Nie płakałem za Kamilem. Czyli jeszcze słowo o „Sportowcu Roku”.

Bartosz Kurek

Zgodnie z utartą świecką tradycją początek roku przynosi nam różnego rodzaju rozstrzygnięcia wszelakich „naj” za rok miniony, w tym również zabawę najpopularniejszą, najbardziej prestiżową i o największym znaczeniu w polskim sporcie, czyli po prostu Plebiscyt Przeglądu Sportowego na „Sportowca Roku”. Zgodnie z tą samą tradycją rozstrzygnięcie nie zadowoliło wszystkich (bo i nie mogło), zatem nie powinno szczególnie dziwić, że już po ogłoszeniu finałowej dziesiątki tu i ówdzie rozległy się pomruki niezadowolenia, osiągając apogeum w chwili ogłoszenia zwycięzcy, którym okazał się siatkarz Bartosz Kurek.

Mnie osobiście ten wybór ucieszył, ale dlaczego – o tym nieco dalej, bo w sumie nie ma to większego znaczenia. Jest kilka rzeczy, które mnie nieustannie intrygują, choć dopuszczam też możliwość, że ja po prostu czegoś zwyczajnie nie rozumiem. Na początek jednak dwie uwagi natury formalnej.

Pierwsza: sam plebiscyt w swojej formule „publicznej”, czyli tej, która opiera się na głosach czytelników Przeglądu Sportowego (część tytułów przyznaje redakcja i tu trudno się doszukać większych kontrowersji), nie ma żadnych ostrych kryteriów wyboru. Odkąd ogłoszona zostaje lista nominowanych, można głosować całkowicie „po uważaniu” i argumentując swój wybór niepodważalnym „bo tak!”.

Z biznesowego punktu widzenia taka formuła ma sens, bo warto pamiętać, że oprócz zrobienia frajdy sportowcom cała ta zabawa ma przede wszystkim promować tytuł i markę najbardziej opiniotwórczego dziennika sportowego w Polsce. Obwarowanie plebiscytu precyzyjnymi kryteriami niosłoby z sobą ryzyko znacznego ograniczenia zasięgu plebiscytu, eliminując z niego kibiców okazjonalnych, którzy sportem niekoniecznie ekscytują się na co dzień, ale od czasu do czasu lubią sobie popatrzeć na ulubioną dyscyplinę. Mogę się założyć, że znakomita większość kibiców np. lekkoatletyki ma kontakt z dyscypliną wyłącznie podczas dużych imprez mistrzowskich oraz igrzysk. Podobnie jest z wioślarstwem, kajakarstwem, szermierką i niezliczoną liczbą innych dyscyplin, w których Polacy zdobywają medale. Brak ostrych kryteriów wyboru jest prawdopodobnie ukłonem w stronę tych kibiców.

Ale ta otwarta i nieostra formuła niesie z sobą również taką konsekwencję, że wyłącza jakąkolwiek merytoryczną dyskusję i argumentację. Kiedy więc czytam pełne rozczarowania tweety sportowych fachowców i dziennikarzy, w których przekonują, że „powinien wygrać Stoch”, ciśnie mi się na usta pytanie: „ale niby dlaczego „powinien”, skoro nie zostało określone absolutnie żadne kryterium, na podstawie którego głosujący mieliby weryfikować ową powinność?”. Skoro nie określiliśmy kryteriów i reguł, to nie wymagajmy od ludzi, żeby się nimi kierowali w wyborze. Skoro zaoferowaliśmy im dowolność wyboru, to wypadałoby tę dowolność uszanować, nie narzucając po fakcie tego, jak powinni byli głosować, skoro „powinien wygrać Stoch”.

Druga rzecz, która jest w istocie również konsekwencją tych nieostrych kryteriów, jakimi należałoby się kierować w wyborze, to tak naprawdę trudność w zdefiniowaniu tego, na jakiego sportowca de facto ludzie głosują. Do niedawna wydawało mi się, że decydującą jest miara popularności i aktualnych emocji, stąd zwyczajowa premia, otrzymywana często przez sportowców, których wyczyny rozgrzewają emocje w trakcie głosowania.

Ale przyjrzałem się raz jeszcze laureatom poprzednich edycji i zakołatało mi w głowie, że może chodzić tu o zupełnie inny czynnik, który okazuje się być decydujący w tej powszechnej formule głosowania: o „fajność”. Można toczyć długie i zupełnie bezowocne debaty o wyższości Kamila Stocha nad Bartoszem Kurkiem, ale podejrzewam, że w powszechnym odbiorze waga poszczególnych tytułów i sportowych osiągnięć nie ma większego znaczenia. Kurek poprowadził siatkarską reprezentację do drugiego z rzędu tytułu mistrzów świata, będąc przy tym po prostu „fajnym” kolesiem: trochę zadziornym, energicznym i bardziej wyszczekanym od skromnego, skupionego i sympatycznego, ale mimo wszystko nieco zbyt zamkniętego w sobie Stocha. Mogę się mylić, ale jak patrzę pod tym kątem na listę laureatów Plebiscytu PS z ostatnich 15-20 lat (czyli mniej więcej z okresu, w którym poza stałymi czytelnikami Przeglądu do głosu doszli „okazjonalni” kibice, korzystający z sms-ów, audiotele czy Internetu), to ta teoria składa mi się w jakąś spójną całość: wygrywali zwykle „najfajniejsi” z najlepszych.

Dla jasności: nie mam absolutnie nic przeciw Kamilowi Stochowi. Uważam go za sportowca absolutnie wybitnego. Ale wybór Bartka Kurka mnie bardzo ucieszył. Bynajmniej nie dlatego, że był „lepszy” od Kamila Stocha (zresztą… jak to do licha porównywać?).

Stoch w 2018 roku wygrał prawie wszystko, co było do wygrania: Turniej Czterech Skoczni, Kryształową Kulę, olimpijskie złoto. Wedle wszelkich kalkulacji osiągnął w ubiegłym roku znacznie więcej, niż rok wcześniej i niż w 2014 roku, gdy zwyciężał w wyborze na Sportowca Roku. Jedyne, czego nie udało mu się powtórzyć, to podwójne złoto na Igrzyskach. Ale suma zwycięstw rzuca na kolana. W porównaniu z nim Bartosz Kurek wygrał „tylko” Memoriał Huberta Wagnera i Mistrzostwa Świata, na których został wybrany najbardziej wartościowym zawodnikiem. Pojęcia nie mam, jak od strony formalnej porównać te wyczyny, ale pewnie waga przechyliłaby się na stronę Kamila.

Jest tylko jeden niuans, który sprawia, że sukces Kurka cieszy mnie bardziej. Stoch w ubiegłym roku nie wdrapał się na szczyt; on już tam po prostu był. Przez ostatnie lata konsekwentnie wypracowywał sobie rolę niekwestionowanego króla polskich skoków i całego sportu, któremu czasem zdarzają się słabsze dni (tym razem niefortunnie w trakcie głosowania), ale na którego zawsze można liczyć.

Bartosz Kurek dla odmiany pokonał bardzo długą i bardzo ciężką drogę ponownego udowadniania swojej wartości przed nowym selekcjonerem i starą publicznością, która w części zdążyła już wymazać go z pamięci. Z zawodnika, bez którego reprezentacja poradziła sobie w siatkarskim mundialu przed czterema laty, stał się ostoją nowej kadry, bez której drugie z rzędu, a trzecie w historii zwycięstwo w Mistrzostwach Świata nie byłoby możliwe. Pod tym względem rola Kurka wydaje mi się nie do przecenienia, a tytuł Sportowca Roku absolutnie zasłużony. Ale to wyłącznie moje własne kryteria. Bo ja osobiście najbardziej w sporcie cenię tych, którzy upadają, ale wciąż jeszcze mają siłę wstać. Żadne zwycięstwo mnie tak nie cieszy, jak podniesienie się po przegranej.

Na marginesie: też uważam, że Kurek jest „fajniejszy” 😉

Foto: Flickr / Grzegorz Jereczek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.