To się nie ma prawa udać.

Tak, wiem. Brzmię jak Smerf Maruda, powtarzający w kółko, że to się nie uda. Ale to się po prostu nie uda. I bynajmniej nie mam na myśli samego rejsu – ten będzie z pewnością wspaniały. Mówię o pieniądzach: ta inwestycja się nigdy nie zwróci. A nawet gdyby tak się stało, nigdy się o tym nie dowiemy.

Pomysłodawca i sponsor tego projektu, czyli Polska Fundacja Narodowa, zarządzająca gigantycznym budżetem, pochodzącym głównie ze składek spółek skarbu państwa, usiłuje nas przekonać, że to jest świetny biznes i zwróci się z nawiązką. Posiłkuje się przy tym takim oto obrazkiem i komunikatem:

Zostawmy na razie na boku ten drobny szczegół, że Alex Thompson to oceaniczny wyjadacz, który w Vendee Globe meldował się zwykle w czołówce (o ile dopływał do mety), po drodze bijąc kilka rekordów prędkości na odcinkach. Nie ujmując zasług i umiejętności Kusznierewiczowi, ale to jednak nie jest klasa finn… Mniejsza o to. Skupmy się na kwotach.

Thompson chwali się dwunastokrotnym zwrotem z inwestycji, więc odnosząc to do podawanej szacunkowej wartości mediowej można wywnioskować, że sponsorzy – z Hugo Boss na czele – wyłożyli na ten czteroletni projekt coś około 18 milionów euro.

226 milionów euro to wartość łączna wszystkich ekspozycji i wzmianek, łącznie z tymi, którymi sponsor chwali się udziałem w przedsięwzięciu również na własną rękę, na przykład we własnych reklamach, na targach etc. 136 milionów euro to wartość samego ekwiwalentu reklamowego. Uwaga: to są wartości wirtualne i służące wyłącznie do szacunków, to nie są realne pieniądze. Liczy się je w taki sposób, że analizuje się powierzchnię gazety lub czas antenowy, w którym podawana jest informacja o danym przedsięwzięciu i pokazywane jest logo sponsora, po czym odnosi się to do cennikowych (sic!) wartości danej strony, lub pasma reklamowego w mediach elektronicznych.

Dla przykładu: standardowa strona A4 ma powierzchnię ok. 624 cm2 i załóżmy dla uproszczenia, że reklama na tej stronie kosztuje wg cennika 100.000 zł. Jeśli pojawi się na tej stronie zdjęcie jachtu o rozmiarach 2×3 cm, to szacuje się, że zajmuje ono ok. 1% powierzchni, więc jego ekwiwalent reklamowy wynosi 1.000 zł. Istnieje kilka wyspecjalizowanych podmiotów, które to wszystko liczą (np. Kantar Media, czy specjalizujący się w sporcie Pentagon Research), na koniec wszystko się sumuje i robi z tego prezentację, z którą szef marketingu biegnie po uścisk ręki prezesa, bo właśnie zrobił świetny interes.

Tyle tylko, że ciągle mówimy o wirtualnych pieniądzach, bo z prawdziwym ROI, czyli zwrotem z inwestycji, będziemy mieli do czynienia dopiero wtedy, jak dana marka sprzeda swoje produkty a na jej rachunek wróci każde z tych 18 milionów euro plus jakaś nadwyżka.

Wracając do tej wartości ekwiwalentu reklamowego, to mamy 136 mln euro w cztery lata, na całym świecie. Kwota może i robi wrażenie, ale nawet dzieląc ją tylko na te 10 kluczowych rynków, o których Thompson mówi na swojej grafice, dostajemy po 13,6 mln, czyli niespełna 3,5 mln euro rocznie. W przeliczeniu na złotówki daje to jakieś 15 milionów monet.

Ciekawostka: największy polski reklamodawca, czyli Aflofarm Farmacja, w 2017 roku wydał na reklamę nieco ponad 2 miliardy złotych (dane oczywiście również cennikowe, źródło: Kantar Media). Czyli gdyby któraś z ich marek miała kaprys sponsorowania oceanicznego jachtu, to w wynikach objawiło by się to jako jakieś 0,7% aktywności, za co trudno liczyć na uściski prezesa, bo pewnie nawet nie zauważy. Oczywiście nie robią tego z tej prostej przyczyny, że nie mają potrzeby reklamowania się na całym świecie, ale chodzi o przykład.

Haczyk tkwi w innym miejscu: Hugo Boss sprzedaje konkretne produkty. Podobnie jak Oracle, Omega czy inni sponsorzy, pojawiający się na żaglach. Oczywiście jest też startujący w Pucharze Ameryki Team New Zealand, ale raz, że sponsorowany przez Emirates (czyli również konkretna marka i usługi), a dwa: Puchar Ameryki jest dość wyjątkowym przedsięwzięciem, rozgrywanym w formule regatowej, blisko brzegu, z tłumem kibiców i telewizyjnymi relacjami na podobieństwo Super Bowl. Zdecydowana większość oceanicznych regat relacjonowana jest najwyżej do wyjścia jachtów za główki portu oraz na mecie.

Marka „Polska 100” nie sprzedaje niczego, więc nikt nigdy nie policzy, jaki był realny zwrot z tej inwestycji. Być może z tych kilkucentymetrowych okienek i kilkusekundowych migawek w telewizorach uzbieramy ekwiwalent, który wartością przekroczy 20 milionów, wydane na ten podbój świata. Tylko nie dajmy się oszukać, że będzie to zwrot z inwestycji. Nie będzie. Kolejka inwestorów raczej się z tego powodu przed Ministerstwem Gospodarki nie ustawi, a do samej Polski nikt nawet nie zdąży zapałać życzliwym uczuciem, bo w bezmiarze informacji, publikowanych przez media każdego jednego dnia, informacje o naszych dzielnych zdobywcach po prostu – nomen omen – utoną.

I one more thing: nigdzie tego nie sprawdzałem, ale jeśli sięgam w głąb pamięci i dobrze kojarzę fakty, to medialne przekazy o żeglarskich przygodach najintensywniejsze są wtedy, gdy łamie się maszt, jacht osiada na mieliźnie, albo zderza się z jakimś swobodnie dryfującym obiektem. Nikomu rzecz jasna tego nie życzę, ale mam nadzieję, że pomysłodawcy tej eskapady uwzględnili w swoich kalkulacjach to ryzyko. Bo jak się masz połamie na jachcie Hugo Bossa, to pół biedy, w końcu spodnie też się czasem prują. Ale Polska na mieliźnie będzie miała specyficzną symbolikę…

 

Foto: Keith Midson / Flickr

PS. O tym, skąd się biorą pieniądze w sporcie pisałem też jakiś czas temu tutaj.

Wspomnień czar ;)

A’propos meczu Polska-Korea na Stadionie Śląskim, przypomniała mi się pyszna historia. (Siedzę w pociągu to tyle mam, ile sobie przypomnę).

Rok chyba 2001, eliminacje do Mundialu w Korei właśnie, a Polska na Stadionie Śląskim podejmowała bodaj Portugalię. W katowickiej „Wyborczej” ktoś wpadł na pomysł zrobienia specjalnego wydania z relacją z meczu i rozdania go kibicom, wychodzącym ze stadionu. Większość materiałów była przygotowana wcześniej, relacja z meczu była pisana na bieżąco, chłopaki z foto wysyłali zdjęcia, na koniec tylko wrzucono wynik, ktoś dopisał lead i wszystko poleciało na naświetlarnię i do druku. Tyska drukarnia potrafiła przemielić – jeśli pamięć mnie nie myli – chyba ze 100 tysięcy pełnej objętości gazet na godzinę, więc 8-stronicowa składka w kilkutysięcznym nakładzie przeleciała przez maszyny błyskiem. Potem jeszcze tylko z eskortą policji szybki transport pod stadion i kibice dostali do ręki jeszcze ciepłą Gazetę.

Jaka była ich reakcja?

„Mecz ustawiony!” ;)))

Persona non grata

Gdyby komuś było mało zawiłości, związanych z wciąż nierozstrzygniętą sprawą pozytywnego wyniku Chrisa Froome’a, to kolarscy oficjele zamiast grać na uspokojenie emocji, dolewają oliwy do ognia. Jeden przekonuje, że na szybką odpowiedź liczyć nie należy, drugi grozi strzelaniem z armaty do wróbli i roztacza wizję wykluczenia Froome’a z Tour de France.

Prawdopodobnie obaj zasypiają z poczuciem dobrze wykonanej roboty, a tymczasem kibice wciąż czują się zamknięci w ciasnym pokoju bez okien i odpowiedzi. I kiedy już zaczyna na dobre walić stęchlizną, UCI proponuje prześwietlanie rowerów. Jakby to był dziś najpoważniejszy problem.

Tak sobie o tym podywagowałem tutaj.

Spoiler alert! Humoru to raczej nikomu nie poprawi…

 

Foto: mfcanseco / Flickr

Nie sprzedawaj łodzi. Ucz tęsknoty za bezkresnym oceanem.

„Wolności słońce pieści lazur,
łódź nasza płynie w świata dal,
z okrętu dumnie polska flaga
uśmiecha się do złotych fal.”

Hymn do Bałtyku, słowa: S. Rybka, muzyka: F. Nowowiejski

Czy jest na sali ktoś, kto wie ile jachtów płynie aktualnie w rejs dookoła świata? Ja niestety nie mam pojęcia. Wiem, że wciąż trwa rywalizacja w regatach Volvo Ocean Race, ale gdyby ktoś obudził mnie w środku nocy i zapytał o narodowość skipperów, to prawdopodobnie nie byłbym w stanie nawet wpaść na pomysł, do kogo zadzwonić z prośbą o koło ratunkowe. Nawiasem mówiąc: w dzień również nie, ale pewnie w mgnieniu oka bym sobie wyguglał.

Mógłbym sobie też odpalić aplikację do śledzenia obiektów pływających (taki morski odpowiednik Flight Radar) i być może po tygodniu wpatrywania się w ekran i przeczesywania łzawiącymi z bólu oczyma bezkresów znalazłbym kilka jednostek, płynących z Unknown do Unknown, więc ani chybi wokół ziemi!

IMG_A9EB8A208688-1

Tyle tylko, że pewnie zrobiłbym to wyłącznie z czystej ciekawości, ale bynajmniej nie dlatego, że gdzieś w dalekiej na ten przykład Nowej Zelandii jakiś minister wpadł na pomysł promowania swego kraju jednym (słownie: jednym) używanym jachtem, płynącym w rejs dookoła świata.

Być może moja wiara w narodowo-promocyjną misję Kusznierewicza byłaby większa, gdyby ta wyprawa była realizowana na jakiejś innowacyjnej polskiej konstrukcji (mamy przecież niemało znakomitych projektantów), z wykorzystaniem nie mniej innowacyjnych technologii (skądinąd słyniemy przecież na pół świata z produkcji doskonałych laminatów), albo przynajmniej na jednostce, zbudowanej w jednej z nie mniej znamienitych jachtowych stoczni. Ale niestety tak się nie stanie, bo polska tam będzie tylko załoga i duma narodowa. Miejmy nadzieję, że może chociaż żagle uszyje ktoś nad Wisłą, choć i tu pewności chyba nie ma.

W pozostałych kwestiach sprawa niestety wygląda tak, że żeglarstwo do promocji kraju nadaje się zwyczajnie słabo (no chyba, że mówimy o Pucharze Ameryki). Nawet zakładając optymistyczny scenariusz, że uda się z wielkim hukiem wystartować i – oby szczęśliwie – powrócić, to będzie to oznaczało, że dwukrotnie w ciągu dwóch lat będziemy mieli okazję podziwiania biało-czerwonej łajby na ekranach telewizorów. I to tyle, bo z żeglarstwem morskim jest ten drobny problem, że na morzach i oceanach nie jest łatwo o widownię, a jacht płynący po oceanie widziany z bliska wygląda mniej więcej tak:

Zrzut ekranu 2018-03-27 08.46.46

Nawet przekazy live, jeśli okoliczności pozwolą, będą nadawane z pokładu jachtu, bo taka jest natura tego sportu, że nie jest prostą rzeczą w dowolnym miejscu wysiąść i strzelić uroczy landszafcik biało-czerwonego kadłuba na tle zachodzącego słońca. A nawet, gdyby to się jakimś sposobem udało (ostatecznie mamy drony i koniec drugiej dekady XXI wieku), to wciąż nie bardzo rozumiem, skąd się bierze przekonanie pomysłodawców tego projektu, że spotka się on z życzliwym zainteresowaniem reszty świata? W każdym porcie, do którego ów jacht zawinie, największe zainteresowanie spotka go ze strony bosmanatu, który życzliwie wystawi rachunek za cumowanie i słodką wodę. W sprzyjających okolicznościach przyrody garstka gapiów zrobi sobie kilka zdjęć. Tak samo, jak robią je w marinie w Gdańsku, w Sopocie, Świnoujściu, czy gdziekolwiek indziej. W żadnym kraju na świecie – nie miejmy co do tego złudzeń – nie ogłoszą dnia wolnego, by powitać wchodzącego do portu Kusznierewicza. Kolejki biznesmenów z uściskami dłoni i grubymi portfelami, pragnącymi ulgi w związku z inwestycją w Polsce również bym się nie spodziewał…

I właściwie to mógłbym powiedzieć, że jest mi z tego powodu bardzo wszystko jedno, choć oczywiście szkoda mi tych grubych milionów, wydanych na przygodę Pana Mateusza. Może ktoś uznał, że mu się należało – nie będę zdziwiony i nie będę mu zazdrościł. Ale niestety zobaczyłem w internetach wypowiedź pana z PFN, który klarował, że to wszystko po to, żeby wyprostować na świecie opinię o Polsce jako kraju, który nie przestrzega prawa i zrobiło mi się słabo.

Bo jeśli po to mamy przez dwa lata żeglować wokół świata, to w gruncie rzeczy równie dobrze moglibyśmy grać w ping-ponga na leczenie raka. Albo jeździć na rowerze dla poprawy zbiorów wiśni. Lub żuć gumę dla zwiększenia PKB.

Jeśli za innymi decyzjami miłościwie nam panujących stoją równie silne argumenty, to nasz koniec jest nieuchronny i bliski.

Fota: moja i już.

Studniówka ASAP-u.

Jeśli dobrze liczę, to za moment minie dokładnie sto dni od chwili, w której ujawniono wyniki kontroli antydopingowej Christophera Froome’a po 14. etapie Vuelty, gdzie stwierdzono dwukrotne przekroczenie dopuszczalnego stężenia salbutamolu. Sto dni od ujawnienia i coś około dwustu od samego zdarzenia, a tymczasem prezydent UCI na pytanie „kiedy poznamy jakąś decyzję w sprawie Froome’a?” z rozbrajającą szczerością odpowiada, że niestety prawdopodobnie nieprędko, ale oczywiście „tak szybko, jak to tylko możliwe”. Krótkie video z rozmową z Davidem Lappartientem, w której padły te wiekopomne słowa, opublikowała dzisiaj La Gazetta dello Sport.

I pewnie nie byłoby nic szczególnie niepokojącego w tej sytuacji, gdyby nie fakt, że do startu Giro d’Italia pozostało tych dni już tylko czterdzieści i cztery. Prawdopodobieństwo, że jakąkolwiek decyzję poznamy jeszcze zanim kolarze staną na starcie w Jerozolimie, przy takim rozumieniu pojęcia „as soon as possible” jest bliskie zera, co zresztą bez ogródek przyznaje sam Lappartient.

Sprawa prosta nie jest, choćby z tego powodu, że przepisy UCI i WADA nie wymagają w takiej sytuacji zawieszenia zawodnika, a jedynie zobowiązują zespół do złożenia szczegółowych wyjaśnień (pisałem o tym nieco szerzej tutaj). Istnieje też jakieś (niewielkie) prawdopodobieństwo, że wyniki rzeczywiście mogły mieć podłoże metaboliczne, choć z drugiej strony wszystkie wcześniejsze podobne przypadki, na których opierać się miała linia obrony Sky i Froome’a, kończyły się stwierdzeniem naruszenia przepisów antydopingowych.

Czym dłużej ta cała heca trwa, tym bardziej zachodzę w głowę, o co w tym wszystkim może chodzić i komu zależy na przeciąganiu tej procedury?

Z punktu widzenia Sky nie ma to najmniejszego sensu, bo reputacja „czystej” grupy i jej mit założycielski już dawno legły w gruzach. Od strony wizerunkowej i komunikacyjnej o wiele bardziej korzystne byłoby szybkie dopalenie tego tematu i przysypanie go jakimiś pozytywnymi informacjami. Nie podejrzewam też, żeby w grę wchodziły jakieś zobowiązania sponsorskie i konieczność prezentowania Froome’a w oku kamery, z perspektywą anulowania wyników w tle, bo w komunikacji i budowaniu zaufania do marek liczy się nie tylko czas ekspozycji, ale również kontekst, a ten jest zdecydowanie negatywny. Na komunikację, budowaną wedle zasady „nie ważne jak mówią, byle nie przekręcali nazwiska” może sobie pozwolić producent wędlin spod Nowego Sącza, ale nie globalne koncerny, a już tym bardziej takie, które profesjonalnie zajmują się komunikacją i dystrybucją informacji, więc wiarygodność jest z definicji wpisana w ich DNA. Z tego punktu widzenia Team Sky wyświadcza swojemu tytularnemu sponsorowi niedźwiedzią przysługę.

Po części rozumiem obawy UCI, bo zła decyzja z dużym prawdopodobieństwem pociągnie za sobą postępowanie przed Trybunałem Arbitrażowym, a później – niewykluczone – przed sądami cywilnymi, co się może skończyć poważnym rachunkiem do uregulowania przez organizację, która groszem przesadnie nie śmierdzi. Ale mimo wszystko mam wrażenie, że brak decyzji to również decyzja, która na koniec może się okazać dużo bardziej brzemienna w skutkach. I nie mówię tylko o tym, że znów trzeba będzie kreślić tabele wyników (swoją drogą: do mety w Rzymie jeszcze ponad dwa miesiące, a my ciągle zakładamy, że spośród 176 zawodników zwycięży akurat Froome), ale gdyby tak się stało, to cała dyscyplina odbyłaby szybką podróż w czasie do roku 2012, czego konsekwencje prawdopodobnie byłyby bardziej dotkliwe, niż ewentualne odszkodowania dla skrzywdzonego zawodnika.

Tymczasem obie strony tkwią w tym klinczu i jedyne, co się zmienia, to definicja „ASAP” – dziś już rozciągnięta do stu dni. Kiedy licznik się zatrzyma i poznamy jakąś odpowiedź? Powtarzając za Lappartientem: „I don’t know, to be honestly…”.

Foto: activetrainingworld.co.uk / Flickr

Dziewczyny na rowery! Sport, który nienawidzi kobiet.

Dobre wiadomości są takie, że Katarzyna Niewiadoma w znakomitym stylu wygrała niedzielny wyścig Trofeo Alfredo Binda i dzięki temu zwycięstwu oraz drugiemu miejscu w epickiej edycji Strade Bianche objęła prowadzenie w klasyfikacji kobiecego World Touru. I to jest naprawdę duże osiągnięcie.

Złe wiadomości są takie, że poza garstką zapaleńców, interesujących się kolarstwem, tak naprawdę niewiele osób się o tym dowie. Nie znajdziemy jutro tej informacji na pierwszych stronach gazet, nie będzie jej na największych portalach, bo Kryształowa Kula Stocha, bo Wisła spuściła lanie Legii, bo Neymar ma nową fryzurę i tak dalej. Bo smutna prawda jest taka, że poza tenisem, narciarstwem, lekkoatletyką i kilkoma dyscyplinami zespołowymi, sport tak naprawdę kobiet raczej nie lubi.

Złapałem się ostatnio na tym, że z poczuciem satysfakcji udostępniam informacje o tym, że kolejni organizatorzy kobiecych wyścigów postanowili wyrównać wysokość nagród w imprezach dla mężczyzn i kobiet. A potem sobie myślę, że to jest jednak potwornie smutne, że pod koniec drugiej dekady XXI wieku wysyła się taką informację jako radosny komunikat dla mediów i robi się z tego wydarzenie, zamiast ze wstydem i spuszczoną głową przyznać, że te praktyki to w dzisiejszych czasach coś absolutnie niegodnego i nigdy nie powinno mieć miejsca. Bo w męskim świecie „prawdziwego” sportu zwykliśmy kobiety widzieć raczej w roli maskotek, niż ciężko trenujących na swój sukces i mizerne uposażenie zawodniczek. O mężczyznach, przekraczających swoje fizyczne i psychiczne ograniczenia mówimy „herosi”, półbogowie. Dla kobiet język sportu nie wykształcił nawet żeńskiego odpowiednika tego słowa.

Po lekturze tekstu Wolfganga Brylla „Kolarskie sufrażystki” w najnowszej SZOSIE (gorąco polecam, z zawodowego obowiązku oczywiście w wersji cyfrowej, do znalezienia tutaj) dobre samopoczucie opuściło mnie definitywnie. Świadomość tego, jak wiele się mówi, a jak mało robi, jest porażająca. Być może pamięć mnie już zawodzi, ale ilekroć usiłuję sobie przypomnieć jakieś kolarskie (i nie tylko) zawody dla amatorów, to nagrody były tam wręczane w takiej kolejności, że najpierw wszystkie kategorie: od najmłodszych po elitę, były wręczane dziewczynkom i kobietom, a dopiero później chłopcom i mężczyznom. A ponieważ w powszechnym odbiorze hierarchia budowana jest według zasady „od mniej ważnych do najważniejszych”, to wrażenie pozostawało takie, że elita kobiet jest w tej hierarchii mniej istotna od juniorów młodszych płci męskiej. Być może to się już zmieniło, albo tylko ja miałem pecha na takie imprezy trafiać, ale szczerze wątpię. Jeśli nie – to właśnie od takich drobnych, ale w gruncie rzeczy fundamentalnych zmian powinniśmy zacząć.

Oczywistym jest, że powinniśmy o tym więcej pisać. Tu się biję we własne piersi i przyznaję, że wciąż o kobiecym kolarstwie wiem zdecydowanie za mało. Tylko jak opisywać zdarzenia i jak dzielić się emocjami, skoro oglądanie kobiecych wyścigów to zabawa dla super wytrwałych, a i to nie zawsze się udaje? Znamienna dla tego obrazu rzeczywistości była sytuacja w Strade Bianche, gdy pod koniec kobiecego wyścigu motocykle z kamerami zawrócono, bo jechali już mężczyźni.

W męskim peletonie znamy niemal wszystkich: tych, którzy prowadzą i tych, którzy zostają po bidony. Taktykę poszczególnych ekip na dobrą sprawę moglibyśmy rozrysować na serwetce, obudzeni w środku nocy. O kobiecym peletonie wiemy tylko tyle, że wystartował w wyścigu, wygrała taka zawodniczka i miała taką przewagę na mecie. Ale co się działo na 130-kilometrowej trasie? Tajemnica.

Po lekturze tekstu w SZOSIE mam wrażenie, że zmienić by to mogły bardziej zdecydowane działania ze strony UCI, ale ta się jakoś nie kwapi. Wciąż w kobiecym kolarstwie za mało jest sponsorów, a ci się nie garną, za co trudno ich winić, bo to inwestycja bez szans zwrotu, kiedy logotypy mają szansę być zauważone właściwie tylko przez garstkę kibiców przy trasie i drugą, pochyloną nad laptopami i kiepskiej jakości streamingiem. Błędne koło się zamyka i ktoś musi je przerwać. Ale kto? Pojęcia nie mam…

Ufam tylko, że skoro tenis był w stanie wypracować miksta, a biathlon sztafetę mieszaną, to może i w kolarskim świecie uda się odnaleźć w końcu właściwą formułę do pokazywania kobiet. Może zacznijmy od mieszanej jazdy drużynowej na czas w mistrzostwach Europy lub świata?

The Shark’s attack…

Są takie wyścigi, co do których człowiek ma 90% pewności, że wie, jak to się wszystko rozegra. A mimo to przez dobrych kilka godzin nie odrywa wzroku od ekranu, żeby nie uciekł mu żaden detal, żadna akcja i żaden gest, bo tu wszystko ma znaczenie.

I choćby stąd wiadomo, gdzie ktoś popełnił błąd. Obstawiam, że na tej kartce zapisali Saganowi prostą instrukcję: „nie oglądaj się na Kwiatkowskiego!”. Tyle, że po czesku. Dlatego nic z tego nie wyszło 😉

A kiedy ci dwaj znowu patrzyli na siebie (już to przecież robili na Strade Bianche), Nibali przypomniał sobie, jak się jeździ pod górę i pojechał po prostu swoje, dopisując się na czwartej pozycji w historii ludzkości wśród tych, którzy wygrali wszystkie Wielkie Toury i dwa różne monumenty. Okazuje się zatem, że reguła „kto pierwszy na Poggio” ma też zakończenie: „ten przechodzi do historii”. Czy jakoś tak.

Tak czy inaczej: dobrze się to oglądało. W sumie jak zwykle, bo nie pamiętam takiego Mediolan-Sanremo, na którym bym się jakoś szczególnie nudził.

Tradycyjne podsumowanie do znalezienia tutaj. I coś mi mówi, że ta wiosna będzie jeszcze baaaardzo pasjonująca… Oby tylko Kwiato szybko wyrzucił sobie z głowy widok pleców Rekina z Mesyny.

 

foto: zajumane z Cycling Weekly