Chwała poległym w walce z pieszymi…

Dyskusja o pierwszeństwie pieszych byłaby może ciekawa, gdyby faktycznie wprowadzano do prawa coś zupełnie nowego i rewolucyjnego. Ale podobne rozwiązania w naszym prawie o ruchu drogowym już istnieją i nikogo nie dziwią. No… prawie nikogo.

Przyznam, że jestem nieco zaskoczony pozytywnym odbiorem posta, w którym postuluję, żeby nieco zwolnić i uwolnić się od drogowego szaleństwa, w jego rozmaitych odmianach: od potrzeby jazdy samochodem po zapałki poczynając, na nadrzędnym imperatywie „trzeba zapierdalać!” kończąc.

Istnieje oczywiście duże prawdopodobieństwo, że zbieżność poglądów moich oraz ludzi, komentujących tamten wpis na Twitterze lub Facebooku, może wynikać po prostu z tego, że należymy do tej samej tzw. bańki komunikacyjnej. Nawet jeśli tak jest i wydaje nam się we wnętrzu bombelka, że jest nas całkiem sporo, warto mieć świadomość, że wciąż jesteśmy w zdecydowanej mniejszości.

Okazuje się, że ktoś nawet policzył w jak małej. Jak wynika z długo ukrywanego przed opinią publiczną raportu Ministerstwa Infrastruktury, aż 90% kierowców przekracza dozwoloną prędkość w okolicach przejść dla pieszych. Nie bez powodu odwołuję się właśnie do tych badań, bo do poprzedniego wpisu siadałem właśnie zdemolowany poziomem dyskusji, dotyczącej wciąż jeszcze odległej, ale gdzieś tam planowanej zmiany, polegającej na drobnej, acz istotnej zmianie, związanej z zasadą pierwszeństwa na przejściu dla pieszych.

Dzisiaj jest tak, że pieszy ma pierwszeństwo na przejściu dla pieszych wtedy, gdy już się na nim znajduje. Docelowo ma być tak, że kierujący będzie miał obowiązek ustąpienia pierwszeństwa pieszemu w chwili, gdy ten się będzie do przejścia zbliżał.

Zmiana z pozoru niewielka, ale wśród wielu kierowców wywołuje objawy histerii. Poziom argumentów, po jakie sięgają w tej dyskusji, dosłownie zwala z nóg. Zresztą… jak ktoś ma sporo czasu, to może się zagłębić w lekturę komentarzy pod postem z zapowiedzią rzeczonej zmiany, na przykład tutaj (choć takich miejsc w sieci znajdziemy dosłownie setki). Jak ktoś ma nieco mniej czasu i woli dyskusję na nieco wyższym poziomie, polecam obserwowanie na Twiterze profilu Łukasza Zboralskiego, szefa serwisu BRD24.pl, który cierpliwie i konsekwentnie, powołując się na dziesiątki rozmaitych badań walczy z wiatrakami absurdalnych przekonań. A walka to bardzo nierówna.

Od razu drobne zastrzeżenie: nie wszystkie argumenty, po które sięgają dyskutujący, są zupełnie od czapy. Absolutnie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że bezpieczeństwo pieszych na przejściach zależy również od poprawy infrastruktury. To prawda. Sytuacje, w których przejścia dla pieszych prowadzą przez dwupasmową drogę z dużym natężeniem ruchu, a ruch na nich nie jest regulowany światłami, są niestety wciąż bardzo częste. W niektórych przypadkach nie są nawet oświetlone (vide np. droga nr 7 między Tarczynem a Grójcem). Takie miejsca powinny jak najszybciej zniknąć z mapy.

W miastach sytuacja również często nie wygląda wiele lepiej, ale w miastach co do zasady obowiązuje ograniczenie prędkości do 50 kmh i gdyby tylko kierowcy zechcieli się do niej stosować, wszystkim byłoby dużo łatwiej. Niemniej to prawda, że wciąż są miejsca, przez które przejazd wywołuje gęsią skórkę nawet mimo stosowania się do ograniczeń. Ja przeżywam taki horror za każdym razem, gdy po zmroku jadę aleją Andersa w Krakowie, na której oświetlenie jest rozmieszczone w taki sposób, że niemal wszystkie przejścia dla pieszych, a jest ich tam niemało, giną w mroku. Wzrok mam nadal niezły, ale mimo to jestem tam szczególnie ostrożny.

Wracając jednak do tych dyskusji o obowiązku ustąpienia pieszym zanim jeszcze wejdą na przejście. Sprawa nie byłaby tak absurdalna, gdyby nie fakt, że w polskim prawie o ruchu drogowym istnieją co najmniej dwie sytuacje, które można by uznać za analogiczne do wspomnianego obowiązku ustąpienia pierwszeństwa pieszemu, zbliżającego się do pasów.

Pierwsza z nich to zapalenie się żółtego światła na sygnalizatorze, które wprost oznacza „zakaz wjazdu za sygnalizator, chyba że w chwili zapalenia się sygnału pojazd znajduje się tak blisko sygnalizatora, że jego zatrzymanie się nie jest możliwe bez gwałtownego hamowania”. Z polskiego na nasze oznacza to tyle, że jak zapali się żółte światło, to kierowcy mają obowiązek się zatrzymać. Niestety, w polskich realiach oznacza to tyle, że zapalenie się żółtego światła powoduje wciśnięcie do podłogi pedału gazu. „Zmieścisz się, śmiało”. Niemało jest takich, którzy odróżniają (pojęcia nie mam w jaki sposób) „wczesne żółte” od „późnego żółtego”, względnie od „wczesnego czerwonego”, przy czym w każdym wypadku uważają zapalenie się tego światła za zachętę do dalszej jazdy.

Sytuacja z wejściem pieszego na przejście jest niemal doskonale analogiczna. Według dzisiejszych przepisów pieszy zyskuje pierwszeństwo w chwili, gdy wejdzie na przejście. Kierowca w tej sytuacji ma obowiązek się zatrzymać. To jest dokładnie tak samo, jak gdyby zaraz po zielonym (pieszy przed przejściem) miało się zaświecić czerwone (pieszy na przejściu). Wprowadzenie zasady ustąpienia pierwszeństwa pieszemu w chwili, gdy zbliża się on do przejścia, to odpowiednik żółtego sygnału: masz obowiązek się zatrzymać, chyba, że jesteś na tyle blisko, że wymagałoby to gwałtownego hamowania. Przed podjęciem decyzji o tym, jak powinieneś się zachować, musisz to tylko sprawdzić. Przed czym my tu się tak gwałtownie bronimy?

Drugą sytuacją, którą można porównać z ustąpieniem pierwszeństwa pieszemu przed wejściem na przejście jest zasada ruchu, stosowana przy znaku „ustąp pierwszeństwa przejazdu”. Oznacza ona, że podczas zbliżania się do skrzyżowania z drogą z pierwszeństwem przejazdu należy zachować ostrożność i ustąpić pojazdom, które znajdują się na tej drodze. Na drodze. Nie „na skrzyżowaniu”. To również wymaga od kierowcy ostrożności i zwrócenia swojej uwagi w tę stronę, z której może nadejść potencjalne zagrożenie. I to zwykle wystarcza do podjęcia właściwej decyzji.

Wyobraźmy sobie sytuację, że wprowadzamy do ruchu drogowego zasadę, że natychmiast po zielonym zapala się czerwone, a pierwszeństwa ustępujemy tylko tym pojazdom, które znajdują się na skrzyżowaniu. Nastałyby chaos i zniszczenie. Ale ta sama zasada, obowiązująca na przejściach dla pieszych już nikomu nie przeszkadza. Fakt, że piesi w Polsce masowo na przejściach giną, to oczywiście wina tego, że pakują się pod koła ze smartfonami w ręku i w słuchawkach na uszach. Tyle tylko, że te mity dość skutecznie obala przywołany na wstępie ministerialny raport.

Polscy mistrzowie kierownicy nie ustają w wymyślaniu wyimaginowanych sytuacji, które ich zdaniem skomplikują wszystkim życie. „Dwie baby gadające przy przejściu”, którym kierowcy rzekomo mieliby ustępować, tworząc kilometrowe korki, lada moment przejdą do legendy. Podobnie jak piesi radośnie wbiegający na przejście, którzy teraz mieliby to robić częściej i w majestacie prawa. Tyle, że to również nieprawda, bo takie przypadki są marginalne, a prawo o ruchu drogowych ostrożności i zdrowego rozsądku wymaga od pieszych dokładnie w takim samym stopniu, jak od kierowców.

Ale źródło tych nieporozumień tkwi jeszcze w innym miejscu: w absolutnym braku kultury na drodze i w posuniętym do granic możliwości egoizmie. To on jest głównym powodem tego, że na drodze zupełnie zapominamy o tym, że jednym z naszych obowiązków jest dbanie o bezpieczeństwo nie tylko własne, ale również innych uczestników ruchu. Zwłaszcza słabszych.

Zamiast tego doprowadziliśmy do sytuacji, w której ustąpienie pierwszeństwa rowerzyście lub pieszemu jest przez kierowcę traktowane jak zamach na jego prawa. Tymczasem tak naprawdę koszt kultury i życzliwości na drodze ogranicza się wyłącznie do kilku niewielkich ruchów stopą. Z punktu widzenia strat energetycznych nie powinno to pochłonąć nawet jednej kalorii, na ten ruch wystarczy nawet jedno ziarenko sezamu z Big Maca.

Jedyne, co tak naprawdę może ucierpieć w wyniku kultury i życzliwości na drodze, to przerośnięte ego. I niewykluczone, że wyłącznie o to się właśnie tutaj rozchodzi.

Foto: Paweł Sawicki / Flickr

A gdyby tak, bardzo przepraszam, trochę… zwolnić?

Dwie rzeczy na tym świecie budzą tak naprawdę moją ciekawość. Co się dzieje z tymi wszystkimi haczykami na ubrania, które wiecznie ktoś odkręca w toaletach? I gdzie my się do licha tak ciągle spieszymy?

Popularne powiedzenie głosi, że mężczyźni zwykle do pewnego momentu rosną, ale nigdy nie dorastają. Coś w tym jest, ale ja mimo wszystko obserwuję u siebie pewne zmiany, choć nie jest wykluczone, że po prostu zaczynam się starzeć. Mimo wszystko jednak biorę za dobrą monetę odkrycie, że pewnych rzeczy w życiu już nie muszę. Tak naprawdę nie musiałem nigdy, a teraz po prostu nie muszę bardziej. Na przykład: nie muszę się nigdzie spieszyć. Albo nie muszę we wszystkim być najlepszy. Ba! Nawet nie muszę być dobry, a i tak mogę być szczęśliwy i spełniony.

Pierwszy raz dało mi do myślenia, gdy razem z dwoma przyjaciółmi rozważaliśmy podbicie świata marketingu sportowego. Ja prowadziłem małą firmę, zajmującą się komunikacją, a oni właśnie pożegnali uroki pracy w medialnym korpo. Mieliśmy w ręku wszystkie niezbędne atuty, żeby odnieść sukces, ale wątpliwości zasiał w nas pewien znajomy biznesowy coach. Podpowiedział nam, że dobrze byłoby, żebyśmy się gruntownie „zmapowali” i poznali nawzajem swoje nie zawsze uświadamiane kompetencje i uzdolnienia. Chodziło o sprawdzenie, czy przypadkiem nie stworzymy spółki, złożonej z trzech facetów, z których każdy niby umie wpisać coś w excela, ale żaden tak naprawdę nie lubi tego robić.

Trochę było nam szkoda kasy na takie badanie. Chwilę wspólnie popracowaliśmy, zrealizowaliśmy razem kilka fajnych projektów, ale ostatecznie zarzuciliśmy mocarstwowe plany i każdy poszedł w swoją stronę. Za stwierdzenie, że wyżej sobie cenią naszą przyjaźń i nie są skłonni ryzykować jej na rzucanie się w nieznane wody, do dziś chłopakom jestem wdzięczny. Patrząc na to, jak skończyła się moja biznesowa przygoda i ile moich własnych błędów na ten smutny koniec się złożyło, jest wielce prawdopodobne, że dzisiaj częściej niż na wódce widywalibyśmy się na sali sądowej.

Ta historia nauczyła mnie nieco inaczej patrzeć na świat i inaczej oceniać moje własne potrzeby oraz skutki ich zaspokajania. Upadłość okazała się lekcją bardzo drogą, ale jednocześnie niezwykle cenną. Przede wszystkim odkryłem, że wiele rzeczy, którymi się dotychczas otaczałem, nie jest mi tak naprawdę do niczego potrzebnych. Miałem je tylko po to, żeby mieć. Albo – co czasami bywa jeszcze ważniejsze – żeby nie czuć się gorzej z tego powodu, że czegoś nie mam.

Najbardziej bolesnym i pouczającym doświadczeniem było oddanie samochodu firmie leasingowej. Czułem się upokorzony i zdeptany, ale bynajmniej nie dlatego, że musiałem się przyznać do tego, że już mnie nie stać na płacenie rat. Bardziej mnie „bolała” utrata widocznego atrybutu mojego „sukcesu”. No i wydawało mi się, że teraz już sobie zupełnie nie poradzę, a życie stanie się jakoś nieznośnie trudne.

Nic z tych rzeczy. Nauczenie się życia bez samochodu zajęło mi dokładnie tyle, ile zajmuje przestudiowanie rozkładu jazdy komunikacji. Przy okazji odkryłem, że mam dużo więcej czasu na rzeczy, na które zawsze miałem go za mało. A kiedy zacząłem się przemieszczać po mieście za pomocą nóg i transportu publicznego, zacząłem się nieco baczniej przyglądać zachowaniom kierowców na drodze. Obrazu dopełnia to, co widzę z roweru. A kiedy teraz siadam za kierownicę samochodu, zwracam znacznie większą uwagę na to, co do niedawna wydawało mi się zupełnie „naturalne”.

W mojej prywatnej ocenie, niepopartej wprawdzie żadnymi rzetelnymi badaniami, prawie 90% decyzji, jakie kierowcy podejmują na drodze, to decyzje zupełnie nieprzemyślane, nielogiczne, przeczące zdrowemu rozsądkowi, fizyce, fizjologii, o tzw. „normach społecznych” nawet nie wspominając.

W związku z tym od jakiegoś czasu wnikliwie przyglądam się dyskusji na temat bezpieczeństwa na polskich drogach, zwłaszcza w kontekście bezpieczeństwa pieszych. Teoretycznie wydaje się niemożliwe, żeby normalni ludzie byli w stanie wznieść się na taki poziom absurdu, byle tylko „obronić” prawo do swojej dominacji na drodze. Ale tak naprawdę wystarczy baczniej przyjrzeć się temu, w jaki sposób jeżdżą, żeby zrozumieć jak daleka droga jest jeszcze przed nami.

Polecam eksperyment: spróbujcie chwilę pojeździć zgodnie z przepisami. Da się – zaręczam, bo testowałem ostatnio na sobie, nie ponosząc żadnych strat, o czym za chwilę. Ale wrażenie z jazdy po mieście 50 kmh jest naprawdę dziwne.

Po pierwsze: przekonacie się, że przepisy łamią niemal wszyscy.

Zrobiłem niedawno w niewielkim gronie znajomych małą sondę, bo byłem ciekaw, w jaki sposób rozumieją coś, co jest określane jako „zasada ograniczonego zaufania”. Wnioski mnie poraziły, zwłaszcza że pytanie zadałem ludziom bez wyjątku gruntownie wykształconym, ogarniętym życiowo i dość dobrze zorientowanym w otaczającej nas rzeczywistości. 9 na 10 odpowiedziało, że chodzi o założenie, że inni uczestnicy ruchu drogowego nie przestrzegają przepisów. Ktoś dodał, że tak naprawdę nie ma czegoś takiego, jak „zasada ograniczonego zaufania”, bo to tylko „niepisana reguła”.

Tymczasem w prawie o ruchu drogowym widnieje taki oto zapis:

Art. 4. Uczestnik ruchu i inna osoba znajdująca się na drodze mają prawo liczyć, że inni uczestnicy tego ruchu przestrzegają przepisów ruchu drogowego, chyba że okoliczności wskazują na możliwość odmiennego ich zachowania.

W jednej z najlepszych, a jednocześnie najbardziej łopatologicznych interpretacji tego przepisu wyczytałem, że chodzi tu o możliwość zidentyfikowania wśród innych uczestników ruchu tego, którego odmienne zachowanie wskazuje na możliwość nieprzestrzegania przez niego przepisów. To teraz konia z rzędem temu, kto w tłumie ludzi, którzy przepisy mają gdzieś wyłowi tego, kto stanowi dla innych rzeczywiste zagrożenie.

Po drugie: prędkość innych może was naprawdę przerazić.

Żeby zobaczyć jakąś różnicę trzeba mieć właściwy punkt odniesienia. A ponieważ zwykle sami nie przywiązujemy zbyt dużej wagi do przestrzegania ograniczeń prędkości (skoro wszyscy jadą szybciej, to ja też mogę, przecież wszystkich nas nie złapią), nie za bardzo jesteśmy w stanie dostrzec różnicę między tym, jak szybko jechać możemy, a jak szybko faktycznie jedziemy.

Polecam do tego eksperymentu dowolną drogę dwupasmową w mieście. Taką, na której obowiązuje standardowe 50 kmh. I proponuję przez jakiś czas nie przekraczać prędkości, rozglądając się jednocześnie uważnie wokół. Zobaczymy dzieci, psy, ludzi jadących na rowerze lub hulajnodze, a może też kogoś, komu właśnie urwało się ucho w siatce pełnej jabłek i odruchowo się po nie schylił, wystawiając głowę poza krawędź chodnika. A po drugiej stronie wyprzedza cię właśnie inny samochód z taką prędkością, że podmuch powietrza trzęsie twoją półtoratonową kupą stali jak trzciną.

Spróbuj pojeździć zgodnie z przepisami jeden dzień, może dwa, może tydzień. Zobaczysz to zjawisko w skali, która prawdopodobnie cię przerazi.

Po trzecie: odkryjesz, że praktycznie nic nie tracisz.

Z większością ludzi, którzy będą wyprzedzać cię w mieście, spotkasz się na najbliższych światłach. Z dużą częścią tych, którzy wyprzedzają cię na autostradzie – w najbliższym McDonald’s.

To też można sprawdzić. Ja ostatnio upatrzyłem sobie w Poznaniu cwaniaka, który najpierw uparcie mrugał na mnie światłami i jechał tak blisko mojego zderzaka, jakby miał ochotę mnie popchnąć. Na którymś skrzyżowaniu w końcu mnie wyprzedził metodą na „cwanego gapę”, czyli z pasa do skrętu w prawo pojechał prosto. Małe zwycięstwo. Ale na najbliższych światłach staliśmy koło siebie. Na kolejnych tak samo. Nie pomogło skakanie z pasa na pas i wyprzedzanie raz z prawej, raz z lewej. Zatrzymywaliśmy się dokładnie na tych samych światłach. Przejechaliśmy „razem” dobre 4-5 km. „Zyskał” może ze 40 metrów, po drodze wkurwiając co najmniej kilka osób i prokurując co najmniej kilka naprawdę niebezpiecznych sytuacji. Tyle wygrać!

Z tą potrzebą jechania szybciej niż można jest dokładnie tak samo, jak z wspomnianą wyżej „potrzebą” posiadania tak wielu zbędnych rzeczy. „Muszę ruszyć pierwszy”. Tak, z pewnością. To przecież odmieni świat.

Po czwarte: zrozumiesz kilka innych rzeczy, które każą ci się nad sobą zastanowić.

Na przykład to, że tak naprawdę nigdy nie stoisz w korku. Ty go po prostu tworzysz.

Ta prosta prawda w gruncie rzeczy nie wymaga dowodzenia, ale jak się rozejrzysz dookoła, to z dużym prawdopodobieństwem zobaczysz wokół siebie mnóstwo ludzi bardzo podobnych do ciebie: samotnych w swoich blaszanych puszkach. Może przyjdzie taki moment, że zaczniesz sobie zadawać pytanie: skąd do licha wzięło się na drogach tyle samochodów? I czy aby na pewno wszyscy muszą nimi jeździć?

Nieco przez przypadek zostałem jakiś czas temu uświadomiony w kwestii tego, dlaczego firmy tak chętnie oferują samochody służbowe. Kiedyś była to domena przedstawicieli handlowych, którzy musieli jakoś dotrzeć do klienta gdzieś w Bieszczadach, więc naturalne było, że wsiadają w służbową Fabię i gnają na drugi koniec kraju. Teraz w bardzo wielu korporacjach byle menedżer średniego szczebla dostaje niejako w „pakiecie powitalnym” służbowe auto, które służy mu wyłącznie do tego, że dojeżdża nim z domu do pracy.

Dlaczego tak się dzieje? Bo to się firmom po prostu opłaca. Każde 1000 złotych dodatkowej kasy w kieszeni pracownika to dodatkowy kilkusetzłotowy koszt pracodawcy. Danie zamiast tego służbowego samochodu powoduje, że wszyscy czują się wygrani: pracownik zrobił doskonały deal, bo nie musi wydawać kasy albo brać kredytu na furę, pracodawca ma koszt, który w prosty sposób odpisuje od przychodów, firma leasingowa zaciera ręce. Wszyscy są szczęśliwi. Znam firmy, w których odbywa się to w banalnie prosty sposób: wybierz sobie dowolny wózek w maksymalnej kwocie X.

W rzeczywistości pracownik traci potrójnie: nie dostaje pieniędzy, które prawdopodobnie zagospodarowałby znacznie lepiej, a ten rodzaj „uposażenia” de facto obniża podstawę kwoty, od której w przyszłości będzie zależała jego emerytura (o ile rzecz jasna do tego czasu nic się nie zmieni, bo w czym jak w czym, ale w systemie emerytalnym pewny jest tylko jego rychły koniec). Nie mówiąc już o tym, że w razie ewentualnego rozstania z pracodawcą otrzyma odprawę pomniejszoną o wielokrotność tej różnicy, podczas gdy samochód pozostanie na stanie firmy i „uszczęśliwi” kolejnego naiwnego.

I tak dalej…

Tak naprawdę siadając do tego wpisu miałem w planie przyjrzenie się temu, co się dzieje w relacjach kierowców z pieszymi, ale już z tego wyszła niezła blacha, więc prawdopodobnie i tak niewiele osób dotrze aż do tego miejsca. Pora więc na kropkę, a do sprawy pieszych i tego, jakim „prześladowaniem kierowców” okazuje się możliwy obowiązek ustępowania pierwszeństwa pieszym, zanim jeszcze wejdą na przejście, wrócę niebawem.

Tę przydługą wypowiedź zakończę tym, od czego zacząłem: życzę wam zrozumienia, że tak naprawdę nigdzie się nie musimy tak bardzo spieszyć. Możemy bez tego żyć równie szczęśliwie, a może nawet znacznie bardziej. I życzę wam odkrycia tej przyjemnej oczywistości możliwie najmniejszym kosztem.

W miejski rower też trzeba umieć

Kilkanaście dni temu operator krakowskiego roweru miejskiego Wavelo ogłosił wycofanie się z umowy z miastem na utrzymanie systemu. Dlaczego w Krakowie nie udało się to, co z powodzeniem działa w innych miastach?

Ci, którzy mnie trochę znają wiedzą, że mam na pieńku z Krakowem. Na ogół się z tego śmieją (ja również), ale faktycznie coś jest na rzeczy. Nie polubiłem się z tym miastem, choć gdy kilka lat temu los mnie tu przygnał byłem pełen nadziei, że okaże się fajnym miejscem do życia. Nieszczególnie to się udało i bynajmniej nie chodzi wyłącznie o smog. Powodów jest znacznie więcej.

Być może najważniejszym jest ten, że znakomitą większość mojego dorosłego życia spędziłem w Warszawie, obserwując przez ponad dwie dekady zmieniające się miasto, w którym wciąż tkwię, zarówno mentalnie, jak i fizycznie, spędzając tam zwykle większą część tygodnia. Owszem, Warszawa też ma sporo za uszami, rozwija się w wielu obszarach bardzo chaotycznie, uległa betonozie i pozwoliła się zdominować deweloperom, którzy zabudowują dosłownie każdy skrawek wolnego terenu. Ale jednocześnie w bardzo wielu obszarach zmienia się mocno na korzyść mieszkańców. Do Berlina, który nawet przy zakupie biletu na metro informuje: „Weil Wir Dich Lieben” (Ponieważ Cię kocham), wciąż Warszawie daleko, ale konsekwentnie zmierza w tę stronę, stając się z roku na rok miastem coraz bardziej przyjaznym mieszkańcom. „Zakochać się w Warszawie” wcale nie jest trudno.

Po kilku latach pomieszkiwania w „Magicznym Krakowie” mam taką obserwację, że to jest bardzo fajne miasto, ale z fatalnie zaprojektowanym user experience. Objawia się to na różne sposoby, ale w moim przypadku najczęściej doświadczam tego w obszarze komunikacyjnym. O ile bowiem większość znanych mi miast czyni ciągłe starania w celu poprawy komunikacji i usprawnienia ruchu w mieście (a niektóre zaczynają coraz głośniej mówić o jego ograniczeniu), o tyle Kraków całkowicie skapitulował przed kierowcami.

Jest to sprawa o tyle ciekawa, że swego czasu był bodaj pierwszym miastem, które praktycznie wyłączyło ruch w dość szeroko rozumianym centrum. Od tej pory minęły już jednak dobre dwie dekady, liczba samochodów w mieście lawinowo wzrosła, a w systemie pojawiło się tyle dziur i wyjątków, że przy odrobinie szczęścia można dzisiaj bez większego problemu wjechać autem nawet na Rynek. Niedawno miałem okazję jechać przez strefę teoretycznie wyłączoną z ruchu Uberem. Kiedy zapytałem kierowcę czy aby na pewno może tędy jechać, spojrzał na mnie tak, jakbym przed chwilą przybył z Matplanety.

Żeby lepiej zrozumieć na czym polega nietypowe krakowskie user experience, polecam udać się w okolice jakiegoś remontu. Daleko nie szukając: jakiś czas temu była remontowana ulica w mojej okolicy, o czym mieszkańców i kierowców z wyprzedzeniem poinformowano. Ale kiedy ma się rozpocząć remont? Jak długo potrwają utrudnienia? Who cares!? Kraków jest „magiczny”, więc pewnego dnia remont się po prostu zacznie, po co drążyć temat… O zmianach organizacji ruchu i np. odwróceniu kierunku jazdy na którejś z licznych jednokierunkowych uliczek większość kierowców dowiaduje się dopiero wtedy, jak zauważa, że wszystkie znaki są odwrócone…

Całkiem ładna tablica z zupełnie bezużyteczną informacją, czyli Kraków w pełnej krasie 😉

No dobra, ale miało być o rowerach, więc zmierzajmy do brzegu, choć te didaskalia wydają mi się dość istotne, żeby zrozumieć istotę problemu.

Otóż kilkanaście dni temu spółka, która obsługiwała w Krakowie Wavelo, czyli system roweru miejskiego, poinformowała o wycofaniu się z umowy z miastem. Umowy o tyle nietypowej w skali kraju, że w Krakowie miasto za system praktycznie nic nie płaciło. Złotówka miesięcznie za rower (czyli 1500 zł, bo rowerów w systemie było 1,5 tysiąca) i przerzucenie wszystkich kosztów na operatora systemu – tego nie wymyślono nawet w równie oszczędnym Poznaniu. Czy mogło się udać? Nie sądzę.

Nie wiem, jakich kalkulacji dokonano w zarządzającej systemem spółce BikeU i na jakich założeniach zbudowano model biznesowy tej działalności (jak ktoś ma ochotę nieco bardziej zgłębić temat, to polecam fachowe opracowanie tutaj). Ale moim zdaniem nie mogło się to udać z jednego zasadniczego powodu.

Przy konstrukcji oferty dla korzystających z systemu przyjęto całkowicie błędne założenie, że rower miejski jest tanią formą rekreacji, w związku z czym ludzie będą chcieli korzystać z rowerów i spędzać na nich dużo czasu choćby po to, żeby za jego pomocą zwiedzać miasto. Niewykluczone, że ktoś wyszedł tutaj z założenia, że skoro Kraków jest odwiedzany rocznie przez ponad 13 milionów turystów, czyli ponad 15-krotność liczby mieszkańców miasta, to właśnie oni będą główną klientelą tego systemu.

Jeśli tak, to zupełnie pokpiono sprawę na etapie realizacji aplikacji dla systemu, bowiem ta z punktu widzenia jednorazowego użytkownika była zupełnie nieintuicyjna i wręcz zniechęcała takich krótkoterminowych użytkowników do włączenia się w system (znowu kłania się UX – również w obszarze samego korzystania z systemu i mechanizmu wypożyczania roweru – istny koszmar). Ofertę zbudowano bowiem na modelu abonamentowym. Teoretycznie atrakcyjnym cenowo (np. za 25 zł. miesięcznie do wykorzystania było aż 90 minut jazdy na dzień), ale w istocie całkowicie sprzecznym z podstawową ideą roweru miejskiego.

Rzecz w tym, że celem korzystania z roweru miejskiego nie jest sama jazda na rowerze, tylko uzupełnienie systemu transportu publicznego o łatwo dostępny środek lokomocji, możliwy do wykorzystania na krótkich odcinkach w razie nagłej potrzeby. Chcesz podjechać 500 metrów – łapiesz rower, wsiadasz, jedziesz, odstawiasz i załatwiasz swoje sprawy.

Dlaczego tam, gdzie działa Veturilo, wystarczających jest 20 darmowych minut dziennie (wg danych za 2017 rok średni czas wypożyczenia roweru w Warszawie wyniósł 21 minut i 12 sekund), a w Krakowie, gdzie do pokonania są teoretycznie mniejsze odległości, niewystarczająco atrakcyjne okazuje się aż 60 bezpłatnych minut dziennie, dostępne w ramach najtańszego abonamentu? Dlaczego w pełnym turystów Krakowie w rekordowym dniu wypożyczono 8245 rowerów, a w niespełna trzy razy większej Warszawie 15 kwietnia 2018 roku zanotowano blisko 50 tysięcy wypożyczeń w ciągu doby?

Pułapka tkwi właśnie w modelu abonamentowym, który działa zasadniczo tylko wtedy, kiedy osoba płacąca stały abonament ma poczucie jego wykorzystania. Każda forma usługi, oferowanej w modelu subskrypcyjnym działa tylko wtedy, gdy płacący ma wrażenie, że wykorzystuje więcej, niż płaci. Kupując abonament Netflixa ludzie często przeliczają go na wartość biletów do kina i czują się zaspokojeni, gdy obejrzą 2-3 filmy, bo wówczas wartość opłaconej usługi w jakiś sposób im się równoważy. Dla odmiany: korzystający ze Stravy Summit często dezaktywują usługę premium w zimie, kiedy mniej jeżdżą na rowerze i przywracają ją z powrotem wiosną.

Model abonamentowy działa tak naprawdę tylko wtedy, gdy jego użytkownicy mają poczucie, że są w stanie wykorzystać usługę, za którą zapłacili. W wariancie, oferowanym przez Wavelo, mieliby to poczucie tylko wtedy, gdyby jeździli co najmniej godzinę dziennie.

W Krakowie dostaliśmy więc źle zaprojektowany i jeszcze gorzej wykonany system roweru miejskiego, któremu zaszkodziła nie tyle konkurencja ze strony elektrycznych hulajnóg (a tak brzmi oficjalna wersja operatora), ile cała masa błędów, popełnionych na etapie projektowania i realizacji usługi. (Chociaż trzeba uczciwie oddać, że Wavelo miało jedną przewagę nad wszystkimi innymi rowerami miejskimi: wał napędowy, zastępujący łańcuch – zmorę Veturilo).

W tym momencie ktoś mógłby zapytać: dlaczego właściwie czepiam się Krakowa, skoro tak zaprojektowany system nie sprawdziłby się tak naprawdę nigdzie? Otóż moim zdaniem nigdzie indziej nie dopuszczono by do jego powstania.

Tu wracamy do tego, co na własny użytek często nazywam „fasadowością” Krakowa. „Magiczny Kraków” (tak brzmi oficjalny claim miasta) dość dobrze oddaje jego charakter, oparty w dużej mierze na tworzeniu iluzji jakiegoś działania. Decydując się na rozwiązanie, w którym funkcjonowanie całego systemu spoczywało wyłącznie na jego operatorze, miasto upiekło dwie, a właściwie trzy pieczenie na jednym ogniu: nie poniosło właściwie żadnych kosztów, uniknęło jakiejkolwiek odpowiedzialności i stworzyło iluzję posiadania systemu roweru miejskiego, który w niewielkim stopniu (jeśli w ogóle) odpowiadał na potrzeby komunikacyjne miasta.

I tu jest clou całego problemu, związanego z systemami rowerów miejskich: miasta inwestują w nie przede wszystkim po to, żeby chociaż częściowo rozwiązać własne problemy transportowe i odciążyć swoje ulice z prywatnych samochodów. Płacąc operatorom za utrzymanie systemu, formułują jednocześnie pewnego rodzaju oczekiwania. System, pozostawiony w całości w gestii operatora, jest siłą rzeczy zakładnikiem jego interesu ekonomicznego. Skutki? Właśnie widzimy.

W bezpośrednim sąsiedztwie warszawskiej Galerii Mokotów jest zlokalizowanych 60 stojaków na rowery Veturilo. To oznacza 60 szans na to, że do galerii przyjedzie mniej samochodów (rzecz jasna tylko szans, bo czy faktycznie ludzie skorzystają z roweru to zupełnie inna sprawa). Do niedawna najbliższy stojak w okolicy otwartego 2 lata temu w Krakowie centrum handlowego Serenada znajdował się jakieś 500 metrów od niego. Od jakiegoś czasu jest bliżej. Pomieści 10 rowerów.

Ot, różnica.

Pinkie, czyli jak chcieć nie chcieć

Cała sztuka nie polega tylko na sprawianiu, żeby ludzie nie mogli czegoś zrobić, bo prędzej czy później i tak to zrobią. Sztuka polega na tym, żeby tego NIE CHCIELI robić.

Uważni czytelnicy tego bloga zwrócili pewnie uwagę, że drugą po kolarstwie kategorią tematyczną, którą tu poruszam, jest bezpieczeństwo ruchu drogowego. Dzieje się tak nie bez przyczyny. Zwykle bowiem kilka razy w tygodniu narażam swoje życie, wystawiając obleczony w lycrę odwłok na widok pań i panów kierowców, co sprawia, że jestem żywo zainteresowany ich zachowaniem w moim bezpośrednim sąsiedztwie. A ponieważ zdarza mi się to czynić w różnych częściach tak kraju, jak i kontynentu, wniosków z tych obserwacji, uzupełnionych różnego rodzaju lekturami i badaniami, mam (tak mi się wydaje) całkiem sporo.

Nie chcę tu pozować na eksperta, co się naczytał badań i będzie teraz dowodził, że skoro nie jest prawdą, że piesi notorycznie wchodzą na ulicę, zapatrzeni w swoje telefony (a nie jest), to problemu nie ma. Nie zamierzam też nikogo przekonywać, że skoro jeżdżę od 1993 roku i pokonałem dotychczas samochodem lekko licząc milion kilometrów, a dotąd jeszcze nie potrąciłem jelenia, to znaczy, że empirycznie udowodniłem, iż jelenie nie wbiegają na drogę (bo i takie ciągi myślowe gdzieś się w przestrzeni pojawiają). Nic z tych rzeczy. Po prostu czasem odzywa się we mnie filozoficzna natura i każe zebrać swoje przemyślenia w jednym miejscu.

Mam do tego w zanadrzu dość upierdliwy asset, polegający na tym, że jestem aktywnym uczestnikiem ruchu, należącym jednocześnie do trzech, zwykle wzajemnie się zwalczających kategorii: kierowców, rowerzystów i pieszych. I nie to, że jestem pieszym tylko wtedy, kiedy idę z domu na parking, ale np. w Warszawie, gdzie spędzam większość „roboczego” tygodnia, korzystam wyłącznie z własnych nóg i transportu zbiorowego (polecam). I jakby tego wszystkiego było mało, to do tych wszystkich trzech grup, poruszających się po naszych drogach i chodnikach, mam stosunek dość krytyczny i nie zamierzam tu nikogo bronić, bo w kontekście bezpieczeństwa na drogach wszyscy mamy porządnie za uszami. Dosłownie wszyscy. (Z wyjątkiem użytkowników elektrycznych hulajnóg, których w ogóle nie powinno być).

Sorry za ten przydługi disclaimer, ale wbrew pozorom on też ma swoją przyczynę. Chodzi mi bowiem o to, że problemów, związanych z BRD nie da się rozwiązać, patrząc na nie tylko z jednej perspektywy: albo kierowców, albo pieszych, albo rowerzystów, zarządców dróg, włodarzy miast, miejskich aktywistów, czy – last but not least – ludzi, którzy prawo stanowią. Na ten problem składa się tyle elementów, że sprowadzenie tego wszystkiego do zdania: „trzeba zwęzić ulice, bo w Jaworznie się udało”, prowadzi nas wszystkich na kompletne manowce.

Przyglądam się od dłuższego czasu internetowej dyskusji na ten temat i tylko przez szacunek dla ofiar wypadków oraz ich rodzin unikam tu określenia „gównoburza”. Problem naprawdę jest poważny, ale trudno poważnie traktować ludzi, którzy bezrefleksyjnie sięgają po badania (a najczęściej wyłącznie po ich wycinek), byle tylko udowodnić swoją tezę. Zaprawdę trudno się dogadać w sytuacji, kiedy każdy szuka argumentów przeciw drugiej stronie, zamiast wspólnie się zastanowić, gdzie tak naprawdę tkwią przyczyny tego stanu rzeczy, z jakim od lat mamy do czynienia na polskich drogach.

Żeby było zabawniej: wszyscy właściwie mają rację. Ale ta dyskusja przypomina kłótnię matematyków, z których jeden uważa, że 5+4=9, drugi twierdzi, że to nieprawda, bo 3×3=9, a jeszcze inny, że ci dwaj nie mają racji, bo przecież to 8+1=9. I nie potrafią znaleźć sposobu na to, by ogłosić światu, że istnieje całkiem sporo metod na uzyskanie liczby 9 i większość z nich się wzajemnie nie wyklucza.

Przysłuchując się tej dyskusji nie mogę się uwolnić od wrażenia, że w jednym aspekcie błądzimy dokładnie wszyscy. Wszyscy bowiem próbujemy znaleźć metodę na to, żeby zmusić innych do przestrzegania przepisów, albo sprawić, żeby nie mogli ich łamać. Moim zdaniem brniemy w ślepy zaułek, bo jeśli na jakiejś drodze można jechać 50 kmh, to prawdopodobnie można jechać też szybciej. Zgoda: utrudniajmy tę możliwość, ale nie oczekujmy, że to rozwiąże problem, bo łamanie barier – zwłaszcza sztucznych – leży w ludzkiej naturze i zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał spróbować. „Co, ja nie pojadę? A na pewno powinno tu być 50?”.

Kiedyś w jakiejś rozmowie użyłem przykładu, który okazał się skutecznie obrazować problem. Otóż ludzie starają się czasem o pozwolenie na użytkowanie broni. Mniejsza o ich motywacje, ale tak po prostu jest. Starając się o pozwolenie na używanie broni, muszą przejść szereg upierdliwych procedur i wylegitymować się znajomością określonych przepisów oraz umiejętnością posługiwania się rzeczoną bronią. W gruncie rzeczy dokładnie tak samo jest z prawem jazdy: muszę przejść określone badania, zdać egzamin z przepisów i udowodnić, że potrafię we właściwy sposób korzystać z pojazdu.

Dostając pozwolenie na broń nie dostaje się z automatu licencji na zabijanie. Dostaje się wyłącznie prawo użycia jej w ściśle określonych okolicznościach. Dlaczego więc otrzymując prawo jazdy ludziom się wydaje, że mogą użytkować pojazd w każdy możliwy sposób i w każdych okolicznościach? Facet, który wyszedłby na Marszałkowską, żeby sobie postrzelać, nawet w powietrze, bez zamiaru zranienia kogokolwiek, byłby prawdopodobnie przez wszystkich w okolicy nazwany chorym pojebem. Dlaczego więc ten sam facet, który na tej samej Marszałkowskiej rozpędza się swoją ryczącą furą do 120 kmh, jest przez większość ludzi nazywany cool gościem, a część towarzystwa robi mu z zachwytem zdjęcia?

Sztuka nie polega tylko na sprawianiu, żeby ludzie NIE MOGLI czegoś zrobić. Sztuka polega na tym, żeby tego NIE CHCIELI robić. Tak, jak większość ludzi, posiadających pozwolenie na broń, nie wychodzi sobie ot tak postrzelać. Przecież – technicznie rzecz ujmując – mogą. A jednak z różnych powodów nie chcą.

Jakiś czas temu z podobnym problemem, występującym na podobną skalę, jak u nas, borykali się Australijczycy. Imali się różnych sposobów: progi zwalniające, wysepki, obowiązek jazdy z opiekunem przez 2 lata od uzyskania prawa jazdy itd. Z czasem z pomocą przyszła im technologia, masowo instalowane fotoradary, wykorzystywanie systemów GPS itd. Do tego jeszcze sporo zmian w prawie, z kosmicznie wysokimi mandatami, zwłaszcza za kolejne wykroczenia. Nie wiem, jak wyglądały wtedy, a jak wyglądają dzisiaj ich statystyki, więc nie będę się na ten temat wymądrzał, ale z zeznań dość licznie mieszkającej tam rodziny wynika, że nawet pająki i węże nie budzą takiego lęku, jak widok listonosza z przesyłką z wydziału komunikacji. Wiem jednak, że kilkanaście lat temu Australijczycy zrealizowali pewną kampanię, o której mówili tam wówczas niemal wszyscy i która walnie przyczyniła się do tego, że Aussie przekraczać prędkości na ogół po prostu nie chcą.

Kampania nosiła tytuł „Pinkie” i promowała z pozoru niewinny gest, który niósł ze sobą dość konkretny przekaz: „pewnie ma małego i musi sobie kompensować szybką i niebezpieczną jazdą”. Zresztą… klipy latają do dziś po sieci i można sobie obejrzeć:

W reklamowym światku ten przykład też raz po raz wypływa, bo pomysł zdobył sporo nagród i do dziś jest jednym z nielicznych przykładów skutecznej kampanii, zbudowanej na pozytywnym przekazie, zamiast epatowania przydrożnymi krzyżami, śmiercią z kosą, zniczami i innymi tego typu precjozami, które do refleksji mogą skłonić wyłącznie księgowego, robiącego przelew za te smutne produkcje. Jak kto ciekaw, jak to było zbudowane, na jakie obszary mózgu działało i dlaczego ostatecznie zadziałało, można sobie poczytać tutaj.

Wracając na nasze podwórko i do niekończących się dyskusji o poprawie bezpieczeństwa na naszych drogach, to jest jeszcze jeden element, który się w tym wszystkim dość mocno wybija: wszyscy chcemy coś zrobić, ale najlepiej, żeby coś więcej zrobili inni. Przy tym wszystkim dochodzi czasem do absurdów, bo jak się czyta niektóre wypowiedzi, to można się natknąć na taką ekwilibrystykę, z której wynika, że drogi powinny być szersze, żeby nie było korków, ale węższe, żeby ludzie jeździli wolniej. Z podniesieniem kwot mandatów też już nie taka prosta sprawa, bo niby wszyscy się zgadzają, że te obowiązujące już ponad dwie dekady budzą bardziej śmiech niż trwogę, ale niech no który poseł podniesie za tym rękę, to już na pewno więcej na niego nie zagłosujemy. Fotoradary – wiadomo: powinno być ich jak najwięcej, ale to maszynki do wyciągania kasy z kieszeni kierowców. Totalna schizofrenia.

Fajnym przykładem, jak to działa w praktyce, były niedawne próby wprowadzenia tzw. „zielonej strefy” na krakowskim Kazimierzu. Najpierw wszyscy gromko przytaknęli, gdy ktoś zdiagnozował problem, że ta turystyczno-imprezowa dzielnica jest zastawiona samochodami w stopniu już dawno przekraczający zdrowy rozsądek. Co należy zrobić? Wyrzućmy samochody z Kazimierza! Ale tam jeździ sporo meleksów z turystami, a jak ich ubędzie, to biznes przestanie się kręcić. No to wymyślmy, że elektryczne mogą jeździć. Ale nie ma elektrycznych dostawczaków, a towar do knajpy trzeba jakoś dowieźć. No to dostawcze też niech wjeżdżają. Ale jak my właściwie wniesiemy nasze zakupy? Jak przywieziemy dzieci ze szkoły? Jak dowieziemy babcię do szpitala? I na tym skończyły się konsultacje i zostało po staremu. Aż żałuję, że nie zrobiłem foty tablicy z zielonym samochodem, oznaczającej początek „zielonej strefy”. Nie wiem, czy wisiała tam dwa tygodnie.

Konkludując: fajnie, żeby wreszcie ludzie przestali na ulicy zabijać innych. Tylko zanim to nastąpi powinniśmy chyba sami zrozumieć, że to w naszych głowach powinna się najpierw dokonać ta zmiana. Bo raczej nie mam powodu podejrzewać, że mój kumpel będzie jeździł przepisowo i przepuszczał staruszki na przejściu, jeśli cmokam z zachwytem nad każdym koniem mechanicznym w jego wypasionej bryce, a informację o przyspieszeniu kwituję przeciągłym „ojacjenjepjerdoooolę”.

Pora dorosnąć i nauczyć się traktować samochód jak narzędzie do przemieszczania z miejsca na miejsce, a nie jak przedłużacz na… pinkie. Może wtedy będzie łatwiej zmienić wszystko inne.

Foto: zajumane ze strony mvmm.com.au

Nie uwierzysz…

„Wisłę oczywiście wszyscy kochają. Tak się jednak składa, że niemal każdy pragnie przeliczyć tę miłość na pieniądze”. I tylko rachunek, jaki na koniec przyszło klubowi za tę miłość zapłacić, okazał się być wyjątkowo słony…

Wyobraź sobie, że ktoś opowiada ci jakąś zupełnie nieprawdopodobną historię. Taką, w którą mimo najszczerszych chęci nie jesteś w stanie uwierzyć, a po jej wysłuchaniu odwracasz się od opowiadającego, wywracasz oczami i kreślisz palcem kółka w okolicy skroni. Każdy z nas kiedyś miał z czymś takim do czynienia.

Szymon Jadczak opowiada właśnie taką historię. Z tą różnicą, że jeszcze zanim zabierzesz się za jej lekturę, wiesz już, że jest prawdziwa. To wszystko wydarzyło się naprawdę, tuż obok ciebie. Niewykluczone, że nie raz mijałeś jej bohaterów gdzieś na ulicach Krakowa.

W gruncie rzeczy mogłaby to być pouczająca opowieść o siedmiu grzechach głównych, bo mamy je tutaj wszystkie w komplecie. Ale to nie wyczerpuje tematu. Ten katalog jest bogatszy o porażającą głupotę, brak wyobraźni i totalną niemoc, która dotknęła tutaj niemal wszystkich: władze klubu, kibiców, polityków, miasto, biznes, policję i inne służby. Nie ominęła również piłkarzy, choć w gruncie rzeczy oni są tutaj największymi ofiarami. Nie licząc rzecz jasna tych ofiar, które w tej wojnie straciły pieniądze, zdrowie, a niektórzy również życie (choć część z nich poniekąd na własne życzenie).

Nie przesadzę, jeśli napiszę, że „Wisła w ogniu” Jadczaka powinna być lekturą obowiązkową. Nie tylko dla tych, którzy marzą o zrobieniu kariery jako sportowi menedżerowie. To powinien być przewodnik dla wszystkich służb i urzędników, dla prokuratorów, sędziów, nauczycieli, rodziców, ale również dla wielu młodych ludzi, których kusi atrakcyjna wizja beztroskiego życia w stadionowej bandyterce. Bo wbrew pozorom jest to historia z morałem: prędzej czy później każdy bandyta objawi swój czuły punkt, prędzej czy później pęknie lub popełni błąd, prędzej czy później każda organizacja się rozsypie. Na końcu każdej, nawet najbardziej bezczelnej i nieprawdopodobnej historii, górę wezmą zwyczajne ludzkie słabości, które położą kres nawet najśmielszym planom.

Jadczak snuje swoją opowieść w formie obszernego reportażu. Pisze lekko, ze swadą, czasem ironizując, a czasem sprawiając wrażenie, że sam nie dowierza w opisywany przez siebie splot wydarzeń. Czyta się szybko, ale w głowie z każdą chwilą wyrzyna się wielki znak zapytania: jak to wszystko było możliwe?

Nie zdradzę, czy pada odpowiedź…

_________

Nie byłbym też sobą, gdybym w tym miejscu nie wbił osobistej szpili. Otóż ta historia mogła się zasadniczo wydarzyć wszędzie, ale nie bez powodu wydarzyła się właśnie w Krakowie. Wszędzie istnieją bandyckie subkultury, zgromadzone wokół piłkarskich klubów. Wszędzie rywalizują o wpływy i wszędzie toczą walki z innymi bojówkami. Ale tylko w Krakowie udało im się przejąć na własność wielki klub. Dlaczego?

Szymon pisze o Krakowie, że to wielkie miasto z małomiasteczkową mentalnością. To prawda, ale nie jedyna. Kiedy ponad 3,5 roku temu przeprowadziłem się do Krakowa (wciąż mam nadzieję, że tylko na chwilę), szybko zrozumiałem, co mnie w tym miejscu irytuje najbardziej: fasada. Tutaj wszystko jest na pokaz, jak rodowe srebra, wystawione w przeszklonym kredensie.

Życie w Krakowie jest łatwe, jeśli potrafisz zrobić wrażenie. Nic więc dziwnego, że nikt tu specjalnie nie sprawdzał potencjalnych inwestorów Wisły, z których jeden przyjechał drogim samochodem z Warszawy, a drugi – rekomendowany przez robiącego w UK biznesy Szweda – samolotem z Kambodży. Obaj zrobili wrażenie. To wystarczyło, by ich umówić na spotkanie z prezydentem miasta. I by dwukrotnie (!) przy okazji tych wizyt go skompromitować.

Kraków jest czymś na kształt wielkanocnej pisanki: pięknie zdobionej, kolorowej, o której często pisze się w kolorowych magazynach i którą obsypuje się gradem rozmaitych nagród. Ale w środku jest pusta. To jest miasto dla turystów, ma tylko zrobić wrażenie. Przez dzień, dwa, może trzy – potem wyjadą. Oni uwierzą, że mamy tutaj wspaniałe teatry i znakomitych aktorów, ale oni nie jeżdżą tramwajami, w których nazwy przystanków czyta syntezator mowy, głosem tak sztucznym i beznamiętnym, że po kwadransie jazdy masz ochotę wysiąść i rzucić się pod koła.

Tylko tutaj to było możliwe. I tutaj właśnie to wszystko się wydarzyło, choć tak naprawdę wciąż nie sposób w to uwierzyć.

Foto otwierające: Flick / bobita79; okładka: empik.com

Tour de France 2020. Znamy zwycięzcę!

Thibaut Pinot wygrał 107. edycję Wielkiej Pętli! A nie, czekaj… Przecież dopiero ogłoszono jej trasę! Najwyraźniej nie przeszkadza to jednak dziesiątkom komentatorów porozdzielać tytuły blisko 9 miesięcy przed finałem imprezy. Lubię to! Tym bardziej, że już dawno chciałem sprawdzić, jak w rzeczywistości działa taki clickbajtowy tytuł, a nie miałem na niego dobrego pomysłu. Manna z nieba! 😉

No dobra. Ponabijałem się trochę z kolegów, ale mam nadzieję, że mi wybaczą te drobne złośliwości, choć tak po prawdzie to zupełnie nie rozumiem czemu takie wróżenie z fusów ma dziś służyć. Jasne, pokusa trafnego wytypowania zwycięzcy Tour de France od zawsze była i jest pociągająca, ale już teza, że trasa została ułożona pod konkretnego kolarza, bo Francuzi wciąż czekają na zwycięstwo w swoim najważniejszym wyścigu, wydaje mi się mocno naciągana, jeśli nie wręcz szkodliwa dla dyscypliny. Tym bardziej, że całkiem spora grupa ludzi, która dzisiaj wieszczy długo wyczekiwaną francuską wiktorię, zupełnie niedawno twierdziła z nie mniejszym przekonaniem, że trasa Tour de France układana jest pod Team Sky i Christophera Froome’a. Czy to oznacza, że Francuzi zmienili zdanie, bo Chrisowi od dwóch lat nie poszło? Nie sądzę.

Christian Prudhomme przez kilka ostatnich lat musiał się mierzyć z potężną krytyką swojego wyścigu, ale bynajmniej nie z tego powodu, że nie wygrywali Francuzi, ale przede wszystkim dlatego, że Tour de France bywał do niedawna śmiertelnie nudny i bardzo przewidywalny. Team Sky (dziś Ineos) znalazł w tej nudzie sposób na wygrywanie, ale stało się tak głównie dlatego, że bardzo chciał go znaleźć, o co w sumie nietrudno, jeśli się ten jeden wyścig w roku traktuje jako cel nadrzędny i wszystko mu podporządkowuje. Gdyby wcześniej zaczęły to robić również inne drużyny (albo gdyby robiły to nieco umiejętniej – tu piję np. do Movistaru), hegemonia Brytyjczyków już dawno zostałaby przełamana. Tyle, że wyścig nie zrobiłby się od tego wiele ciekawszy.

Tegoroczna edycja Tour de France była swoistym eksperymentem, a podczas jej prezentacji w październiku 2018 roku nastroje były – delikatnie mówiąc – mieszane. Dominowała rzecz jasna radość, że w końcu wyścig będzie bardziej urozmaicony, co pozwoli wreszcie przerwać panowanie Team Sky, ale nie brakowało również głosów, że zaplanowanie na trasie tak wielu trudnych etapów wcale nie oznacza tego, że będzie ciekawiej, bo niewykluczone, że faworyci pojadą bardziej zachowawczo. Wtedy również prognozowano zwycięzcę, którego zadziwiająco wielu widziało w Nairo Quintanie, a z newsfeedów w social mediach przez długie tygodnie nie schodziła dyskusja, czy tym razem znowu wygra Froome, czy może jednak koszulkę obroni Geraint Thomas.

Jak jednak mawiał Woody Allen: „jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach”. Froome nawiązał bliską znajomość ze ścianą pewnego budynku i start TDF obejrzał w telewizorze, G. okazał się na tyle zdeterminowany, że zdarzyło mu się (bez efektu) gonić Egana Bernala, a Quintana… no cóż. Jedyne, co się w tej układance na koniec zgadzało, to zwycięstwo jakiegoś Kolumbijczyka, który – nawiasem mówiąc – miał przed tym sezonem zupełnie inne plany. Ale najważniejsze, że wyścig od samego początku do końca był niezwykle interesujący, choć to nie tylko zasługa samej trasy, ale również mocno nastawionych na walkę kolarzy, na czele z Julianem Alaphilippe, który uczynił ten wyścig szalenie pasjonującym.

Nic więc dziwnego, że organizatorzy postanowili pójść za ciosem i na 2020 rok zaproponowali trasę, przy której nawet tegoroczna Vuelta dostaje rumieńców. Nie sądzę, by motywowała ich chęć zrobienia przyjemności Pinotowi, choć ten nie ukrywa, że profil trasy bardzo mu się podoba. Ale ciekawa i trudna trasa nie daje mimo wszystko żadnej gwarancji, że francuski kolarz nie znajdzie sposobu na kolejną spektakularną porażkę, co piszę nieco złośliwie, ale spluwając przez lewe ramię, bo akurat jazdę Pinota cenię sobie wysoko i we wszelkich przewidywaniach widzę go zawsze w roli faworyta. Los chce, że zwykle niestety dość pechowego.

Za typowanie faworytów przyszłorocznej Wielkiej Pętli zabiorę się nie wcześniej, niż na kilka dni przed startem wyścigu, bo dopiero wtedy będą znane przynajmniej przybliżone składy i dopiero wtedy będziemy mieli jako takie pojęcie o formie poszczególnych zawodników. Gdybym jednak miał dziś powiedzieć cokolwiek o tym, gdzie wypatrywać potencjalnego zwycięzcy Tour de France 2020, to odpowiedziałbym, że po prostu w najsilniejszej drużynie. Bo można się cieszyć widokiem tej trasy razem z Pinotem, albo można się na jej widok srodze zmartwić, co stało się przedmiotem żartów z Toma Dumoulina, ale nie zmienia to faktu, że zanim przyszłoroczny wyścig stanie u podnóża La Planche des Belles Filles, gdzie rozegrana zostanie 36-kilometrowa jazda na czas pod górę, trzeba tam będzie dojechać. A do tego trzeba będzie mieć piekielnie silny zespół, który będzie w stanie kontrolować wyścig od pierwszego do ostatniego etapu.

Nie spodziewam się wożenia liderów „w futerale”, spodziewam się za to wielu niestandardowych rozstrzygnięć i fantastycznej potyczki co najmniej kilku ekip. Już w tym roku chłopaki z Jumbo-Visma pokazali, że mają całkiem sprawnie działający patent na Wielkie Toury, wprowadzając swoich kolarzy na podium wszystkich, a jeden w cuglach wygrywając. A przecież to nie jedyny zespół, który będzie chętny do nawiązania walki z Team Ineos. Bo na przykład dlaczegoż nie miałaby tego zrobić nieźle na przyszły sezon uzbrojona ekipa Trek-Segafredo? I dlaczego – że tak prowokacyjnie zapytam – na dobry występ nie miałby mieć szans na przykład Giulio Ciccone?

Nie mam pojęcia kto wygra przyszłoroczną edycję Tour de France. I – prawdę powiedziawszy – nie chcę tego wiedzieć przed 19 lipca 2020 roku. Ten sport i ta zabawa polegają dla mnie między innymi na tym, żeby dać się codziennie zaskakiwać. Dopiero wtedy wydaje mi się to naprawdę ciekawe.

Foto: ASO / Thomas Colpaert

Wrogie przejęcie.

Dawno, dawno temu, w czasach, gdy jeszcze nie wychodziło się z pokoju podczas emisji reklam w telewizorze, bo były fascynującą nowością i oglądało się je z zaciekawieniem, emitowano między innymi spot, promujący jakąś markę komputerów. Warto w tym miejscu wspomnieć, że schemat produkcji reklam z wczesnych lat 90. był stosunkowo prosty: zachwalano walory produktu, a dla podkreślenia jego absolutnej wyjątkowości stosowano jakiś trik z pogranicza czarnego humoru i kompletnego absurdu, trochę w stylu Monty Pythona. I tak w rzeczonym spocie z komputerem sprzedawca zjawiał się na ekranie z wielkim rzeźnickim toporem, pytając kupującego czy mu towar poporcjować, na co ten żarliwie zaprzeczał, że „Nie, nie, nie, biorę w całości”.

Przypomniał mi się ten facet z toporem, bo był on wówczas jednym z wielu dowodów na to, że reklamy mógł produkować dosłownie każdy, kto tylko miał wystarczająco dużo szczęścia i paru znajomych na rodzącym się dopiero rynku reklamowym. Dzisiaj jest podobnie w każdej innej dziedzinie i wystarczy tylko dostęp do Internetu, by pierwszy lepszy Iksiński mógł zostać lekarzem, prawnikiem, trenerem, dietetykiem, albo specjalistą od naprawiania związków sportowych. Istnieje co prawda pewna subtelna różnica, bo farciarze od – nomen omen – topornych spotów z wczesnych lat 90. porobili fortuny, a my w większości przypadków wciąż jesteśmy w ciemnej d…, ale kto by się przejmował takimi drobiazgami. Ważne, że można sobie pogadać.

Czytam sobie zatem te litanie pomysłów na uzdrowienie naszego ulubionego związku sportowego i uśmiecham się pod wąsem, bo mam nieodparte wrażenie, że oglądam jakąś grę, w której ktoś godzinami lawiruje w gąszczu argumentów, by na koniec się o nie rozbić, zobaczyć napis „game over” i zacząć od nowa, bo to przecież niemożliwe, żeby się za setnym razem nie udało przejść tego poziomu, popełniając te same błędy. Przyglądam się więc temu z niezdrowym zainteresowaniem i na ogół staram się nie reagować, ale gdy widzę takie pomysły, że np. „należy w uzgodnieniu z ministerstwem i UCI dokonać czegoś na kształt „wrogiego przejęcia” PZKol, by uporządkować w nim sytuację”, jakaś część mojej racjonalnej duszy kona, ostatkiem sił wołając o litość.

No nie, panowie. Nie tędy droga. Ja rozumiem, że odniesienia do PZPN z czasów Fryzjera i spółki wyglądają atrakcyjnie, ale po pierwsze: kaliber tamtej sprawy był istotnie większy, niż tylko nieudolne zarządzanie związkiem; po drugie: na stole leżały poważne zarzuty korupcyjne, wobec których organy państwa nie mogły zachowywać wygodnej neutralności; a po trzecie wreszcie: pardon maj frencz, ale mimo wszystko środowisko kibiców piłkarskich stanowi jakąś siłę, istotną z punktu widzenia politycznej walki, więc i z tego powodu nie można było sprawy zostawić samej sobie, żeby się po prostu rozwiązała wewnątrz organizacji.

Nie jestem pewien, czy to w tym wszystkim nie jest argument kluczowy i czy nie warto zdać sobie w końcu sprawy, że w porównaniu z piłkarskimi ultrasami środowisko rowerzystów i kibiców kolarstwa w Polsce to w istocie zupełnie niewielka garstka miłych ludzi, z którymi fajnie jest żyć w zgodzie i budować im ścieżki, bo bywają upierdliwi z blokowaniem miasta w piątkowe popołudnia, ale z politycznego punktu widzenia są zupełnie pomijalni i trzeba by mieć nierówno pod sufitem, żeby ryzykować dla nich karierę i naginać obowiązujące reguły. Bardzo mi przykro, ale w tym kraju Rodzina Radia Maryja ma znacznie większą siłę, niż środowisko kolarskie, więc oczekiwanie, że się cudownie znajdą jakieś pieniądze na spłatę długów PZKol, to raczej czekanie na śnieg w lipcu. Z punktu widzenia interesów politycznych nie ma tutaj do ugrania zupełnie nic. Środowisko kolarskie skazane jest na siebie i na ludzi, których samo sobie wybrało do reprezentowania we władzach związku.

Ktoś w tym miejscu pewnie powie: „Ale zaraz, zaraz! Przecież ja nikogo nie wybierałem!”. W gruncie rzeczy byłoby dobrze, gdyby to powiedziała większość zainteresowanych, a jeszcze lepiej, gdyby im zaraz potem gdzieś między synapsami zaiskrzyło pytanie, czy się możliwość takiego wyboru ma. Bo i owszem: ma się.

Związek sportowy tym się różni np. od partii politycznej, że co do zasady powstaje oddolnie: najpierw są kluby, które zrzeszają się w organizacje na poziomie lokalnym, a następnie te powołują swoją reprezentację w postaci stowarzyszenia, którym w istocie jest każdy związek sportowy. Dokładnie taka sama ścieżka obowiązuje w przypadku powoływania władz tegoż, bowiem zarząd związku sportowego wybierany jest przez delegatów, którzy wcześniej wybierani są w strukturach lokalnych.

Jeśli więc ktoś dziś narzeka, że we władzach związku nie ma menedżerów, tylko średnio rozgarnięci działacze, to z dużym prawdopodobieństwem nigdy się nie zainteresował nawet tym, kto – poniekąd w jego imieniu – dokonał takiego, a nie innego wyboru. Żeby się nie bić tylko w cudze piersi przyznaję: ja też się tym nigdy wcześniej szczególnie nie interesowałem. Pies z kulawą nogą się tym nie interesował i między innymi dlatego mamy to, co mamy, bo zdecydowana większość lokalnych działaczy podejmuje decyzje według schematu tak prostego, jak przywołane na początku scenariusze reklam z lat 90.: ważne jest tylko to, żeby mieć swojego człowieka w zarządzie.

Wszyscy ludzie, z którymi na ten temat rozmawiałem, są zgodni co do jednego: nie ma fizycznej możliwości, żeby w takiej kryzysowej sytuacji, w jakiej obecnie znajduje się związek, mógł nim sprawnie zarządzać aż 9-osobowy zarząd, złożony w znacznej mierze z ludzi, którzy są tam wyłącznie po to, by reprezentować jakąś frakcję lub strukturę lokalną. Motywacja części z nich jest wyłącznie „reprezentacyjna” (sukcesem jest już sam fakt bycia w zarządzie), kompetencje żadne, a zaangażowanie zerowe, tym bardziej, że pracują za darmo. Jeśli do tego dodać, że na ogół wzajemnie się nie znoszą – mamy przepis na katastrofę doskonałą. Efektów nie trzeba daleko szukać, wystarczy posłuchać, co na przykład część zarządu mówi o człowieku, odpowiedzialnym za nieogarnięcie tematu strojów reprezentacji na mistrzostwa świata: „nie dał rady”. Helou?

Żeby zmienić tę sytuację nie trzeba wcale organizować pełzającego zamachu stanu i namawiać UCI i ministerstwo na „wrogie przejęcie” PZKol (jakby to usłyszał minister Bańka, to echo jego śmiechu straszyłoby kolejnych ministrów co najmniej trzy kadencje). Wystarczy się zaangażować w działanie struktur lokalnych i zadbać o to, żeby na następne Walne Zgromadzenie Delegatów wybrać takich ludzi, którzy nie pojadą tam na kolejne towarzyskie spotkanie i test trwałości wątroby, tylko z wolą rozwiązania problemu i pomysłami na to, jak realnie ratować związek. Dopóki jednak my będziemy snuli fantastyczne wizje o ministrze na białym koniu, który wjeżdża na pruszkowski tor z workiem pieniędzy i pręgierzem, przy którym publicznie wybatoży leniwych działaczy, dopóty oni będą kolportować mrzonki o tym, jak to kiedyś będzie fajnie. Ale nie zjawi się tam też żaden menedżer, jeśli sami o to nie zadbamy.

Tymczasem my wolimy marnować czas na jałowe dyskusje, a o sukcesach polskich kolarzy przez najbliższe lata będziemy czytali wyłącznie w podręcznikach historii. Niewykluczone, że na tajnych kompletach.

PS. O sytuacji związku i o tym, czy w ogóle jest jeszcze jakieś światło w tunelu, pogadaliśmy sobie w ubiegły czwartek podczas audycji Turdetur w Weszło.FM. Wpadł też na chwilę jeden z wiceprezesów PZKol, Sebastian Rubin i próbował nas przekonać, że w związku nastała nowa jakość. Czy faktycznie? Niech każdy sam się przekona, odsłuchać można tutaj.

Foto: Flickr / TechGeeks