Medialna pułapka PZKol

Gdybym powiedział kolegom, że w poniedziałek bladym świtem zabrałem się za pisanie o PZKol, prawdopodobnie wysłaliby do mnie ekipę ratunkową, albo przynajmniej jakiś patrol, który sprawdziłby czy nie przesadziłem w weekend z używkami.

Znajdą się pewnie i tacy, którzy uznają, że czepiam się bzdur, ale życie mnie wystarczająco mocno wychłostało za nieprzywiązywanie wagi do szczegółów, więc teraz niektóre drobiazgi wydają mi się dość istotne.

Rzecz dotyczy strony Rowerowa.pl, którą od jakiegoś czasu zaczął dość intensywnie promować oficjalny profil Polskiego Związku Kolarskiego. I rzecz nie byłaby pewnie warta uwagi, gdyby nie właśnie owe „drobiazgi”.

Pierwszy z nich jest taki, że – jak czytamy w stopce serwisu – jest on własnością przedsiębiorcy o nazwisku Kramarczyk. Zbieżność nazwisk z aktualnym wiceprezesem zarządu PZKol jest nieprzypadkowa, więc mamy tutaj pierwszy drobny zgrzyt, natury – powiedzmy – etycznej.

Gdyby się trzymać zasad dobrych praktyk komunikacji związku sportowego z mediami, wyglądałoby to tak, że zarząd związku podejmuje jakieś uchwały, rzecznik prasowy przygotowuje o nich komunikat, po czym rozsyła go do wszystkich mediów, jakie ma w bazie. Co one z tym zrobią to już inna historia, ale co do zasady tak rzecz powinna wyglądać.

W kolarskiej rzeczywistości o funkcji rzecznika prasowego można tylko pomarzyć, bo nieborak – kimkolwiek by nie był – musi coś jeść, co oznacza, że za pracę wypadałoby mu zapłacić, a PZKol groszem nie śmierdzi. Nie ma więc rzecznika i trzeba sobie radzić inaczej.

Problem w tym, że ostatni zarząd PZKol radzi sobie tak, że informacje z pierwszej ręki publikuje w pierwszej kolejności w serwisie, stanowiącym prywatną własność wiceprezesa. W normalnych okolicznościach przyrody byłoby to uznane za czyn nieuczciwej konkurencji wobec innych serwisów kolarskich w tym kraju, które – trzymając się reguł funkcjonowania mediów – cytując teraz jakąś informację na temat działań PZKol powinny się powołać na serwis Rowerowa.pl. Sprytne, ale nieuczciwe.

Serwis Rowerowa.pl ma rzekomo „patronat” związku, choć tu sprawa nie jest oczywista, bo gdy kilka razy zapytałem o uchwałę, na mocy której PZKol objął owym „patronatem” prywatne przedsięwzięcie pana Kramarczyka, dyskusja zaczynała dziwnie meandrować.

Z nieoficjalnych informacji wynika, że o owym „patronacie” nikt nie słyszał, a w samym zarządzie związku są dość poważne rozbieżności na temat tej dziwacznej „współpracy”. Na oficjalne potwierdzenie tych informacji jeszcze czekam.

EDIT: Rozmawiałem dziś z prezesem Golwiejem, który twierdzi, że nic mu nie wiadomo o rzekomym „patronacie”, a już tym bardziej o zobowiązaniu związku do promocji serwisu Rowerowa.pl w oficjalnych kanałach…

Dochodzi zresztą przy jej okazji do dość zabawnych (no, powiedzmy…) sytuacji, jak chociażby ta sprzed kilku dni, gdy na oficjalnym profilu Polskiego Związku Kolarskiego pojawiła się zapowiedź jednego z materiałów Rowerowej, zilustrowanego idącym pod młotek torem i „uspokajającym” tytułem: „Przygotowania do igrzysk zagrożone?”.

W środku było jeszcze lepiej, bo w artykule szeroko cytowano byłego ministra Witolda Bańkę, który nie przebierał w słowach na temat obecnego zarządu PZKol, mówiąc m.in. „Tym ludziom nie powierzyłbym nawet składek na komitet rodzicielski”. Teraz zostały one przypomniane „pod patronatem” PZKol.

Nawiasem mówiąc: udostępniony materiał z profilu związku został rychło usunięty. No jak to? A patronat?!. Zresztą o wartości merytorycznej publikowanych tam materiałów też można dyskutować, ale to nieco inny temat.

Niemniej właśnie w obszarze owego udostępniania twórczości Rowerowej na profilu facebookowym PZKol mam najwięcej wątpliwości i chciałbym tu zwrócić uwagę na pewien drobiazg, który państwu na ulicy Andrzeja w Pruszkowie prawdopodobnie nawet nie zaświtał w głowie.

Abstrahując już od tego, czy ów wątpliwy „patronat” rzeczywiście jest jakoś sformalizowany (a poniżej o tym dlaczego być powinien), to idea tego typu medialnych mariaży opiera się zwykle na ekwiwalentności świadczeń. I to wymiernych, a nie mierzonych na zasadzie: „ja mam wielki zapał, a wy macie zasięg, zróbmy więc interes”. W innym wypadku to się zwykle kończy tak, jak w słynnej anegdocie o dwóch „przedsiębiorcach”, z których jeden miał pieniądze, drugi doświadczenie, a w wyniku owej współpracy pierwszy zyskał doświadczenie, a drugi – pieniądze.

Problem polega na tym, że Rowerowa nie ma związkowi zupełnie nic do zaoferowania, bo jest tworem zupełnie nowym, który nie ma widowni, więc żaden opublikowany tam komunikat nie dotrze do żadnej osoby, której PZKol nie byłby w stanie powiadomić własnymi siłami.

Mamy więc po jednej stronie portal bez zasięgu (430 osób obserwujących na FB), a po drugiej: profil, obserwowany przez 15,5 tysiąca ludzi. Gdzie jest owa ekwiwalentność świadczeń? Kto tu jest beneficjentem „patronatu”? Kto zyskuje? Obie strony? Wolne żarty.

Ale sprawa – wbrew pozorom – jest poważniejsza. Gdyby się bowiem okazało, że ów „patronat” ma charakter wyłącznie – nomen omen – wirtualny, oznaczałoby to ni mniej ni więcej tyle, że PZKol realizuje świadczenia promocyjne na rzecz działalności pana Kramarczyka, za co powinien mu wystawić fakturę (zasięg i wygenerowany przez niego ruch są przecież policzalne i stanowią konkretną wartość).

Gdyby zaś zarząd tego nie zrobił, naraził by się na zarzut niegospodarności (bo w sumie w imię czego rozdaje za darmo coś, co ma wartość?). A gdyby się okazało, że cała ta działalność to wyłącznie inicjatywa pana Kramarczyka, to czy przypadkiem nie wyczerpuje to znamion przekroczenia uprawnień i nieuprawnionego rozporządzania majątkiem związku?

Mamy więc przy jednym, banalnym „patronacie”: nieuczciwą konkurencję, niegospodarność lub nieodpowiedzialne gospodarowanie majątkiem związku. Mało?

No nie wiem. Mnie uczono, że miliony składają się ze złotówek. W PZKol najwyraźniej miliony trzeba najpierw wyprosić, a później głupio stracić. Wtedy dopiero równowaga jest zachowana.

Foto: Luc Legay / Flickr

Władca marionetek

Lance Armstrong nas oszukał, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Ale to, że dzisiaj ciągle wodzi nas za nos, to już wyłącznie nasza „zasługa”.

Już dawno pogodziłem się z tym, że wielu rzeczy na tym świecie nie ogarniam. Od czasu do czasu zderzam się jednak z sytuacją, w której skala mojego zdumienia dziwnością tego świata mnie samego zaskakuje. Tak jak chociażby w ostatnim tygodniu, kiedy to niemal z każdego kolarskiego profilu atakowało mnie święte oburzenie na pomysł duetu Armstrong & Hincapie, by za ciężkie pieniądze zorganizować rowerową wycieczkę po Majorce.

Wiedziony ciekawością sprawdziłem u źródła o co tak naprawdę jest ten cały hałas i przestałem rozumieć jeszcze bardziej. W krótkiej skądinąd zapowiedzi, zakończonej wezwaniem do kontaktu w celu poznania szczegółów projektu, nie znalazłem ani słowa o tym, że jest to obóz treningowy, albo że ma cokolwiek wspólnego z wyczynowym uprawianiem kolarstwa. Ot, zwykłe zaproszenie na „podziwianie zapierających dech w piersiach widoków” w towarzystwie twórców podcastu „The Move”. O co zatem cały ten hałas?

Moim zdaniem wyłącznie o to, żeby był. Nazwisko Armstronga wciąż elektryzuje tysiące kibiców, choć od dobrych kilku lat powinno być spowite gęstą zasłoną milczenia. I nawet jeśli przez jakiś czas wydawało się, że „Ten, Którego Imienia Się Nie Wymawia” na dobre przestanie być podmiotem lirycznym rozmów w kolarskim światku, to – niestety – znowu okazał się być sprytniejszy od nas. Tym razem jednak nas nie oszukał, ale umiejętnie wykorzystał wszystkie nasze słabości. A zwłaszcza słabość mediów, które dla kliknięć i oglądalności zrobią dzisiaj niemal wszystko, nie bacząc na to, że jednocześnie robią mu gigantyczną darmową reklamę.

Oburzenie na obecną działalność Armstronga z jednej strony mnie bawi, z drugiej – skrajnie irytuje. Bawi, bo niemal doskonale pokazuje, jak łatwo jest nas wodzić za nos. Wystarczy rzucić w eter prostą zapowiedź, że zamierza pojawić się w roli kibica na którymś z większych wyścigów, a portale i telewizje natychmiast wysyłają w tłum swoich reporterów, by wyśledzili, czy na pewno się pojawił i czy przypadkiem nie zrobił sobie zdjęcia na tle roweru.

Irytuje, bo to wszystko jest podszyte trudnym do zniesienia poziomem moralizatorstwa. No bo jak to tak? Facet, który nas wszystkich przez lata oszukiwał i któremu oficjalnie zakazano startów w jakichkolwiek – nawet amatorskich – zawodach sportowych, dziś pojawia się w glorii chwały na wydarzeniu w dyscyplinie, którą skalał swoim oszustwem? Razi mnie w tym wszystkim nieskrywane poczucie wyższości i tani rewanżyzm, że oto my maluczcy i biedni byliśmy przez lata robieni w konia, więc teraz dla równowagi najchętniej widzielibyśmy Armstronga grabiącego piasek na pustyni w Arizonie. I to najlepiej od świtu do zmierzchu, żeby po skończonej pracy nie miał już nawet siły pomyśleć o rowerze.

Problem tylko w tym, że poza wykreśleniem jego nazwiska z listy zwycięzcy wyścigów, poza karą dożywotniej dyskwalifikacji, zakazem startów w zawodach sportowych oraz poza konsekwencjami natury finansowej, Armstrong jest tak naprawdę wolnym człowiekiem. Nikt nie może mu zakazać podróżowania po świecie, stawania przy trasie wyścigu (sam go spotkałem dwa lata temu w hotelu na skraju pustyni Negev podczas izraelskiego startu Giro d’Italia), organizowania wycieczek rowerowych na Majorce, czy w jakimkolwiek innym miejscu. I czy nam się to podoba, czy nie – nikt mu nie odbierze wiedzy o tym jak się jeździ na rowerze i nikt mu nie może zakazać czerpania z tej wiedzy profitów. Czy to w formie podcastu, czy jakiejkolwiek innej.

Lance Armstrong nas oszukał, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Ale to, że dzisiaj ciągle wodzi nas za nos, to już wyłącznie nasza „zasługa”. To my nieustannie czynimy go sławnym i to my – dla popisywania się naszą własną moralną wyższością i nieskazitelnością – wciąż nagradzamy go atencją, na którą nie zasługuje.

Jeśli naprawdę uważamy, że jedynym co mu się od kolarskiego świata należy jest wieczne zapomnienie, to przestańmy do cholery w końcu o nim gadać. W każdym innym przypadku tańczymy do melodii, którą on nam intonuje.

Foto: Jered Gruber / Flickr.com

Eureka! To działa!

Muszę się przyznać do kilku rzeczy.
Po pierwsze do tego, że wciąż za mało wiem o MTB. Trochę się orientuję w bieżących wydarzeniach, kibicuję Biało-Czerwonym przy okazji ważniejszych imprez, kojarzę kilka kluczowych nazwisk, ale niewiele ponadto. Kiedyś próbował mnie tą pasją zarazić mój serdeczny przyjaciel, z którym jako dzieciaki biegaliśmy po jednym lesie (nie mieliśmy wspólnego podwórka), ale sukces w tym zakresie odniósł umiarkowany. On później wielokrotnie stawał na podium mistrzostw Polski, ja w najlepszym wypadku na kilku imprezach zrobiłem parę zdjęć. Jest to zatem jakiś obszar do nadrobienia, choć sam rower górski jest mi raczej obojętnym.

Po drugie: przyznaję, że gdy po raz pierwszy usłyszałem nazwę Volkswagen Samochody Dostawcze MTB Team (wtedy w nazwie było jeszcze słowo „Użytkowe”), trochę nie wiedziałem co o tym myśleć. Długa, mało „seksi”, może i charakterystyczna, ale niezapadająca w pamięć. Miałem sporo wątpliwości, ale ponieważ moje zaangażowanie w tę odmianę kolarstwa było nieprzesadnie głębokie (patrz wyżej), postanowiłem po prostu przyglądać się rozwojowi wypadków. Dopiero po jakimś czasie skumałem, że VW Samochody Dostawcze odpowiada również za marketing i sprzedaż modelu, którego jestem skrytym psychofanem, czyli Californii. Moje uczucia wobec ekipy natychmiast stały się nieco cieplejsze.

Kiedy więc dostałem zaproszenie na wczorajsze śniadanie prasowe zespołu, niemal natychmiast potwierdziłem obecność. Wprawdzie nieszczególnie mnie interesowały niuanse sprzętowe i plan startowy na najbliższą wiosnę, ale bardzo mnie ciekawiło jak to wszystko działa i co sprawia, że ten interes się kręci. No i w końcu miałem okazję osobiście poznać Bogdana Czarnotę, z którym pewnie setki razy mijaliśmy się na ulicy rodzinnego (niewielkiego) miasta, ale jakoś nigdy nasze ścieżki nie przecięły się na tyle blisko, żeby mieć szansę się wzajemnie przedstawić.

Kilka rzeczy mnie zaskoczyło.

Po pierwsze: nie wiem jakim budżetem dysponuje grupa, ale nie sądzę, by była to ośmiocyfrowa kwota. Tymczasem wszystko wydaje się tam być poukładane: zawodnicy mają na czym jeździć, mają się w co ubrać, mają co zjeść i mają jasno wytyczone cele, które konsekwentnie realizują. Jeśli potrzeba – mają fizjoterapeutę, w razie czego jest w zanadrzu psycholog i trener mentalny, nie wspominając o takich „drobiazgach” jak personalizacja sprzętu. Trochę dziwnie się czuję, lokując te wszystkie rzeczy w kategorii „zaskoczenie”, ale zwykle gdy zdarza mi się rozmawiać z ludźmi z „branży” MTB, na ogół słyszę niemal wyłącznie narzekania, że „na nic nie ma”.

Po drugie: to, co najbardziej rzuciło mi się w oczy, to pomysł. Nie wiem, czy tak było od początku, ale dziś zrobiło to na mnie wrażenie: są w drużynie „starzy wyjadacze”, którzy dzielą się z resztą swoim doświadczeniem, są „killerzy”, których zadaniem jest przede wszystkim wygrywanie, są ci, którzy się doskonalą i są też tacy, jak dołączający właśnie do zespołu zaledwie 16-letni Kamil Klimek, którzy przez zespół i trenera będą teraz szlifowani jak diamenty. Są do tego wszystkiego ambitne cele, jest szczegółowo rozpisany plan startowy i nawet mnie – niemal kompletnemu laikowi w tej dziedzinie – wydaje się to wszystko mieć ręce, nogi i – przede wszystkim – głowę.

Ale to, co w tym wszystkim wydaje mi się najważniejsze, to fakt, że to wszystko – eureka! – działa. Nie dość, że cele są realizowane na polu sportowym, to klei się to wszystko również na poziomie biznesu. O profesjonalizacji polskiego zespołu na takim poziomie, że organizuje on rzeczowe i interesujące spotkanie z dziennikarzami, podczas którego prezentuje wyniki, cele, plany i pomysły na ich realizację, poza paroma wyjątkami raczej na co dzień nie słyszymy. Zwłaszcza w dyscyplinie, będącej obecnie dość daleko od mainstreamu.

A ponieważ mam małe zboczenie zawodowe na punkcie właśnie profesjonalizacji w zarządzaniu sportem i efektywności działań sponsoringowych, skorzystałem z okazji by podpytać sympatyczną Panią Magdę z działu PR Volskwagen Samochody Dostawcze o to, czy również im się ta współpraca opłaca. W sumie nie spodziewałem się przeczącej odpowiedzi, zwłaszcza po prezentacji wyników za 2019 i planów na bieżący rok, ale wolałem się upewnić. Interesowało mnie zwłaszcza to, czy jako sponsor mierzą w jakiś sposób efektywność tego zaangażowania. I tu również bez zaskoczenia: mierzą i wychodzi im, że to dobra droga.

Wnioski są więc takie: mamy markę, która mimo że w portfolio ma w zasadzie jeden seksowny produkt (California) i obiektywnie niezbyt pobudzającą wyobraźnię nazwę, potrafi wokół siebie zbudować zupełnie nieoczywiste, ale bardzo konkretne zainteresowanie, przekładające się wprost na wynik sprzedażowy. Mamy grupę utalentowanych i mocno zaangażowanych ludzi, mamy zdeterminowanych i profesjonalnych menedżerów (Maciej Zabłocki i Bogdan Czarnota).

Mogę się mylić, ale na moje wyczucie sukces to suma tych wszystkich czynników, a nie warunek do tego, żeby w ogóle zacząć coś robić.

I tę ostatnią myśl szczególnie dedykuję większości zarządzających polskim kolarstwem, na każdym odcinku i w każdej jego odmianie.

Foto: VW Samochody Dostawcze MTB Team

(Un)fair play…

Gdyby „fair play” była marką, miałaby zapewne godny pozazdroszczenia ekwiwalent reklamowy. I byłoby to może i urocze, gdyby nie było podszyte wielką hipokryzją. Bo futbol jest w istocie rozkochany w łamaniu własnych reguł. I niejednokrotnie na tym właśnie buduje swoją wartość.

Nie oszukujmy się: sport to dzisiaj przede wszystkim biznes. Trochę to smutne i można się na to zżymać, ale u schyłku drugiej dekady XXI wieku warto się wyzbyć w tym zakresie wszelkich złudzeń. I właściwie nie miałbym nic przeciw temu, gdyby nie fakt, że w biznesie ważne jest również coś takiego, jak jego społeczna odpowiedzialność.

W biznesie sportowym wydaje mi się ona szczególnie istotna, bo sam sport i tzw. kultura fizyczna są dość istotnymi elementami wychowania młodzieży. Miło byłoby oczywiście oczekiwać społecznej odpowiedzialności od hodowcy norek albo właściciela sklepu z alkoholem, ale aż tak naiwny nie jestem (chociaż wierzę, że ten ostatni ma przynajmniej szansę się wykazać nie sprzedając alkoholu nieletnim). Niemniej jeśli chodzi o sport, a zwłaszcza o piłkę nożną i piłkarzy, do których wzdychają niezliczone tabuny młodzieńców, moje oczekiwania są zdecydowanie większe.

W 115. minucie meczu o Superpuchar Hiszpanii napastnik Atletico znalazł się (po błędzie obrońcy Realu) w niemal doskonałej sytuacji strzeleckiej. Przy stanie 0:0 i na pięć minut przed końcem meczu akcja Moraty mogła być rozstrzygająca dla wyniku spotkania. Gdyby oczywiście trafił, ale tego nie dowiemy się nigdy. Nie dostał nawet takiej szansy, bo Fede Valverde bezpardonowo go wyciął tuż przed polem karnym. Dostał za to czerwoną kartkę i… nagrodę dla najbardziej wartościowego piłkarza w meczu.

Nie jestem fanem Atletico, nie jestem też kibicem Realu. Wynik tego meczu wisi mi tak naprawdę kalafiorem, ale gdy czytam komentarze po tej sytuacji, coś się we mnie mimowolnie gotuje.

„To najwspanialszy faul taktyczny w historii futbolu”. „Valverde powinno się postawić pomnik przed Bernabeu”. „Wygrał ten mecz dla Realu”. „Man Of The Match!” – to zaledwie promil z tysięcy komentarzy, jakie można przeczytać po tym zagraniu.

Odbyłem na ten temat kilka interesujących dyskusji, w których rozmówcy próbowali mnie przekonać, że właściwie wszystko jest w porządku, że takie sytuacje to w piłce nożnej rzecz normalna, a w sporcie chodzi przecież przede wszystkim o wygrywanie, więc czasem cel uświęca środki.

Serio? Nadal nie jestem przekonany.

Być może ta sytuacja nie raziłaby mnie tak bardzo, gdyby nie fakt, że świat piłki nożnej wytatuował sobie napis „fair play” wszędzie, gdzie to tylko możliwe. „Fair play” jest widoczne na każdym meczu, na niemal każdej bandzie, na proporcach i na koszulkach wszystkich piłkarzy. Gdyby „fair play” była marką, miałaby zapewne godny pozazdroszczenia ekwiwalent reklamowy.

Byłoby to może i urocze, gdyby nie było podszyte ewidentną hipokryzją. Nakład sił i środków, zainwestowanych w promocję zasad sprawiedliwej gry, sprowadzających się w praktyce niemal wyłącznie do wykopania piłki na aut, gdy któryś z piłkarzy od pięciu minut leży na murawie, wydaje się zupełnie nieadekwatny do osiągniętych rezultatów. Fair play jest w istocie jedną z ostatnich rzeczy, jakie oglądamy na boiskach.

Ale jest jeszcze jeden, ważniejszy powód, dla którego nie mogę pogodzić się z tą sytuacją. Gdyby przyszedł do mnie mój syn i zapytał za co Valverde dostał nagrodę – nie potrafiłbym mu tego wytłumaczyć.

Już nawet pomijając fakt, że określenie „faul taktyczny” to oksymoron, który służy nam do łatwego usprawiedliwiania drobnych niegodziwości, gdy cel zdaje się uświęcać środki, ta cała sytuacja wydaje mi się wewnętrznie całkowicie sprzeczna.

Jasne, Valverde został uznany najbardziej wartościowym zawodnikiem za postawę w całym meczu, a nie z powodu tego faulu na Moracie. Ale właśnie za sprawą tego faulu nie powinien był zobaczyć żadnej nagrody, a już na pewno nie związanej z jakimikolwiek wartościami.

Złamał reguły gry, w którą gra. Został z tego powodu wyrzucony z boiska. Czerwona kartka to odpowiednik dyskwalifikacji zawodnika. Po czerwonej kartce nie siada się na ławce, tylko schodzi prosto do szatni. Po to, żeby z niej chwilę później wyjść i odebrać nagrodę? I uważamy, że to jest „fair”? Przecież to tak, jakby np. forum biznesu przyznało nagrodę „pracownik miesiąca” komuś, kto okradł konkurencję.

Czego w ten sposób uczymy nasze dzieci? Że można grać nieczysto, łamać zasady, krzywdzić rywali, a na koniec być za to nagrodzonym? Czy na pewno chcemy, żeby w taki sposób postępowały w życiu? Czy któregoś dnia nie zagrają w ten sposób również przeciw nam? Dlaczego nie miałyby tego zrobić, skoro sami ich uczymy, że cel jest ważniejszy od gry zgodnej z regułami? Na tym polega ta „odpowiedzialność”?

Foto: Flickr / Canada Soccer

Dziwny świat…

Życzyłbym sobie i wszystkim kibicom kolarstwa w Polsce, żebyśmy w Nowym Roku potrafili się cieszyć nawet małymi sukcesami. W tym pełnym paradoksów i mało logicznym świecie brakuje nam czasem zwykłej, szczerej radości z dokonań, które może nie zawsze są na miarę naszych ambicji, ale niejednokrotnie i tak znacząco przewyższają nasze możliwości.

Chyba się trochę posypały akapity w tekście, który wysłałem do naszosie.pl, więc pozwalam sobie ostatni felieton z 2019 roku wrzucić także tutaj.

Do Siego Roku!


To był… dziwny rok. Gdyby ktoś chciał kiedyś znaleźć dowód na pokrętną logikę naszych czasów, to rok 2019 nadawałby się do tej roli idealnie.

Pod względem intensywności sportowych wrażeń chyba nie mamy powodów do narzekania. Dostaliśmy całkiem sporo emocjonujących imprez, z wieloma nieoczywistymi rozstrzygnięciami. Bo czy ktoś się spodziewał chociażby zwycięstwa Alberto Bettiola we Flandrii?  Richarda Carapaza w Giro? Madsa Pedersena w mistrzostwach świata? Czy ktoś był gotów zakładać się przed Tour de France, że Julian Alaphilippe przejedzie 2/3 Wielkiej Pętli w żółtej koszulce? Ktoś obstawiał ponad 100-kilometrową samotną ucieczkę Annemiek Van Vleuten po tęczę? A przecież takich sytuacji mieliśmy w tym roku znacznie więcej.

Z drugiej strony: w tym samym roku, który właściwie bez ograniczeń sycił kolarskich kibiców emocjami, w oczy coraz większej liczby zespołów zaczęło zaglądać widmo braku sponsorów. Dla kilku drużyn rok 2019 był ostatnim rokiem ich funkcjonowania. Z kalendarza zniknie też kilka wyścigów. Co poszło nie tak? Czy to aby na pewno wyłącznie błędy w zarządzaniu?

Również na naszym podwórku był to rok przedziwnych paradoksów. Dwa szóste miejsca Rafała Majki w dwóch wielkich tourach – drugi taki przypadek w naszej historii, pierwszy od 26 lat – duża część polskich kibiców uznała za… porażkę. Trudno to nawet zgrabnie spuentować…

W mateczniku kolarskiej federacji, która „związek” ze sportem ma już chyba wyłącznie w nazwie, zorganizowano – formalnie bez jej udziału – jedną z najważniejszych imprez sportowych, jakie w tym roku odbyły się w naszym kraju. Torowe mistrzostwa świata zrealizowano z sukcesem nie tylko pod względem organizacyjnym i sportowym, ale również finansowym, co tylko pokazuje, że jeśli zaangażuje się do pracy odpowiednich ludzi, to niemożliwe staje się całkiem realne. Nawet w miejscu, które nieudolność ma wpisaną w DNA.

Ale już wniosków nikt z tego nie wyciągnął (do czego w sumie zdążyliśmy już przywyknąć) i kilka miesięcy po całkiem udanej imprezie wybrano nowy zarząd, na którego liście sukcesów trudno szukać – poza samym wyborem – jakiejkolwiek innej pozycji. Chyba że za sukces uznamy pojawienie się w Pruszkowie nowej nieruchomości: gustownie przyozdobionej biało-czerwoną taśmą metalowej barierki, która wytrwale pilnuje miejsca parkingowego jednego z wiceprezesów. Od czegoś przecież trzeba zacząć budowanie kolarskiej potęgi.

Tymczasem w tych wyjątkowo niesprzyjających okolicznościach trenuje nasza torowa kadra, która co prawda nie zawsze ma się w co ubrać, ale której przynajmniej nie brakuje ochoty do walki. Dowodem na to tegoroczne sukcesy Mateusza Rudyka, który najpierw sięgnął po brąz w mistrzostwach świata, później powtórzył ten wynik w mistrzostwach Europy, a na najbliższy czempionat, który na przełomie lutego i marca rozegrany zostanie w Berlinie, pojedzie jako zdobywca Pucharu Świata w sprincie.

W Berlinie, a później podczas igrzysk w Tokio, będzie walczył między innymi z Holendrami, Brytyjczykami i kolarzami z Antypodów, którzy swój czas dzielą między treningi a wizyty w tunelach aerodynamicznych, gdzie toczą wytrwałe boje o każdy gram i milimetr, który może ich zbliżyć do rekordowego wyniku. Polska kadra toczy w tym czasie bój z zarządem związku, by ten przynajmniej nie przeszkadzał i nie traktował torowców jak grupy bachorów, której wymaganiom trzeba czynić zadość, wysyłając na dalekie imprezy i inwestując w stroje.

Po tym dziwnym roku 2019 nastanie prawdopodobnie nie mniej szalony 2020. W roku olimpijskim wiele rzeczy zostanie postawionych na głowie i pewnie znowu będziemy świadkami wielu nietypowych rozstrzygnięć. Oczekiwania mamy spore, a możliwości… no cóż, nie zawsze oczywiste.

Na wyjątkowo trudnej trasie wyścigu szosowego w Tokio wystawimy przeciwko wielu silnym składom liczebnie mizerne reprezentacje, ale – jak to mamy w zwyczaju – do końca będziemy wierzyć w spryt i wytrwałość Kwiatkowskiego, Majki czy Kasi Niewiadomej. I – mam wielką nadzieję – znowu damy się ponieść emocjom, bo w tym dziwnym świecie najlepiej smakują sukcesy, zdobywane nie dzięki, ale na przekór rozmaitym okolicznościom.

Życzyłbym sobie i wszystkim kibicom kolarstwa w Polsce, żebyśmy w Nowym Roku potrafili się cieszyć nawet małymi sukcesami. W tym pełnym paradoksów i mało logicznym świecie brakuje nam czasem zwykłej, szczerej radości z dokonań, które może nie zawsze są na miarę naszych ambicji, ale niejednokrotnie i tak znacząco przewyższają nasze możliwości.

Nauczmy się tym bawić i cieszmy się każdą okazją do kibicowania „naszym”. Niczym Kolumbijczycy, którzy czekali na „swój” sukces ponad trzy dekady, a dostali go – jak by nie patrzeć – w dużej mierze jako dzieło przypadku. Bo przecież jeszcze pod koniec kwietnia tego dziwnego 2019 roku Egan Bernal miał zupełnie inne plany…

Foto: Szymon Sikora

Kiedy opadają ręce, a powinny polecieć głowy

Zrozumiałbym (nie bez trudu, ale jednak), gdyby naszych najlepszych zawodników krytykowali zupełni ignoranci. Dopuszczam też myśl (również z trudem), że związkami sportowymi mogą zarządzać ludzie bez wyobraźni. Ale kiedy myślisz, że już nie ma rzeczy, które w tym obszarze mogą cię jeszcze zaskoczyć, wtedy wkracza on: zarząd PZKol. Cały na buraczano.

Przymierzałem się właśnie do zaległego felietonu dla „Na Szosie”. Miał być pewną klamrą, spinającą rok kolejnych „reform” UCI, od których zaczynałem swoją pisaninę. Reform raczej średnio udanych, biorąc pod uwagę choćby rozpaczliwy list Davida Lappartienta, wysłany niedawno do szefów drużyn i opór, za sprawą którego odroczono właśnie wdrożenie w przyszłym roku „UCI Classic Series”. I kiedy ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy układałem sobie w głowie zdania i siadałem przed klawiaturą, przeczytałem poniższy tweet Mateusza Rudyka:

Przyznam, że krew się we mnie zagotowała.

Nie ma słów, którymi można usprawiedliwić takie zachowanie ludzi, których zadaniem – jak by nie patrzeć – jest w pierwszym rzędzie wsparcie dla zawodników. Zwłaszcza tych, którzy regularnie odnoszą kolejne sukcesy. Już nawet nie wspominam o czymś tak banalnym, jak tworzenie dla nich odpowiednich warunków do rozwoju, bo z tym zadaniem PZKol nie radzi sobie już od dłuższego czasu. Ale władze związku, deprecjonujące zaangażowanie i osiągnięcia swojego najlepszego zawodnika? To się po prostu nie mieści w głowie.

Chyba nie ma dzisiaj kolarza, który miałby mocniejszy mandat do oczekiwania wsparcia od PZKol, niż Mateusz Rudyk. Brązowy medalista mistrzostw świata, trzeci sprinter na mistrzostwach Europy, w międzyczasie jeszcze kilka mniejszych lub większych osiągnięć, z indywidualnym złotem w Pucharze Świata, z dwoma srebrami i rekordem Polski w drużynie włącznie, jeśli spojrzeć tylko na to, co udało się chłopakom wywalczyć tylko w ciągu ostatniego tygodnia. Bynajmniej nie dzięki pracy i zaangażowaniu wiceprezesów związku, ale w dużej mierze wbrew kłodom, mniej lub bardziej świadomie rzucanych przez nich kolarzom pod nogi.

Miałem okazję poznać obu wiceprezesów. Jednego z nich w okolicznościach co najmniej dziwnych, bo akurat w chwili, gdy groził jednemu z kolarzy postępowaniem dyscyplinarnym. Rzecz miała miejsce kilka chwil przed sławetną konferencją prasową, na której przedstawiano „odpowiedź” związku na sformułowane przez ministra Bańkę zarzuty oraz plan naprawy sytuacji PZKol dzięki rewolucyjnemu pomysłowi sprzedaży toru w Pruszkowie na wolnym rynku. Kolarz ów naraził się władzy zwierzchniej tym, że w niezbyt parlamentarnych słowach ocenił stan umysłu zarządu.

Może i nie było to przesadnie eleganckie, choć dziś dość wyraźnie widać, że nie było również za bardzo dalekie od prawdy. Nie mam też dziś pewności jakie są losy ówczesnej groźby, ale z informacji, które do mnie od czasu do czasu z różnych źródeł docierają wnioskuję, że wiceprezes jest dość zdeterminowany, by udowodnić przed komisją dyscyplinarną swoją dobrą pamięć, wszak od tamtego wydarzenia minęły już ponad dwa miesiące. (A skoro jesteśmy przy upływającym czasie, to aż mnie korci zapytać: jak idzie sprzedaż toru?).

Podobno dowodów na dobrą pamięć wiceprezesa jest więcej, wypada więc poczekać na rozwój wypadków. Ja osobiście chętnie poczekam na to, co się wydarzy w Tokio, choć intuicja podpowiada mi znany skądinąd scenariusz: poklepywanie po plecach i gratulowanie sobie „wspólnych” osiągnięć. Bo – w odróżnieniu od tego, co mówią prezesi – ja raczej jestem dość mocno przekonany, że okazji do gratulacji trochę będziemy mieli.

Gdyby panowie wiceprezesi mieli choć odrobinę honoru i namiastkę jaj, to w kilkanaście minut po tweecie Rudyka na biurku prezesa leżałyby ich dymisje. Nie dlatego, że w jakiś szczególny sposób ucierpiała reputacja współzarządzanego przez nich związku, bo tu już bardziej upaść nie sposób. Dlatego, że demotywując najbardziej obecnie utytułowanego zawodnika, który jako jeden z nielicznych ma dość realne szanse na olimpijski medal, działają na szkodę nas wszystkich.

Tego się nie da usprawiedliwić prywatną rozmową. W ogóle nie sposób usprawiedliwić sytuacji, w której ludzie mający odpowiadać za funkcjonowanie dyscypliny i stwarzanie sportowcom warunków do osiągania możliwie najlepszych wyników, sami w taką możliwość nie wierzą. Dla takich ludzi nie powinno być miejsca w sporcie.

Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że w kuluarach obaj panowie chwalą się swoim własnym osiągnięciem: doprowadzeniem do tego, by prezes zarządu odzywał się jak najmniej, bo wszyscy są świadomi, że w każdej chwili może chlapnąć coś, co sprowadzi na PZKol kolejną katastrofę. Teraz wychodzi na to, że przyganiał kocioł garnkowi.

Zdaję sobie sprawę, że krytyka PZKol jest tania. Ale coraz wyższa jest cena, jaką sportowcom przychodzi płacić za indolencję tych, którzy powinni w pierwszym rzędzie dbać o ich komfort i rozwój. I choć coraz trudniej o tym pisać i czytać, wydaje mi się, że nie sposób też milczeć.

Post scriptum. Odbyłem właśnie bardzo długą rozmowę z Sebastianem Rubinem, po której (oraz w wyniku lektury rozmowy Kamila Wolnickiego z Mateuszem) przyznaję się do pewnego nadużycia liczby mnogiej w powyższym felietonie. Ale ponieważ zgodziliśmy się co do tego, że za pewne działania i niefortunne sformułowania zarząd odpowiada kolegialnie, pozostawiam powyższe – z niniejszym zastrzeżeniem – w niezmienionej formie.

Foto: Szymon Gruchalski

Chwała poległym w walce z pieszymi…

Dyskusja o pierwszeństwie pieszych byłaby może ciekawa, gdyby faktycznie wprowadzano do prawa coś zupełnie nowego i rewolucyjnego. Ale podobne rozwiązania w naszym prawie o ruchu drogowym już istnieją i nikogo nie dziwią. No… prawie nikogo.

Przyznam, że jestem nieco zaskoczony pozytywnym odbiorem posta, w którym postuluję, żeby nieco zwolnić i uwolnić się od drogowego szaleństwa, w jego rozmaitych odmianach: od potrzeby jazdy samochodem po zapałki poczynając, na nadrzędnym imperatywie „trzeba zapierdalać!” kończąc.

Istnieje oczywiście duże prawdopodobieństwo, że zbieżność poglądów moich oraz ludzi, komentujących tamten wpis na Twitterze lub Facebooku, może wynikać po prostu z tego, że należymy do tej samej tzw. bańki komunikacyjnej. Nawet jeśli tak jest i wydaje nam się we wnętrzu bombelka, że jest nas całkiem sporo, warto mieć świadomość, że wciąż jesteśmy w zdecydowanej mniejszości.

Okazuje się, że ktoś nawet policzył w jak małej. Jak wynika z długo ukrywanego przed opinią publiczną raportu Ministerstwa Infrastruktury, aż 90% kierowców przekracza dozwoloną prędkość w okolicach przejść dla pieszych. Nie bez powodu odwołuję się właśnie do tych badań, bo do poprzedniego wpisu siadałem właśnie zdemolowany poziomem dyskusji, dotyczącej wciąż jeszcze odległej, ale gdzieś tam planowanej zmiany, polegającej na drobnej, acz istotnej zmianie, związanej z zasadą pierwszeństwa na przejściu dla pieszych.

Dzisiaj jest tak, że pieszy ma pierwszeństwo na przejściu dla pieszych wtedy, gdy już się na nim znajduje. Docelowo ma być tak, że kierujący będzie miał obowiązek ustąpienia pierwszeństwa pieszemu w chwili, gdy ten się będzie do przejścia zbliżał.

Zmiana z pozoru niewielka, ale wśród wielu kierowców wywołuje objawy histerii. Poziom argumentów, po jakie sięgają w tej dyskusji, dosłownie zwala z nóg. Zresztą… jak ktoś ma sporo czasu, to może się zagłębić w lekturę komentarzy pod postem z zapowiedzią rzeczonej zmiany, na przykład tutaj (choć takich miejsc w sieci znajdziemy dosłownie setki). Jak ktoś ma nieco mniej czasu i woli dyskusję na nieco wyższym poziomie, polecam obserwowanie na Twiterze profilu Łukasza Zboralskiego, szefa serwisu BRD24.pl, który cierpliwie i konsekwentnie, powołując się na dziesiątki rozmaitych badań walczy z wiatrakami absurdalnych przekonań. A walka to bardzo nierówna.

Od razu drobne zastrzeżenie: nie wszystkie argumenty, po które sięgają dyskutujący, są zupełnie od czapy. Absolutnie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że bezpieczeństwo pieszych na przejściach zależy również od poprawy infrastruktury. To prawda. Sytuacje, w których przejścia dla pieszych prowadzą przez dwupasmową drogę z dużym natężeniem ruchu, a ruch na nich nie jest regulowany światłami, są niestety wciąż bardzo częste. W niektórych przypadkach nie są nawet oświetlone (vide np. droga nr 7 między Tarczynem a Grójcem). Takie miejsca powinny jak najszybciej zniknąć z mapy.

W miastach sytuacja również często nie wygląda wiele lepiej, ale w miastach co do zasady obowiązuje ograniczenie prędkości do 50 kmh i gdyby tylko kierowcy zechcieli się do niej stosować, wszystkim byłoby dużo łatwiej. Niemniej to prawda, że wciąż są miejsca, przez które przejazd wywołuje gęsią skórkę nawet mimo stosowania się do ograniczeń. Ja przeżywam taki horror za każdym razem, gdy po zmroku jadę aleją Andersa w Krakowie, na której oświetlenie jest rozmieszczone w taki sposób, że niemal wszystkie przejścia dla pieszych, a jest ich tam niemało, giną w mroku. Wzrok mam nadal niezły, ale mimo to jestem tam szczególnie ostrożny.

Wracając jednak do tych dyskusji o obowiązku ustąpienia pieszym zanim jeszcze wejdą na przejście. Sprawa nie byłaby tak absurdalna, gdyby nie fakt, że w polskim prawie o ruchu drogowym istnieją co najmniej dwie sytuacje, które można by uznać za analogiczne do wspomnianego obowiązku ustąpienia pierwszeństwa pieszemu, zbliżającego się do pasów.

Pierwsza z nich to zapalenie się żółtego światła na sygnalizatorze, które wprost oznacza „zakaz wjazdu za sygnalizator, chyba że w chwili zapalenia się sygnału pojazd znajduje się tak blisko sygnalizatora, że jego zatrzymanie się nie jest możliwe bez gwałtownego hamowania”. Z polskiego na nasze oznacza to tyle, że jak zapali się żółte światło, to kierowcy mają obowiązek się zatrzymać. Niestety, w polskich realiach oznacza to tyle, że zapalenie się żółtego światła powoduje wciśnięcie do podłogi pedału gazu. „Zmieścisz się, śmiało”. Niemało jest takich, którzy odróżniają (pojęcia nie mam w jaki sposób) „wczesne żółte” od „późnego żółtego”, względnie od „wczesnego czerwonego”, przy czym w każdym wypadku uważają zapalenie się tego światła za zachętę do dalszej jazdy.

Sytuacja z wejściem pieszego na przejście jest niemal doskonale analogiczna. Według dzisiejszych przepisów pieszy zyskuje pierwszeństwo w chwili, gdy wejdzie na przejście. Kierowca w tej sytuacji ma obowiązek się zatrzymać. To jest dokładnie tak samo, jak gdyby zaraz po zielonym (pieszy przed przejściem) miało się zaświecić czerwone (pieszy na przejściu). Wprowadzenie zasady ustąpienia pierwszeństwa pieszemu w chwili, gdy zbliża się on do przejścia, to odpowiednik żółtego sygnału: masz obowiązek się zatrzymać, chyba, że jesteś na tyle blisko, że wymagałoby to gwałtownego hamowania. Przed podjęciem decyzji o tym, jak powinieneś się zachować, musisz to tylko sprawdzić. Przed czym my tu się tak gwałtownie bronimy?

Drugą sytuacją, którą można porównać z ustąpieniem pierwszeństwa pieszemu przed wejściem na przejście jest zasada ruchu, stosowana przy znaku „ustąp pierwszeństwa przejazdu”. Oznacza ona, że podczas zbliżania się do skrzyżowania z drogą z pierwszeństwem przejazdu należy zachować ostrożność i ustąpić pojazdom, które znajdują się na tej drodze. Na drodze. Nie „na skrzyżowaniu”. To również wymaga od kierowcy ostrożności i zwrócenia swojej uwagi w tę stronę, z której może nadejść potencjalne zagrożenie. I to zwykle wystarcza do podjęcia właściwej decyzji.

Wyobraźmy sobie sytuację, że wprowadzamy do ruchu drogowego zasadę, że natychmiast po zielonym zapala się czerwone, a pierwszeństwa ustępujemy tylko tym pojazdom, które znajdują się na skrzyżowaniu. Nastałyby chaos i zniszczenie. Ale ta sama zasada, obowiązująca na przejściach dla pieszych już nikomu nie przeszkadza. Fakt, że piesi w Polsce masowo na przejściach giną, to oczywiście wina tego, że pakują się pod koła ze smartfonami w ręku i w słuchawkach na uszach. Tyle tylko, że te mity dość skutecznie obala przywołany na wstępie ministerialny raport.

Polscy mistrzowie kierownicy nie ustają w wymyślaniu wyimaginowanych sytuacji, które ich zdaniem skomplikują wszystkim życie. „Dwie baby gadające przy przejściu”, którym kierowcy rzekomo mieliby ustępować, tworząc kilometrowe korki, lada moment przejdą do legendy. Podobnie jak piesi radośnie wbiegający na przejście, którzy teraz mieliby to robić częściej i w majestacie prawa. Tyle, że to również nieprawda, bo takie przypadki są marginalne, a prawo o ruchu drogowych ostrożności i zdrowego rozsądku wymaga od pieszych dokładnie w takim samym stopniu, jak od kierowców.

Ale źródło tych nieporozumień tkwi jeszcze w innym miejscu: w absolutnym braku kultury na drodze i w posuniętym do granic możliwości egoizmie. To on jest głównym powodem tego, że na drodze zupełnie zapominamy o tym, że jednym z naszych obowiązków jest dbanie o bezpieczeństwo nie tylko własne, ale również innych uczestników ruchu. Zwłaszcza słabszych.

Zamiast tego doprowadziliśmy do sytuacji, w której ustąpienie pierwszeństwa rowerzyście lub pieszemu jest przez kierowcę traktowane jak zamach na jego prawa. Tymczasem tak naprawdę koszt kultury i życzliwości na drodze ogranicza się wyłącznie do kilku niewielkich ruchów stopą. Z punktu widzenia strat energetycznych nie powinno to pochłonąć nawet jednej kalorii, na ten ruch wystarczy nawet jedno ziarenko sezamu z Big Maca.

Jedyne, co tak naprawdę może ucierpieć w wyniku kultury i życzliwości na drodze, to przerośnięte ego. I niewykluczone, że wyłącznie o to się właśnie tutaj rozchodzi.

Foto: Paweł Sawicki / Flickr