Dysonans

Skorzystałem wczoraj z pięknej pogody i wybrałem się na dłuższą przejażdżkę. Co prawda wiało paskudnie i powrót pod wiatr nie należał do najprzyjemniejszych, ale pierwsza połowa trasy z nawiązką rekompensowała te późniejsze niedogodności.

W okolicy Tarnowa Podgórnego wyprzedziłem grupkę kolarzy. Nie byłoby w tym nic szczególnie interesującego, gdyby nie drobny szczegół: ja jechałem szeroką i gładką jak stół drogą dla rowerów, oni – dużo wolniej ode mnie – jezdnią, ciągnąc za sobą sznur samochodów i autobus.

Przeszło mi nawet przez myśl, żeby ich nagrać i pokazać jako przykład zupełnie niezrozumiałego i nieodpowiedzialnego zachowania, ale szybko porzuciłem ten pomysł. Raz, że zaraz rozpoczęłoby się niepotrzebne dochodzenie, co to za grupa, a dwa: nie miałem w zanadrzu dla równowagi żadnej dramatycznej sytuacji z udziałem kierowców, a bez tego ostatnio nie ma szansy na żadną rzeczową dyskusję. Po trzecie: kilka kilometrów dalej miałem już dla nich więcej zrozumienia, o czym za moment.

Najpierw mały statement o korzystaniu z DDR: staram się to robić zawsze. Po pierwsze dlatego, że przestrzegania prawa wymagam od wszystkich, w tym również od siebie. Po drugie: na ogół nie znajduję żadnego powodu, by ich unikać, a narażanie się na dyskusję z kierowcami, w dodatku ze świadomością, że w takiej sytuacji zwykle mają rację, psuje mi frajdę z jazdy. A to jest główny powód, dla którego w ogóle wsiadam na rower. Nawet jeśli wyznaczam sobie jakiś cel do osiągnięcia, np. przejechanie trasy z jakąś minimalną średnią, to mój target – moja sprawa, nie jest to żadne usprawiedliwienie do jazdy niezgodnie z przepisami. To nie zawody, realizowane w zamkniętym lub ograniczonym ruchu.

Ale są sytuacje, które burzą mi krew w żyłach również tam, gdzie powinienem czuć się pewnie i bezpiecznie.

Jakieś dwa kilometry dalej wjechałem na drogę, na której przywitał mnie znak zakazu ruchu rowerów. Zjechałem więc na DDR znajdującą się po mojej lewej stronie, wjeżdżając przy tym na gładki asfalt, ale przykryty taką warstwą piachu, że równowagę utrzymałem tylko dzięki zimie spędzonej na ćwiczeniach core’u. Ta ścieżka kończyła się nagle półtora kilometra dalej przystankiem autobusowym, popękanymi płytami chodnikowymi i wystającą kilka cm ponad nie studzienką.

Wróciłem na jezdnię, choć wcale nie mam pewności, czy znak zakazu ruchu rowerów wciąż jeszcze nie obowiązywał. DDR się skończyła, rowerzyście wypadałoby zniknąć.

Kilkanaście kilometrów dalej trafiłem na kolejne kuriozum w postaci równoległej do jezdni drogi, przeznaczonej nie wiadomo dla kogo. Chciałem się upewnić, czy przypadkiem nie mam obowiązku tamtędy jechać, ale nie zauważyłem żadnego znaku. Zobaczyłem go dopiero niespełna dwa kilometry dalej. Oznajmiał koniec ciągu pieszo-rowerowego i był ustawiony… przy jezdni, którą się poruszałem. Tej samej, po której jeżdżą samochody. Nawiasem mówiąc: po tej bocznej też jeździły, a część kierowców wykorzystała ją jako dogodny parking na okoliczność spaceru w pobliskim lesie.

Mam w tym miejscu apel do zarządzających infrastrukturą drogową.

Jest 2021 rok. Żyjemy w czasach, w których spora grupa ludzi zdążyła już zrozumieć, że do przemieszczania się z miejsca na miejsce nie służy wyłącznie samochód. Idea rozdzielania od siebie poszczególnych grup uczestników ruchu ma głęboki sens wyłącznie wtedy, gdy zapewnia bezpieczeństwo im wszystkim. Tymczasem trudno uwolnić się od wrażenia, że w Polsce głównym powodem tego działania jest wyłącznie zapewnienie komfortu kierowcom.

Ostatni zalegający opad śniegu, który wymagał posypywania chodników i dróg dla rowerów, miał w Wielkopolsce miejsce w lutym. Do dziś w wielu miejscach nikt nie zadał sobie trudu posprzątania tych ton suchego jak pieprz piachu, który stanowi zagrożenie w miejscu, gdzie rowerzysta powinien czuć się bezpieczny.

I to jest ten wyjątek, w którym mam więcej wyrozumiałości dla kolarzy łamiących prawo i omijających DDR. Nie można od ludzi wymagać, żeby narażali własne zdrowie tylko dla większego komfortu innych. Bo konieczność dwukrotnego przecinania osi jezdni, by wjechać i kawałek dalej zjechać z zapiaszczonej do granic możliwości DDR, bezpieczeństwa wcale nie poprawia. Proszę się nie dziwić, że rowerzyści takich miejsc unikają.

List otwarty do Adama Kornackiego

Drogi Adamie.
Wybacz, proszę, tę familiarność. Nie znamy się wprawdzie osobiście, ale pewnie nie raz czy dwa minęliśmy się gdzieś na korytarzu, będzie mi więc nieco łatwiej zwracać się do Ciebie po imieniu.

Pozwól też, że na wstępie odwołam się do dygresji z pewnej bliskiej mi dziedziny. Otóż nasz znamienity rodak Roman Ingarden rozwinął swego czasu pewną filozoficzną teorię, która zakładała, że poznanie istoty każdej rzeczy wymaga zawieszenia wcześniejszych sądów na jej temat.

Z dokonań fenomenologów obficie korzysta dziś nauka. Postęp, również w bliskiej Ci motoryzacji, niejednokrotnie dokonuje się dzięki zakwestionowaniu dotychczasowych osiągnięć. Z teorii o zawieszeniu osądów mniej lub bardziej świadomie korzysta też zawód dziennikarza, którego jednym z fundamentów jest oddzielanie faktów od opinii na ich temat.

Polecam spróbować. A przynajmniej, w zakresie opowiadania o relacjach między uczestnikami ruchu drogowego, wyzbyć się fałszywych przekonań i stereotypów, którymi Twoja wypowiedź ocieka niemal w każdym zdaniu.

Początkowo chciałem sobie darować odniesienie do owych „świętych krów”, ale pokusa jest zbyt duża. Okazuje się bowiem, że cała Twoja próba przedstawienia w tym świetle pieszych, jest w istocie siedmiominutową obroną występujących w tej roli kierowców. Przepyszna ironia losu i jakże nieoczekiwana zmiana miejsc.

W tym miejscu warto by się przynajmniej na moment skupić na meritum i wskazać najważniejsze przekłamanie, jakie bije z tego przekazu. Otóż nie, nie ma czegoś takiego, jak „bezwzględne pierwszeństwo” pieszych. We wchodzących niebawem w życie zmianach ustawy „Prawo o ruchu drogowym” nie znika obowiązek zachowania ostrożności, dotyczący zresztą wszystkich uczestników ruchu (art. 3 pkt. 1), osób znajdujących się w pobliżu drogi (art. 3 pkt. 2) oraz skierowany bezpośrednio do pieszych (art. 13 pkt. 1), nakazujący im w tym miejscu ostrożność „szczególną”.

Przypisywanie cech „bezwzględnego pierwszeństwa” wprowadzonej niedawno zmianie w zakresie korzystania z przejść dla pieszych (art. 13 pkt. 1a), jest fałszem. Tym większym, że przepis ten w istocie funkcjonował w polskim prawie od dawna, o czym, jako uczestnik ruchu, powinieneś wiedzieć. Od wielu bowiem lat rozporządzenie ministra infrastruktury regulujące znaczenie poszczególnych znaków drogowych, przy znaku informacyjnym D-6 (przejście dla pieszych) zawierało następujący opis:

„Kierujący pojazdem zbliżający się do miejsca oznaczonego znakiem D-6, D-6a albo D-6b jest obowiązany zmniejszyć prędkość tak, aby nie narazić na niebezpieczeństwo pieszych lub rowerzystów znajdujących się w tych miejscach lub na nie wchodzących lub wjeżdżających”.

Zmieniło się wyłącznie to, że obowiązujący od dawna przepis zyskał w tej chwili delegację ustawową, co w żaden sposób nie zmienia zasad korzystania z przejść przez pieszych oraz obowiązków kierujących pojazdami w ich pobliżu.

Zmieniło się w istocie tylko to, że od teraz w przypadku potrącenia pieszego na przejściu znacznie trudniejsze będzie odwoływanie się do zapisów ustawy jako aktu wyższego rzędu, bo regulacje te zostały po prostu wyrównane. Zabijanie pieszych na przejściach przestanie po prostu być bezkarne, jak często bywało do tej pory. (I kto w tym przypadku miał zaszczyt być „świętą krową”? Raczej nie zabity pieszy, bo – jak sam przypominasz – „świętych krów się nie zabija”).

Ale nie to jest w tym wszystkim tak naprawdę najważniejsze. Sedno problemu polega na tym, że swoją publikacją wpisujesz się w powszechny trend ignorowania podstawowego faktu: bez względu na sposób poruszania się po drogach, uczestnikami ruchu są ludzie. Jak to ładnie niedawno ktoś określił: nie istnieje konflikt między kierowcami a pieszymi, kierowcami i kierowcami, kierowcami i rowerzystami oraz żadna inna możliwa kombinacja.

Na drogach istnieje wyłącznie konflikt między ludźmi. Między człowiekiem i człowiekiem, bez względu na to, czy i jakiego rodzaju kierownice dzierżą właśnie w dłoniach.

Twój klip ten konflikt wyłącznie podsyca. Jest kolejną niechlubną kartą naszej lokalnej odmiany rasizmu, segregującego ludzi ze względu na sposób przemieszczania się z miejsca na miejsce. Znakomicie wpisuje się w haniebną teorię o „gorszym sorcie”, którym w tym wypadku wydają się być piesi. Wzmianką o świętych krowach wprowadziłeś nawet – o ironio! – „element animalny”. Prezes byłby dumny.

Te niespełna siedem minut wywodu o pieszych będących zagrożeniem dla spokoju ducha kierowców, to jedne z najsmutniejszych siedmiu minut w historii polskiej motoryzacji. Współczuję wszystkim, którzy to widzieli. Oraz wszystkim markom, które oferując Ci współpracę mimowolnie ten ponury obraz autoryzują.

Popełnianie błędów to jeszcze nie tragedia. Tragiczne w skutkach jest tkwienie w błędach.

Możesz to jeszcze naprawić. „Zabij to, zanim zniesie jaja”. Bo skutki takiego sposobu myślenia na drodze będą naprawdę tragiczne.

Z pozdrowieniami,

m.