Powrót króla.

Doskonale pamiętam dzień wypadku Roberta. Pamiętam gdzie wtedy byłem, dokąd jechałem, jakim samochodem i jak spędziłem cały ten dzień. Pamiętam to wszystko, choć moja pamięć to nie argument i raczej staram się sobie jej nie zaśmiecać sprawami błahymi. I pamiętam to wszystko nie ze względu na to, że robiłem wówczas coś absolutnie wyjątkowego (choć to był bardzo przyjemnie spędzony czas), ale właśnie ze względu na tę jedną informację: o wypadku Roberta we Włoszech. Pamiętam dlatego, że to po prostu było dla mnie ważne. Stąd łowione w pośpiechu informacje i ciągłe zerkanie na ekran telefonu, czy pojawiły się jakieś nowe wieści na temat jego stanu.

Bo Robert Kubica nie był wówczas tylko kierowcą Formuły 1. Był wtedy facetem, który rozpalał wyobraźnię wielu ludzi (również moją) i udowadniał, że nie ma takiego celu, którego nie można osiągnąć tytaniczną pracą i wytrwałością. To one pozwoliły mu wtedy wejść do tej elity szaleńców, którą praktycznie w całości mógłbym pomieścić w swoim salonie. Tym bardziej, że wszyscy są raczej niewielkich gabarytów 😉

Dziś nie ma chyba serwisu, gazety czy telewizji, które nie prześcigałyby się w próbach udowodnienia, że powrót Roberta Kubicy na tor Formuły 1 jest jednym z największych tego typu wydarzeń w świecie sportu. Nie lubię wielkich kwantyfikatorów i jeszcze większych słów, więc nie biorę udziału w tego typu licytacjach. Tym bardziej, że na razie ów powrót jest wciąż tylko szansą i jeszcze wiele wody w Wiśle upłynie, zanim będziemy mogli obiektywnie ocenić, czy rzeczywiście udało się tę szansę wykorzystać. Głęboko wierzę, że tak. W końcu tę szansę otrzymał facet, który po raz drugi dokonał niemożliwego. Po raz drugi pokazał na czym tak naprawdę polega sport: na podnoszeniu się po upadku. I pod tym względem znowu jest królem mojej wyobraźni. Nie posiadam się z radości, że udało mu się wrócić.

Ale nie byłbym sobą, gdybym nie zwrócił uwagi na to, jak bardzo zmienił się świat przez te siedem lat, które upłynęły od feralnego Ronde di Andora. I że to wcale nie musi być zmiana na lepsze. Upór, talent, umiejętności i determinacja, które po raz pierwszy wprowadziły Roberta Kubicę do motosportowej elity, tym razem okazały się niewystarczające. Tym razem kluczem okazały się pieniądze (zresztą gdyby nie one, prawdopodobnie cieszylibyśmy się tym powrotem już w ubiegłym roku).

Wiem, że F1 nie jest tutaj wcale wyjątkiem, choć kwoty, jakimi obraca, powodują zawrót głowy. I nie mam absolutnie nic przeciwko pieniądzom w sporcie, wprost przeciwnie: uważam, że powinno ich tam być jak najwięcej. Ale to przejście od „pokaż światu swój talent i stań się bogaty” do „przyjdź z dużą torbą pieniędzy, żebyś mógł pokazać światu swój talent” całkowicie kłóci mi się z ideą sportu. Tym bardziej, że dotyczy również faceta, który swoje talenty udowadniał niejednokrotnie. I tym bardziej, że już wiadomo, iż tego typu droga na skróty nie zawsze przynosi spodziewane rezultaty (czego przykładem – daleko nie szukając i abstrahując od niedoskonałości bolidu – przygoda z F1 Siergieja Sirotkina, z którego pieniędzmi Kubica przegrał przed rokiem walkę o fotel).

Mam świadomość, że F1 to piekielnie droga zabawa. Ale gdy kluczowym kryterium do wzięcia w niej udziału stają się pieniądze, przestańmy nazywać ją sportem, bo z duchem sportowej rywalizacji ma to wszystko już coraz mniej wspólnego.

Czuję też pewien dyskomfort, gdy myślę o zaangażowaniu w tę sprawę Orlenu. Bynajmniej nie dlatego, że „żal” mi tych pieniędzy i nie dlatego również, że – zgodnie z często pojawiającym się argumentem w dyskusjach – „spełniają marzenia tylko jednego człowieka”. To mogę jeszcze bez problemu zrozumieć, bo akurat ten jeden człowiek swoją tytaniczną pracą i niebywałym uporem na spełnienie swoich marzeń jak nikt inny zasłużył, a my wszyscy powinniśmy się z jego przykładu uczyć.

Nie mam też najmniejszych wątpliwości, że pod względem wizerunkowym zaangażowanie Orlenu w Formułę 1 jest pomysłem w 100% trafionym. Wręcz bardzo się cieszę, że z polskim kierowcą również polska marka wchodzi do absolutnej elity.

Jest mi to zaangażowanie drzazgą w paluchu z innego powodu: Orlen na polskim rynku pozycjonuje się w roli mecenasa sportu. I znakomicie; potrzebujemy takich marek znacznie więcej. Ale rola mecenasa – przynajmniej w moim rozumieniu – polega na patrzeniu na sport w długiej perspektywie i tworzeniu dla niego warunków do długofalowego rozwoju. I OK. – na co dzień Orlen w wielu dyscyplinach to robi. Ale w przypadku zaangażowania w F1 wychodzi z tej roli, realizując czysty biznes (do czego zresztą ma pełne prawo, jeśli nie wręcz obowiązek, bo ostatecznie celem każdej działalności jest pomnażanie kapitału i rozwój, o czym nader często zapominają sportowi działacze, skupieni niemal wyłącznie na konsumpcji sponsorskich pieniędzy).

Robert Kubica spędzi w fotelu kierowcy dwa lata. Co będzie potem? Nie wiadomo, choć z całego serca mu życzę, żeby realizował swoje (i nasze!) marzenia jak najdłużej. Ale nie oszukujmy się: gdy kiedyś skończy karierę, w kolejce nie będzie żadnego polskiego sukcesora. „Kubicomania”, która niewątpliwie za moment wybuchnie, zgaśnie w końcu tak samo, jak zgasła przed siedmiu laty. Przy sporcie zostaną tylko jego najwierniejsi fani (oby jak najwięcej). Nie mówmy jednak o „inwestycji w polski motosport”, bo taka inwestycja to zadanie na długie lata, być może nawet dekady. To, co realizuje w kontekście Kubicy Orlen, to nie mecenat i sponsoring, tylko reklama, która biznesowo ma się szybko zwrócić.

Dobrze, że to robi. Trochę szkoda, że nie mamy na to innej nazwy, niż „sponsoring”, bo to moim zdaniem mimo wszystko nie najlepszy przykład dla innych marek. Zwłaszcza w kraju, w którym krótkoterminowość sponsorskich kontraktów jest jedną z głównych barier, utrudniających stabilny rozwój wielu dyscyplin.

 

Foto: Flickr / FIA ERC