Na chory rozsądek

„Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”.

Coraz trudniej mi przychodzi uwolnienie się od tego cytatu. Czym bardziej staram się zrozumieć istotę sporu między poszczególnymi grupami użytkowników dróg, tym trudniej mi przychodzi ogarnięcie, o co dyskutującym na ten temat ludziom właściwie chodzi.

Kilka dni temu ktoś wrzucił do sieci zdjęcie ilustrujące jak z perspektywy samochodu wygląda rowerzysta, ubrany na ciemno i jadący pod słońce. Otóż nie wygląda, bo właściwie go nie widać.

https://www.facebook.com/groups/C3City/permalink/3896538950418439

Znajomemu, który podesłał mi link do tego wpisu w pierwszym odruchu odpisałem: „”Szyby niech se umyje” za 3… 2… 1…”. No chciałbym mieć taką sprawdzalność typując sześć liczb w Lotto…

Znalazłem później tę fotkę na kilku forach, a tam opinie ludzi, którzy potrafią znaleźć dla zobrazowanej ilustracji każde wyjaśnienie, z wyjątkiem najprostszego: włączenia oświetlenia.

A to, że szyby w samochodzie powinny być czyste (prawda), a to, że może ubranie powinno być jaśniejsze (też prawda), a to, że może gdyby kierowca jechał wolniej, to na pewno by tego rowerzystę zauważył, co zasadniczo również jest prawdą, choć w gruncie rzeczy nie wiadomo, z jaką prędkością jechał, więc argument – choć prawdziwy – w określonej sytuacji może być jednak nieco na wyrost.

A co z tym nieszczęsnym oświetleniem? Ano „nie ma obowiązku”. Jest co prawda obowiązek posiadania przynajmniej jednego światła odblaskowego, ale ów jest skrzętnie wypierany ze świadomości, jakby odblask w rowerze odbierał cały splendor jadącemu. Oraz przynajmniej ze 100 Wattów. Lepiej o tym nawet nie wspominać.

W końcu to kierowcy powinni uważać na rowerzystów (też prawda), zgodnie z „zasadą ograniczonego zaufania”. To już od prawdy nieco odbiega, gdyż – jak się okazuje – lwia część uczestników ruchu, bez względu na sposób uczestnictwa w tymże, zupełnie nie rozumie sensu i istoty zasady, na którą się nader często powołuje, z reguły zupełnie opacznie ją interpretując.

A’propos interpretacji. Drugim niezwykle ciekawym i „modnym” ostatnio zagadnieniem jest kwestia poruszania się po drogach dwóch kolarzy obok siebie.

Wydawać by się mogło, że sprawa jest prosta, bo prawo dość precyzyjnie określa ogólną zasadę:

„Kierującemu rowerem lub motorowerem zabrania się jazdy po jezdni obok innego uczestnika ruchu, z zastrzeżeniem ust. 3a” (art. 33. pkt 3 i 3a prawa o ruchu drogowym).

Zaś przywołane zastrzeżenie głosi:

„Dopuszcza się wyjątkowo jazdę po jezdni kierującego rowerem obok innego roweru lub motoroweru, jeżeli nie utrudnia to poruszania się innym uczestnikom ruchu albo w inny sposób nie zagraża bezpieczeństwu ruchu drogowego”.

I tu zaczynają się schody. Przepisy bowiem nie precyzują pojęcia utrudniania poruszania się innym uczestnikom ruchu, co z kolei stanowi nader szerokie pole do interpretacji. I jak nietrudno się domyśleć, każda strona interpretuje ten zapis po swojemu.

I pół biedy, jeśli owe interpretacje opierają się na postulowanym przez wielu „zdrowym rozsądku”. Gorzej, gdy ów „zdrowy rozsądek” zaczyna ulegać pokusie kreatywności. Wtedy już nawet nie jest śmiesznie, a zaczyna się robić zwyczajnie groźnie.

Trudno bowiem przejść do porządku nad powielanym tu i ówdzie poglądem, że ów przepis obowiązuje „tylko na terenie zabudowanym”. Nie ma o tym w prawie ani słowa, a głoszący tego typu herezje powinni się poważnie zastanowić, czy wprowadzając innych w błąd nie narażają przypadkiem czyjegoś życia.

Bardzo dalekie od „zdrowego rozsądku” jest również doszukiwanie się analogii do innych pojazdów poruszających się po drogach. Argument, że „przecież motocykl również może zajmować cały pas ruchu” jest o tyle chybiony, że motocykl w świetle prawa jest pojazdem samochodowym. Rower, o ile mi wiadomo, wciąż jest rowerem.

Podobnie rzecz ma się z analogią do ciągnika lub maszyny rolniczej, na które równie często powołują się rowerzyści. Tu też warto pamiętać, że zasady ich poruszania się po drogach regulują odrębne przepisy, a kiedy egzystencjalnym problemem staje się odblask lub mała lampka, to trudno sobie wyobrazić, że będziemy na plecach wozić ostrzegawczy trójkąt, w który powinien być wyposażony każdy pojazd wolnobieżny.

„Zdrowy rozsądek”, do którego tak lubimy się odwoływać, podpowiada, że jeśli nie mamy absolutnej pewności, że okoliczności na drodze bez cienia wątpliwości pozwalają nam na skorzystanie z dopuszczonego wyjątku i jazdę obok siebie, powinniśmy się zastosować do ogólnej zasady, która mówi, że taka jazda jest zwyczajnie zakazana. Bynajmniej nie po to, żeby przyznać komukolwiek „rację”, albo – co gorsza – uznać pierwszeństwo samochodów. Po to, by po prostu chronić swój własny tyłek.

Warto pamiętać w tej sytuacji o jednej rzeczy. W razie – odpukać – potrącenia kolarza jadącego obok drugiego, to na nim będzie ciążył obowiązek udowodnienia, że miał pełne prawo skorzystać w danej sytuacji z przewidzianego w przepisach wyjątku.

Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że ktokolwiek w tej sytuacji powie: „ale ja przecież przypominałem ciągnik!”.


PS. Ten widok na otwierającej fotce to jedna z dróg na Sycylii – miejscu, o którym zwykło się mówić, że kierowcy są tam nieobliczalni i nie potrafią jeździć. Przez dwa tygodnie kręcenia się tam rowerem nie spotkała mnie absolutnie żadna niebezpieczna sytuacja na drodze, choć warto się tam nauczyć jednej zasady: odpowiadasz za to, co jest przed tobą. Nawet jak masz pierwszeństwo.

I nie była to wyłącznie „zasługa” kierowców. Kilka razy zdarzyło mi się jechać jakiś fragment drogi z miejscowymi kolarzami. Często jechaliśmy obok siebie rozmawiając. Ale gdy tylko na drodze pojawiał się samochód, albo on albo ja zjeżdżaliśmy jeden przed drugiego, by zrobić miejsce. A potem jechaliśmy jak wcześniej. Bywało, że samochody często z daleka trąbiły, by dać nam sygnał, że się zbliżają. Wtedy te proste manewry stawały się jeszcze łatwiejsze. Dało się. Moje ego też to przetrwało, zresztą w całkiem niezłym stanie 😉

Coming out, czyli protokół startowy

Dawno, dawno temu trafiłem w jednym z magazynów na któryś z licznych swego czasu wywiadów z Krzysztofem Hołowczycem. Opowiadał w nim między innymi o jednej z kilku sytuacji, w których otarł się o śmierć. Nie pamiętam już dokładnie opisu okoliczności, ale prawdopodobnie „zrobił zyg tam, gdzie miał zrobić zag” i poleciał bokiem w stronę ułożonych w stertę pni drzew. Lepiej za to zapamiętałem to, co wówczas (przynajmniej według jego relacji) Hołek pomyślał: „To koniec? Szkoda, że tak głupio”.

Mój osobisty stosunek do śmierci kształtowały przez lata głównie nauka i lektury. Tak się złożyło, że część mojego życia poświęciłem studiom filozofii, a tam – tak się znów złożyło – szczególnie do gustu przypadł mi stoicyzm. W międzyczasie odkrywałem swoje ulubione lektury, których autorzy na różne sposoby oswajali mnie ze zjawiskiem umierania. Każdy, kto czytał „Paragraf 22”, z którego pochodzi przytoczony powyżej fragment o zyg i zag wie zapewne, co mam na myśli. A jeśli ceni sobie twórczość Terry’ego Pratchetta, prawdopodobnie nie jest mu również obce powiedzenie pewnego charakterystycznego jegomościa w czerni, który zwykł był mawiać: „Nie myśl o tym, jak o umieraniu. Po prostu wyruszasz wcześniej, żeby uniknąć korków”.

Oczywiście nikogo nie namawiam do tego, by podzielać tego typu nieco cyniczne spojrzenie na rzeczywistość. Wprost przeciwnie. Piszę o tym głównie z tego powodu, że choć po prostu uznaję śmierć za nieodłączny element życia – również mojego – to jakoś nieszczególnie mi się spieszy do tego, by jej (tudzież jemu, bo u Pratchetta Śmierć jest rodzaju męskiego) w jakikolwiek sposób ułatwiać robotę.

O ile więc jako stoik nie roszczę sobie pretensji do zamartwiania się sprawami i zdarzeniami, na które nie mam żadnego wpływu, o tyle staram się dość skrupulatnie przestrzegać kilku zasad, których realizacja zależy już tylko i wyłącznie ode mnie. A ponieważ ostatnio niemal na każdym kroku słyszę, że „kierowcy nas zabijają”, mam pewien problem z bezrefleksyjnym potakiwaniem i uwalnianiem się od odpowiedzialności, bo siedząc na rowerze wiele razy sam się złapałem na tym, że czasem bezwiednie robię wiele, by im w tym pomóc.

Kilka lat temu po raz pierwszy dałem się namówić na wzięcie udziału w Rapha 500 Festive, czyli wyzwaniu polegającym na przejechaniu co najmniej 500 km między wigilią Bożego Narodzenia a Sylwestrem. Fajny pomysł, ale jeszcze lepsza szkoła – nomen omen – życia.

Po pierwsze: człowiek cieszy się wówczas każdym promieniem słońca, zanim się zorientuje, że to samo słońce może się okazać dla niego zabójcze. Świeci bowiem tak nisko, że oślepia wszystkich: zarówno jadącego na rowerze, jak i jeżdżących samochodami.

Szczęśliwie ostatnich kilka zim było nieprzesadnie śnieżnych, ale jeśli się zdarzy, że na drodze znajdzie się warstwa powstałego nawet po niewielkim opadzie charakterystycznego błota, człowiek na rowerze szybko się orientuje, że grożą mu dwa poważne niebezpieczeństwa: nietrudno wywinąć orła i równie łatwo można sobie wyobrazić, że część tego błota znajduje się na szybach samochodów, dodatkowo ograniczając i tak daleką od ideału widoczność.

Wtedy zaczynasz rozumieć, że jedną z ważniejszych rzeczy, jaką musisz sobie zapewnić na rowerze jest to, żeby być widocznym dla innych. Z daleka. Żeby zobaczyć cię miał szansę nie tylko ten kierowca, który jedzie bezpośrednio za tobą, ale również kolejni.

Jaskrawe kolory oczywiście to ułatwiają, ale nic nie zastąpi mrugającej lampki. Naprawdę nie rozumiem czego obawiają się rowerzyści, którzy jak ognia unikają tego elementu wyposażenia? Już nie mówiąc o tym, że część z nas jeździ bez żadnego oświetlenia również po zmroku, ucinając każdą próbę zwrócenia im na to uwagi obcesowym: „nie pierdol mi tu o jakiejś głupiej lampce”.

Po drugie: kiedy jedziesz okutany na wszystkie sposoby i kulisz się w sobie, żeby nie zamarznąć, nagle odkrywasz, że twoje pole widzenia ogranicza się właściwie wyłącznie do tego, co znajduje się dokładnie na wprost ciebie. Oglądanie się za siebie podczas jazdy na śliskiej drodze grozi tym, czego raczej nie chcesz w tej chwili doświadczyć. Teoretycznie możesz zdać się na słuch, ale uszy też masz zasłonięte, a gdy jedziesz odrobinę szybciej słyszysz niemal wyłącznie szum. To oznacza, że każdy manewr musisz planować odpowiednio wcześniej, po wielokroć się upewniając, że możesz bezpiecznie go wykonać. Wystawienie ręki w ostatniej chwili, żeby zasygnalizować zamiar skrętu, może się okazać niewystarczające, żeby inni uczestnicy ruchu zrozumieli twoje zamiary i zdążyli we właściwy sposób zareagować.

Po trzecie: zaczynasz sobie zdawać sprawę z tego, jak ważny jest sprawny i odpowiednio przygotowany do jazdy rower. Gdy niewiele widzisz, niewiele słyszysz i masz świadomość, że musisz być w 100% skoncentrowany na drodze, zaglądanie sobie między kolana, żeby zlokalizować dziwne odgłosy z okolic łańcucha nie należy do najszczęśliwszych pomysłów. Sprawdzanie skuteczności hamulców dopiero na drodze – również.

Po czwarte: kiedy w końcu zdajesz sobie sprawę, jak niewiele spraw na drodze zależy tak naprawdę tylko od ciebie, zaczynasz odczuwać coś, czego większość z nas stara się unikać, a do czego jeszcze mniej się przyznaje: pewien rodzaj mobilizującego strachu.

Nie ma dla mnie lepszej lekcji wyobraźni i skuteczniejszej nauki przewidywania tego, co się może wydarzyć na drodze, niż jazda zimą lub w trudnych warunkach pogodowych. I niezmiennie uważam, że mimo doskonalonej z każdym kilometrem techniki jazdy, nie ma na rowerze bardziej przydatnej umiejętności, niż pokora. Warto się jej uczyć w każdej sytuacji. Nawet wjeżdżając z niewielką prędkością w głupią kałużę na ścieżce rowerowej i koziołkując ułamek sekundy później, bo się nie zauważyło głębokiego pęknięcia w asfalcie lub między płytami. W sam raz takiego, żeby złapać koło.

To też ćwiczyłem i była to dość bolesna lekcja. Nauczyła mnie zwalniania przed każdym większym rozlewiskiem i upewniania się, czy istnieje jakaś alternatywna możliwość pokonania nieznanej przeszkody. Żaden KOM lub PR na Stravie nie są warte ryzyka zwiedzania otwartej studzienki, a przecież i na takie pomysły na „przyspieszanie odwadniania” potrafią wpaść nasi drogowcy lub próbujący ich zastępować lokalni szeryfowie.

Problem naszego bezpieczeństwa na drodze to nie jest wyłącznie kwestia uzbrojenia w odpowiednie argumenty i statystyki. Nie mam najmniejszych złudzeń, że obrzucanie kierowców, pieszych i innych rowerzystów coraz bardziej wymyślnymi wyzwiskami nie zmieni sytuacji ani o jotę. A jeśli już, to na pewno nie w tę stronę, której byśmy oczekiwali.

Kiedy przed tygodniem napisałem w jednym z felietonów, że „powinniśmy zacząć od siebie”, mając na myśli przede wszystkim nader częstą ignorancję przepisów i reguł poruszania się po drodze, część komentujących zareagowała świętym oburzeniem. „Rozgrzeszanie drogowych zabójców” – pisali jedni. „To ustawianie kolarzy w rzędzie dla uciechy kierowców” – argumentowali inni. Paradoksalnie, niemal cała ta oparta o insynuacje, półprawdy i niedopowiedzenia dyskusja była najlepszą ilustracją tekstu, do którego się odnosiła.

Wychodząc na rower czy to na trening, przejażdżkę, dojazd do pracy czy w jakimkolwiek innym celu, nie mamy żadnego wpływu na zachowanie innych. Jesteśmy odpowiedzialni wyłącznie za siebie i nie zmieni tego ani najświętsze oburzenie, ani najgorliwiej deklarowana środowiskowa solidarność.

Jedyne, co tak naprawdę zależy od nas samych i na co mamy realny wpływ, to dbałość o to, by ze swojej strony zrobić wszystko co możliwe, żeby poruszać się po drodze jak najbezpieczniej. Bez własnej arogancji i bez nadmiernej wiary we własną nieśmiertelność.

Za każdym razem gdy wychodzę na rower czuję pewien rodzaj lęku, który wyostrza moje zmysły i wzmaga moją ostrożność. Chciałbym, żeby inni użytkownicy dróg zachowywali się co najmniej podobnie racjonalnie, ale ostatecznie zdaję sobie sprawę, że nie mam na to wielkiego wpływu. Podobnie jak nie mam wpływu na to, gdzie uderza piorun, gdzie upada złamane wiatrem drzewo lub gdzie trafia spadająca z dachu dachówka.

W miarę moich możliwości staram się edukować innych kierowców, a na drodze pilnuję tego, by samemu nie popełniać wytykanych innym grzechów. Nie przekraczam prędkości, nie wyprzedzam na trzeciego, a wyprzedzając kolarza staram się omijać go możliwie najszerszym łukiem. Przykład czasem działa, a czasem jako kierowca również staję się podmiotem agresji ze strony innych. Nie mam w ręku gotowej recepty i choć nie akceptuję tej sytuacji, niezbyt wiele mogę zrobić, by ją zmienić.

Mógłbym oczywiście siedzieć w domu, ale uważam, że to nie jest rozwiązanie. Wzajemnego szacunku nie da się wymusić siłą, musimy się go zwyczajnie nauczyć.

Wszystko, co jestem w stanie zrobić idąc na rower, to dołożyć wszelkich starań, żeby nie powiedzieć do samego siebie w ostatniej chwili: „To koniec? Szkoda, że tak głupio”.

Ucieczka z szosy nie jest rozwiązaniem. Ale kolarze również muszą nauczyć się być uczestnikami ruchu

Ten schemat jest stary jak świat: po każdym głośniejszym wypadku kolarza wraca temat bezpieczeństwa na drogach. A wraz z nim dość stereotypowe myślenie, że odpowiedzialność za tragiczne żniwa na polskich drogach spada przede wszystkim na kierowców. Tymczasem to jest tylko fragment obrazu, na którego całość składają się również mniejsze lub większe grzechy wszystkich uczestników ruchu.

Na bezpieczeństwo na drogach składają się zwykle trzy elementy: infrastruktura, prawo i edukacja. Tylko razem tworzą to, co nazywamy „kulturą jazdy”. Nie ma się co oszukiwać: równe i szerokie drogi nie sprawią, że kierowcy będą po nich jeździć spokojniej. Bez koniecznych zmian w prawie i bez nieustannej edukacji będziemy każdego roku załamywać ręce nad fatalnymi statystykami. I organizować kolejne zbiórki na rehabilitację naszych przyjaciół, którzy ucierpieli w wypadkach.

Infrastrukturę mamy z roku na rok coraz lepszą. Bardzo dużo wciąż jest do zrobienia po stronie prawa, a tu niestety mamy najmniejsze możliwości skutecznego działania. Inaczej niż w obszarze edukacji, która – paradoksalnie – nie polega wyłącznie na wytykaniu palcem błędów popełnianych przez kierowców.

Pamiętam szok, jakiego doznałem podczas mojej wizyty na starcie Giro w Izraelu. Już podróż z lotniska do hotelu zapowiadała ciekawe doznania, gdy na autostradzie do Jerozolimy wyprzedził nas zdezelowany pojazd, którego kierowca urządził sobie slalom między jadącymi samochodami. Poczuliśmy się od razu prawie jak w domu.

Takich obrazków widzieliśmy znacznie więcej i zaczęliśmy się zastanawiać, jak w takich warunkach możliwe jest w ogóle promowanie kolarstwa szosowego, co przecież było jednym z głównym celów zorganizowania tam Grande Partenza i trzech etapów.

Kiedy przy kolacji postanowiłem o tym porozmawiać z przedstawicielem tamtejszego ministerstwa turystyki, odpowiedział mi mniej więcej w ten sposób: „Nasi kierowcy nigdy nie musieli się liczyć z innymi uczestnikami dróg, bo nigdy tu takich nie było. Odkąd z ulic zniknęły ostatnie zaprzęgi konne, drogi należą wyłącznie do samochodów”. Znowu poczułem się jak w domu. Ale wtedy dodał jeszcze jedno zdanie, które dało mi do myślenia: „Jeśli amatorzy kolarstwa nie wyjadą masowo na szosy, nigdy ich nie zdobędą”.

Pozwoliłem sobie wówczas na uwagę, że to dość ryzykowna strategia, bo to kolarze w celu tej „edukacji” narażają swój niczym nie osłonięty tyłek. Uzyskałem zapewnienie, że wszyscy są oczywiście tego świadomi, ale że w ślad za ową „zachętą” idą też odpowiednie zmiany w prawie, dyscyplinujące pozbawionych wyobraźni kierowców. Kilka dni później na ruchliwej obwodnicy Beer Szewy zobaczyłem setki kolarzy. Coś w tej strategii jednak działało.

Przypomniałem sobie o tym wszystkim w ubiegłą sobotę, gdy wybrałem się na swoją rundę bocznymi drogami w okolicach Krakowa. W pewnym momencie złapała mnie ulewa, a wiejący paskudnie wiatr sprawił, że okrutnie zmarzłem. Postanowiłem skrócić sobie drogę do domu i ostatnie kilkanaście kilometrów przejechałem krajową „siódemką”. Doświadczeniami z tej przejażdżki podzieliłem się później na Facebooku i Twitterze, bo to, co zobaczyłem zjeżyło mi pod kaskiem rzadki włos na głowie.

Ktoś wówczas na Twitterze napisał, że jazda krajówką to głupota. A we mnie się zagotowało. Bo niby – na miłość boską – dlaczego? Nie ma tam zakazu jazdy rowerem. Niemal na całym przejechanym przeze mnie odcinku drogi obowiązuje 50 kmh, bo wiedzie ona przez podkrakowskie miejscowości. Z wyjątkiem kilku dojazdów do skrzyżowań na całej długości jest szerokie asfaltowe pobocze.

Pomijając wyjątkowo niski poziom przyjemności z poruszania się w ciągłym hałasie i kłębach spalin, nie ma właściwie żadnego racjonalnego powodu, by takich dróg unikać. Mam to robić tylko dlatego, żeby „nie przeszkadzać” kierowcom? Coś się we mnie na taką myśl buntuje. W jaki sposób chcemy wpłynąć na zmianę zachowań kierowców, uciekając przed nimi na boczne drogi?

W ostatnich latach skupiliśmy się przede wszystkim na tym, by rozbudowywać infrastrukturę rowerową w miastach. I w wielu miejscach osiągnęliśmy cel, chociaż tak naprawdę w większości przypadków zrobiliśmy to kosztem pieszych. Zdecydowana większość dróg rowerowych lub ciągów pieszo-rowerowych powstała kosztem chodników. Ulice „oddały” nam tylko nieliczne fragmenty na tzw. kontrapasy.

Efekt jest taki, że zamiast współdzielić to, co nazywamy „przestrzenią publiczną”, stworzyliśmy sobie odrębne enklawy, nad którymi roztoczyliśmy panowanie. Nie daj Boże, by pieszy nadepnął na ścieżkę rowerową. I nie daj Boże, by kolarz wyjechał na ulicę. Każdy zazdrośnie pilnuje „swojej” przestrzeni. Sęk w tym, że kiedy wyjeżdżamy za miasto, te ostre podziały przestają obowiązywać. I wszyscy się gubią. Nikt nie wie, jak się zachować.

Obserwuję ostatnio w Krakowie coraz powszechniejsze „wykrawanie” fragmentów ulic na ścieżki rowerowe, co jest przejawem jakiejś pozytywnej zmiany w mieście, które jakiś czas temu zupełnie skapitulowało pod naporem samochodów. Ale na dłuższą metę to wcale nie jest dobre rozwiązanie. Bo te ścieżki zawsze się w którymś momencie kończą, a wtedy dochodzi do nieuchronnego konfliktu o prawo do „panowania” na jezdni. A w nim niemal zawsze cykliści są stroną przegraną.

„Jeśli amatorzy kolarstwa nie wyjadą masowo na szosy, nigdy ich nie zdobędą”. Coraz mocniej przekonuje mnie to zdanie i sam postanowiłem, że w miarę możliwości przynajmniej od czasu do czasu stanę się uczestnikiem większego ruchu. Wyłącznie w celach edukacyjnych. By stworzyć kierowcom więcej szans na to, żeby przyzwyczaili się do mojej obecności na drodze.

Tym bardziej, że te wąskie boczne drogi tylko z pozoru są bardziej bezpieczne. Bo choć ruch na nich jest zdecydowanie mniejszy, to znacznie częściej kierowcy są tam skłonni do brawurowych zachowań. Nie zliczę, ile razy właśnie na takiej bocznej drodze zostałem minięty na przysłowiową „gazetę” przez lokalnego kierowcę, który na „własnym” kawałku asfaltu czuje się niemal całkowicie bezkarny.

Ale jest jedno zastrzeżenie. Ta „walka” o zrozumienie naszego prawa do korzystania z każdej drogi i bycie uznanym za normalnego uczestnika ruchu, nie może się odbyć również bez zmiany zachowań po stronie kolarzy. Od używania na co dzień oświetlenia po przestrzeganie reguł poruszania się po drogach w grupie. (Pozdrawiam z tego miejsca te wszystkie kilkudziesięcioosobowe ustawki, zdziwione irytacją kierowców, kiedy nie sposób ich bezpiecznie wyprzedzić).

My również jesteśmy odpowiedzialni za bezpieczeństwo kolarzy na drogach. Nie tylko uciekając z głównych dróg, by tam się poczuć niczym nieskrępowanym. Ale przede wszystkim przestrzegając prawa i zasad zdrowego rozsądku wszędzie, gdzie tylko wolno nam jeździć.

Do Trójki razy sztuka

To wspomnienie tylko pozornie nie dotyczy kolarstwa i sportu. Dotyczy mnie samego. I tego, co mnie w dużym stopniu ukształtowało.

Ktoś powie: „to tylko radio”. Nieprawda. To coś więcej. Nie niszczy się radia, tak jak nie pali się książek. To element naszej kultury. A dla nas, urodzonych w latach 70. i na Trójce wychowanych, jeden z filarów naszych osobowości.

Kilka… a może nawet jakieś… 12 lat temu (!) realizowałem dla zaprzyjaźnionego wydawcy kampanię promocyjną pewnej książki. Nie była to typowa akcja reklamowa z wykupioną powierzchnią w gazetach i spotami w radiu, ale działania oparte również o sponsoring kilku programów. Między innymi jednej z audycji w Trójce.

Do realizacji tego projektu konieczne było nagranie krótkiej zapowiedzi, typu: „na program zaprasza firma X, wydawca książki Y”. Całość miała trwać dosłownie 10 sekund. Agencja nagrała nam tę zapowiedź razem z innymi spotami. W Trójce nie przeszła. Okazała się „za mało ‚trójkowa'”, więc nagrali to po swojemu. Jedyną różnicą, jaką można było wychwycić, była nieco dłuższa pauza między dwoma członami zdania.

Na początku trochę mnie to irytowało, bo stanowiło jakąś drobną komplikację w realizacji bardzo napiętego harmonogramu, ale z drugiej strony budziło to mój najgłębszy szacunek właśnie przez dbałość o takie detale. Pozornie nieistotne, ledwo słyszalne dla ucha, ale w sumie składające się na unikalny charakter, który sprawiał, że to radio było bez pudła rozpoznawalne już po kilku usłyszanych w eterze słowach.

Odkąd pamiętam, Trójka towarzyszyła mi przez całe dzieciństwo i młodość. Nie tylko „LP3”, nie tylko „MiniMax” Piotra Kaczkowskiego, ale również „Trójka pod księżycem”, „Muzyczna poczta UKF”, „W tonacji Trójki”, czy – chociaż to już nieco później – „Noc muzycznych pejzaży” Piotra Kosińskiego.

To radio i ci ludzie w znacznym stopniu ukształtowali nie tylko mój muzyczny gust, ale również sposób patrzenia na świat: z dystansem, ironią (również wobec samego siebie) i życzliwą troską o codzienność i lepsze jutro. Przez całe życie mniej lub bardziej świadomie sprawiali mi w życiu mnóstwo przyjemności.

A na koniec nie kto inny, jak człowiek z Trójki właśnie, walnie przyczynił się do tego, że mój ubiegłoroczny ślub był najbardziej magicznym i niezapomnianym wieczorem w całym moim życiu. (Jestem Ci Margan bezgranicznie wdzięczny i mocno trzymam za Ciebie kciuki).

Nie mogę patrzeć, jak ktoś to wszystko rozwala. Serce się kraje na widok tego, jak budowana przez lata z olbrzymią pieczołowitością, troską o język, słowo i kulturę instytucja, pada ofiarą pazernej sitwy, która dla kasy i partyjnych względów niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze.

Ktoś powie, że to „tylko radio”. Nieprawda. To coś znacznie więcej. Nie niszczy się takiego radia tak samo, jak nie pali się książek. To element naszej kultury. A dla nas, urodzonych w latach 70. i na Trójce wychowanych, jeden z filarów naszych osobowości.

Nie daruję wam tego, skurwysyny.

Foto: Flickr.com / Michał Kwiatkowski

Małą łyżeczką też można się najeść. Polskie kolarstwo woli się zadławić

Polskim kolarstwem od lat rządzi mania wielkości: silna potrzeba budowania wszystkiego z wielkim rozmachem. W myśl staropolskiego „zastaw się, a postaw się”. Tymczasem najwięcej do zrobienia jest wciąż na poziomie fundamentów. Najbliżej siebie, gdzie nie wymaga to wielkich nakładów i logistyki. Ale tego unikamy, bo to na nikim nie robi wrażenia. Chociaż bez tego trudno w ogóle funkcjonować.

Od kilku tygodni obserwuję dyskusję, jaka narasta wokół decyzji szefa CCC o wycofaniu się ze sponsorowania kolarstwa. Zresztą „dyskusja” to w tym miejscu słowo mocno na wyrost, bo częściej przybiera ona postać gorzkich żali, że oto „kończy się w polskim kolarstwie jakaś epoka”, „pryska sen o potędze”, „kończą się marzenia” i tak dalej. Można w tym miejscu właściwie wstawić dowolne zdanie, które tym większy zyska poklask, czym bardziej dokopie panu Miłkowi, który – w zależności od aktualnej potrzeby lub kondycji psychicznej komentującego – przybiera postać albo zbawcy polskiego kolarstwa, albo żerującej na nim hydry, której czym prędzej trzeba odciąć łeb.

No cóż. Mogę się mylić, ale nie kojarzę żadnego wyroku, który by pana Miłka skazywał na obowiązek inwestowania w kolarstwo, więc na własne potrzeby przyjmuję założenie, że czynił to z własnej i nieprzymuszonej woli. Bo chciał, bo lubił, bo uważał, że można na tym zarobić, albo ktoś mu podpowiedział, że to świetny sposób budowania rozpoznawalności marki. Żaden z wyżej wymienionych powodów nie jest – wedle mojej najlepszej wiedzy – nielegalny, więc każdy był tak samo dobry, żeby się w to angażować.

Nie mnie więc oceniać jego intencje i nie sądzę, żeby ktokolwiek inny miał do tego wystarczająco dobry mandat. Nie czuję się również upoważniony do wytykania komukolwiek błędów, bo ten biznes – jak zresztą każdy inny – to spory poligon doświadczalny, na którym nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Z mojej perspektywy polskie kolarstwo dostało przez te wszystkie lata to, na co kompletnie nie zasłużyło: mecenat prywatnego inwestora, który widział w tym sporcie duży potencjał do rozwoju, zarówno ludzi, którymi się opiekował, jak i własnej firmy, która za to płaciła.

Wywołany koronawirusem kryzys pokazał, że był to kolos na glinianych nogach. Potwierdziła się zresztą znana od dawna prawda, że wydatki na marketing i promocję są pierwszymi, które tnie się w trudnych czasach. Nihil novi. Ta sytuacja zresztą w ogóle nie powinna nikogo dziwić, bo na wątłych fundamentach oparte jest całe polskie kolarstwo, od lat zresztą trzymające się w swojej części instytucjonalnej tylko siłą woli i życzliwej bezradności prezesa Rybaka. Ten z jednej strony chciałby po latach odzyskać swój dług, ale jednocześnie niekoniecznie chce być zapamiętany jako grabarz PZKol. Moim zdaniem nie ma się czego obawiać, bo kolejka do tego mało zaszczytnego miana jest długa.

Rzecz w tym, że tak jak polskiego kolarstwa w żaden sposób nie uratowały pieniądze CCC (choć przez chwilę było miło, nawet bardzo), tak nie uratuje go nikt inny, dopóki nie zrozumiemy, że nie da się budować żadnej trwałej wartości w sporcie bez solidnych fundamentów. A tych w kolarstwie po prostu nie ma. I nie zmienią tego nawet cysterny Orlenu z potężnymi przelewami, jeśli w ogóle kiedykolwiek przyjadą. Owszem, może byłoby trochę więcej kasy na szkolenie, może udałoby się wyłowić i wychować jakiś olimpijski talent, może nawet zdobyć medal. Ale każdy kolejny, nawet najmniejszy kryzys chwiałby tą wątłą konstrukcją w prawo i lewo. I po każdym – odpukać – upadku, trzeba by się podnosić od nowa: znowu pakować furmanki pieniędzy, znowu szukać talentów i tak w kółko.

Moim zdaniem głównym problemem polskiego kolarstwa jest mania wielkości: trudna do uzasadnienia, ale bardzo silna potrzeba budowania wszystkiego od razu z wielkim rozmachem, żeby wielkimi wartościami zrobić wrażenie na potencjalnych sponsorach. W myśl staropolskiego: „zastaw się, a postaw się”. Jak organizować wyścig, to najlepiej, żeby go od razu wpisali do kalendarza UCI. A potem taki sponsor przyjeżdża na imprezę, widzi garstkę ludzi klaszczących burmistrzowi i zniechęcony liczy w głowie, ile kasy właśnie stracił. Pół biedy, jak się jakaś wzmianka pojawi w lokalnych mediach, to może nie będzie miał do końca poczucia przegranej. Czasem sprawę ratuje lokalna internetowa „telewizja”.

Zabawne jest to, że do wyjaśnienia tego fenomenu stosuje się zwykle argumentację, że przecież w Polsce kolarstwo nie jest tak popularne, jak w Belgii czy we Włoszech, więc nie należy spodziewać się zbyt wiele. Powstaje więc dziwny paradoks: zamiast popularyzować kolarstwo, próbujemy od razu w możliwie największym stopniu zdyskontować dyscyplinę, o której wiemy, że popularna jest u nas raczej średnio. Dziwi mnie, gdy ktoś się dziwi, że to się równie średnio udaje.

Nie mówię rzecz jasna o jeździe amatorskiej, bo to zupełnie inna historia i ze sportem wyczynowym ma niewiele wspólnego. Imprezy dla amatorów to temat na inną opowieść.

Przywołując przykład Włoch, Belgii, Francji, czy innych krajów, w których kolarstwo jest popularne i których reprezentanci rozdają karty w światowym peletonie, bardzo często zapominamy o jednej prostej rzeczy: popularność dyscypliny jest tam wynikiem bardzo wytrwałej pracy u podstaw i mnóstwa systemowych rozwiązań. My chcielibyśmy, żeby popularność kolarstwa stała się powodem, dla którego należy w nie inwestować. A to jest postawienie sprawy na głowie.

Przejrzałem sobie jakiś czas temu kalendarz PZKol za ubiegły rok. W skali całego kraju wyścigów w kategorii juniorów doliczyłem się bodaj 25. Nawet zakładając, że jest ich nieco więcej, bo nie wszystkie są zgłaszane do kalendarza związku, to przyjmując, że sezon trwa u nas 7-8 miesięcy wypadnie nam średnio po 5 wyścigów na miesiąc. Może 7. W 38-milionowym kraju. Jakieś 0,5 wyścigu na województwo.

Dla wyobrażenia sobie skali: ubiegłoroczny kalendarz włoskiej federacji zawiera około 40 zgłoszonych imprez dla juniorów. Ale uwaga: tylko w maju. W całym sezonie naliczyłem ich grubo ponad 200.

Mam świeżo w głowie biografię Pantaniego, ale kojarzę też trochę innych historii wybitnych kolarzy. Zdecydowaną większość z nich łączy jedno: odkąd wsiedli na rower nieustannie się ścigali. Gdyby zapytać starsze pokolenie polskich kolarzy, pewnie opowiedzieliby to samo. Teraz niemal na każdym roku słyszę, że żeby zacząć się na serio ścigać trzeba wyjechać za granicę. O ironio: właśnie teraz, kiedy mamy coraz lepsze szosy…

To zamknijmy teraz oczy i wyobraźmy sobie piłkę nożną, w której drużyna rozgrywa jeden mecz na dwa miesiące i idzie z tym ambitnym planem do sponsora. Wątpię, czy zdążyliby dopić kawę, zanim zostaliby uprzejmie wyproszeni.

Kolejny paradoks polega na tym, że właśnie na tym najbardziej lokalnym poziomie wbrew pozorom jest najwięcej pieniędzy. Tylko trzeba się po nie schylić i nauczyć się jeść małą łyżeczką. Tu się właśnie kłania wspomniana wyżej mania wielkości i pragnienie robienia od razu rzeczy wielkich: zróbmy coś raz, ale z rozmachem. Rzecz w tym, że to tak nie działa.

Tu się przydaje elementarna wiedza z dziedziny marketingu: komunikat staje się skuteczny dopiero wtedy, gdy zostanie wielokrotnie powtórzony. Kiedyś przyjmowano, że skuteczne jest już 6-7 powtórzeń, ale dzisiaj, kiedy wszyscy funkcjonujemy w nieprawdopodobnie dużym szumie reklamowym (tzw. clutterze), albo ta liczba musi być wielokrotnie wyższa, albo komunikat musi nieść z sobą większy ładunek emocji.

Nie bez powodu w wielu dyscyplinach sportowych tak dobrze sprawdzają się rozgrywki ligowe. Nie tylko mobilizują samych uczestników i wzmacniają element rywalizacji, ale przy okazji są również znacznie atrakcyjniejsze dla sponsorów i dużo łatwiej je sprzedać. Przede wszystkim dlatego, że są cykliczne, dzięki czemu komunikat sponsorski ma szansę zostać częściej powtórzony.

Jeśli się pod tym kątem przyjrzeć organizacji kolarstwa na najwyższym poziomie, można znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego ASO i RCS Sport w pewnym sensie „zmonopolizowały” rynek wyścigów. Wykorzystały właśnie powyższy mechanizm, może niekoniecznie tworząc formalną „ligę”, ale oferując swoim biznesowym partnerom określoną cykliczność realizowanych przez siebie wydarzeń. W ten sposób mogą zagwarantować sponsorom, że ich komunikat nie tylko zostanie wyeksponowany określoną liczbę razy i nie tylko wróci do nich w postaci tzw. ekwiwalentu mediowego (który jest miarą wartości, a nie wartością, z czym często jest błędnie utożsamiany), ale że również ich zaangażowanie wróci w postaci realnej sprzedaży. Na koniec dnia przecież każdemu sponsorowi chodzi przede wszystkim o to, by sprzedać więcej tego, co akurat ma do sprzedania.

Na tym najniższym, lokalnym poziomie, działa to dokładnie w taki sam sposób, ale w mniejszej skali. Kiedy więc w zwyczajowej corocznej dyskusji przy okazji Tour de Pologne i okolicznych imprez ktoś wraca z argumentem, że „Lang nam zabiera pieniądze z rynku”, kiwam tylko głową z politowaniem. Nikt niczego nikomu nie zabiera. Po prostu szukacie na niewłaściwym rynku. Pokutujące w wielu miejscach myślenie, że „przecież Orlen u nas też ma stacje benzynowe, więc powinien dawać kasę również na nasze wyścigi”, to zupełne pomieszanie pojęć.

Po pieniądze trzeba się schylać w pierwszej kolejności najbliżej siebie. W tych samych firmach, w których zakupy robią rodziny i znajomi lokalnych zawodników i uczestników lokalnych imprez. To oni są rynkiem i z nimi oraz o nich należy na tym rynku walczyć. Pierwszy zespół Pantaniego też zdaje się sponsorowała miejscowa lodziarnia i supermarket, a wyścigi, na których startował finansowali inni lokalni przedsiębiorcy. Mercatore Uno też nie miało być mesjaszem włoskiego kolarstwa. To firma urosła dzięki sponsoringowi, prawie trzykrotnie zwiększając liczbę sklepów i zwielokrotniając przychody.

Wylewanie frustracji na właściciela CCC wydaje mi się bardzo nie na miejscu. Nie było jego rolą zbawianie dyscypliny, a gdyby nawet – nomen omen – próbował wejść w te buty, daleko by w nich nie zaszedł. Bo w polskim kolarstwie – jak wspomniałem na początku – zupełnie brakuje fundamentów. Bo tak naprawdę pod tym, co nieco na przekór naturze wyrosło i od ładnych paru lat kwitnie na najwyższym światowym poziomie, nie ma żadnego trwałego gruntu. Wypatrujemy następców Kwiatkowskiego i Majki, ale ich nie wyszukujemy i nie rozwijamy. Jeśli już, to objawiają się sami, wspierani pasją rodziców i kilku lokalnych trenerów. Ale systemowo nie robimy z tym nic, poza przepalaniem budżetowych pieniędzy na „szkolenie”, którego efektów nie jesteśmy w stanie nawet solidnie ocenić, bo się po tym szkoleniu w praktyce prawie w ogóle nie ścigamy.

Na koniec małe zastrzeżenie: celowo pewne rzeczy upraszczam, a inne przerysowuję, bo to nie ma być przepis na szarlotkę, ale publicystyczny impuls do przemyślenia pewnych mechanizmów. Jeśli więc ktoś się już w połowie wyrywał ze sprostowaniem: „ale przecież u nas ścigamy się co tydzień!”, to odpowiadam: wspaniale! W takim razie warto podzielić się tymi doświadczeniami z innymi i zachęcić ich do pracy u podstaw. Może wspólnymi siłami w końcu uda się zbudować jakiś solidny fundament. W budowanie czegokolwiek „od góry” raczej nie wierzę.

Foto: Flickr / Sean Rowe

„Ostatni podjazd” – pierwsze podejście

Już niebawem, 20 maja, nakładem wydawnictwa SQN ukaże się polskie wydanie książki Matta Rendella „Marco Pantani. Ostatni podjazd”. Miałem przyjemność poznać już efekt pracy Matta, choć słowo „przyjemność” należy w tym wypadku traktować z pewną rezerwą. Bynajmniej nie dlatego, że książka jest zła (choć można by się na siłę przyczepić do jakości przekładu), ale z tego powodu, że traktuje o sprawach, których większość z nas prawdopodobnie wolałaby uniknąć.

Spisana ręką Rendella biografia Pantaniego jest dziełem na wielu poziomach niezwykle trudnym. Karkołomne było już samo założenie, by do tematu podejść „z szacunkiem” dla osoby Pantaniego, o którym dziś bez cienia wątpliwości wiemy, że był po prostu jednym z wielu sportowych oszustów, których dziesiątki przyniosło światu kolarstwo przełomu wieków. Pisanie więc biografii oszusta, zachowując do niego odpowiedni dystans i szacunek nie musiało być zadaniem łatwym, choć Rendellowi w dużej mierze się to udało. Jego opis tamtych wydarzeń na ogół wolny jest od osądzania bohatera, za to pełen prób zrozumienia tego, co wówczas siedziało mu w głowie, co go napędzało i co sprawiało, że stał się wtedy i do dziś pozostał idolem wielu Włochów.

Drugi składnik tej trudności to niezwykle drobiazgowy opis sytuacji politycznej, gospodarczej i społecznej ówczesnych Włoch. Momentami tak skrupulatny, że ocierający się o przesadę i utrudniający lekturę. Jeśli jednak dobrze się zastanowić, okazuje się właściwie konieczny dla przełamania dość stereotypowego myślenia o Italii, jako kraju pięknych kobiet, dobrej kuchni, bogatej północy, ubogiego południa i ocierającego się dla nas o granice kiczu festiwalu w San Remo, który zresztą okazuje się jednym z ciekawych i nie znanych wcześniej wątków kariery Pantaniego. Rzeczywistość, która kształtowała młodego Pantaniego utkana była z wielu niezwykle drobnych elementów, które wpłynęły później na jego dorosłe życie. Ich poznanie pozwala lepiej zrozumieć to, co się zaczęło we wczesnej młodości późniejszego „Pirata”, co eksplodowało w hotelu w Madonna di Campiglio i co się zakończyło (lub właściwie: tylko na moment przerwało) 14 lutego 2004 roku w Rimini.

Trzecia trudność wynika ze wspomnianych we wstępie traum, które towarzyszyły Pantaniemu przez całe życie. Kompleksy, emocjonalne rozchwianie, depresja, uzależnienie od narkotyków, ale również liczne urazy fizyczne, których kolarska kariera mu nie szczędziła, składają się w obraz człowieka dużo bardziej skomplikowanego i nieprzeniknionego, niż ten, którego „znamy” z telewizyjnych relacji z wyścigów.

No i wreszcie ostatnia trudność, wynikająca ze specyficznego warsztatu, za pomocą którego Matt Rendell podchodzi do opisu tamtych wydarzeń. Jest to książka trudna na poziomie literackim, pełna niezwykle drobiazgowej analizy dokumentów, pojęć medycznych, konfrontacji – momentami dość chaotycznej – z niezliczonymi teoriami spiskowymi, jakimi ludzka wyobraźnia i potrzeba sensacji karmiły nas jeszcze przez długie lata po śmierci Pantaniego.

Rendell w żadnym wypadku nie stawia Pantaniemu kolejnego pomnika. Żadnego też nie burzy, pozostawiając tę decyzję czytelnikowi.

To, co wydaje mi się w tej książce najbardziej wartościowe, to próba odtworzenia w najdrobniejszych szczegółach całego mechanizmu, który raz wprawiony w ruch wyniósł Pantaniego na sportowy piedestał i do dzisiaj go tam utrzymuje, choć wszystkich innych oszustów zdążyliśmy już dawno strącić w niebyt.

Polecam każdemu, kto potrafi zdobyć się na chwilowe zawieszenie wcześniejszych osądów i skupić się na próbie zrozumienia pewnych mechanizmów. Ci czytelnicy z pewnością będą ukontentowani. Miłośnicy „kolarstwa romantycznego” powinni być jednak przygotowani na bolesną konfrontację z rzeczywistością. „Romantyzmu” tu na lekarstwo. Okazji do odarcia ze złudzeń – bez liku.

Matt Rendell, „Marco Pantani. Ostatni podjazd”. Wydawnictwo SQN. Premiera 20.05.2020 r. Książka dostępna w przedsprzedaży tutaj.

_______________________________________

O książce Matta Rendella rozmawialiśmy również z Adamem Proboszem, Igorem Błachutem i Kamilem Wolnickim w „pandemicznym sabacie” Tur de Tur. Czyli poniżej w pewnym sensie wersja wideo tego, co powyżej 😉

Ale to już było…

Nie ma właściwie dnia, by ktoś nie wrzucił w media społecznościowe aktu strzelistego o tym, że jak już koronawirus sobie pójdzie i wszystkie wyścigi na powrót ruszą, to wtedy nagle włączymy telewizory i będziemy się w nie gapić tak długo, aż życie wróci na właściwe tory.

No cóż… Nie chciałbym znowu zabrzmieć ja Smerf Maruda, ale to nie takie proste. Rzeczywistość bywa niestety rozczarowująca. I nie mam w żadnym wypadku zamiaru pozbawiać ludzi nadziei, ale mimo wszystko czasem warto wyjść poza własną bańkę i zrozumieć pewne mechanizmy.

Abstrahując od tego, czy przerwany sezon w ogóle się na nowo rozpocznie (tutaj pisałem nieco więcej o tym, dlaczego to niekoniecznie musi się udać), powtarzanie zaklęć, że wszyscy będziemy tak wygłodniali sportu, że raz dwa odrobimy wszystkie poniesione straty, to… no właśnie: tylko zaklęcia. Jeśli mnie pamięć nie myli, to w czasach świetności dawnego „Przekroju” była taka rubryka „Prosimy nie powtarzać”. Znakomicie się te wróżby do niej nadają.

Dlaczego?

Zacznijmy od tego, że oglądalność telewizji nie działa jak kurek z wodą, który możemy na moment przykręcić, a po ponownym odkręceniu woda popłynie dawnym strumieniem. Ubolewam na tym, bo w końcu sam w tej telewizji pracuję, ale zdaję sobie sprawę z tego, że powrót do wyników z przełomu lutego i marca (o wynikach ubiegłorocznych nie wspominając), będzie kosztował nas nieprawdopodobnie dużo pracy. I na pewno nie stanie się to wszystko jak za naciśnięciem guzika.

W dużym uproszczeniu: oglądalność bazuje na całej masie bardzo skomplikowanych procesów, ale jednym z nich jest coś, co dla jasności (nomen-omen) obrazu można nazwać przyzwyczajeniem. Tymczasem właśnie jesteśmy w sytuacji, w której ludzie swoje przyzwyczajenia zmieniają: więcej czasu spędzają w Sieci, może (oby!) trochę więcej czytają, a najprawdopodobniej zamiast sportu oglądają po prostu znacznie więcej seriali.

Netflix nie zniknie, kiedy wystartuje Tour de France. I raczej z dnia na dzień nie ograniczy swojej oferty programowej, żebyśmy się mogli nacieszyć sportem. Do sportu wrócą tylko najbardziej zdeterminowani. A z punktu widzenia chcących odrobić poniesione straty sponsorów, będzie to grupa zdecydowanie zbyt mała.

Na marginesie: pewnym pocieszeniem jest to, że w czasie izolacji coraz większa liczba odbiorców sięga w Internecie po treści płatne, co daje jakąś nadzieję, że np. Eurosport część strat poniesionych z tytułu niezrealizowanych praw odrobi w Playerze. Ale to ciągle będzie kropla w morzu…

Wracając do przykładu Tour de France: największy i najbardziej medialny wyścig świata nieprzypadkowo odbywa się zwykle w lipcu. I nieprzypadkowo jest oglądany nie tylko przez fanów kolarstwa. Tour de France w dużej mierze monetyzuje się dzięki temu, że oglądają go całe rodziny, planujące wyjazd na wakacje. Ta ekspozycja przekłada się z kolei w jakimś stopniu na to, że Francja od lat jest najchętniej odwiedzanym krajem świata, a znakomita część z prawie 89 milionów turystów pojawia się nad Loarą między lipcem a wrześniem. Najwięcej w sierpniu. Tegoroczny TDF planowany jest tymczasem na wrzesień.

Druga sprawa to fakt, że obecny (i nadchodzący!) kryzys nie dotyka tylko sportu, ale całych gospodarek. Zresztą dość jednoznacznie wypowiedziała się na ten temat pani minister sportu we Francji, która bez ogródek oznajmiła, że sport w tym roku nie będzie najważniejszy. Jak sprawdzałem przed chwilą, to wciąż była jeszcze ministrem, więc chyba coś jest na rzeczy…

Jedną z przykrych konsekwencji tego kryzysu będzie najprawdopodobniej utrata pracy przez dużą liczbę ludzi. Nawet zakładając dość odważny scenariusz, że ludzie na bezrobociu będą mieli więcej czasu na oglądanie wyścigów (lub w ogóle sportu), prędzej czy później nie będzie się dało uciec od tego, że ta grupa widzów będzie dysponowała znacznie mniejszą siłą nabywczą. A taka oglądalność, która nie przekłada się na realizowane później zakupy, jest sponsorom sportu przydatna jak świni siodło: fajny gadżet, tylko niezbyt praktyczny. A w każdym biznesie prędzej czy później chodzi o pieniądze.

Takich niuansów jest więcej, by przywołać choćby przykład z naszego rodzimego podwórka i wciąż realne widmo wycofania się CCC ze sponsorowania kolarskich drużyn. Bardzo bym nie chciał, żeby do tego doszło, ale to również nie jest tak, że jak u progu jesieni włączymy telewizory, to zaraz potem pobiegniemy do sklepów po wiosenne i letnie obuwie. Tego typu straty każda firma będzie odrabiała latami.

Last but not least: odbudowywanie ekspozycji i odrabianie strat sponsorów nie będzie również łatwe z technicznego punktu widzenia. Znakomita część wydarzeń sportowych będzie się odbywała w tym samym czasie, a ani telewizyjne anteny, ani czas widzów nie są z gumy. Oczywiście telewizje mogą uruchomić dodatkowe pasma, żeby obsłużyć w jednym czasie np. Giro d’Italia, Il Lombardię i Roland Garros. Ale oglądalność nie jest jedynym parametrem, branym pod uwagę w rozmowach z reklamodawcami. Liczy się również np. tzw. udział w rynku, a gdy kanały się magicznie rozmnożą, to udział każdego z nich w całym torcie proporcjonalnie się zmniejszy. I tak dalej…

Nie piszę tego wszystkiego po to, żeby kibicom sportu odbierać jakąkolwiek nadzieję, bo sam bardzo liczę na to, że już za moment wrócę do normalnej pracy i będę w niej spędzał długie godziny, żeby to wszystko, o czym wszyscy marzymy, przynajmniej w części mogło się spełnić.

Ale nie eskalujmy zbyt mocno oczekiwań i w miarę możliwości ograniczmy kolportowanie w Internecie nieprawdziwych informacji, że już niebawem wszystko będzie po staremu. Nie będzie. Zmieni się wszystko. Sport i jego percepcja również.

Zamiast tworzyć nierealne scenariusze, warto się raczej zastanowić, jak ten sport w przyszłości powinien wyglądać. Na jakie poświęcenia jesteśmy gotowi, żeby go nadal na takim poziomie utrzymywać. Bo że prędzej czy później odejdzie do lamusa model oparty o taki sponsoring, jaki dzisiaj znamy, tego jestem więcej niż pewien.

Foto: Flickr / brad 28

Aktywność z ograniczoną odpowiedzialnością

Pasjami uwielbiam stwierdzenie: „nie czytałem, ale moim zdaniem…”. Ewentualnie: „artykuł mi się urwał po kilku zdaniach, ale zgadzam się, że…”. No i klasyczne: „nie czytam tego szmatławca!”. Szanuję. Zwłaszcza ten wewnętrzny imperatyw, który zmusza człowieka do podzielenia się tą informacją ze światem. Ale ja nie o tym, choć do kwestii wewnętrznego przymusu jeszcze za moment wrócę.

Justyna Kowalczyk w swoim felietonie podzieliła się dość gorzką refleksją, że w tak ważnym momencie, który dotknął nie tylko sportowców, ale również wielu aktywnych amatorów, nikt z możnych świata sportu o tenże sport nie zawalczył.

W pewnym sensie jest to zrozumiałe. Nie wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, w jakim stopniu zawodowy sport w Polsce uzależniony jest od polityki. Ale jednocześnie wielu z nas wysuwa na co dzień żądania, żeby spółki skarbu państwa inwestowały w sport jeszcze więcej i więcej.

Wystarczy spojrzeć w stronę toru kolarskiego w Pruszkowie i poczytać opinie o tym, jak – zdaniem wielu ludzi – sprawa wielomilionowego długu PZKol powinna zostać rozwiązana. „Minister powinien ten dług po prostu spłacić”. Alternatywnie: „powinien go przejąć (państwowy) COS”, albo „Orlen nie powinien był wycofywać się ze sponsoringu”. I tak dalej.

Jak okiem sięgnąć niemal cały profesjonalny sport w tym kraju jest w większym lub mniejszym stopniu przynajmniej pośrednio zależny od państwowych pieniędzy. Kto miałby w takiej sytuacji bronić sportu przed decyzjami rządzących? Kto odważy się warknąć na rękę, która go karmi?

Jeśli spojrzeć na decyzyjny chaos, jakim niemal każdego dnia częstuje nas miłościwa władza, obraz naszej rzeczywistości staje się jeszcze bardziej ponury. Bo oto nie dość, że w żaden sposób nie wyeliminowaliśmy najważniejszego zagrożenia, z którym – przynajmniej w teorii – próbujemy walczyć, to jeszcze doprowadziliśmy do sytuacji, w której nagle otwarto przysłowiowe klatki i wypuszczono zgłodniałych ruchu ludzi, bo sobie poszli pobiegać. W maseczkach. Ryzykujących własnym zdrowiem, by się nie zarazić i nie zaryzykować zdrowiem. Trudno o większy absurd, a podejrzewam, że to jeszcze nie jest nasze ostatnie słowo. Tradycję w stawaniu na skraju przepaści i robieniu kroku naprzód mamy w końcu dość bogatą.

Zasadniczo zgadzam się z tezą, którą postawiła Justyna, ale rozwinąłbym ją jeszcze w nieco innym kierunku. Mnie osobiście w tym wszystkim zabrakło ludzi sportu, którzy by powiedzieli reszcie, jak zadbać o siebie w sposób odpowiedzialny i mądry.

Kiedy przed miesiącem opublikowałem tutaj tekst o bieganiu za rzucanym przez władzę patykiem, będący w istocie krytyką naszego powszechnego konformizmu i braku społecznej wrażliwości i odpowiedzialności, posypały się zewsząd gromy, że się niepotrzebnie czepiam, bo przecież prawo „pozwala” na aktywność, więc ludzie będą biegać i jeździć. Bo mogą. W prywatnej korespondencji dostałem za to sporo wiadomości, z których wynikało, że ludzie zasadniczo zgadzają się z tym, co napisałem, ale brakuje im podobnego zdania ze strony sportowych autorytetów.

Sportowcy tymczasem albo wdali się dyskusję o meandrach interpretacji rządowych rozporządzeń, albo – jak napisała Justyna – „popłynęli z prądem” i zaczęli pracę nad swoim core stability.

Zabrakło tylko jednego: prostego i zdecydowanego przekazu z jakiego właściwie powodu to robią. Wszelkie wyjaśnienia zastąpiono hasztagiem #zostańwdomu. Dobre i to, choć ludzie wciąż nie rozumieli, dlaczego właściwie mają siedzieć w domach, skoro władza otwiera im furtkę do wyjścia na zewnątrz. Inna sprawa, że za tą furtką zwykle czekał patrol policji, ale wtedy dyskusja schodziła na zupełnie inny temat. O istocie sprawy nie mówił właściwie nikt.

Być może jest to moja prywatna fiksacja, ale w sprawach związanych ze zdrowiem nie zwykłem ufać ani władzy, ani ludowej mądrości. Za grosz nie wierzę rządzącym, którzy najpoważniejszy od ośmiu dekad kryzys próbują wykorzystać do umocnienia swojej władzy. Nie wierzę w skuteczność podejmowanych przez nich decyzji, które nie służą wyłącznie jednemu celowi: walce z epidemią. W tej materii wierzę wyłącznie lekarzom i naukowcom. Wnioski staram się wyciągać bezpośrednio z liczb i analiz, w żadnym wypadku z ich domorosłych interpretacji. A liczby na razie mówią właściwie jedno: w walce z pandemią sukces jest wciąż przed nami.

Brakuje mi głosu jakiegokolwiek autorytetu, którego w końcu posłuchałaby nasza władza, zamiast się miotać między skrajnie głupimi rozwiązaniami, jak choćby sławetne zamykanie lasów. Brakuje mi wizji, w oparciu o którą można zbudować jakąś konkretną strategię: „na taki czas ograniczamy określonego rodzaju aktywność, takie i takie rozwiązania chcemy zastosować, w takim terminie chcemy osiągnąć określony efekt”.

Tak, jak zrobili to chociażby Czesi, którzy skupili się tylko na jednym: opanowaniu kryzysu. Oni swój sukces już osiągnęli, przynajmniej częściowo. I właśnie wracają do wciąż ograniczonej, ale względnej normalności.

A my? Wciąż tak naprawdę nie wiemy na czym stoimy. „Do odwołania” – to nasza jedyna strategia i jedyny pewny termin.

Wiele się u nas mówiło o „modelu szwedzkim”, w którym władza bardzo ostrożnie gospodaruje wszelkimi ograniczeniami. Nie podejmuję się dyskusji o tym, czy ów model okazał się sukcesem, bo na razie ani liczby o tym nie świadczą, ani sami Szwedzi nie są do końca przekonani, czy podjęte w ich imieniu decyzje były tymi, których oczekiwali. Przywołuję ten przykład z innego powodu: do wprowadzenia „modelu szwedzkiego” nie trzeba zbyt wielu administracyjnych decyzji. Wystarczy zacząć zachowywać się jak Szwedzi, którzy bez rozporządzeń ze strony rządzących w ogromnym stopniu ograniczyli się sami. My nadal biegamy za rzuconym patykiem i czekamy na wieści, jakież to nowe fascynujące rozwiązanie jutro lub pojutrze zaproponuje nam władza.

Za stwierdzeniem Justyny, że „nikt o sport nie zawalczył” kryje się dla mnie jeszcze jedno przesłanie: nikt nie powiedział, jak w tej sytuacji uprawiać go mądrze. Zresztą nie tylko w czasie pandemii, ale również na co dzień.

Wśród wielu argumentów broniących uprawiania sportu za wszelką cenę i mimo wciąż realnego zagrożenia, najczęściej pojawia się ten, że ludzie po prostu „muszą”.

Rozumiem rzecz jasna wszystkie korzyści, jakie płyną z przewietrzenia sobie głowy. I doskonale zdaję sobie sprawę, że endorfiny i adrenalina mają właściwości uzależniające. Ale kiedy aktywność staje się przymusem, zapala mi się jakaś ostrzegawcza lampka. Kiedy nałóg zaczyna rządzić naszym życiem, bez względu na to jak dobrze uzasadniony, staje się zwyczajnie groźny. Dla więzów rodzinnych, dla portfela i dla otoczenia.

Dla mnie osobiście jakikolwiek przymus stoi w całkowitej sprzeczności z przyjemnością. Może właśnie dlatego uparcie odrzucam ten argument o „konieczności”? Bo zdając sobie sprawę, że codzienna aktywność jest dla nas ze wszech miar korzystna i potrzebna, to jednak mimo wszystko chciałbym, żeby była jeszcze przyjemna.

Dlaczego ten show musi trwać?

OK. Spróbujmy jakoś podsumować to, co dziś wiemy.

  • Po czterech miesiącach od wykrycia wirusa mamy na dziś (niedziela, 19 kwietnia) niespełna 2,4 mln potwierdzonych przypadków zachorowań na świecie. Drugi milion przybył w ciągu 13 dni. Kolejny prawdopodobnie będzie potrzebował ok. 10 dni.
  • Rządy dotychczas zaraportowały śmierć ponad 160 tys. osób, ale do tej liczby nie należy się zbytnio przywiązywać. W niektórych krajach (np. w Polsce) w tej statystyce nie są w ogóle ujmowane zgony niepotwierdzone bezpośrednim testem, w innych (np. USA, Chiny) dane o przypadkach niepotwierdzonych, ale prawdopodobnych, są uzupełniane z opóźnieniem.
  • Wbrew wielu popularnym w mediach społecznościowym opiniom liczba zachorowań nie maleje. Owszem, stopniowo zmniejsza się dynamika ich przyrostu, ale to jest zupełnie coś innego. Nawet biorąc pod uwagę wciąż rosnącą liczbę wyzdrowiałych (ponad 600 tys.), to liczba aktywnych przypadków każdego dnia nieustannie rośnie.
  • Tym bardziej nie maleje liczba zgonów, które – poza dwoma niezbyt dobrze udokumentowanymi przypadkami sprzed ok. 2000 lat – są procesem raczej nieodwracalnym. W przypadku zgonów trudno mówić nawet o jakichkolwiek trendach, bo dzienne dane potrafią się różnić o +/- kilkadziesiąt procent.
  • Trzy najmocniej dotknięte skutkami pandemii kraje w Europie to Włochy (23,2 tys. ofiar), Hiszpania (20 tys.) i Francja (19,3 tys.). Zupełnym przypadkiem w tych właśnie krajach wciąż planowane są trzy największe wyścigi kolarskie w tym sezonie (do tego za moment wrócimy).
  • Wiemy również, że część osób przechodzi COVID-19 bezobjawowo, co jednak nie wyklucza możliwości zarażania się od nich innych ludzi. Tu ciekawy przykład takiej sytuacji. Jedynym sposobem wykrycia takiego „nosicielstwa” jest regularne wykonywanie testów. Tymczasem liczba wykonanych testów waha się w różnych krajach od promila do ledwie kilku procent w stosunku do wielkości społeczeństwa.
    Aha! Wykonanie 1000 testów nie oznacza, że przebadano 1000 osób. Wiele osób (np. służba zdrowia) jest naturalnie badanych wielokrotnie. Na marginesie: w Polsce w tej statystyce przodują podobno politycy (ci sami, którzy odebrali to prawo lekarzom).
  • W Wuhan niemal natychmiast po częściowym zniesieniu ograniczeń zanotowano wzrost liczby zachorowań. Co prawda jednorazowy, ale mając na uwadze dyskusyjną przejrzystość polityki informacyjnej Państwa Środka warto odnotować.
  • Już dziś mówi się bez ogródek, że jesienią czeka nas druga fala pandemii (o ile pierwsza zdąży w ogóle wyhamować).
  • Japończycy zaczynają przebąkiwać, że organizacja igrzysk olimpijskich w Tokio może nie dojść do skutku nawet po ich przeniesieniu na przyszły rok. Raz, że bez szczepionki może to być wciąż zbyt niebezpieczne, a dwa: Japończycy zaczynają rozumieć w jak głębokim kryzysie się znaleźli, zwlekając z poprzednią decyzją i udając przed światem, że wszystko jest pod kontrolą. Okazało się, że bardzo nie jest.
  • Coraz częściej pojawiają się informacje, że koronawirus pozostanie z nami znacznie dłużej, niż byśmy sobie tego życzyli. Rok 2022 jest w tej chwili dość wciąż dość ostrożnym szacunkiem.
  • Jakaś dobra wiadomość? Badania w Holandii wykazały, że ok. 3% ludzi nabyło odporność na działanie koronawirusa. Co prawda to oznacza, że 97% jej (jeszcze) nie ma, ale od czegoś trzeba zacząć.
  • No i sprawa najważniejsza: wszystkie, dokładnie wszystkie podjęte dotąd działania, począwszy od dystansu społecznego, po pełny lockdown, są wyłącznie sposobami na ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa, a nie na walkę z nim. Dopóki nie zostanie wynaleziona i – co nie mniej ważne – upowszechniona szczepionka, ludzkość bardziej będzie uciekać przed zagrożeniem, niż je likwidować.

Tyle fakty. Po co o tym wszystkim piszę? O tym za moment.

Najpierw małe zastrzeżenie: uprzejmie proszę w tym miejscu o darowanie sobie wszelkich porównań ze „świńską grypą”, SARS, MERS, grypą sezonową etc.

Po pierwsze: z metodologicznego punktu widzenia te dane są zupełnie nieporównywalne, bo w żadnym poprzednim przypadku nie zastosowano takich ograniczeń, jak obecnie. To oznacza, że nie wiemy, jak wyglądałyby powyższe liczby, gdyby tych ograniczeń nie było. Chcieli to sprawdzić Brytyjczycy, ale szybko im przeszło (i słusznie). Niemniej już na etapie symulacji wychodziło im, że trzeba się liczyć z setkami tysięcy ofiar – tylko w UK. A mnie nieszczególnie interesuje „co by było, gdyby…”

Po drugie: nie zamierzam wdawać się w spory dotyczące interpretacji tych danych. Zdaję sobie doskonale sprawę, że operuję na dużych uogólnieniach i choć pewne wartości są raportowane w podobny sposób, kryją się za nimi zupełnie inne składniki (jak w przypadku wspomnianej wyżej liczby zgonów, czy samych danych o zachorowaniach, uzależnionych od liczby wykonanych testów).

Chodzi o pokazanie tylko jednego: na razie – mówiąc dość oględnie – raczej nie wygrywamy.

Tymczasem już od prawie dwóch miesięcy niemal codziennie przeglądam dziesiątki informacji o pomysłach na dokończenie lig, wznowienie treningów, rozegranie przełożonych na bliżej nieokreśloną przyszłość spotkań, czy organizację odroczonych imprez. Jak chociażby Tour de France, którego nowy termin poderwał niemal całą kolarską społeczność, choć na poziomie racjonalnym w jego organizację wierzą prawdopodobnie tylko nieliczni, a pozostali na wszelki wypadek zastrzegają sobie możliwość wycofania się rywalizacji, gdyby okazała się ona nie dość bezpieczna.

Podczas wczorajszej rozmowy w Radiu Gol Michał Rawa zadał nam pytanie: „czy w tej sytuacji nie byłoby lepiej po prostu wszystkiego odwołać i zacząć na serio myśleć już o kolejnym sezonie?”. W końcu przecież wszystko wskazuje na to, że i tak zmierzamy w tę stronę.

Na szybko przyszły mi do głowy dwie odpowiedzi, dlaczego wciąż tak kurczowo trzymamy się tegorocznego kalendarza i gotowi jesteśmy go nieustannie naginać i modyfikować.

Po pierwsze: jest to niezbędne dla podtrzymania motywacji zawodników. Niby to oczywistość i niby „tylko data”, a jednak podkreślają to wszyscy: ta data pozwala znaleźć jakiś punkt odniesienia i cel, do którego wszyscy mogą zmierzać. Po drodze będzie do rozwiązania całe mnóstwo problemów, jak choćby bardzo nierówne warunki do treningów, na co niedawno zwracał uwagę np. Tom Dumoulin. Ale nie zmienia to rzeczy najważniejszej: jest cel, więc jest też powód, dla którego warto podtrzymywać ciągłą gotowość i zaangażowanie treningowe.

Drugi powód ma ścisły związek z tym, wokół czego kręci się ten cały biznes: z pieniędzmi. Pozyskiwanie funduszy na organizację imprezy nie należy do najłatwiejszych, a już na pewno nie jest rzeczą, która się dzieje szybko. Pomijam tu kwestie proceduralne, związane z podpisywaniem umów, ale sam proces uzgodnień odpowiednich świadczeń i ich wartości bywa bardzo długotrwały. Zwłaszcza w przypadku tak wielkiej imprezy jak TDF, gdzie do pogodzenia jest mnóstwo interesów, często całkowicie z sobą sprzecznych.

Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że część tych świadczeń rozliczana jest post factum, czyli strony umawiają się na określone świadczenia, ale rozliczają je dopiero po realizacji wszystkich zadań. To daje organizatorom pewną elastyczność w kwestii terminów, pomijając oczywiście ograniczoną pojemność samego kalendarza.

Ale to rozwiązanie tworzy również nieco przestrzeni dla sytuacji, której wszyscy byśmy sobie życzyli, czyli np. wypracowania szczepionki i odpowiednio szybkiego rozdystrybuowania jej wśród kibiców, ustawiających się przy trasie wyścigu. Abstrahuję oczywiście od dzisiejszego prawdopodobieństwa zaistnienia takiej sytuacji, ale czysto teoretycznie można przyjąć, że coś takiego się wydarzy.

Gdyby organizator dziś odwołał imprezę i w ślad za tym rozwiązał wszystkie umowy, proces ich ponownych uzgodnień prawdopodobnie storpedowałby możliwość rozegrania wyścigu, nawet gdyby okoliczności na to pozwoliły.

Oczywiście znacznie trudniej mają wszyscy ci, którzy zainkasowali część gotówki z góry, np. z tytułu praw telewizyjnych. Nic dziwnego, że FIFA i UEFA w pocie czoła pracują nad możliwością dokończenia lig i rozstrzygnięcia pucharów, bo tam część niemałych pieniędzy już została wypłacona i lada moment staną przed koniecznością wykonania przelewów w drugą stronę. Tu różnica jednak polega na tym, że mecz piłkarski można rozegrać przy pustych trybunach. Wyścig kolarski bez udziału kibiców trudno sobie w ogóle wyobrazić. Chyba że rozgrywany byłby w całkowitej tajemnicy, ale chyba nie o to nam chodzi.

To pytanie Michała dało mi jednak do myślenia i w końcu przyszło mi do głowy, że kierunek, w którym kombinują organizatorzy wyścigów, pokrywa się niemal doskonale z tym, w którą stronę wędrują myśli rządzących, powtarzających w kółko mantrę o potrzebie „odmrażania” gospodarek.

Na ekonomii znam się umiarkowanie, ale intuicja mi podpowiada, że dogmatyczne dążenie do przywrócenia dotychczasowego porządku będzie raczej skazane na porażkę. To mleko się już wylało i wpychanie go na siłę do butelki przyniesie opłakane skutki.

Nie umiem sobie dzisiaj wyobrazić jaki sens miałoby na przykład ponowne odbudowywanie kolarstwa wokół UCI, która w sytuacji zagrożenia całej dyscypliny – delikatnie mówiąc – raczej nie stanęła na wysokości zadania? Jaki cel zostałby zrealizowany, gdybyśmy teraz próbowali ratować federacje narodowe, które w obliczu kryzysu jedna po drugiej okazują się kompletnie niewydolne i – nie ma co owijać w bawełnę – zupełnie niepotrzebne. Jakie bezpieczeństwo i stabilność jest w stanie zapewnić zespołom model oparty o sponsoring, który nawet w codziennych okolicznościach zmusza je do skomplikowanej ekwilibrystyki, by przedłużyć kontrakt o kolejny rok?

Moim skromnym zdaniem teraz właśnie jest odpowiedni moment na zadawanie tego typu pytań i szukanie na nie odpowiedzi. Być może świat już je zna, tylko musi odkryć ich zastosowanie dla innych dyscyplin (vide: komercyjne federacje w sportach walki, znane z innych biznesów modele crowdfundingowe, może idea całego sportu, dostępnego w modelach pay-per-view itp.). A może musi ich w tym momencie poszukać na nowo? Nie wiem.

Jestem jednak pewien, że kluczem do wyjścia z tej sytuacji na pewno nie jest udawanie, że już za chwilę wszystko wrócić do normy i będziemy mogli żyć jak dotąd. Już dziś wiemy, że to jest bardzo mało prawdopodobne. Najpierw musimy się nauczyć wygrywać z zagrożeniem. A w tej materii sukces jest jeszcze przed nami.

I na koniec jeszcze jedno zastrzeżenie: piszę to wszystko z pozycji faceta, którego codzienne życie w dużej mierze zależy od tego, co dzieje się w sporcie. Od blisko dwóch miesięcy dzień w dzień przeglądam tysiące informacji z Covid-19 w roli głównej. Jak kania dżdżu pragnąłbym już się zająć czymś innym. W normalnych okolicznościach dziś zapewne pisałbym materiał z Amstel Gold Race. Bardzo za tym tęsknię, jak my wszyscy. I też chętnie poszedłbym na rower.

To nie jest przejaw pesymizmu czy braku wiary. Jako dziennikarza interesuje mnie przede wszystkim zrozumienie procesów, które właśnie zachodzą. I w miarę możliwości chłodna ocena tego, co się w tej chwili dzieje oraz tego, jakie to może mieć dla nas wszystkich (w tym dla mnie) skutki w przyszłości. Nie mam niestety szklanej kuli, mogę więc wnioskować tylko na bazie tego, co wiemy. A w tym momencie i z tą wiedzą, jaką posiadam, nie czuję się upoważniony do roztaczania hurraoptymistycznych wizji. Na razie ten mecz przegrywamy. Ale wciąż wierzę, że w końcu uda nam się go wygrać.

Tylko do tego powinniśmy – jak to zwykli mówić futbolowi komentatorzy – zmienić obraz naszej gry. Przed nami jeszcze sporo wiraży przed szczytem Stelvio.

Foto: Flickr / bazaarboy

E-wyścigi? Chyba nie-e

OK, wszystko rozumiem. Na bezrybiu i rak ryba, a potrzeba matką wynalazków. Ale jeśli już jesteśmy przy przysłowiach, to przypomnę, że na pochyłe drzewo i Salomon nie naleje. Czy tam, że z pustego. Całkiem na miejscu byłoby też słynne porównanie, że różnica między wyścigiem kolarskim a e-wyścigiem, to jak różnica między krzesłem, a krzesłem elektrycznym.

Fajna była ta zabawa w wirtualną edycję De Ronde, ale jeśli kiedyś miałyby się ziścić proroctwa, że niebawem tak będzie wyglądał cały sport, to ja chyba podziękuję. Nie chciałbym dożyć tego dnia. I bynajmniej nie dlatego, że mam coś przeciwko tego typu rywalizacji. Chodzi bardziej o dogmaty. O to, co właściwie nazywamy sportem.

Dla mnie osobiście jednym z fundamentów uczciwej sportowej rywalizacji jest to, że wszyscy startują w tych samych warunkach. Tymczasem wiele do myślenia dała już obserwacja samego startu wirtualnej edycji wyścigu we Flandrii, gdzie część zawodników wystartowała, a część wciąż czekała, aż ich zegar skończy odliczanie. Być może nie miało to jakiegoś wielkiego znaczenia, ale – jak to się mówi – niesmak pozostał. Długość skarpetek też zasadniczo nie ma wielkiego znaczenia, a wszyscy wiemy, jaka jest rzeczywistość…

Być może 30 wirtualnych kilometrów to również nie jest dystans, na którym identyczne warunki miałyby jakiś istotny wpływ na wynik, ale z punktu widzenia uczciwej rywalizacji byłoby całkiem zasadne, żeby wszyscy startowali mniej więcej w podobnych okolicznościach przyrody. Tymczasem oglądaliśmy zawodników kręcących w pokoju, w ogrodzie, w garażu (lub piwnicy), w różnych temperaturach, różnej wilgotności, z różną siłą „wiatru” z wentylatorów itd.

Rozumiem oczywiście powody, dla których zostało to w ten sposób zorganizowane. Rozumiem emocje, jakie ta rywalizacja budziła. Bardzo się cieszę z wygranej Grega, zwłaszcza w takim momencie, kiedy CCC zaczęło niebezpiecznie balansować na krawędzi przepaści. Zrozumiem, jeśli przez jeszcze jakiś czas będzie nam dane cieszyć się wyłącznie tego typu substytutami wyścigów.

Ale wobec nazywania tego „sportem” i dopatrywania się w tym jego przyszłości, jestem mimo wszystko bardzo sceptyczny. O ile widzę wiele sensu we „wspólnych” treningach w wirtualnej przestrzeni, o tyle mam nadzieję, że „poważna” rywalizacja w wirtualnym świecie długo jeszcze nie stanie się naszą rzeczywistością. Również z tego powodu, że – mam bardzo poważną obawę – w tym formacie bardzo szybko nam się znudzi.

Nie wydaje mi się to „nowym początkiem” sportu. Raczej jego dość smutnym końcem.