Chcieć, nie musieć

Jest sobota. Odespałem wczorajszy wieczorny dyżur i leżąc jeszcze w łóżku leniwie goniłem wolno płynące myśli. Mieliśmy w planach jakieś zakupy, ale olaliśmy plany. Zrobi się przy okazji, nie ma sensu czynić z tego zagadnienia. Pójścia na rower nie planowałem, bo przy takiej pogodzie nie mam z tego frajdy, a robienie czegoś wbrew sobie, byle tylko zapisać kolejny trening na Stravie wydaje mi się kompletnie pozbawione sensu.

Do porannej kawy przeczytałem sobie wspomnieniowy post Lady Kitchen. Pamiętam tamtą awanturę, ale nie zdawałem sobie sprawy, że sprawy zaszły tak daleko i tak wielu ludzi było gotowych wzajemnie się obrażać z powodu sposobu lepienia pierogów. To wiele mówi o naszej kondycji umysłowej.

Zastanawiam się (bo naszedł mnie przy tej okazji bardzo refleksyjny nastrój), czy aby w tej autokreacji nie zabrnęliśmy za daleko? Czy w tych usilnych próbach ciągłego prezentowania się lepszymi, niż w rzeczywistości jesteśmy, nie pokazaliśmy się mimowolnie z najgorszej strony?

Ostatni tydzień w sieci upłynął na dyskusji o granicach swobody wypowiedzi i uprawnieniach właścicieli serwisów społecznościowych do arbitralnego usuwania wpisów lub zawieszania całych kont użytkowników. Gdy się przyjrzeć tej dyskusji bliżej, można się na serio przerazić skalą niezrozumienia dla reguł obowiązujących w przestrzeni, z której wszyscy korzystamy dzięki czyjejś pomysłowości i pracy. Ktoś ją dla nas zorganizował i określił jej zasady, a my potraktowaliśmy ją jak swoje własne poletko. Domagamy się wywłaszczenia serwisów społecznościowych z prawa do zarządzania narzędziami, które dały nam do dyspozycji. To też wiele o nas mówi.

Coraz mniej jest w Sieci miejsca na wymianę myśli. Zastępuje ją zacięta walka o to, by za wszelką cenę wygrać dyskusję, jeśli nie argumentami, to chociażby obrażaniem adwersarza. Liczy się tylko zwycięstwo. Nieważne, że często zbudowane na kłamstwie, które potem trzeba w pocie czoła prostować, by ktoś niechcący nie zrobił sobie krzywdy.

Złapałem się na tym, że z dnia na dzień coraz mniej mnie to interesuje. Coraz mniej mam siły i zapału do tego, żeby kogokolwiek przekonywać do swoich racji. A jeszcze mniej do tego by spełniać czyjekolwiek oczekiwania.

Publikuję ostatnio w mediach społecznościowych głównie te rzeczy, które są ważne dla mnie samego. Ponieważ chwilowo niewiele dzieje się w interesujących mnie dyscyplinach, nieco więcej miejsca poświęcam temu, co dzieje się dookoła. Bywa, że po prostu podzielę się jakimś złośliwym komentarzem do otaczającej mnie rzeczywistości.

Ktoś napisał mi niedawno w komentarzu, że się na mnie „rozczarował”, bo nie sądził, że mogę sobie pozwolić na otwartą krytykę działań naszej władzy. A niby dlaczego nie? Nie mam prawa mieć w tych sprawach własnego zdania? Płacę jakieś inne podatki, które odbierają mi prawo do sprzeciwiania się decyzjom, które uważam za zwyczajnie głupie?

No i – poza wszystkim – czy ja się z kimkolwiek umawiałem na spełnianie czyichś oczekiwań? „Jestem rozczarowany”. Dobre sobie.

Czytam od dziesięciu już prawie miesięcy mnóstwo rozważań na temat tego, co pandemia zmieni w naszym życiu. Był taki moment, gdzieś w okolicach kwietnia lub maja, kiedy do świadomości ludzi zaczęły się przebijać pomysły, że może jednak oparcie konstrukcji świata na nieustannym wzroście i rozwoju nie jest jedynym pomysłem, jaki ludzkość może zrealizować. Że może w tym dążeniu do czynienia sobie ziemi poddaną, do kolejnych podbojów, zasiedleń i nieustannego przyrostu, osiągnęliśmy już jakiś kres?

Ale jak szybko te pomysły się pojawiły, tak szybko zniknęły. Nawet jeśli nasz strach przed chorobą jest wielki, to i tak przegrywa z kretesem z obawą przed zmianami. Postanowiliśmy przeczekać. Niech to wszystko jak najszybciej minie i niech już będzie po staremu. Bez kolejnych niespodzianek.

Trochę szkoda, bo wydawało mi się to szansą. Przeżyłem w swoim życiu wiele poważnych zmian. Nie wszystkie były przyjemne i łatwe. Te najtrudniejsze okazały się najbardziej owocne. One nauczyły mnie najwięcej. One najbardziej zmieniły mnie samego. Dzięki nim odkryłem, że bardziej cieszę się życiem, gdy nie upływa mi ono na nieustannej pogoni: za awansem, za pieniędzmi, za kolejnymi dobrami, „za szczęściem”. Okazało się, że wcale nie trzeba za tym wszystkim bez pamięci biegać. Radość z życia jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy się zatrzymać.

Przez większość mojego dorosłego życia byłem przekonywany, że polega ono na gromadzeniu kolejnych dóbr i tytułów. Na byciu „kimś”. Dziś rozumiem, że bycie „kimś” w świecie pełnym ludzi kreujących za wszelką cenę swój wyśniony, ale nieprawdziwy wizerunek, nie ma tak naprawdę najmniejszego sensu. Szkoda czasu na dopasowywanie się do oczekiwań obcych ludzi.

Dziś największą frajdę sprawia mi zrobienie śniadania dla żony. Pójście na spacer. Napisanie fajnego tekstu, z którego sam jestem zadowolony. Zrobienie czegoś dlatego, że się chce, nie dlatego, że się musi. Podzielenie się sobą, kawałkiem swojego świata.

I zrobienie tego przede wszystkim dla siebie, bez przejmowania się opinią innych.

To jest dla mnie prawdziwe szczęście. Warto było się dla niego zatrzymać.

(Foto zupełnie bez związku z tematem. Po prostu tęsknię za plażą w Jutlandii)

Jeden komentarz na temat “Chcieć, nie musieć”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.