżmy, że etap 1. wygrywa kolarz z numerem 101. Ten z numerem 102 jest drugi, 103 – trzeci i tak dalej. Kolejne etapy wygrywa ta sama trójka, ale w różnych konfiguracjach, jak Frapporti, Maestri i Cima na lotnych finiszach. Aż przychodzi trudniejsza część wyścigu i kolarz z numerem 101 się wycofuje. Zatem bierzemy swoje kajety i kreślimy: pierwszego etapu już nie wygrał kolarz 101, tylko 102. Na drugim 102 był drugi, a nie trzeci, a na trzecim drugi był 103, który wcześniej był trzeci.

Kolejnego dnia wycofuje się ten z numerem 102, więc kreślimy od nowa: pierwszy etap wygrał 103, drugi też 103 i wychodzi na to, że trzeci też 103, bo przecież 101 i 102 już nie jadą. Potem wycofuje się kolarz z numerem 103, a my bierzemy nowy zeszyt, bo w tym starym nie ogarniamy już wszystkich wcześniejszych zmian. Potem bierzemy na kolana wnuka, którego próbujemy zarazić naszą pasją i idziemy sobie zaparzyć melisę, bo wkurza nas, że on nie rozumie, dlaczego kolarz, który przyjechał na metę jako trzeci, tydzień później wygrał ten sam etap w wyniku kilku skreśleń w notatniku.

Koronnym argumentem zwolenników teorii anulowania wyników wycofujących się kolarzy jest ich „niesportowe zachowanie”. Rzucam sobie okiem na powyższą łamigłówkę: no faktycznie, sport jak diabli. Kiedyś grałem w coś podobnego. Nazywało się „statki”.

Sięgam zatem po kubeł z zimną wodą i próbuję sobie przypomnieć o co w tym wszystkim chodzi i – nie chce być inaczej – wychodzi mi na to, że o zabawę i show. To nie jest nowy wynalazek Mauro Vegni, czy Christiana Prudhomme. W kolarstwie od samego początku chodziło wyłącznie o show, a wielkie wyścigi już grubo ponad sto lat temu służyły jednemu bogu: mamonie. Tour de France promował L’Auto, Giro – La Gazetta dello Sport, Paryż-Roubaix – tor kolarski, a belgijskie klasyki ich lokalną prasę i biznesy. Nic się w tej materii nie zmieniło. Sport jest tu narzędziem, a nie celem samym w sobie i choćbym nie wiem jak się obrażał na rzeczywistość, już tego nie zmienię. Zresztą… rzecz dotyczy nie tylko kolarstwa, ale generalnie wszystkich dyscyplin, których uprawianie jest sposobem życia jednych i metodą na zarabianie pieniędzy przez innych.

Zgoda, mało w tym romantyzmu i szlachetnej wizji Pierre’a De Coubertin, ale takie jest życie. Gdybym tego nie akceptował, prawdopodobnie interesowałbym się bardziej hodowlą winniczków, niż kręcącymi nogami facetami w lycrze. Tymczasem życie Wielkich Tourów jest poukładane w taki sposób, że najpierw jest areną dla sprinterów, którzy ku uciesze gawiedzi, tłumnie zgromadzonej na ulicach i placach miast dają popis nieprawdopodobnego szaleństwa, rozpędzając się ramię w ramię do 70 kmh i walcząc o każdy centymetr drogi. Potem sprinterzy ustępują miejsca góralom, którzy to trzytygodniowe show rozstrzygają na swoją korzyść.

Udział w wyścigu to nie przymus, ale umowa między zawodnikiem, a jego drużyną, organizatorem imprezy i sponsorami. Jeśli ta umowa dopuszcza możliwość wycofania się z rywalizacji, przyjmuję ją jako element rozgrywki i traktuję jako rozwiązanie taktyczne, którym w istocie jest, bo zmienia priorytety pracy całego zespołu i pozwala mu się skoncentrować na realizacji innych zadań w drugiej części wyścigu.

Inna sprawa, że etapy sprinterskie bywają nużące i źle się je ogląda w telewizji. Tegoroczne Giro w pierwszej części też jest pod względem emocji dość mocno rozczarowujące. Ale nie przypominam sobie takiego wyroku, który by skazywał kogokolwiek na siedzenie pięć godzin przed telewizorem. Nudzi Ci się? Idź na rower! Po co masz zatruwać życie sobie i innym, narzekając, że to wszystko nie tak i że zrobiłbyś to inaczej. Kalendarz kolarskich imprez jest bogaty – znajdź coś dla siebie i tym się ciesz, zamiast odbierać frajdę sobie i innym.

Sport to rozrywka i mam nadzieję, że nią pozostanie. Z etapu walk niewolników ludzkość już szczęśliwie wyrosła.

Foto Gian Mattia D’Alberto – LaPresse

Nie wszystko zło(to)…

Palec do budki, kto przed każdym wyścigiem uważnie studiuje regulamin imprezy? Pytam rzecz jasna o te wyścigi, które oglądamy w telewizji, bo co do tych, w których startujemy zakładam (naiwnie), że sprawa jest oczywista. A dlaczego pytam? Otóż pozwoliłem sobie w moim ostatnim felietonie w NaSzosie na krytykę tej części kibiców, która zasiada przed telewizorami z encyklopedyczną wiedzą o wszystkich edycjach Wielkich Tourów, o ich zwycięzcach, kluczowych momentach i innych ważnych – nie zaprzeczam – wydarzeniach, po czym dzieli się z resztą swoimi przemyśleniami, że to wszystko nie tak, kiedyś to było inaczej, a teraz to tylko doping, wyścigi zamurowane przez Sky, a Kwiatkowski sprowadzony do roli parobka. Część odbiorów oczywiście poczuła się urażona, choć moją intencją było przecież opisanie zjawiska, a nie obrażanie kogokolwiek.

Co wspólnego z tym wszystkim mają szczegółowe regulacje dla każdego z wyścigów? Wbrew pozorom bardzo wiele, bo wiedząc o co tak naprawdę walczą kolarze na trasie wyścigu można na pewne ruchy taktyczne spojrzeć z nieco innej perspektywy i odkryć, że to, co w pierwszym odruchu nazywamy „do dupy strategią”, może być w rzeczywistości dobrze przemyślanym ruchem taktycznym, który może na pierwszy rzut oka wygląda dziwnie, ale w istocie przynosi drużynie i kolarzom wymierne korzyści.

Bardzo łatwo ucieka nam z pola widzenia, że sportowcy (nie tylko kolarze) nie walczą wyłącznie o sławę, wieczną pamięć i wzmianki w Wikipedii, ale również o czas antenowy (bo mają zobowiązania wobec sponsorów), punkty do rozmaitych klasyfikacji (np. punkty UCI, od liczby których zależy choćby to, ilu zawodników może wystawić reprezentacja danego kraju na mistrzostwa świata lub Europy) oraz – last but not least – o pieniądze. A niejednokrotnie głównie o pieniądze, bo – o czym również bardzo często zapominamy – to, co dla nas jest czystą rozrywką, dla nich jest sposobem na życie, nawiasem mówiąc dosyć krótkie, jeśli chodzi o tzw. „aktywność zawodową” (chociaż – rzecz jasna – po zakończeniu kariery można robić różne rzeczy, ale to temat na inną opowieść).

Chyba nie ma takiej ekipy, która miałaby komfort ścigania się wyłącznie dla sławy i dzielenia się nią ze sponsorami, którzy wyasygnują za to wystarczającą kwotę we właściwej walucie (to w ogóle odwieczny problem i wina Fenicjan, którzy wynaleźli za mało pieniędzy…). Z rocznego raportu firmy Tour Racing Ltd (właściciela Team Ineos, czyli do niedawna Sky) wynika, że prawie 21% rocznych przychodów spółki pochodzi od partnerów technicznych (bez uwzględnienia sprzętu, bo wartość w naturze to osobna pozycja) oraz z nagród pieniężnych, zdobywanych na wyścigach, które prawdopodobnie stanowią lwią część tej kwoty. 21% z 38 milionów funtów to sporo, a biorąc pod uwagę, że cały roczny bilans zamyka się tzw. „czarnym zerem”, czyli niewielką kwotą na plusie (niecałe 50.000 GBP), można podejrzewać, że gdyby nie zdobywane nagrody, zespół musiałby ograniczyć swój apetyt w pozyskiwaniu nowych zawodników albo pozbyć się kilku z obecnego składu.

Wróćmy do tego, że pewne sytuacje wyglądają inaczej, jeśli na nie spojrzeć z innej perspektywy. Budżet nagród pieniężnych w tegorocznym Giro d’Italia wynosi dokładnie 1.499.860 euro, a nagrody przyznawane są w tylu kategoriach, że ich wymienienie i opisanie zajmuje dokładnie połowę 20-stronicowego dokumentu, przygotowanego przez organizatorów. Jedną z tych klasyfikacji jest oczywiście klasyfikacja punktowa i wszystkie związane z nią benefity. Jest ich sporo, ale jednym z nich – o czym nie wszyscy wiedzą i stąd właśnie pytanie, postawione na wstępie – jest nagroda za to, że kolarz jedzie w fioletowej (o pardon: cyklamenowej) koszulce. Mówiąc wprost: za sam fakt jechania w koszulce lidera klasyfikacji (każdej) na koncie drużyny ląduje kasa.

I teraz weźmy sobie dla przykładu ten nieszczęsny 4. etap do Frascati, na którym Rafał Majka stracił 16 sekund do Roglića, bo zespół był mocniej zaangażowany w to, żeby podciągnąć jak najwyżej Pascala Ackermanna. Część polskich kibiców zapłonęła świętym oburzeniem, no bo jak to? Majka miał być przecież liderem na generalkę, a oni tu holują faceta, żeby sobie zdobył jakieś punkty?

Oczywiście, strata 16 sekund przez kandydata do wysokiego miejsca w klasyfikacji generalnej to przy tak mocnej konkurencji spore ryzyko, nawet jak na tak wczesną fazę wyścigu. Ale co było do wygrania? Nic. Nawet gdyby Rafał dojechał z grupą liderów do mety, to prawdopodobnie nie angażowałby się w walkę na finiszu, bo to po pierwsze: nieszczególnie odpowiadający mu profil, a po drugie: zbyt wczesna faza wyścigu, żeby ryzykować utratę sił. Jedyną korzyścią byłoby zachowanie dotychczasowych różnic czasowych.

Co wygrał Ackermann? Pomijając drobiazg, że ponownie otworzył sobie szansę na sukces w klasyfikacji punktowej, zdobył całkiem realne punkty UCI (co z punktu widzenia niemieckiej drużyny nie jest zupełnie bez znaczenia) oraz 750 euro za sam fakt ściągnięcia koszulki z pleców Gavirii. I będzie takie 750 jurków inkasował za każdy dzień, przejechany w cyklamenowym trykocie. A ponieważ na 7. etapie Gaviria się wycofał, a Vivianiego z punktów ogołocili wcześniej sędziowie, Ackermann (jeśli nie popełni żadnego błędu i zmieści się w limitach czasu na górskich etapach) ma duże szanse na dojechanie jako lider klasyfikacji punktowej do Verony, zbierając te codzienne bonusy w niebagatelną kwotę 14 tysięcy euro, do których na podium wyścigu dołoży kolejne 10 tysięcy. Wydaje się mało? A przecież to ponad 1/3 ubiegłorocznego zysku Ineos!;) A poza tym codziennie podium, szampan, migawki w telewizji, zdjęcia na Instagramie, uściski dłoni, autografy, wizyty w zakładach pracy…

W tym miejscu ważne zastrzeżenie: to wszystko oczywiście nie oznacza, że dyrektorzy sportowi siedzą w samochodach z kalkulatorem na kolanach, a strategię na wyścig układają z księgowymi, których mają na gorącej linii i którzy podpowiadają, kto powinien jutro zaatakować, bo trzeba zapłacić ZUS i podatek. Ale w zawodowym sporcie jest to również jeden z ważnych elementów tej całej układanki. Bo sława, palmares, wieczna pamięć i wpisy w Wikipedii są bardzo OK, ale – pardon maj frencz – kolarze ścigają się również dla kasy. I z tej perspektywy wydaje się zrozumiałe, że ich interes może być czasem stawiany wyżej, niż nasze zadowolenie przed ekranem telewizora.

Foto: La Presse – D’Alberto / Ferrari / Paolone / Alpozzi

__________________________________

PS. Zapraszam niezmiennie do śledzenia mojego profilu na Twitterze i Facebooku – tam też wrzucam czasem jakieś kolarskie ciekawostki…

Wyjątkowo zimny maj.

Trochę tu zarasta kurzem, ale tegoroczny maj jest nie dość, że wściekle zimny, to jeszcze wyjątkowo pracowity. Bynajmniej nie narzekam, bo bardzo lubię tę robotę, ale trudno pominąć fakt, że czasu jest mało, a stres spory.

Dość późno się zabrałem za przygotowywanie zapowiedzi Giro d’Italia w Sport.pl, więc wysłałem materiał w ostatniej chwili i nie za bardzo miałem możliwość sprawdzenia, co się z nim dzieje. A podziało się sporo, bo z oryginalnego tytułu „Niekończąca się opowieść” specjaliści od SEO zrobili jakiegoś potworka. No trudno. Nie nadążam za tymi wymogami „nowoczesnego” dziennikarstwa. Abstrahując więc od tego nieszczęsnego tytułu, cała reszta jest chyba zjadliwa, więc jak ktoś ma ochotę (lepiej późno, niż wcale), to można się częstować tutaj.

A na co dzień, przez całe trzy tygodnie wyścigu, mam do realizacji codzienne wydania Giro Extra w Eurosporcie. Bardzo mnie cieszy zdobywanie nowych doświadczeń, ale przyznaję się bez bicia, że stres jest ogromny i po tych 20-30 minutach wychodzę ze studia całkowicie wypompowany. Nie wdając się specjalnie w szczegóły kuchni, dość powiedzieć, że o tym, co zobaczę za moment na ekranie, dowiaduję się zazwyczaj kilka sekund wcześniej. A ponieważ nie jest to typowa relacja na żywo, ale zestaw migawek z fragmentami etapu, który skończył się kilka chwil wcześniej, przeplatanych rozmowami na żywo z tymi, których się właśnie uda złapać, trzeba być czujnym jak ważka, żeby nie dać się niczym zaskoczyć. Wychodzi mi raz lepiej, raz gorzej, czasem ten komentarz jest potwornie drewniany, ale cóż… robię to w sumie po raz pierwszy, więc mam nadzieję, że zanim wyścig się skończy, uda mi się tę nieokiełznaną materię jakoś opanować…

Tak czy inaczej trzymajcie kciuki. I zapraszam codziennie, kilka minut po relacji z każdego etapu Giro – te oglądajcie koniecznie, bo tam się naprawdę pięknie dzieje i będzie działo.

A’propos: o tym, co się może zadziać w Corsa Rosa porozmawiałem sobie też krótką chwilę z Andrzejem Grabowskim na antenie Polskiego Radia 24. Też zapraszam, tu mnie jeszcze nie było 😉

Kraj szeryfów.

Wróciłem wczoraj z 10-dniowego urlopu i choć w jego trakcie od czasu do czasu zerkałem w telefon, żeby być mniej więcej na bieżąco, to po powrocie jedną z pierwszych ujrzanych przeze mnie wiadomości była ta o celowym potrąceniu rowerzysty przez wrocławskiego taksówkarza.

Daruję sobie wszystkie wulgaryzmy, jakie w pierwszej chwili przyszły mi do głowy, ograniczając się do retorycznego pytania: „co się, do cholery, z nami dzieje?”.

Tymczasem ja ostatnie półtora tygodnia spędziłem w Danii. 90 minut lotu lub kilka godzin jazdy samochodem, a człowiek ma wrażenie, jakby się nagle znalazł w jakiejś zupełnie innej rzeczywistości. W świecie, w którym nie ma płotów, zasłon w oknach, ludzie wywieszają flagi na znak, że są w domu, a drewno do kominka leży sobie spakowane w przydrożnej szopce. Obok skarbonki, do której wrzuca się pieniądze. I tak sobie leżą, i skarbonka, i polana…

Dziwne miejsce: nikt tu niczego nie pilnuje, a mimo to nic magicznie nie znika…

Ale przede wszystkim jest to miejsce, w którym człowiek na rowerze może się czuć naprawdę bezpiecznie. Nie tylko dlatego, że rowerzyści mają tu mnóstwo doskonałych ścieżek rowerowych: szerokich, asfaltowych i doskonale utrzymanych. Również dlatego, że tam, gdzie ich nie ma, człowiek na rowerze czuje się po prostu szanowany przez innych uczestników ruchu. Najważniejsze jest jednak to, że to poczucie bezpieczeństwa nie wynika z jakiegoś szczególnego nakazu traktowania rowerzystów dobrze, ale przede wszystkim z tego, że ludzie tam po prostu szanują siebie nawzajem.

Przedostatniego dnia urlopu wracaliśmy rowerami z pobliskiej miejscowości w czasie deszczu. Jadąca z naprzeciwka ciężarówka najpierw zwolniła, a gdy nas mijała, zjechała na przeciwległy pas, żeby nas przypadkiem nie ochlapać. Nie, nie było tam żadnej głębokiej kałuży, a my jechaliśmy ścieżką rowerową, którą – jak na zdjęciu poniżej – od szosy oddzielał co najmniej 2-metrowy pas zieleni. Kierowca tej ciężarówki mógł po prostu jechać przed siebie, niczym się nie przejmując. Manewr, który wykonał, nie kosztował go zupełnie nic. Zupełnie za darmo zyskał nasz podziw i wdzięczność.

Drogi dla rowerów. Najczęściej wyglądają właśnie tak, czasami są to dwa jednokierunkowe pasy, biegnące po obu stronach szosy.

Na większości dróg publicznych poza terenem zabudowanym obowiązuje ograniczenie prędkości do 80 kmh. I – dziwna sprawa – wszyscy jeżdżą te nieszczęsne 80 kmh. Najwyraźniej ludzie tu już dawno odkryli tę dziwaczną prawidłowość, że równomierna, płynna i bezpieczna jazda również prowadzi do celu. Według statystyk Komisji Europejskiej w 2017 roku na drogach Danii zginęły 32 osoby na milion mieszkańców. W Polsce – 75 (w tej niechlubnej statystyce wyprzedzają nas tylko Bułgaria, Rumunia i Chorwacja, choć w przypadku tej ostatniej mam poważne wątpliwości, czy my również nie dorzucamy się do tych danych; nie pamiętam wyjazdu do Chorwacji, w trakcie którego nie natknąłbym się na jakiś mniej lub bardziej poważny incydent z udziałem samochodu na polskich blachach, a Bałkany swego czasu odwiedzałem dość często…).

Inna sprawa, że w Danii, a w każdym razie w tym rejonie Jutlandii Środkowej, po którym się kręciłem przez ostatni tydzień, ruch w dzień powszedni jest kilkukrotnie mniejszy, niż w niehandlową niedzielę w Polsce. Przede wszystkim po duńskich drogach jeździ o wiele mniej ciężarówek, co prawdopodobnie jest jednym z powodów, dla których udaje im się utrzymać drogi w doskonałym stanie. Po prostu nie rozjeżdża ich nieustannie ciężki sprzęt. Kilka razy jechałem rowerem drogą, łączącą portowe miasteczko Thyborøn i gminę Lemvig z resztą kraju (odpowiednik naszej drogi krajowej) – na kilkudziesięciu kilometrach minęło mnie ledwie kilka ciężarówek, w większości cystern, dostarczających paliwo do pobliskich stacji benzynowych. Większość transportu odbywa się koleją (gdyby ktoś był ciekaw w jaki sposób w Polsce systemowo zniszczono transport publiczny i wypuszczono na drogi o miliony za dużo samochodów, gorąco polecam tę rozmowę – zaręczam, że wielu z Was spojrzy po niej na polskie drogi zupełnie inaczej…)

Duńczycy za to jeżdżą w zdecydowanej większości samochodami klasy średniej, za które zapinają przyczepki i raz na tydzień lub dwa zasuwają do większego marketu po większe sprawunki. Pomysł, żeby wsiadać do samochodu i jechać do sklepu tylko po to, żeby kupić kilka drobnych rzeczy, a jutro całą czynność powtórzyć, nie mieści się w granicach duńskiego pojęcia hygge, bo zakupy to z zasady czynność nieszczególnie wygodna, o wiele przyjemniejsze jest siedzenie na tarasie domu lub łowienie ryb. Kiedy raz podjechałem rowerem do pobliskiego sklepu, żeby nabyć dwa wina i kawę, sprzedawczyni trzykrotnie upewniała się, czy to na pewno wszystko, żebym nie musiał następnego dnia przyjeżdżać jeszcze raz.

Trzeba było jednak z tego raju wrócić nad Wisłę i natychmiast zderzyć się z codziennością, przytoczoną w pierwszym akapicie. Skąd się w nas bierze ta agresja i skłonność do nieustannego wymierzania „sprawiedliwości” na własną rękę? Mam kilka teorii na ten temat.

Pierwsza wynika z naszego podejścia do prawa i obowiązujących w społeczeństwie reguł. Ten dysonans, który się rzuca w oczy natychmiast po przekroczeniu naszej zachodniej granicy, wynika przede wszystkim z faktu, że w większości europejskich krajów obowiązujące prawo jest traktowane jak rodzaj umowy między ludźmi, a nie zbioru pułapek, zastawianych na obywateli przez władzę. Duńczycy jeżdżą 80 kmh nie dlatego, że ktoś im „kazał”, tylko dlatego, że tak się między sobą umówili. Nie kradną sąsiadom mebli z ogrodu (nikt tu ich nie chowa, wyjeżdżając), bo się umówili, że będą szanować swoją własność. Nie rzucają śmieci gdzie popadnie, bo się umówili, że będą utrzymywać czystość, bo to jest tańsze i o wiele skuteczniejsze, niż utrzymywanie służb, zatrudnianych do podnoszenia papierków z chodnika. Schylić się po papierek może każdy Duńczyk, ale znacznie wygodniej i przyjemniej (znów hygge) jest go po prostu od razu wrzucić do kosza. Koszt żaden, przyjemność wielka (vide: powyższy przykład z ciężarówką).

Mandaty za nieprzestrzeganie tych wszystkich umów są bardzo wysokie, choć nie podejrzewam (pewności nie mam), by stanowiły jakąś istotną pozycję w dochodach państwa i by ktokolwiek zawracał sobie głowę ujmowaniem takiej pozycji w budżecie. Ich cel jest przede wszystkim wychowawczy: Duńczyk łamiący prawo musi mieć świadomość, że złamał przede wszystkim umowę ze swoimi sąsiadami. (Daleko nie szukając: dokładnie tak samo jest w Niemczech. Gdy kiedyś przyjechawszy do znajomych zaparkowałem po lewej stronie jezdni, natychmiast zwrócono mi uwagę, że jak chcę wykorzystać to miejsce, to muszę zawrócić i stanąć poprawnie, bo Niemcy się umówili, że na drogach dwukierunkowych parkują wyłącznie po prawej stronie, bo to oznacza mniejsze ryzyko kolizji w momencie wyjeżdżania z miejsca parkingowego: z fotela kierowcy widać więcej, gdy jest bliżej osi jezdni, niż chodnika).

W Polsce prawo, pisane często na kolanie i uchwalane nocą, by załatwić doraźne cele władzy, jest na ogół zbiorem nakazów i zakazów, zupełnie niezrozumiałych dla przeciętnego obywatela. Prawo o ruchu drogowym nie jest pod tym względem żadnym wyjątkiem. Przeciętny kierowca, który egzamin na prawo jazdy zdał 20 lub 30 lat temu, na ogół nie ma pojęcia o zmianach, jakie w międzyczasie zaszły, a jeśli już się o nich dowiaduje, to na ogół „wieścią gminną”, przy niedzielnym obiedzie i od kogoś, kto też nie jest do końca pewien, jak jest naprawdę, ale „coś o tym słyszał”. Najczęściej dotyczy to właśnie zasad korzystania z dróg publicznych przez rowerzystów: trąbienie, wygrażanie pięściami i obrzucanie stekiem wyzwisk kolarzy, którzy – zgodnie z przepisami – jadą obok siebie, są u nas na porządku dziennym. Konieczność ustąpienia pierwszeństwa rowerzyście, gdy ścieżka rowerowa przecina drogę, w którą kierowca chce skręcić, to koszmarny sen większości kierowców. (Inna sprawa, że to również zmora urzędników, którzy na ogół wytyczają te przejazdy w tak bezmyślny sposób, że trudno sobie wyobrazić coś bardziej absurdalnego. W większości przypadków wystarczyłoby przesunąć przejazd dla rowerów za przejście dla pieszych, co i zmusiłoby rowerzystów do zmniejszenia prędkości, i do większej ostrożności w manewrowaniu, i pozwoliłoby im jednocześnie wyjechać z martwego pola w lusterku pojazdu, a kierującemu dałoby więcej czasu na reakcję. Byłoby to racjonalne i logiczne, ale to kosztuje trochę więcej farby, więc po co sobie zawracać głowę logiką?)

Można sobie oczywiście na milion sposobów tłumaczyć, że przez 45 lat byliśmy uzależnieni od zewnętrznych wpływów i narzucanych nam z góry idiotycznych przepisów, w których omijaniu skutecznie się przez te lata ćwiczyliśmy. Ale prawda jest taka, że od 30 lat możemy już stanowić sami o sobie, a nadal bezrefleksyjnie brniemy w manię regulowania każdego, nawet najmniejszego aspektu naszej codzienności. Wychodzi nam – delikatnie mówiąc – średnio, co nie powinno dziwić, bo całej złożoności codziennego życia nie sposób skodyfikować nawet w najbardziej opasłych tomiszczach kodeksów. Ale co szkodzi politykom marnować czas na próby?

Druga przyczyna tkwi bardzo głęboko w nas i naszym nieposkromionym egoizmie. Podczas jednej z dyskusji o tym, dlaczego wciąż nie udaje nam się osiągnąć poziomu życia, porównywalnego z krajami zachodu, mimo iż przecież jesteśmy niejednokrotnie bardziej przedsiębiorczy i więcej pracujemy, pozwoliłem sobie na uwagę, że tym, co nas najmocniej tłumi, jest nasz własny egoizm. Śmiem wręcz twierdzić, że nie jesteśmy społeczeństwem, tylko po prostu zbiorem jednostek, których łączy paszport i kalendarz świąt. Nic więcej, bo jeśli tylko pojawia się okazja do wybicia się ponad innych, natychmiast ją wykorzystujemy. Najczęściej ze szkodą dla „ogółu”.

Koronnym dowodem na to, że nie potrafimy na rzeczywistość spojrzeć inaczej, niż wyłącznie przez pryzmat własnych korzyści, jest zdanie „miejsce na twoją reklamę” – zmora polskiego krajobrazu, która doprowadziła do jego zawłaszczenia przez tych, którzy własny interes stawiają ponad wspólne dobro i bezpieczeństwo. Takiego widoku, jak na zdjęciu poniżej, ze świecą szukać za naszą zachodnią granicą, gdzie środowisko i widoki są dobrami wspólnymi. A przecież takie „widoki” towarzyszą nam na każdym kroku, na przedmieściach każdego miasteczka. I nic z tym nie robimy.

Własność stała się w Polsce świętością, posiadanie urosło do rangi religii, posiadający mianowali się bogami, a stan posiadania stał się narzędziem wyrafinowanej przemocy wobec tych, którzy posiadają mniej. Najwyraźniej jest to widoczne właśnie na drogach, gdzie pewność siebie kierowcy statystycznie rośnie wraz z wartością pojazdu (nie zawsze obiektywną, bo często wystarczy tylko przekonanie właściciela o wyjątkowości jego maszyny). Ale zasada jest dość czytelna: na czym więcej mnie stać, albo czym większą furą jadę, tym bardziej rosną moje pretensje do panowania na drodze. Nader często te roszczenia rozciągają się również na panowanie nad prawami fizyki, czego skutki na ogół są opłakane.

Na naszych drogach utworzył się swoisty łańcuch pokarmowy: rowerzyści próbują zdominować pieszych, kierowcy – rowerzystów, kierowcy ciężarówek – kierowców osobówek i tak dalej. Do tego dochodzą trudne do zrozumienia zachowania subkulturowe.

Podziwialiśmy w Danii wzajemną życzliwość zwykłych ludzi. Gdy szliśmy na spacer – pozdrawiali nas ludzie, siedzący na tarasach. Na rowerze odwzajemniałem pozdrowienia od wszystkich rowerzystów – ręką machała do mnie nawet starsza pani, jadąca na wiekowym jednośladzie. Tymczasem znajomy opowiadał mi historie o tym, jak w Polsce pozdrowienia od motocyklistów zmieniają się nagle w niezdarne machnięcia ręką, gdy pozdrawiający orientują się, że nie jedzie rasowym ścigaczem, tylko dużym, ale mimo wszystko skuterem. Widać nawet pozdrowień trzeba okazać się „godnym”. (Gdy wróciłem kilka lat temu na rower zaobserwowałem podobną właściwość: kiedy jechałem na szosie i pozdrawiałem kogoś jadącego MTB, w 9 na 10 przypadków nie doczekałem się odpowiedzi. Na szczęście od jakiegoś czasu dość mocno się to zmienia, być może dlatego, że wielu kolarzy uprawia obie odmiany tego sportu i granice się powoli zacierają).

Źródeł tego, że nasze drogi są tak niebezpieczne i nieprzyjazne, można z pewnością wymienić wiele: całkowicie zdeformowana struktura organizacji transportu, która na drogi wepchnęła miliony samochodów, z których większość tak naprawdę wcale jeździć nie musi; podsycana latami moda na zakup samochodu, którego posiadanie stało się swoistym „obowiązkiem” (Polska ma jeden z najwyższych w Europie współczynnik liczby samochodów na 1000 mieszkańców: 571, (wg danych za 2017 rok), z czego duża część do samochody ponad 20-letnie, w co najmniej dyskusyjnym stanie technicznym); fatalny system szkolenia kierowców, nastawiony na szybki zysk i zdawanie egzaminów, a nie na rzeczywistą naukę poruszania się po drogach. I tak dalej, i tak dalej…

Większość Polaków z wszystkich sił wzbrania się przed porzuceniem swojego samochodu i korzystaniem z transportu zbiorowego, tworząc tym samym komunikacyjne błędne koło: tkwiąc w korkach, złorzecząc i wzmagając swoją frustrację, nie robiąc jednocześnie nic, by tę sytuację zmienić. Zupełnie, jakby nie docierała do nas najprostsza w świecie oczywistość, od lat znana i rozpowszechniana w świecie: „Ty nie stoisz w korku. Ty go tworzysz”.

Ale moim zdaniem najpoważniejszą przyczyną tego, co wszyscy wspólnie nazywamy „brakiem kultury na drodze” (choć, niestety, częściej bardziej pasuje określenie „chamstwo”), jest zupełny brak szacunku do drugiego człowieka w ogóle. To, że łatwiej nam przychodzi grać rolę samozwańczego szeryfa, który na własną rękę zaprowadzi porządek i wymierzy sprawiedliwość, niż ustąpić, machnąć ręką i odpuścić. O uśmiechu nawet nie wspominam, no bo jak się tu uśmiechnąć do człowieka, który zmusił mnie do dwóch niewielkich ruchów stopą? Jak obdarować uśmiechem człowieka, który właśnie dokonał śmiertelnego zamachu na nasze ego?

Opowieść o wrocławskim taksówkarzu, goniącym człowieka po parku i na koniec tratującym go, żeby zapamiętał sobie tę lekcję na całe życie (o ile w ogóle przeżyje), a opowieść o kierowcy ciężarówki, zjeżdżającym na drugi pas, żeby nas przypadkiem nie ochlapać wodą, to historie z dwóch zupełnie różnych światów. Dzieli je w linii prostej 900 kilometrów. Ale mentalnie dzielą je lata świetlne.

_______________________________

Większość tego felietonu napisałem, zerkając na zmagania kolarzy podczas wyścigu Liège-Bastogne-Liège. Tak się to dziwnie złożyło, że wygrał go Duńczyk – Jakob Fuglsang. Nie powiem: ucieszyła mnie ta wiadomość. Od dłuższego już czasu czułem do tego narodu – a zwłaszcza do jego filozofii hygge – mnóstwo sympatii. Odkąd poznałem ich nieco bliżej, moje uczucia stały się jeszcze cieplejsze.

Koniecznie jedźcie do Danii na rower! Jest wprawdzie płasko i cholernie wieje, ale frajdę, jaką można czerpać z uprawiania tam kolarstwa, trudno porównać z czymkolwiek innym.

Wraca nowe. I dobre!

Niewiele się tu ostatnio dzieje, bo nie dość, że sezon klasyków w pełni, więc wyżywam się twórczo w zapowiedziach wyścigów (o, na przykład tutaj, przed De Ronde lub tutaj, przed Paryż-Roubaix), to jeszcze pochłania mnie tak zwana bieżączka i kolejka projektów do wdrożenia. Ale to bynajmniej nie jest powód do narzekań, bo czasem trafia się wśród nich prawdziwa perełka, a trudno inaczej określić powrót na rynek po ponad 19 latach (sic!) magazynu Magic Basketball.

Na koszykówce nie znam się prawie wcale, ale trzymam mocno kciuki za Piotra i jego ekipę, bo zdaję sobie sprawę na jak ciężki rynek wchodzą. Sprzedaż drukowanego magazynu w dzisiejszych czasach to zabawa w rosyjską ruletkę: albo masz masę szczęścia i każdy kolejny strzał cię umacnia, albo zabija cię nagła podwyżka na poczcie, upadek kolejnego dystrybutora, albo nowa akcyza na papier i farbę drukarską, bo właściwie dlaczego by nie?

Z dystrybucją cyfrową ryzyka są nieco mniejsze, ale to również nie jest takie Eldorado, jak się z pozoru wydaje, bo przebicie się z nowym tytułem do świadomości odbiorców w tym całym komunikacyjnym szumie, z jakim mamy do czynienia w dzisiejszym internecie, proste bynajmniej nie jest.

Sądząc jednak po pierwszych wynikach, im się udało. Bardzo się cieszę i zaciskam kciuki jeszcze mocniej, bo przygoda dopiero teraz się zaczyna: za dwa miesiące pierwszy numer płatny. Jeśli tylko utrzymają poziom (a nie mam powodu w to wątpić) – czeka nas ciekawa współpraca.

Zatem: pobierajcie i polecajcie znajomym! Wystarczy kliknąć i podać ten krótki link: onelink.to/magicbasketball (urządzenie samo rozpozna odpowiedni market, do którego będzie przekierowywać), lub wyświetlić na ekranie poniższy kod do zeskanowania. Częstujcie się i smacznego!

Niby po zdrowie, ale wbrew rozsądkowi…

Uprawianie amatorskiego sportu w Polsce coraz rzadziej jest walką z samym sobą i swoimi ograniczeniami. Coraz częściej to krucjata wszystkich przeciw wszystkim: kolarzy przeciw kierowcom, biegaczy przeciw mieszkańcom, rolkarzy przeciw pieszym. Tylko od normalności zdajemy się być coraz dalej…

No i się zaczęło. Przyszła wiosna, wystartowały pierwsze uliczne biegi, a wraz z nimi licytacja na najbardziej wymyślne obelgi, którymi można obrzucić organizatorów, władze miasta, służby porządkowe, czy wreszcie samych biegaczy. Każdemu się należy, bo każdy w mniejszym lub większym stopniu dołożył się do zrujnowania życiowych planów jakiejś grupie mieszkańców, którym – co też jest prawdą – ktoś na kilka godzin solidnie utrudnił życie.

Problem nie polega na tym, że krytykujący nie mają racji, bo mają. Ale coraz bardziej martwi mnie poziom tej dyskusji, coraz bardziej agresywny język i coraz bardziej absurdalne argumenty, wysuwane na obronę swoich tez. Trudno uwolnić się od wrażenia, że tu w ogóle nie chodzi o szukanie jakichkolwiek rozwiązań, bo w tych dyskusjach właściwie nikt nikogo nie słucha. Zdaje się, że chodzi bardziej o możliwość wyładowania własnej frustracji. Tylko czy aby na pewno jest to właściwy kierunek?

Słowo krytyki należy się tak naprawdę każdemu:

  • Organizatorom, którzy „trafili” z wielką imprezą w jedyną w miesiącu handlową niedzielę, co pewnie bardziej, niż zwykle wzmogło frustrację mieszkańców.
  • Władzom miasta, które od lat nie potrafi stworzyć sensownego i skutecznego sposobu informowania mieszkańców o tego typu wydarzeniach. Publikacja na miejskim profilu na FB jednego posta, i to na pół godziny przed startem imprezy, to czysta kpina z mieszkańców. Nie mówiąc już o tym, że jednym z celów organizacji tego typu imprez, jest promocja miasta. Zaiste, bardzo się miasto przy tej okazji wypromowało…
  • Służbom porządkowym, w tym policji i straży miejskiej, przydatnych w takich okolicznościach jak świni siodło: nic niewiedzących, niezdolnych do jakiejkolwiek pomocy, stojących i robiących dobrą minę do złej gry, bo stać kazali.
  • Mediom, a zwłaszcza tak zwanym „patronom medialnym”, których użyteczność przy tego typu wydarzeniach coraz bardziej mnie zastanawia.

Tu się zatrzymam, bo to poniekąd moja działka. Jakiś czas temu miałem okazję współpracować z takimi „patronami medialnymi” i przyznam, że z każdą chwilą coraz mniej rozumiałem sens nawiązywania tego typu współpracy. Po pierwsze dlatego, że partnerem do rozmowy o tego typu działaniach jest zwykle handlowiec, który ma to w głębokim poważaniu, bo pieniądz z takiej roboty jest żaden, a trochę nachodzić się trzeba. Po drugie dlatego, że redakcja najczęściej też ma na to wylane, zwłaszcza jak musi się zajmować tematem, który ją nieszczególnie interesuje i nie najlepiej się klika. Efekt jest taki, że zwykle trzeba dostarczyć gotowy tekst, który ktoś po prostu wrzuci na stronę i zapomni o sprawie. „Opublikowaliśmy, może wyskoczy wam w raportach mediowych, będziecie mogli wstawić do prezentacji dla sponsora, a poza tym macie nasz logotyp, to sobie przyklejcie i ogrzejcie się w blasku naszej chwały”. Nie twierdzę, że to reguła, ale niestety w przypadku imprez, które nie gromadzą tysięcy kibiców i dużej widowni telewizyjnej, jest to najczęściej przykry standard. Czasem przytrafi się jakiś wyjątek, gdy w redakcji siedzi pasjonat, który się zna na sprawie i potrafi swoich odbiorców zainteresować tematem. Gdy go brakuje, taki artykuł równie dobrze można przysypać liśćmi, byle nie kolidował z niezwykle ważnym newsem o tym, że Lewandowski zjadł śniadanie.

Skutki tej ignorancji wszystkich stron są opłakane i to nie tylko za sprawą sfrustrowanych mieszkańców, ale przede wszystkim tabunów ludzi, którzy bezrefleksyjnie powtarzają swoją mantrę: „biegacze do lasu!”, „cykliści won z miasta!”, „rolkarze do skate-parków!” i tak dalej. Jeśli do tego zmierza promocja amatorskiego sportu w Polsce, to nie wróżę nam zbytnio świetlanej przyszłości, bo uprawianie sportu coraz częściej przestaje być walką z samym sobą i własnymi ograniczeniami, a zaczyna być ustawką wszystkich z wszystkimi: rowerzystów z kierowcami, biegaczy z mieszkańcami, rolkarzy z pieszymi i tak dalej. Człowiek, który zamierza się zająć uprawianiem jakiegoś sportu, coraz częściej zaczyna tę przygodę od pytania o to, z kim będzie musiał dziś walczyć o kawałek przestrzeni dla siebie.

Na całym świecie udaje się jakoś wypracować rozsądne ramy do uprawiania amatorskiego sportu. Często udaje się to w dużych miastach, gdzie ze względu na siedzący na ogół tryb życia jest to sprawa szczególnie istotna. Wielkie imprezy biegowe organizuje się niemal w każdej większej europejskiej stolicy i choć zawsze znajdą również tam jacyś niezadowoleni, nie spotkałem się jeszcze z tak otwartym i bezceremonialnym hejtem. W Polsce mamy tendencję do zamykania się we własnych bańkach i zamiast szukać rozsądnych rozwiązań, szukamy miejsca, w których można postawić kolejne granice. Bo wprawdzie „miasto jest nasze”, ale „twoja wolność kończy się tam, gdzie przekracza granice mojej”.

Wydaje mi się to chore. I – niestety – jestem raczej pesymistą, jeśli idzie o to, czy zmierzamy w kierunku wyzdrowienia…

Foto: Flickr / A T Y

_____________________

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Trzeba być do bólu uczciwym.

Miałem wczoraj wielką przyjemność uczestniczyć w kameralnym spotkaniu z Jurkiem Górskim. Jeśli ktoś czytał książkę Łukasza Grassa „Najlepszy” lub oglądał film pod takim samym tytułem – wie z pewnością o kogo chodzi. Kto nie czytał lub nie widział – polecam.

Jurek Górski jest facetem, który w latach 70. ubiegłego stulecia dał się wciągnąć w kuszący świat narkotyków. Nietrudno się domyślić, że przepadł w uzależnieniu i konsekwentnie zmierzał w stronę dna, lądując w więzieniu i „lecząc się” spętany pasami na łóżku szpitala psychiatrycznego (w PRL-u oficjalnie nie występował problem narkomanii, więc uzależnieni ludzie byli w dość bezceremonialny sposób „leczeni” z uzależnienia od leków).

Żeby nie psuć nikomu zabawy, pominę w tym miejscu część opowieści o tym, w jaki sposób udało mu się z tego wyjść. Dość powiedzieć, że w pewnym momencie swego życia stanął w amerykańskim mieście Huntsville na najwyższym podium tzw. „podwójnego Ironmana” (8 kilometrów pływania, 360 kilometrów na rowerze i 84 kilometry biegu).

Nietrudno się też domyślić, że człowiek, który przeszedł taką drogę, nie zatrzymał się na swoich osiągnięciach i nie odcina od nich kuponów, ale konsekwentnie realizuje swoją misję, dzieląc się pasją, doświadczeniami i niespożytą energią z innymi. To właśnie głównie tej części jego aktywności dotyczyło nasze wczorajsze spotkanie.

Umówiłem się z Jurkiem na dłuższą rozmowę, więc być może w niedalekiej przyszłości będę mógł się również podzielić jego kilkoma ciekawymi spostrzeżeniami o życiu. Ale jedna myśl, którą wypowiedział już właściwie na zakończenie wczorajszego spotkania, bardzo mocno utkwiła mi w głowie i to nią właśnie chciałem się na gorąco podzielić.

Powiedział bowiem coś takiego: „Możesz na co dzień odgrywać przed światem swój spektakl i grać w nim swoją rolę. Przed kumplami możesz udawać i mówić, „nic się nie dzieje, wszystko jest w porządku”. Ale kiedy staniesz przed lustrem, to wobec siebie musisz być do bólu uczciwy. Musisz zdawać sobie sprawę z tego, w którym miejscu jesteś słaby. Dopiero wtedy będziesz w stanie zamienić swoją słabość w siłę”.

I zakończył spotkanie słowami: „Nazywam się Jurek Górski. Byłem narkomanem. Jestem uczciwym człowiekiem”.

Nie chciałbym popadać tutaj w nieszczery mentoring, ale fascynują mnie ludzie, którzy posiedli taką sztukę autorefleksji i potrafią najpierw zidentyfikować swoje słabości, a później z nimi walczyć. Większość z nas ocenia ludzi podobnych do Jurka przez pryzmat tego, jak długą drogę musieli przebyć, żeby osiągnąć swój cel i sukces. Tymczasem największa walka i najtrudniejszy proces nie miały miejsca podczas morderczego treningu, ale znacznie wcześniej: kiedy trzeba było we własnej głowie zobaczyć i zaakceptować prawdziwy obraz samego siebie.

Bardzo się cieszę na tę rozmowę.

Za zaproszenie dziękuję Klubowi Żeglarsko-Biznesowemu Sailing Poland.

___________________

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!