Niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu

Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) postanowiła zadbać o dobre samopoczucie kolarskiej społeczności w trudnych czasach pandemii i dzień po dniu publikuje kolejne produkty swojej nieograniczonej wyobraźni, których stosowanie ma znacząco poprawić bezpieczeństwo kolarzy. Na razie światło dzienne ujrzały m.in. zakazy zjeżdżania siedząc na górnej rurze (tzw. pozycja super tuck) i opierania się łokciami o kierownicę, czyli jazda na „niewidzialnej czasówce”. Czekam na obowiązek instalacji dzwonka.

Mam podejrzenia, że cichym sponsorem UCI został jakiś producent maści na zajady, bo na razie to chyba będzie jedyny realny efekt tych „regulacji”. 1 kwietnia jako data wejścia tych pomysłów w życie też wiele mówi o ich powadze. Choć nie można wykluczyć, że paluchy w tym maczał również Zwift. Być może organizacja wirtualnego czempionatu weszła UCI tak mocno, że postanowiła wszystkie inne imprezy sprowadzić pod względem atrakcyjności do wspólnego mianownika z jazdą na trenażerze.

Kiedy jakiś czas temu ujawniono listę postulatów i projekty regulacji, mających na celu poprawę bezpieczeństwa kolarzy w wyścigach, patrzyłem na nią z podziwem i lekkim niedowierzaniem, że komuś udało się towarzystwo z Aigle przekonać do tak racjonalnych pomysłów. Bo w tym projekcie prawie wszystko trzymało się kupy: jednolite standardy zabezpieczenia trasy (nie tylko na finiszach), idący za standardem system ocen organizatorów i obowiązek powoływania menedżera ds. bezpieczeństwa, obszerna baza danych o wypadkach i ich przyczynach itd. To wszystko miało ręce i nogi. To, co widzimy dzisiaj, to jakaś niesmaczna groteska.

Trudno odmówić racji Michałowi Kwiatkowskiemu, który twierdzi, że te wszystkie pomysły to forma zrzucania odpowiedzialności za bezpieczeństwo wyścigów na kolarzy. Zamiast skupić się na zagwarantowaniu odpowiednich warunków do ścigania, Unia koncentruje się na wymyślaniu sytuacji, w których kolarze mogą popełnić błąd.

Jedynym skutkiem takich działań będzie przeregulowanie zasad, skutkujące tym, że wyścigi staną się śmiertelnie nudne. Zapomnijmy o ucieczkach i szukaniu minimalnych przewag. Przyzwyczajmy się do kończenia każdego etapu finiszem. Bezpiecznym dopiero od przyszłego roku, bo wdrożenie jednolitego standardu barier na metach odłożono w czasie. Są ważniejsze sprawy, jak chociażby super tuck.

Co gorsza, nawet do sensownych rozwiązań UCI podeszła od d… strony. Bo o ile rozsądne jest zwrócenie uwagi na nagminne śmiecenie na trasie wyścigów, z wyrzucaniem bidonów gdzie popadnie na czele, o tyle przerzucenie obowiązku pilnowania tego na kolarzy nie ma większego sensu. Wożenie w kieszeniach pustych bidonów nieszczególnie poprawi bezpieczeństwo jazdy. Konieczność zorganizowania na trasie większej liczby „zielonych stref” rozwiązałaby ten problem. O tym pomyśle, choć również znalazł się na ogłoszonej w grudniu liście postulatów, na razie jest jakoś niespecjalnie głośno. Zamiast tego proponuje się karanie kolarzy.

Stworzenie rankingu „zielonych wyścigów”, co poniekąd jakiś czas temu zapoczątkowali organizatorzy Giro d’Italia, tworząc na własne potrzeby kategorię „Green Ride”, mogłoby całe kolarstwo uczynić atrakcyjniejszym i społecznie nieco bardziej odpowiedzialnym. Na razie jednak „Green Ride” funkcjonuje tylko w postaci hasztagu i wysyłanych kilka razy w roku komunikatów prasowych, w których RCS Sport chwali się hybrydową lub elektryczną flotą. I to by było na tyle, jeśli idzie o walory „edukacyjne”.

Już nie mówiąc o tym, że „dawanie przykładu” UCI mogłaby zacząć od siebie, ustawiając kalendarz i wymogi wobec organizatorów w taki sposób, by kolarstwo nie wymagało nieustannego latania samolotami. Bo na razie ten „zielony sport” zostawia za sobą całkiem pokaźny ślad węglowy.

Ale to nie tym razem. Na razie UCI największy problem widzi w „niewidzialnej kierownicy”.

Foto: Lotto-Soudal Cycling Team

Ulotna pamięć

O czym tu mówić? Przecież wszystko już zostało powiedziane – bronił się w pierwszej chwili Tadeusz Mytnik, kiedy zadzwoniłem do niego, żeby porozmawiać o Ryszardzie Szurkowskim. I rozmawialiśmy prawie godzinę. Przy czym „rozmawialiśmy” to w tym przypadku wielkie słowo, bo ja właściwie tylko notowałem w ciszy kolejne pytania, starając się mu nie przerywać opowieści.

Z takich rozmów z Mytnikiem, Januszem Pożakiem i Lechem Piaseckim powstał tekst, z którego wyłania się obraz Szurkowskiego nie tylko jako triumfatora mistrzostw świata, czterokrotnego zwycięzcy Wyścigu Pokoju i ponad czterech setek innych imprez, ale przede wszystkim jako człowieka o nieprawdopodobnie złożonej osobowości.

Te opowieści pokazują niejako dwa oblicza Mistrza: genialnego kolarza, który niemal do perfekcji opanował umiejętność „czytania wyścigu”, jak to się zwykło obrazowo opisywać. I zamkniętego w sobie, obsesyjnie pilnującego prywatności odludka, którego pozawyścigowe życie bywało tajemnicą nawet dla najbliższych znajomych.

Przyznaję, że zafascynował mnie ten obraz. Jednym z powodów jest zapewne to, że mnie w ogóle w sporcie najmniej interesują wyniki, a najbardziej proces, który prowadzi do ich osiągnięcia. A u Szurkowskiego ten proces był niezwykle bogaty i złożony.

Złapałem się w pewnej chwili na myśli, że właśnie taki obraz Mistrza najbardziej chciałbym zapamiętać. Bo Szurkowski, skarżący się przyjacielowi na to, że został źle potraktowany przez młodych kolarzy, deprecjonujących jego dokonania w amatorskim peletonie, wydaje mi się po stokroć bardziej ludzki, niż gdy z uśmiechem udzielał kolejnego wywiadu po wygranym wyścigu.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że tylko tę zwycięską, uśmiechniętą twarz Mistrza pokryjemy niebawem brązem, zostawiając potomnym z kilkoma linijkami informacji:

Ryszard Szurkowski
1946-2021
kolarz
mistrz świata, dwukrotny medalista igrzysk olimpijskich, czterokrotny zwycięzca Wyścigu Pokoju

A przecież to właśnie ta jego najbardziej złożona natura mogłaby nas najwięcej nauczyć. I trochę się boję, że w naszej ulotnej pamięci ta najcenniejsza nauka przepadnie.

Foto: Mieczysław Świderski / Newspix

Nawet piloci kamikadze zakładali hełmy. (A ten Czykier ciągle o kaskach…)

Przy okazji niedawnej przeprowadzki wpadła mi w ręce zabawna książeczka Roberta H. Franka „Dlaczego piloci kamikadze zakładali hełmy? Czyli ekonomia bez tajemnic”. Nie pamiętam już dobrze, z jakiego powodu ją kupiłem. Prawdopodobnie, jak moje dzieci były jeszcze małe, chciałem być przygotowany na rozmaite trudne pytania. Jak bowiem sugeruje sam podtytuł, to nie jest książka o rowerach, ale o przeróżnych, na pozór banalnych zjawiskach, z których znaczenia nie zawsze zdajemy sobie sprawę. A powinniśmy.

Kupiłem ją więc dawno temu, przeczytałem i odłożyłem gdzieś wysoko na półkę. Odnalazłem niedawno i naturalnie tytuł przypomniał mi o powracającej raz po raz dyskusji o konieczności używania przez kolarzy kasków. Gdybym był naiwny, pewnie pomyślałbym, że już sam argument „nawet piloci kamikadze używali hełmów” powinien zamykać wszelkie dyskusje, w których na ogół w ogóle nie chodzi o realnie rozwiązanie jakiegokolwiek problemu, ale po prostu o wygranie słownej potyczki. Ale z naiwności dawno już wyrosłem.

Znam osobiście kilka osób, które na każdą rowerową przejażdżkę zakładają kask, ale w internecie do upadłego bronią prawa do jazdy bez niego. Powołują się przy tym na najbardziej wymyślne wyniki badań, z których lwia część powstała dobre 30 lat temu, czyli w czasie, gdy rowerzystów a drogach było jak na lekarstwo, a świat szykował się do kolejnych boomów motoryzacyjnych. W samej Polsce liczba samochodów w latach 1990-2010 wzrosła blisko czterokrotnie. Na świecie nieco mniej, bo punkt wyjścia był znacznie wyższy, ale to nie zmienia faktu, że przez lata ton dyskusji na temat bezpieczeństwa na drogach narzucały niemal wyłącznie koncerny motoryzacyjne. To nie świadczy oczywiście o tym, że badania same w sobie są złe, ale o tym, że przy powoływaniu się na nie warto uwzględnić nieco szerszy kontekst i okoliczności, w jakich były realizowane.

Mnie osobiście najbardziej bawi przytaczany często argument, również wynikający z odpowiednich badań, który zdaje się sugerować, że kierowcy przejeżdżają bliżej obok tego rowerzysty, który ma na głowie kask. Nie przeczę, że w istocie może tak być, ale bardzo chciałbym wiedzieć, na jakich rowerach poruszali się biorący udział w tym badaniu ludzie. Bo kiedy jadę samochodem za kolarzem na szosówce, to ostatnią rzeczą, jaką widzę jest to, czy ma na głowie kask czy nie. Chyba że ktoś ma pozycję „małpy na szlifierce”, jak to zwykle obrazowo opisuje Piotrek Klin.

Korzystajmy więc z badań w akademickich dyskusjach do woli, ale nie zapominajmy o tym, że nie opisują one niezmiennych praw fizyki, ale pewne socjologiczne obserwacje, których wyniki w Polsce i w Australii mogą być od siebie zupełnie odległe, choćby z uwagi na różnice kulturowe.

No dobra, a o co chodzi z tymi pilotami? W zabawnej książeczce Franka jest to zaledwie króciutki epizod, dający jednak sporo do myślenia. Okazuje się bowiem, że u podstaw tego z założenia beznadziejnego pomysłu (piloci kamikadze nie spodziewali się wracać do domu, choć podobno i takie przypadki się zdarzały), leżało minimalizowanie ryzyka niepowodzenia misji. Chodziło o to, żeby dolecieć do celu i zrealizować zadanie, nie narażając ojczyzny na straty w materiałach wybuchowych.

To nie czas i miejsce na recenzowanie humanitaryzmu japońskich dowódców podczas II Wojny Światowej. W pewnym sensie jednak Frank wjeżdża z tymi pilotami cały na biało w dyskusję o jeździe w kaskach. Wydaje mi się bowiem, że kluczowym pytaniem, jakie można postawić w tej sytuacji brzmi następująco: „na czym polega nasza „misja”, gdy wychodzimy na rower?”.

Jeśli na tym, żeby się przejechać, potrenować, przewietrzyć głowę, naładować endorfinami, a potem bezpiecznie wrócić, nie narażając siebie i innych oraz nie ryzykując, że wszyscy będziemy się składać na ewentualne koszty leczenia (w Polsce wciąż zatrważająco niska jest świadomość tzw. społecznych kosztów wypadków, liczonych w tłustych miliardach złotych), konieczność jazdy w kasku nasuwa się właściwie sama. Wzorem japońskich dowódców powinniśmy minimalizować ryzyko, by nasza misja się powiodła.

Ale jeśli naszym celem jest wygranie dyskusji w internecie, to spoko, kasków nie zakładajmy. Wojownicy klawiatur nie muszą. Siedząc w nich przed ekranem mogliby wyglądać co najmniej głupio.

Chcieć, nie musieć

Jest sobota. Odespałem wczorajszy wieczorny dyżur i leżąc jeszcze w łóżku leniwie goniłem wolno płynące myśli. Mieliśmy w planach jakieś zakupy, ale olaliśmy plany. Zrobi się przy okazji, nie ma sensu czynić z tego zagadnienia. Pójścia na rower nie planowałem, bo przy takiej pogodzie nie mam z tego frajdy, a robienie czegoś wbrew sobie, byle tylko zapisać kolejny trening na Stravie wydaje mi się kompletnie pozbawione sensu.

Do porannej kawy przeczytałem sobie wspomnieniowy post Lady Kitchen. Pamiętam tamtą awanturę, ale nie zdawałem sobie sprawy, że sprawy zaszły tak daleko i tak wielu ludzi było gotowych wzajemnie się obrażać z powodu sposobu lepienia pierogów. To wiele mówi o naszej kondycji umysłowej.

Zastanawiam się (bo naszedł mnie przy tej okazji bardzo refleksyjny nastrój), czy aby w tej autokreacji nie zabrnęliśmy za daleko? Czy w tych usilnych próbach ciągłego prezentowania się lepszymi, niż w rzeczywistości jesteśmy, nie pokazaliśmy się mimowolnie z najgorszej strony?

Ostatni tydzień w sieci upłynął na dyskusji o granicach swobody wypowiedzi i uprawnieniach właścicieli serwisów społecznościowych do arbitralnego usuwania wpisów lub zawieszania całych kont użytkowników. Gdy się przyjrzeć tej dyskusji bliżej, można się na serio przerazić skalą niezrozumienia dla reguł obowiązujących w przestrzeni, z której wszyscy korzystamy dzięki czyjejś pomysłowości i pracy. Ktoś ją dla nas zorganizował i określił jej zasady, a my potraktowaliśmy ją jak swoje własne poletko. Domagamy się wywłaszczenia serwisów społecznościowych z prawa do zarządzania narzędziami, które dały nam do dyspozycji. To też wiele o nas mówi.

Coraz mniej jest w Sieci miejsca na wymianę myśli. Zastępuje ją zacięta walka o to, by za wszelką cenę wygrać dyskusję, jeśli nie argumentami, to chociażby obrażaniem adwersarza. Liczy się tylko zwycięstwo. Nieważne, że często zbudowane na kłamstwie, które potem trzeba w pocie czoła prostować, by ktoś niechcący nie zrobił sobie krzywdy.

Złapałem się na tym, że z dnia na dzień coraz mniej mnie to interesuje. Coraz mniej mam siły i zapału do tego, żeby kogokolwiek przekonywać do swoich racji. A jeszcze mniej do tego by spełniać czyjekolwiek oczekiwania.

Publikuję ostatnio w mediach społecznościowych głównie te rzeczy, które są ważne dla mnie samego. Ponieważ chwilowo niewiele dzieje się w interesujących mnie dyscyplinach, nieco więcej miejsca poświęcam temu, co dzieje się dookoła. Bywa, że po prostu podzielę się jakimś złośliwym komentarzem do otaczającej mnie rzeczywistości.

Ktoś napisał mi niedawno w komentarzu, że się na mnie „rozczarował”, bo nie sądził, że mogę sobie pozwolić na otwartą krytykę działań naszej władzy. A niby dlaczego nie? Nie mam prawa mieć w tych sprawach własnego zdania? Płacę jakieś inne podatki, które odbierają mi prawo do sprzeciwiania się decyzjom, które uważam za zwyczajnie głupie?

No i – poza wszystkim – czy ja się z kimkolwiek umawiałem na spełnianie czyichś oczekiwań? „Jestem rozczarowany”. Dobre sobie.

Czytam od dziesięciu już prawie miesięcy mnóstwo rozważań na temat tego, co pandemia zmieni w naszym życiu. Był taki moment, gdzieś w okolicach kwietnia lub maja, kiedy do świadomości ludzi zaczęły się przebijać pomysły, że może jednak oparcie konstrukcji świata na nieustannym wzroście i rozwoju nie jest jedynym pomysłem, jaki ludzkość może zrealizować. Że może w tym dążeniu do czynienia sobie ziemi poddaną, do kolejnych podbojów, zasiedleń i nieustannego przyrostu, osiągnęliśmy już jakiś kres?

Ale jak szybko te pomysły się pojawiły, tak szybko zniknęły. Nawet jeśli nasz strach przed chorobą jest wielki, to i tak przegrywa z kretesem z obawą przed zmianami. Postanowiliśmy przeczekać. Niech to wszystko jak najszybciej minie i niech już będzie po staremu. Bez kolejnych niespodzianek.

Trochę szkoda, bo wydawało mi się to szansą. Przeżyłem w swoim życiu wiele poważnych zmian. Nie wszystkie były przyjemne i łatwe. Te najtrudniejsze okazały się najbardziej owocne. One nauczyły mnie najwięcej. One najbardziej zmieniły mnie samego. Dzięki nim odkryłem, że bardziej cieszę się życiem, gdy nie upływa mi ono na nieustannej pogoni: za awansem, za pieniędzmi, za kolejnymi dobrami, „za szczęściem”. Okazało się, że wcale nie trzeba za tym wszystkim bez pamięci biegać. Radość z życia jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy się zatrzymać.

Przez większość mojego dorosłego życia byłem przekonywany, że polega ono na gromadzeniu kolejnych dóbr i tytułów. Na byciu „kimś”. Dziś rozumiem, że bycie „kimś” w świecie pełnym ludzi kreujących za wszelką cenę swój wyśniony, ale nieprawdziwy wizerunek, nie ma tak naprawdę najmniejszego sensu. Szkoda czasu na dopasowywanie się do oczekiwań obcych ludzi.

Dziś największą frajdę sprawia mi zrobienie śniadania dla żony. Pójście na spacer. Napisanie fajnego tekstu, z którego sam jestem zadowolony. Zrobienie czegoś dlatego, że się chce, nie dlatego, że się musi. Podzielenie się sobą, kawałkiem swojego świata.

I zrobienie tego przede wszystkim dla siebie, bez przejmowania się opinią innych.

To jest dla mnie prawdziwe szczęście. Warto było się dla niego zatrzymać.

(Foto zupełnie bez związku z tematem. Po prostu tęsknię za plażą w Jutlandii)

Opinie jak niemiecka chemia. Złe zagraniczne lepsze od naszych dobrych

Nie zgadzam się z oceną całej imprezy przez pryzmat jednego tragicznego wydarzenia. Moim zdaniem jest mocno niesprawiedliwa. Na zestawienie wyróżnienia PS ze zdjęciem z wypadku i podpisem „Cała Polska w jednym tweecie” nie zasłużyli sobie ani inicjatorzy nagrody, ani organizatorzy imprezy, ani jej uczestnicy, ani tym bardziej owa „cała Polska”.

Jeśli jest w sporcie coś, co pociąga mnie w nim w sposób szczególny, to jest to jego złożoność i wielowymiarowość. To coś, co sprawia, że nie jest dziedziną oderwaną od życia, ale pewną jego szczególną formą. I gdy tylko się zechce, można jej się przyjrzeć nieco bliżej. Rozłożyć na części pierwsze i zrozumieć, co składa się na sukces, a co jest przyczyną porażki.

Całkiem jak w życiu, tylko nieco łatwiej, bo tu zazwyczaj wiemy, czego należy szukać.

My jednak zazwyczaj wolimy iść na skróty i patrzeć wyłącznie na jedną stronę tego – nomen omen – medalu. Jak często przy ocenie wyników sportowców. I przy wynikach pewnych wyborów.

Burza, jaka rozpętała się wokół wczorajszej nagrody Przeglądu Sportowego dla Tour de Pologne pokazuje to jak na dłoni. Choć tym razem o oceny było jeszcze łatwiej, bo skrytykowali ją „zagraniczni eksperci”, a to dla wielu rodzimych komentatorów kolarstwa niczym głos wyroczni. „Zagraniczni eksperci” z natury rzeczy muszą mieć rację.

Ale czy na pewno mają?

W żadnym zagranicznym komentarzu nie znalazłem analizy innych wydarzeń, z którymi TdP konkurował o miano „Imprezy Roku”. Nie sądzę, by ktokolwiek w ogóle zadał sobie takie pytanie, a wydaje mi się w tej sprawie fundamentalne, bo rok 2020 był w wydarzenia raczej ubogi. Tour de Pologne się jednak odbyło, mimo wyjątkowo trudnej sytuacji, przypominającej momentami chodzenie po polu minowym. I okazało się – również mimo makabrycznego wypadku na 1. etapie – wyjątkowo udane pod względem oglądalności. Oraz frekwencji, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że na trasie nie powinno być właściwie nikogo.

Nikt nie zadał sobie i organizatorom plebiscytu pytania o kryteria, jakimi się kierowano przy wyborze. Wybór oceniono przez pryzmat „złego wrażenia”, jakie wywołał wypadek Fabio Jakobsena w Katowicach. Wypadek, który nie został przecież przez organizatora spowodowany, choć niewątpliwie pokazał jak na dłoni, że pewne rzeczy można było rozwiązać inaczej.

Tyle tylko, że to wszystko wiemy dzisiaj.

W sierpniu byliśmy wszyscy skoncentrowani na tym, by w okolicy mety nie było kibiców, bo takie były wymogi narzucone przez UCI organizatorom wyścigów w czasie pandemii. Nikt nie był w stanie przewidzieć, jakie skutki uboczne przyniesie ich stosowanie. Nie przewidzieli tego organizatorzy, nie przewidziała ustalająca dla nich wytyczne UCI, nie przewidzieli również uczestnicy imprezy. Dlaczego więc pretensje skupiają się tylko w jednym miejscu?

Po zdarzeniu pozostało złe wrażenie. Pełna zgoda. Ale czy siedem z rzędu dopingowych zwycięstw Armstronga w Tour de France zrobiło dobre wrażenie? Czy dobre wrażenie sprawiło wycofanie się dwóch zespołów z ubiegłorocznego Giro d’Italia? Dlaczego akurat wobec Langa jesteśmy tacy surowi? Bo tak spontanicznie orzekli „zagraniczni eksperci”?

„To nie tak. Wyścig jest świetnie zorganizowany, a kolarze uwielbiają przyjeżdżać do Polski. Poza tym macie cudownych kibiców i fantastyczną atmosferę. Naprawdę, to poziom światowy. Natomiast nie zmienia to faktu, że kolarze powinni być lepiej chronieni” – powiedział niedługo po wypadku Patrick Lefevere, pytany przez Marka Bobakowskiego o to, czy uważa, że wyścig jest źle zorganizowany.

Pięć zdań, z których cztery chwalą organizację wyścigu, a ostatnie wskazuje na potrzebę zwrócenia większej uwagi na bezpieczeństwo kolarzy. My skupiliśmy się tylko na nim, adresując je wyłącznie w stronę organizatora, choć przecież podmiotów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo kolarzy jest znacznie więcej. Od nich samych począwszy, na UCI ustalającej szczegółowe do poziomu wysokości skarpetki zasady skończywszy.

Nie lubię wcielać się w rolę obrońcy Tour de Pologne. Sam wielokrotnie krytykowałem organizatorów za różne rzeczy i ciągle uważam, że imprezę można pod wieloma względami uatrakcyjnić i poprawić. Ale jednocześnie mam w sobie dość pokory, by nie krzyczeć z fotela „a nie mówiłem!”, oceniając po fakcie sytuację, której skutki były moim zdaniem niemożliwe do przewidzenia.

Jednostronność tych ocen jest dla mnie zaprzeczeniem wszystkiego, co ważne w sporcie, którego istotą jest pokonywanie przeszkód, a nie uginanie się pod ciężarem krytyki.

Ocena całej imprezy przez pryzmat jednego tragicznego wydarzenia jest mocno niesprawiedliwa. Na zestawienie wyróżnienia PS ze zdjęciem z wypadku i podpisem „Cała Polska w jednym tweecie” nie zasłużyli sobie ani inicjatorzy nagrody, ani organizatorzy imprezy, ani jej uczestnicy, ani tym bardziej „cała Polska”.

No ale cóż. Wybór nie spodobał się „zagranicznym ekspertom”. Posypaliśmy więc sobie zachodnią przyprawą naszą własną stęchliznę i postanowiliśmy się w niej rozsmakować. Przecież skoro zagraniczne, to musi być dobre.

A tak na marginesie, choć kiedyś już o tym wspominałem: wideo z finiszu w Katowicach przez jakiś czas było najczęściej wyszukiwanym klipem w polskim internecie. Filmy z wypadku zostały łącznie wyświetlone kilka milionów razy.

Skoro robią „złe wrażenie”, to dlaczego je tak wytrwale oglądamy?

Edukować? Tak. I straszyć karami

Coraz rzadziej daję się wciągnąć w internetowe dyskusje na temat bezpieczeństwa na drodze. Szkoda czasu. Głównie z uwagi na sposób prowadzenia tych dysput, o którym pisałem jakiś czas temu tutaj. Już dawno nie dowiedziałem się tą drogą niczego nowego, za to niemal za każdym razem przekonuję się o tym, w jak kiepskiej kondycji jest nasza edukacja, o znajomości prawa nie wspominając.

Nie znaczy to jednak, że nie jestem na bieżąco. Mam pewną grupę znajomych, którzy nieustannie podsyłają mi linki do takich dyskusji, a czasami wręcz całe ich obszerne fragmenty, pytając co sądzę na ich temat. To miłe, choć trochę niezasłużone. I najczęściej uprzejmie podpowiadam, żeby nie marnowali swojego czasu na kopanie się z koniem. Mój były szef miał takie powiedzonko: „nie ucz świni angielskiego, bo stracisz czas i wkurwisz świnię”. Coś w tym jest, choć warto oszczędzić przede wszystkim własne nerwy.

Ale jedna rzecz zwróciła ostatnio moją uwagę i to z jej powodu postanowiłem napisać niniejszy tekst: powracający raz po raz postulat, że nie należy gmerać w prawie, tylko edukować uczestników ruchu i ewentualnie piętnować tych, którzy na edukację są odporni. Zwykle ów postulat poparty jest „argumentem”, że jak ktoś chce sobie sam zrobić krzywdę, to nie należy mu za bardzo przeszkadzać.

Edukacja? Wolne żarty

Owszem, porywa mnie wizja powszechnej edukacji jako remedium na problemy z bezpieczeństwem na drogach. Tyle tylko, że jest zwykłą utopią, bo najzwyczajniej w świecie nie działa, w każdym razie samodzielnie. A nie działa z bardzo prostego powodu: jest wbrew ludzkiej naturze.

Gdyby ludzie poprzestawali na tym, czego się nauczyli, prawdopodobnie nadal pocieraliby kamieniem o kamień. Mamy jednak w głowach coś takiego, co każe nam nieustannie kwestionować naszą dotychczasową wiedzę i szukać nowych sposobów na realizowanie tego, z czym dotychczas sobie świetnie radziliśmy.

Ewolucja wyposażyła nas w dwie nogi uznając, że powinny nam wystarczyć do przemieszczania się z miejsca na miejsce. To człowiek wymyślił, że w tym samym celu może dosiąść osła. Kilka tysięcy lat później wynalazł rower, a chwilę później automobil, czym doprowadził do tego, że może przestały nas w końcu doganiać tygrysy, ale zaczęliśmy ginąć pod kołami własnych wynalazków. Natura ewidentnie nie znosi próżni.

Problem z ruchem drogowym polega jednak na tym, że jest on względnie bezpieczny dla jego uczestników tylko wtedy, gdy wszyscy zachowują się w sposób przewidywalny dla innych. To dlatego tęgie głowy wymyśliły zbiór reguł, zwany później kodeksem drogowym. Gdybyśmy się nie umówili, że poruszamy się określoną stroną drogi, zatrzymujemy na czerwonym, a na zielonym jedziemy dalej, na drogach panowałby nieopisany chaos. A przecież również w tym miejscu moglibyśmy powiedzieć, że jeśli ktoś chce sobie zrobić krzywdę, to w sumie jego sprawa.

Reguły są po to, by ich NIE łamać

Tymczasem gdy zatrzymujemy się na czerwonym świetle przy pustym skrzyżowaniu, to nie wygłaszamy długich wywodów o zdrowym rozsądku, tylko na ogół grzecznie stoimy i czekamy, aż zaświeci się zielone. I niestety bardzo często nie robimy tak dlatego, że jesteśmy dobrze wyedukowani, ale po prostu obawiamy się kary.

To nie jest żaden przypadek, że najwyższy poziom bezpieczeństwa na drogach jest na ogół w tych krajach, które mają najbardziej restrykcyjne prawo. Tam już dawno temu odkryto, że sama edukacja nie jest wystarczająca do zapewnienia ludziom bezpieczeństwa, bo wiedza o tym jak należy się zachowywać nie powstrzymuje ludzi przed szukaniem innych, w ich mniemaniu lepszych, sposobów na poruszanie się po drogach. Powstrzymuje ich dopiero wizja kary. I robi to tym skuteczniej, czym potencjalna kara jest bardziej dotkliwa.

Zdaję sobie sprawę, że w Polsce jest to szczególnie trudne do przyswojenia, bo przez lata budowaliśmy w sobie przekonanie, że mandaty są sposobem na ratowanie dziur w budżecie. Nawiasem mówiąc niejednokrotnie dokładnie tak się działo, a czasami dzieje i dzisiaj. Tymczasem wiele krajów – i tu znowu mowa o tych, w których mandaty są najdroższe – w ogóle wpływów z tego tytułu nie uwzględnia w swoich możliwych przychodach. Bo rolą kodeksu wykroczeń jest przede wszystkim zapobieganie ich popełnianiu, a mandaty po to ustala się na wysokim poziomie, by ludzie najzwyczajniej w świecie nie chcieli ich płacić.

Najprostszą do tego celu drogą jest unikanie popełniania wykroczeń. Czyli – eureka! – stosowanie się do reguł określonych w prawie, a nie poleganie na edukacji i zdrowym rozsądku. Choć jedno i drugie w ruchu drogowym jest bezdyskusyjnie nieodzowne. Ale pozbawione bata w postaci przepisów i systemu surowych kar najzwyczajniej w świecie nie działa.

Foto: Flickr / Tejvan Pettinger

Maszyna do uszczęśliwiania

Z Michałem Kwiatkowskim rozmawiałem ostatni raz tuż przed mistrzostwami świata. Świeżo po Tour de France, podczas którego wygrał jeden z etapów i to w stylu, który na długo pozostanie w pamięci kolarskich kibiców.

Zapytałem go wówczas, czy ta wygrana daje mu poczucie, że jest choćby częściowo „rozliczony” z Tourem. Odpowiedział, że chociaż to zwycięstwo smakowało mu szczególnie i cieszy się, że wpadło do jego palmares, to w istocie niewiele ono zmienia w jego podejściu do jazdy. Bo ta zmiana nastąpiła znacznie wcześniej.

„Moje marzenia o rozwijaniu się jako kolarz na klasyfikację generalną Wielkich Tourów musiałem już jakiś czas temu zrewidować. Czas mnie goni, a nie wybaczyłbym sobie, gdybym przed końcem kariery nie wygrał chociażby po raz trzeci Strade Bianche” – powiedział. I dodał: „Mam jeszcze wiele do ugrania w wyścigach, które wygrywałem do tej pory i to jest mój plan na przyszłość”.

Przygotowując się do tej rozmowy uznałem, że dzień przed wyścigiem o tęczową koszulkę to nie jest właściwy moment na pytanie o nowy kontrakt. Po tych zdaniach, które przytoczyłem powyżej, byłem jednak pewien, że jeśli nawet sprawa nie jest jeszcze do końca dogadana, to z dużym prawdopodobieństwem jakiś ogólny jej zarys został już ustalony. Bo kiedy Michał mówi o „planach”, to zwykle ma na myśli rzeczy, nad którymi jakaś praca już się rozpoczęła. Wszystkie inne znajdują się w sferze „marzeń”.

Kłopot z polskimi kibicami kolarstwa w dużej mierze polega na tym, że nie potrafią od siebie tych dwóch pojęć odróżnić. Kiedy więc Kwiato mówi o swoich marzeniach, są zazwyczaj odbierane jako deklaracja przyniesienia na tacy kolejnych zwycięstw.

Trochę przewrotnie zapytałem na Facebooku, czy jest jakieś jedno miejsce, w którym można poczytać lamenty na temat przedłużonego przez Michała kontraktu. Do tego nie trzeba się szczególnie wysilać, bo niemal pod każdą wzmianką na ten temat na bank znajdzie się jakiś „fachowiec”, który zaserwuje gawiedzi rozkminę o tym, jak to Kwiatkowski marnuje swój talent na wożenie bidonów i bycie „wyrobnikiem” pracującym dla innych kolarzy. Można by w tym miejscu ze znudzeniem ziewnąć, gdyby nie to, że te „opinie” są później bezmyślnie powielane przez innych.

Chyba nigdy nie zrozumiem nieustannego postponowania jednego z najwyżej cenionych za wszechstronność kolarzy, który mógłby być fundamentem dowolnego zespołu. Żaden jednak nie zagwarantuje mu zwycięstw i żaden nie zapewni mu roli lidera, bo dziś właściwie „etatów” liderów w zespołach już nie ma. Wyścigów jest zbyt dużo, a przyszłość wielu ekip zbyt niepewna, by odgrywać jakiekolwiek partie rozpisane na wcześniej określone role. To wszystko zmienia się zbyt szybko, by przywiązywać się do jednego scenariusza. Geraint Thomas i Tao Geoghegan Hart mi świadkami.

Kwiato miał niebywałe szczęście i dobrego nosa, trafiając do ekipy, która jako jedna z nielicznych jest w stanie swoim kolarzom zapewnić względną stabilność. Drużyny, która w tym roku udowodniła, że nie ma w jej szeregach świętych krów i że nawet ci wyżej wspomniani „etatowi” liderzy muszą się nauczyć godzić z rozczarowującymi decyzjami.

To w barwach tego zespołu sięgnął po znakomitą większość swoich wspaniałych zwycięstw, chociaż wielu ludzi ciągle twierdzi (a ja nadal nie wiem na jakiej podstawie), że gdzie indziej zdobyłby ich więcej.

I teraz ta właśnie ekipa z nie najmłodszym, bo już 30-letnim i jednym z najlepiej zarabiających w peletonie kolarzem przedłuża kontrakt o kolejne trzy lata.

Michał ma plan nadal wygrywać. Jeśli to nie jest droga do jego realizacji, to nie wiem, co by nią mogło być.

I jeszcze taki cytat mi się przypomniał, który pasuje do tej sytuacji jak ulał. „Ludzie muszą zrozumieć, że Maradona nie jest maszyną do ich uszczęśliwiania” – miał onegdaj o sobie samym powiedzieć „Boski Diego”.

Michał rzecz jasna nie ma w sobie tyle buty. Choć czasami powinien.

Foto: Getty Images

Nie umiem cieszyć się sportem gdy na ulicach bite są kobiety

Kiedy kilka lat temu ruszałem z tym blogiem zakładałem, że będę pisał głównie o sporcie. O tym, co mnie fascynuje, pochłania i sprawia, że chcę być coraz lepszy w tym co robię. Coś mnie jednak tknęło i zostawiłem sobie również „furtkę” do pisania o innych sprawach. Nie musiałem, bo ostatecznie mój blog – moja sprawa, ale chciałem być uczciwy wobec tych, którzy tu zaglądają. Do kwestii uczciwości jeszcze za moment wrócę.

Przez te kilka lat wiele się zmieniło. Sporo na lepsze, bo moje okazjonalne pisanie tutaj i dla Sport.pl otworzyło mi z czasem szansę na komentowanie kolarstwa w Eurosporcie, a później na pełnoetatową pracę dla stacji i okazję do uczenia się z każdym dniem czegoś nowego.

Ale wiele też zmieniło się na gorsze, zwłaszcza jeśli idzie o sytuację w naszym kraju. Jeden z moich znajomych udostępnił niedawno na Facebooku post sprzed czterech lat, opatrując go komentarzem: „Wtedy wydawało mi się, że jest słabo. Teraz myślę, że nie wiedziałem nic o słabo”.

Trudno się z nim nie zgodzić.

Dziennikarzem się tylko bywa. Człowiekiem się jest

Wczoraj wieczorem i dzisiaj rano przez moje timeline’y w mediach społecznościowych przewinęło się mnóstwo postów o występie naszej reprezentacji i kolejnym przegranym meczu kadry Brzęczka. Zobaczyłem wiele analiz, włącznie z tymi, które dotyczyły pomeczowego studia.

Poczułem wyraźny niesmak. Niekoniecznie dlatego, że nie pałam przesadną sympatią do piłki nożnej. Raczej dlatego, że wydaje mi się, iż w kraju dzieją się jednak dużo ważniejsze rzeczy niż nasze niemrawe występy w Lidze Narodów. W chwili, w której na naszych ulicach bite są kobiety, a policja wypuszcza w tłum dziesiątki tajniaków, których jedynym celem jest eskalacja konfliktu i prowokowanie do użycia siły, nie potrafię z siebie wykrzesać zainteresowania nawet dla sukcesów naszych sportowców. Ekscytacji porażką nie rozumiem tym bardziej.

Żeby było jasne: nie oceniam intencji moich kolegów i nie jest moim zamiarem ich krytykować. Mówię wyłącznie za siebie. Ja wyrosłem w przekonaniu, że dziennikarzem się tylko bywa. Człowiekiem i Polakiem się jest. Nie umiałbym spojrzeć w oczy swoim dzieciom i usprawiedliwić mojego milczenia w tym trudnym czasie potrzebą zachowania „obiektywizmu”, niezbędnego do opisywania wydarzeń sportowych.

To sprawa naszej przyszłości

To nie jest również kwestia poglądów. To sprawa elementarnej uczciwości, której tak bardzo brakuje rządzącym. Wszystkim, odkąd pamiętam, ale tym obecnym o tyle szczególnie, że nikt wcześniej nie posunął się do tak bezczelnych i jawnych kłamstw, mających służyć usprawiedliwieniu nieodpowiedzialnych decyzji.

Jeśli komuś się wydaje, że polityka ze sportem ma niewiele wspólnego, niech rozejrzy się wokół i poszuka odpowiedzi na pytanie, ile obiektów sportowych w jego okolicy zostało zrealizowanych za unijne pieniądze, których bezsprzecznie nadal więcej dostajemy, niż wkładamy do wspólnotowego portfela. Jeśli ktokolwiek uważa, że sport na decyzjach obecnej władzy nie straci, niech sobie przypomni, ilu polskich sportowców skorzystało na możliwości doskonalenia swoich umiejętności w zagranicznych klubach, by później błyszczeć w biało-czerwonych barwach.

Jeśli ktokolwiek myśli, że sport i polityka nie powinny się z sobą mieszać, niech przeczyta ten tekst o polskich zawodniczkach, które nie mogą skorzystać z konstytucyjnego prawa do wyrażania swoich poglądów, jeśli nie są zgodne z linią partii i działających w jej imieniu nominatów w państwowych firmach ów sport sponsorujących. I nie, wcale tu nie chodzi o działania godzące w wizerunek sponsorów, bo to jeszcze byłoby zrozumiałe. Chodzi o zdanie na temat elementarnych wolności i spraw od sportu zupełnie dalekich.

Nie czas na udawaną neutralność

Dziś po południu jak zwykle usiądę na dyżurze i pewnie napiszę kilka tekstów o tym, co dzieje się w sporcie. Zrobię to jednak bez entuzjazmu, myśląc zapewne w tym samym czasie o moich przyjaciołach, którzy w tym czasie być może znowu będą bici przez policję w imię utrzymania za wszelką cenę władzy przez ludzi, którzy „wolność” rozumieją tylko wtedy, gdy wszyscy myślą tak samo jak oni.

Chciałbym, żeby się to wszystko jak najszybciej skończyło. Chciałbym znowu zacząć cieszyć się sportem. Obawiam się jednak, że jeszcze długo to nie nastąpi. A niewykluczone, że niebawem jedyne radości będziemy czerpać z sukcesów naszych podwórkowych drużyn. Bo w zrujnowanym pandemią i coraz bardziej nieuchronną gospodarczą klęską kraju zawodowy sport będziemy lada moment musieli budować zupełnie od nowa.

Ale cóż. Widocznie ważniejsze jest to, by paru facetów w kiepskich garniturach miało satysfakcję z tego, że dopięli swego. Że przez chwilę „mieli rację”.

To nie jest czas na milczenie i udawanie zdystansowanych i obiektywnych. To jest czas, by jednoznacznie stanąć po stronie wolności i prawa do wyrażania siebie w taki sposób, jaki każdemu z nas najbardziej odpowiada. Jeśli to zaniedbamy, to ludzie, którzy dziś mówią kobietom jak mają żyć i rodzić, jutro powiedzą nam wszystkim, jakim sportem możemy się interesować.

Foto: Flickr.com / Grzegorz Żukowski

A miało być tak pięknie. I było, tylko krótko

Już był w ogródku, już witał się z gąską… Już dotarł na miejsce i zameldował się w hotelu. Chwilę się zdrzemnął, poszedł na spacer po okolicy w oczekiwaniu na moment, w którym zjedzie się reszta ekipy. A gdy w końcu wszyscy się zjechali, usłyszał wiadomość, której usłyszeć nie chciał: ostatni tydzień Giro E został właśnie odwołany.

No cóż. W pewnym sensie spodziewałem się tego od samego początku. Nie można było nie brać tego scenariusza pod uwagę patrząc na to, co dzieje się w całej Europie. I co zdarzyło się dotąd w samym Giro d’Italia, z którego po pierwszym tygodniu wycofały się dwie ekipy. Chyba też nie można było podjąć tej decyzji wcześniej, bo testy wśród załogi Giro E były wykonywane w poniedziałek. Ja wówczas byłem już w drodze do Cividale dei Friuli. Decyzja zapadła po godzinie 19, kiedy okazało się, że kilka z nich, w tym jeden w mojej ekipie, okazał się pozytywny.

Byłem oczywiście, jak wszyscy, bardzo rozczarowany. Ale nie byłem zły, bo w pełni rozumiałem tę sytuację. Istotą Giro E było to, że chociaż była to niezależna impreza, to była bardzo mocno „sklejona” z Giro d’Italia. „Elektryczny” wyścig startował co prawda w innych miejscach, ale jechał tą samą trasą i przyjeżdżał na tę samą metę co zawodowy peleton. Tam spotykał się z tą samą ochroną, odwiedzał to samo podium i stykał się z tą samą obsługą wydarzenia. Dopiero później udawał się do wyodrębnionej strefy, gdzie czekał na koniec etapu Corsa Rosa i transfer do następnej lokalizacji.

Organizująca oba wydarzenia firma RCS Sport musiała podjąć niełatwą decyzję. Odwołanie ostatnich etapów Giro E prawdopodobnie oznacza dla nich spore straty, bo ta impreza miała również całkiem pokaźne grono swoich sponsorów, którzy liczyli na realizację założonych wcześniej celów. Ale jej pozostawienie wiązało się z dużym ryzykiem dla Giro d’Italia, którego przerwanie byłoby dla organizatora kompletną katastrofą. Wybrano rozwiązanie drastyczne ale konieczne.

Nam pozostało tylko wykorzystać pozostały do powrotu do domu czas najlepiej, jak to możliwe. Poszliśmy więc zwiedzić miasteczko i chwilę pooddychać czystym włoskim powietrzem. Człowiek mieszkający od kilku lat w Krakowie nie może takich okazji marnować 😉

Tu słowo o towarzyszach mojej niedoli. Na miejsce dotarłem razem z Frederikiem, francuskim dziennikarzem jednego z magazynów rowerowych, a wieczorem dotarł do nas Alejandro, dziennikarz z Hiszpanii. Ja miałem jeszcze kilka godzin na relaks i spacer, ale Alejandro został złą informacją powitany już na progu. Akurat jedliśmy kolację, kiedy przysiadł się do naszego stolika i kręcąc z niedowierzaniem głową co jakiś czas sondował, czy przypadkiem nie padł ofiarą jakiegoś zbiorowego wkrętu. Niestety nie.

Poszliśmy zatem do miasteczka, przez które dwukrotnie przejeżdżał wyścig. Mieliśmy trochę czasu, więc zaczęliśmy się włóczyć: Frederic poszedł podziwiać „Diabelski Most”, z którego słynie Cividale dei Friuli, Alejandro ruszył na zakupy i obłowił się w „La Gazzettę dello Sport” i włoskie magazyny kolarskie, a ja snułem się bocznymi uliczkami i zasiadłem w jakiejś małej kafejce, żeby się napić porządnego włoskiego espresso.

To właśnie podczas wszelkich podróży lubię najbardziej: zasiąść w ustronnym miejscu, daleko od turystów, zabytków i atrakcji, które mnie najzwyczajniej w świecie nudzą. Zamiast tego wolę właśnie usiąść w jakimś cichym kącie i popatrzeć na to, jak żyją w nim inni ludzie.

A we włoskich małych miasteczkach najbardziej urzeka mnie brak pośpiechu. Za każdym razem nie mogę się nadziwić, dokąd my właściwie codziennie tak bez sensu pędzimy?

Wyścig przejechał raz i drugi, wróciliśmy więc do hotelu, gdzie czekał już na nas transport na lotnisko.

Jadąc myślałem sobie o dwóch rzeczach. Po pierwsze: Włosi zaskoczyli mnie niespotykaną dyscypliną. Na ulicy Cividale nie spotkałem chyba nikogo, kto nie miałby poprawnie założonej maski, zasłaniającej usta i nos. Przyjechało na rowerach sporo amatorów; każdy miał na szyi buffa, którego po zatrzymaniu się natychmiast naciągał na twarz. Bez cierpiętniczych min, bez strojenia fochów i wygłaszania wyssanych z palca teorii o grożącej w wyniku zasłaniania ust grzybicy. W północnych Włoszech chyba każdy zna kogoś dotkniętego chorobą w wiosennej fali pandemii. To uczy pokory. Mam wrażenie, że ta nauka dopiero przed nami.

Jestem też bardzo wdzięczny naszym opiekunom, którzy mimo złych wieści, jakie mieli nam do przekazania, cały czas zachowywali się bardzo profesjonalnie. Żadna z osób, z którymi mieliśmy kontakt, mimo otrzymania chwilę wcześniej negatywnego wyniku testu nawet na chwilę nie zdjęła maski. My zresztą również. Jak wyglądają dowiedzieliśmy się dopiero przy kolacji i to z daleka, bo z obawy o nasze zdrowie bardzo nas przeprosili, ale zaproponowali, że będą jeść osobno. Jeszcze nigdy nie widziałem tak zakłopotanych Włochów, ale osobiście byłem im za ten gest bardzo wdzięczny.

Ale pomyślałem sobie również o tym, że choć była to jedna z moich krótszych wizyt we Włoszech (nie najkrótsza, bo już zdarzało mi się parę razy jechać lub lecieć tam na kilka godzin), to jednak ta nieco zaskoczyła mnie intensywnością doznań, choć przecież wiele się nie wydarzyło. Miałem za to sporo czasu by przemyśleć sobie kilka rzeczy.

Jedną z nich było to, że umiejętność akceptacji często zmieniającej się rzeczywistości jest jednym z moich najsilniejszych atutów. Nie marnuję czasu na niepotrzebny bunt, staram się całą energię włożyć w przystosowanie do nowych warunków. Pewnie dlatego tak łatwo się tym zmianom poddaję. A wszystko wskazuje na to, że kolejna czai się tuż za rogiem.

Przez ostatnie kilka tygodni parę razy przyszło mi do głowy, że może podjąłem złą decyzję, wybierając ostatni tydzień Giro E. Na moment ta wątpliwość ponownie wróciła. Odeszła, gdy dostaliśmy zapewnienie, że nasze zaproszenie jest ważne na kolejną edycję imprezy, kiedykolwiek się w tej nieprzewidywalnej rzeczywistości odbędzie.

Nie ma więc czego żałować. Ta przygoda wciąż trwa i wszystko wskazuje na to, że będzie mieć ciąg dalszy.

„Podejmę działania”. Podpisano: komornik

Trudno powiedzieć, jakie uczucia budzi we mnie deklaracja Tomasza Zimocha o planowanym podjęciu działań w sprawie licytacji na torze w Pruszkowie. Zażenowanie? Rozbawienie? Politowanie? Być może wszystkiego po trochu, ale na pewno nie ma wśród nich przekonania, że coś się w końcu w tej sprawie zadzieje. Nic z tych rzeczy. Ta deklaracja, złożona wczoraj na Facebooku i podkreślona wieloma wykrzyknikami, jest tak samo pusta, jak wiele innych, które już w tym temacie padły. Z wielu powodów.

Po pierwsze dlatego, że została złożona o wiele za późno. Od chwili, w której pan Zimoch został posłem, minister sportu zmienił się już dwukrotnie. Najnowszy urzęduje zaledwie od paru dni i wątpię, by zainteresował się tą sprawą. Prawdę powiedziawszy, wątpię również by w ogóle interesował się sportem, bo – jak ktoś słusznie zauważył – został na tę funkcję powołany głównie po to, by uczynić sport kolejnym orężem „patriotycznej” propagandy. Spłacanie długów PZKol i ratowanie toru kolarskiego przed licytacją nijak się wpisuje w te zadania.

Po drugie: rozwiązanie tej sprawy w ogóle nie leży w rękach polityków. Mają go w dłoniach kolarscy działacze. W ubiegłym roku, gdy pisałem jeszcze dla Sport.pl, opublikowałem długą rozmowę z ówczesnym ministrem sportu Witoldem Bańką. Gdyby tylko kolarskie środowisko podchodziło do sprawy poważnie, potraktowałoby słowa ministra jak instrukcję z Ikei. Bo tak naprawdę wyłożył tam krok po kroku, co należy zrobić, żeby ten problem rozwiązać. I – jak sam zauważył – to nie jest kwestia pieniędzy. To jest przede wszystkim kwestia woli działania i powołania do zarządu PZKol ludzi, którzy mają wiedzę i odpowiednie kompetencje, by być przynajmniej równoprawnymi partnerami do rozmowy z wierzycielami. W obecnym składzie zarządu ze świecą szukać osoby, która spełnia to kryterium. Ja widzę jedną. Reszta to nieporozumienie.

Po trzecie, jeśli już jesteśmy przy tym, że to nie jest kwestia pieniędzy: najlepiej udowadnia to sam wierzyciel, włączając do akcji komornika tuż przed zawodami. Nie po raz pierwszy, bo to jest schemat, który powtarza się już od jakiegoś czasu. Nie robi tego licząc na pieniądze, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że szybko ich nie dostanie. Ale to jest jedyna możliwość, by choć na moment wstrząsnąć środowiskiem i przypomnieć, że to jest wciąż nierozwiązany problem. W innych okolicznościach środowisko jest ślepe i głuche. W najlepszym wypadku zajęte licytacją o to, kto powinien dostać zaproszenie na galę 100-lecia kolarstwa.

W pewnym sensie prezes Rybak swój cel osiągnął: obudził posła Zimocha. Być może obudził też część działaczy, którzy będą się teraz w panice głowić, jak zrealizować zaplanowane na przyszły tydzień mistrzostwa Polski i mające się odbyć pod koniec miesiąca Grand Prix. Pewnie złożą w tej sprawie jakieś kolejne deklaracje. I być może znowu jakoś się uda przetrwać kolejne imprezy, bo przecież trzeba takim jak poseł Zimoch ludziom chętnym do pomocy dać szansę na podjęcie działań.

Na razie jedynym, który je faktycznie podejmuje jest komornik.

A czas ucieka. I do igrzysk coraz bliżej.

Foto: Szymon Gruchalski