Wiza ważna tylko do granicy odpowiedzialności

Nawet jeśli Djokovic wygra z australijskim rządem, a później wywalczy 21. tytuł, wielu ludziom trudno będzie zaakceptować jego wielkość. Bo Serb zachowuje się tak, jakby zapomniał o dwóch ważnych rzeczach. O tym, że w sporcie reguły są takie same dla wszystkich i o tym, że aby wygrywać z innymi, trzeba najpierw pokonać samego siebie. On tymczasem sprawia wrażenie, jakby uznał, że świat mu jest ten tytuł w jakiś sposób winien.

Zdarzyło ci się kiedykolwiek uczestniczyć przed jakimś sportowym eventem w tzw. pasta party? A może twoim śniadaniem przed dłuższym wysiłkiem była pyszna bułka z miodem? Może pakujesz do kieszonki na drogę zbożowe batony, żeby się nimi poratować przed utratą sił?

A co w sytuacji, kiedy to wszystko powyżej okazałoby się nie tyle antidotum na słabość, ile jej przyczyną? I gdyby powiedział ci o tym ktoś, kto tylko zobaczył cię na ekranie telewizora lub monitora?

Brzmi dziwnie? Być może. Ale na przykład dla takiego Novaka Djokovica już niekoniecznie. Bo on na przykład święcie wierzy, że już sam kontakt z produktem zawierającym gluten powoduje u niego utratę energii. A to bynajmniej nie jest jedyne z dziwnych wierzeń w jego bogatym repertuarze, w którym zjadanie trawy z kortów Wimbledonu wydaje się niewinne jak całowanie ziemi przez papieża.

Czy mu wolno w to wierzyć? Jak najbardziej. Każdy z nas wierzy w jakieś mniej lub bardziej nieprawdopodobne historie. Różnica polega jednak na tym, że na ogół się tymi naszymi dziwactwami nie chwalimy obcym ludziom. No i nas zazwyczaj nie obserwują i nie biorą za wzór miliony.

Upadek autorytetów

Kilka lat temu zrobiło się u nas głośno o tzw. złotym pociągu. Legenda sięga końca II Wojny Światowej i wciąż pozostaje legendą, chociaż od czasu do czasu ktoś ją odkurza i na chwilę poszukiwaczom skarbów rośnie tętno. Sporo ludzi w tę historię wierzy. I też mają do tego prawo.

Ale spróbujmy sobie wyobrazić, że tę historię powtarza z przekonaniem np. Robert Lewandowski, wskazując domniemane miejsce ukrycia składu z kosztownościami. Nie trzeba jakiejś przesadnie bogatej wyobraźni, by oczyma duszy zobaczyć Karkonosze w najlepszym wypadku jako płaskowyż. Bo jestem przekonany, że z dnia na dzień zjawiłyby się tam tabuny ludzi z łopatami. W końcu gdyby powiedział to sam „Lewy”, to przecież musiałaby być prawda. W epoce upadku autorytetów w taki właśnie sposób oddziałują na wiele umysłów ludzie po prostu szeroko znani.

Żeby nie szukać zbyt daleko, wystarczy przywołać przykład Edyty Górniak, której wyssane z palca, całkowicie pozbawione podstaw, logiki i jakiegokolwiek sensu tezy trafiają do setek tysięcy odbiorców wyłącznie dlatego, że Górniak jest znana. Bynajmniej nie z dokonań w zakresie medycyny. Po prostu znana.

„Test” na nietolerancję glutenu

Wytwórcy pieczywa mają sporo szczęścia, że sprawa rzekomej nietolerancji Djokovica na gluten wydarzyła się jeszcze przed gigantycznym wzrostem popularności mediów społecznościowych. Gdyby bowiem to wszystko zadziało się dzisiaj, z dużym prawdopodobieństwem bylibyśmy świadkami wielu podpaleń piekarni lub pizzerii, które podstępnie czyhają na nasze zdrowie. Co byłoby zresztą dość zabawne, zważywszy, że rodzice Nole prowadzili pizzerię.

Ta historia zaczęła się na początku 2010 roku, podczas rywalizacji Serba w Australian Open. Grał właśnie mecz z Francuzem Jo-Wilfredem Tsongą i potwornie się męczył. To zresztą nie było nic nowego, Djokovic praktycznie od początku swojej kariery uchodził za zawodnika słabo radzącego sobie z długotrwałym wysiłkiem. Do tego stopnia, że rywale zarzucali mu notoryczne symulowanie, a wiele jego wygranych było później kwestionowanych z powodu niesportowego zachowania i nadmiernego korzystania z przerw medycznych.

Na drugiej półkuli mecz z Tsongą oglądał praktykujący medycynę, nie zawsze konwencjonalną, dr Igor Cetojevic. To on stwierdził, oglądając Djokovica na ekranie, że ten ma problem z przyswajaniem glutenu. Prawie pół roku zabrało mu dotarcie do tenisisty. Przekonał go testem, podczas którego kazał mu stać prosto, z wyciągniętą przed siebie prawą ręką. Novak miał ją unosić w górę, lekarz ciągnął ją w dół. Ciało tenisisty stawiało rzecz jasna opór.

To samo ćwiczenie wykonali chwilę później, ale Djokovic miał w tym czasie lewą ręką przyciskać do brzucha kromkę chleba. Tym razem opór był znacząco słabszy.

Własny system wierzeń

Mogę sobie wyobrazić, że na wychowanym w bogobojnej rodzinie 22-latku zrobiło to wrażenie. Nie wydaje mi się też niczym szczególnie dziwnym, że młody Djokovic zbudował sobie później cały system opartych na medycynie naturalnej wierzeń, niezbędnych mu do przekonania, że robi wszystko, by być najlepszym tenisistą świata. I silnych do tego stopnia, że gdy musiał się poddać operacji łokcia, żalił się trenerowi i światu, że jest to niezgodne z jego przekonaniami. Niewiele brakowało, by chirurgiczna interwencja w jego ramię wpędziła go w depresję.

Do pewnego momentu był to jednak system obowiązujący tylko w najbliższym otoczeniu tenisisty (restrykcyjnej naturalnej diety wymagał również od swoich trenerów). Świat nie oglądał eksperymentów doktora Cetojevica na Insta Stories, ludzie nie śledzili jeszcze każdego kroku Djokovica i nie łapali każdego wypowiedzianego przez niego słowa. A nawet jak łapali, to nie zawsze traktowali poważnie, bo niełatwo było wierzyć w deklaracje, że pozbycie się glutenu z diety uczyniło ciało tenisisty silniejszym, a jego umysł jasnym, patrząc na jego niekontrolowane wybuchy złości na korcie.

Aż przyszła pandemia COVID-19, która z Djokovica uczyniła bożka tzw. koronasceptyków. Gdy poruszające się niemal zupełnie po omacku władze niemal na całym świecie pozamykały co tylko się dało, Serb, nie zważając na konsekwencje, zorganizował własny turniej. Pozarażała się na nim większość zawodników, nie wyłączając samego Djokovica i jego bliskich. Wprawdzie publicznie później za to przepraszał, ale zdania tak naprawdę nie zmienił. Uznał po prostu, że „było za wcześnie”.

Po zakażeniu dochodził do siebie w górach Visoko w Bośni i Hercegowinie. Ich „uzdrawiająca moc” jest kolejnym z elementów osobistej religii Djokovica. Przekonał go do niej biznesmen Semir Osmanagic, który twierdzi, że tamtejsze góry nie są dziełem natury, tylko zostały zbudowane przez starożytne ludy zamieszkujące tamte okolice. Nawiasem mówiąc, ów system wierzeń Djokovica skrzętnie wykorzystują serbscy nacjonaliści, którzy coraz częściej głośno mówią o tym, że powstała po jugosłowiańskiej wojnie Bośnia i Hercegowina okazała się „nieudanym projektem” i powinna zostać przyłączona do Serbii. Umiłowanie tenisisty do gór Visoko jest dla wielu serbskich polityków prawdziwym darem niebios.

„Prawo do prywatności”

To właśnie rodacy Djokovica byli pierwszymi, którzy gremialnie przyklasnęli antyszczepionkowej postawie swojego „ambasadora”, nie zważając na to, że dla niego wszelka „zewnętrzna” ingerencja w organizm to tylko jeden z fundamentów jego życiowej filozofii. Dalekiej zresztą od konsekwencji, bo odrzucając osiągnięcia naukowe w medycynie Djokovic jednocześnie mocno wierzy w naukę, gdy idzie o zachowanie się piłki na korcie. „Sports Illustrated” opisał jakiś czas temu, że Nole ze swoim sztabem dokładnie przeanalizował ponad 3800 możliwych zagrań. Dzięki temu, jak mawiają jego rywale, „potrafi sprawić, że specjalnie dla niego pole gry się powiększa”.

Co ciekawe (i co często umyka żarliwym wyznawcom antyszczepionkowych tez Djokovica), tenisista nigdy nie twierdził, że się nie zaszczepi. Swoją pozycję zbudował na twierdzeniu, że wymóg potwierdzenia zaszczepienia narusza jego prawo do prywatności, bo to, co dostarcza swojemu organizmowi jest wyłącznie jego sprawą. Nie brakuje ludzi, którzy twierdzą, że Djokovic mimo wszystko przyjął szczepienie, ale stał się zakładnikiem głoszonych przez siebie tez i z uwagi na rzesze fanów i niemal kultowy status w ojczyźnie, nie może się teraz z tego elegancko wycofać.

Jak na ironię, teza Djokovica o „prawie do prywatności” legła w gruzach, gdy przeszedł od słów do czynów i zaczął jej w praktyce intensywnie bronić. Od kilku dni coraz powszechniejsza staje się wiedza, dostępna do niedawna tylko największym fanom serbskiej gwiazdy, jak choćby przywołana powyżej historia „testu” na nietolerancję glutenu.

W złym miejscu i w złym czasie

Uzbrojony w swoją własną religię i wyznający ją tłum wyznawców Djokovic przyleciał w końcu do Australii. Gorzej trafić nie mógł, bo to kraj, który w walce z pandemią od początku sięgał po ciężkie działa i nawet jeśli nie odnosił spektakularnych sukcesów, bo w tym przypadku trudno mówić o jakimkolwiek sukcesie, to przynajmniej udało się tam znacząco ograniczyć straty. Od początku pandemii w blisko 26-milionowej Australii z powodu COVID-19 zmarło niespełna 2400 osób. Dla porównania: w o jedną trzecią większej Polsce właśnie przewijamy licznik stu tysięcy ofiar.

Stanowisko australijskich władz nie jest przy tym jednorodne, bo w poszczególnych stanach obowiązują różne przepisy. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze determinacja organizatorów Australian Open; dyrektor turnieju Craig Tiley miał powiedzieć, że nieobecność największej gwiazdy imprezy (Djokovic wygrał turniej dziewięć razy) uderza wprost w rentowność wydarzenia.

Reguły były jednak znane od dawna: w imprezie mogą wziąć udział wyłącznie zaszczepieni zawodnicy. Już po zatrzymaniu Serba na lotnisku w Melbourne wyszła na jaw korespondencja między ministrem zdrowia w rządzie federalnym a dyrektorem turnieju. Wynika z niej, że na etapie przekazywania informacji zawodnikom zadziałał swoisty „głuchy telefon”, bo dość jednoznaczną wykładnię przedstawiciela rządu w korespondencji, która trafiła do graczy, zinterpretowano nieco inaczej, uchylając Djokovicowi (i nie tylko jemu) drzwi do udziału w turnieju. Wcześniej bowiem wszystko wskazywało na to, że nieprzejednany w swoim sceptycyźmie wobec ujawniania informacji o szczepieniach Serb o dziesiąty tytuł walczyć nie będzie.

Pokusa okazała się jednak zbyt duża. Djokovic ma bowiem szansę nie tylko na wyśrubowanie rekordu zwycięstw w Australian Open, ale również objęcie samodzielnego prowadzenia w klasyfikacji wszech czasów pod względem liczby wygranych turniejów Wielkiego Szlema. Dziś dzieli tron z dwoma innymi wielkimi: Rafaelem Nadalem i Rogerem Federerem. Wszyscy trzej mają na koncie po 20 zwycięstw.

Federer jednak wciąż leczy kontuzję i w Australii nie wystąpi. Forma Nadala, który również zmaga się ze skutkami urazu, raczej nie daje mu wielkich szans na triumf w Melbourne, gdzie zresztą wygrał w karierze tylko raz, w 2009 roku. Djokovic miałby więc teoretycznie otwartą drogę do samodzielnego prowadzenia, jeśli oczywiście nie przeszkodzi mu któryś z utytułowanych i nie mniej ambitnych młodszych rywali, jak choćby Daniił Miedwiediew, Alexander Zverev czy Stefanos Tsitsipas, jeśli liczyć tylko tych, którzy są sklasyfikowani bezpośrednio za Serbem.

Pyrrusowe zwycięstwo (jeśli w ogóle cokolwiek wygra)

Nawet jeśli Djokovicowi uda się wygrać Australian Open, może się to okazać pyrrusowym zwycięstwem. Przejdzie bowiem do historii nie tylko jako najlepszy tenisista wszech czasów, ale również jako człowiek, który dokonał tego naginając reguły. Jeśli okaże się, że faktycznie był zakażony koronawirusem 16 grudnia ub. roku (co miało być podstawą ubiegania się o zwolnienie medyczne), a dzień później oficjalnie spotykał się nie tylko z przedstawicielami serbskiej poczty, ale również naraził na ryzyko infekcji dzieci w akademii tenisowej, jego reputacja może lec w gruzach.

I niewielką pociechą będzie to, że przez swoje uwięzienie został nieformalnie uznany za mesjasza antyszczepionkowców. Prawdopodobnie dla większości ludzi będzie już na zawsze symbolem braku odpowiedzialności. Tę granicę już przekroczył, bo do tego nie potrzebował żadnej wizy.

Już kilka dni temu jeden z jego najbliższych współpracowników i przyjaciół stwierdził, że „Novak najwyraźniej źle odczytał nastroje wśród Australijczyków”, którzy już po opublikowaniu informacji o przyznaniu mu zwolnienia w większości zapałali świętym oburzeniem. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że od prawie dwóch lat żyją niemal w zamknięciu, najdłużej dotykani rozmaitymi formami lockdownu i dziesiątkami innych ograniczeń.

Djokovic najwyraźniej nie tylko „źle ocenił nastroje”, ale zapomniał o dwóch dość ważnych zasadach, na których opiera się rywalizacja w sporcie. Po pierwsze: niezależnie od tego, w co kto wierzy, wszystkich obowiązują dokładnie te same zasady. Po drugie: bycie najlepszym wymaga nieustannego pokonywania przede wszystkim swoich własnych słabości. Novak tymczasem uparł się, że ze względu na jego przekonania cały świat powinien mu teraz sprzyjać. Jakby świat był mu ten tytuł w jakiś sposób winien.

I już samo to przekreśla jego szanse na zostanie największym z największych, nawet mimo ewentualnego zwycięstwa w turnieju. Budzący skrajne emocje wśród fanów już wcześniej, teraz spolaryzuje swoich zwolenników i przeciwników jeszcze bardziej. Dla jednych zyska jeszcze więcej boskich przymiotów, inni zobaczą w nim jeszcze bardziej fałszywego proroka.

Osobiście szczerze wątpię, by było to korzystne dla samego sportu.

Djokovic na razie wygrał bitwę. W sądzie jego prawnikom udało się dowieść, że nie było podstaw do anulowania jego wizy. Ale sąd nie rozstrzygał o powodach, dla których przyznano mu zwolnienie medyczne i prawo wjazdu na teren Australii. Ostatnie (?) słowo w tej sprawie może należeć do australijskiego ministra odpowiedzialnego za politykę imigracyjną.

Jakąkolwiek decyzję podejmie, sport na tej całej awanturze już sporo stracił. Australian Open bez Novaka Djokovica będzie wydarzeniem niepełnym. Z nim będzie zapewne wydarzeniem brzydkim.

foto: Flickr / Derek AR

Anonimowy? I dzięki Bogu…

Dawno, dawno temu, jeszcze w czasach, kiedy nie było powszechnie dostępnego internetu, Google Maps, Tłumacza i w ogóle żadnego Google, wybraliśmy się w podróż do Francji. Jechaliśmy Polonezem na gaz i zanim odkryliśmy, że pytania o „elpidżi” nie przynoszą żadnego rezultatu, bo we Francji trzeba pytać o „żepeel”, popłynęło trochę łez, a ja musiałem wysłuchać wielu gorzkich słów na temat tego, że jestem nieprzygotowany do zajęć. W końcu jednak dojechaliśmy i zamieszkaliśmy u znajomej oraz jej wielkiego psa Atosa.

Ten ostatni zasługuje zresztą na osobną opowieść. Był to mieszaniec doga błękitnego z tosa inu, wielkości mniej więcej dobrze wyrośniętego cielaka. Z zastrzeżeniem, że przeciętny cielak to w porównaniu z tamtym stworzeniem uosobienie gracji i inteligencji. Każda część ciała tego psa żyła własnym życiem, co najlepiej było widać, kiedy biegł. A poruszał się niemal wyłącznie biegiem (a w każdym razie tym, co bieg w jakiś sposób przypominało), gdyż owa znajoma miała całkiem spory ogród, w którym to stworzenie na co dzień urzędowało.

Mądrości w tym psie było za grosz, co prawdopodobnie przynajmniej częściowo zawdzięczał swojej właścicielce, która przeganiała go z kuchni wszystkim, co w danej chwili miała pod ręką. Gdy akurat smażyła naleśniki, a Atos postanowił sprawdzić zawartość patelni (co nie wymagało od niego właściwie żadnego wysiłku, gdyż sięgał łbem wysoko ponad kuchenkę), dostawał w łeb rzeczoną patelnią. Najczęściej jednak ręcznikiem, których walało się dookoła mnóstwo, gdyż Atos miał jeszcze jedną paskudną cechę: przeokrutnie się ślinił, przez co cała okolica przypominała gniazdo Obcego. Jak nietrudno zgadnąć, naleśniki, które przeszły kontrolę jakości w wykonaniu Atosa, niekoniecznie były naszą ulubioną potrawą…

Nieco zmęczeni ciągłym unikaniem rozdeptania przez Atosa, który w ogóle nie zawracał sobie głowy omijaniem przeszkód na swojej drodze (mój niedoszły szwagier postanowił raz zasunąć specjalną przegrodę w drzwiach, przez którą Atos wracał z ogrodu wieczorami; nie zrobiło to psu większej różnicy, wszedł po prostu do środka razem z tą przegrodą), postanowiliśmy wyjechać nad ocean.

Dzieliły nas od niego jakieś trzy godziny drogi. Dojechaliśmy, poleżeliśmy na plaży, wykąpaliśmy się raz i drugi, aż w końcu dotarło do nas, że wypadałoby coś zjeść, bo jesteśmy wściekle głodni. Znaleźliśmy więc jakąś knajpę.

Szwagierka, która udawała, że zna francuski, przetłumaczyła nam menu. Szczególnie atrakcyjnie brzmiała pozycja „kurczak w krewetkach”. Dziś pewnie wzbudziłoby to moje podejrzenia, ale wtedy miałem dwadzieścia kilka lat, niewiele wiedziałem o świecie i byłem bardzo głodny. Oraz lubiłem kurczaka i krewetki. No i nie miałem wówczas jeszcze żadnych powodów, by nie wierzyć szwagierce.

Czekałem na mojego „kurczaka w krewetkach” ponad godzinę. Wszyscy zdążyli już zjeść swoje sałatki, czy co tam sobie pozamawiali, powoli kończyli piwo. Ja siedziałem o suchym pysku i czekałem na moje danie.

W końcu dotarło. Tyle że w tym „kurczaku z krewetkami” nie było nawet grama kurczaka. Był za to gigantyczny półmisek krewetek, samych w sobie niezbyt okazałych, ale za to w całości.

Kolejną godzinę zajęło mi wydłubywanie zawartości ze skorupek. Efekt był taki, że „półmisek krewetek” (bo w istocie to było napisane w menu; gdzie moja była szwagierka doczytała się kurczaka, do dziś pozostaje jej słodką tajemnicą) zamienił się po godzinie w półmisek odwłoków, a ja nadal byłem głodny. I miałem do zapłacenia spory rachunek.

Jeśli ktoś dotrwał do tego miejsca i wciąż się zastanawia, jaki ta historia ma związek z tytułem posta, spieszę z wyjaśnieniem. Otóż dokładnie takie same uczucia jak nad tamtym talerzem w Lacanau, mam przy lekturze „Anonimowego kolarza”.

Broniłem się przed nią rękami i nogami wiedziony przeczuciem, że jeśli ludzi w tej książce interesuje niemal wyłącznie postać tajemniczego autora, to niewiele jest tam treści, które zasługiwałyby na uwagę. Częściowo przeczucie mnie nie myliło, chociaż nie do końca. Można z tej opowieści wyłuskać kilka ciekawych kolarskich perełek i sporo wiedzy o życiu peletonu.

Jest tylko jeden problem: to jest tak potwornie źle podane, że czytanie tego strumienia świadomości to istna męczarnia. Całkiem jak to siedzenie nad półmiskiem krewetek. Jestem tą lekturą piekielnie zmęczony. I wciąż głodny.

Kimkolwiek jest autor tego „dzieła”, lepiej by pozostał anonimowy. Czytać się tego po prostu nie da.

Foto: Flickr / Jayson Ramey

Niezgoda

Pewien człowiek kupił sobie samochód. Długo na niego pracował, marzył, wybierał, czekał. W końcu obiekt jego westchnień stanął na podjeździe, piękny i lśniący. Szczęśliwego posiadacza rozpierała duma. Do czasu, aż na podjeździe u sąsiada stanął podobny.

To, co dotychczas było powodem do radości, stało się utrapieniem. Niedawny cel marzeń szybko zbrzydł, a człowieka dręczyło przekonanie, że skoro sąsiada również stać na podobny pojazd, to znaczy, że jego marzenia warte były dużo więcej.

Powyższa opowiastka jest oczywiście zmyślona, ale słyszę ją dość często. Od czasu do czasu z podobnej historyjki korzysta moja żona, do której zwracają się pracownicy pewnego korpo dręczeni przekonaniem, że nie zostali należycie docenieni. A ściślej rzecz ujmując: że ich koledzy zostali potraktowani lepiej. Bo przecież 7-procentowa podwyżka to nie to samo, co 10 procent, nawet jeśli na końcu równania pojawia się taka sama kwota. Obaj dostaną więcej o tyle samo, ale ten dotychczas lepiej wynagradzany zmaga się z poczuciem krzywdy.

Podobnych przykładów można przytoczyć bez liku, a takie historie zna każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z zarządzaniem ludźmi. I nie słyszałem dotąd o przypadku, by z powodu takiego poczucia „krzywdy” jednego pracownika, zrezygnowano z wynagrodzenia innego.

Mnie z kolei ta historia przypomina się zawsze, gdy na horyzoncie pojawia się temat równych nagród dla kobiet i mężczyzn za udział w sportowej rywalizacji.

Może mój słuch jest nieco wybiórczy, ale dotąd nie słyszałem postulatu, by odbierać w sporcie nagrody mężczyznom i przekazać je kobietom. We wszystkich przypadkach, które obiły mi się o uszy, chodziło wyłącznie o zrównywanie ich wysokości. A efekt bywa taki, jak w przytoczonej opowieści: larum, że facetom dzieje się krzywda, a kobiety na podniesienie wartości nagród muszą sobie dopiero zapracować. Może łaskawie rozpatrzymy ich wniosek, gdy sport w ich wykonaniu będzie równie popularny, co w wydaniu mężczyzn.

Prawo Godwina

W Internecie od lat istnieje coś takiego jak Prawo Godwina: argument odnoszący się do nazizmu i Hitlera kończy dyskusję i dyskwalifikuje dyskutanta. W mojej osobistej hierarchii wartości „argument” o niższej popularności kobiecych dyscyplin sportu, która usprawiedliwia często skandalicznie nierówne wynagradzanie, powinien podlegać temu samemu prawu.

Nie ma bowiem chyba w całym sporcie bardziej wyświechtanego i nadużywanego stwierdzenia od tego, że kobieca rywalizacja jest mniej popularna od męskiej i dlatego powinna być niżej wynagradzana.

Zapewnienie odpowiedniej jakości sygnału telewizyjnego jest jednym z obowiązków, jakie spoczywają na organizatorach najważniejszych imprez. Ale produkcja telewizyjna oznacza koszty, a koszty oznaczają mniejszy zarobek. Jak najłatwiej to rozwiązać? Pójść po linii najmniejszego oporu i „zapewnić” sygnał, nie zwracając uwagi na jego jakość. Albo w ogóle z niego zrezygnować, ryzykując obniżenie przez UCI rangi imprezy.

„Ale przecież nikt nie będzie tak głupi, żeby obniżać kategorię wyścigu!” – zakrzyknie ktoś w zapale. Tak? To przypomnijcie sobie, co zrobił przed rokiem lub dwoma organizator kobiecego Giro d’Italia.

Gdzie tu skutek, gdzie przyczyna

Bodaj w 2018 roku z wielką pompą zapowiadano telewizyjną relację z kobiecej edycji Strade Bianche. Ale kiedy dziewczyny walczyły na ostatnich kilometrach i wyścig robił się najciekawszy, widzowie mogli sobie pooglądać nieruchome obrazki z Piazza del Campo. Dlaczego? Bo na trudnej trasie panie jechały nieco wolniej niż przewidywano i „nie zmieściły się w harmonogramie”. Kamery z telewizyjnych motocykli trzeba było wycofać na wyścig panów, gdzie wówczas działo się niewiele. No ale wicie-rozumicie, „wyścigi kobiet nie cieszą się takim samym zainteresowaniem”. No ciekawe dlaczego…?

Drugim tego typu „argumentem” jest ten o mniejszym wysiłku, który muszą podejmować panie w trakcie rywalizacji. Teza o tyle bałamutna, że sprowadza cały sport jedynie do wymiaru zawodów. Jakby długość trasy była jedynym wymiernym wyznacznikiem inwestycji, jakie trzeba ponieść, by dojechać do jej mety.

„Kobiety jeżdżą krócej, więc nie powinny zarabiać tyle samo co mężczyźni” – mówią wówczas sportowi puryści. „Jakie równe nagrody? Przecież w tenisie kobiety grają tylko trzy sety, a mężczyźni nawet pięć!” – dodają kolejni „fachowcy”, nie mający na ogół pojęcia o tym, że tak jest tylko w Wielkim Szlemie, gdzie nagrody – o ironio! – już dawno temu zostały wyrównane.

„Kobiety i mężczyźni biegną maraton na dystansie 42,195 km. Tyle w temacie równości płac” – dodaje kolejny dyskutant, który prawdopodobnie zapomniał, że niedawno minęło ledwie pół wieku od momentu, w którym Maraton Bostoński ukończyła pierwsza kobieta. Startowała z ukrycia, bo mężczyźni byli przekonani, że kobiety nie są zdolne do biegania na tak długim dystansie. „Tyle w temacie równych szans” – chciałoby się powiedzieć. Już pomijając, że samo porównanie jest wyjęte z kapelusza, bo przecież w biegach nie dystans jest podstawowym kryterium, a czas. W tym przykładowym maratonie klasyfikacje są odrębne, rekordowe wyniki również rejestruje się osobno dla mężczyzn i kobiet, od których nikt nie wymaga biegania w takim samym tempie. Jak jest dokładnie z nagrodami – nie wiem, nie sprawdzałem.

Ale nie to jest najistotniejsze. Kluczem w tej umysłowej ekwilibrystyce jest sprowadzenie całego wysiłku wyłącznie do finałowego rezultatu. Jakby kobiety na trening poświęcały wielokrotnie mniej czasu od mężczyzn, na zgrupowaniach spędzały tylko popołudnia wolne od innych zajęć, a gdy podczas wyścigu złamią sobie jakąś kość, to do zdrowia wracają w trzy dni, a nie w trzy tygodnie, jak ci męscy herosi, niech bogowie sportu mają ich w nieustannej opiece.

Czasem argument o mniejszym wysiłku nie zdaje egzaminu. Na zwrócenie uwagi, że mecz w kobiecej piłce nożnej kobiet również trwa 90 minut, najczęściej słyszy się uwagę, że panie nie grają tak samo ładnie. No tak, w końcu teatralnie mdlejący po muśnięciu rywala Ronaldo, na którego konto co trzeci dzień wpada okrągły milion dolarów, ma zupełnie inny wymiar niż skopana i wytargana za włosy anonimowa piłkarka, która na boisku zostawia krew, pot i łzy. Albo zawodniczka WNBA, zarabiająca ledwie promil tego, co regularnie płynie do kieszeni LeBrona Jamesa. I niech płynie, bo przecież nikt im nie chce niczego zabierać. Gorzej, że na myśl, że nieco więcej mogłoby płynąć również do innych kieszeni, większości nagle uruchamia się casus przywołanego na początku tekstu pana z samochodem. Nie daj Bóg, żeby sąsiada stać było na podobny.

Są dobrze przykłady? Ale to nie to samo…

Wiele dyscyplin sportu przeszło już tę drogę i można garściami czerpać z ich doświadczeń i osiągnięć. Najlepszym przykładem wydaje się tenis, ale jego przywołanie w dyskusji zazwyczaj wywołuje reakcję: „Ale to przecież nie to samo! Nie można tego porównywać! Kobiecy tenis jest tak samo atrakcyjny jak męski!” itd.

Owszem, jest. Dzisiaj. Ale pół wieku temu Billie Jean King odpowiadała przecież dokładnie na takie same zarzuty o niskiej atrakcyjności kobiecej gry, o mniejszej popularności, idących za nią mniejszych wpływach i tak dalej. Droga tenisa do sytuacji, w której kobiety w najważniejszych turniejach są nagradzane tak samo jak mężczyźni była długa. Ale dotąd nie stwierdzono ani jednego przypadku, by ucierpiał w jej trakcie którykolwiek z uprawiających ten elegancki (na ogół) sport panów. Co prawda do dzisiaj daje się słyszeć jakiś zawodzący głos zranionego ego, ale na szczęście szybko jest zagłuszany, również przez samych organizatorów imprez, którzy na tej z trudem podejmowanej decyzji w perspektywie czasu również wiele zyskali.

Kolarstwo również mogłoby pójść tą drogą. Ba! W znacznym stopniu przecież już ją przeszło. Jakoś nie słychać przecież zarzutów o niskiej atrakcyjności wyścigów MTB w wykonaniu kobiet. Na torze konkurencje męskie i kobiece przeplatają się z sobą tak samo jak na lekkoatletycznej bieżni. I jakoś nie ma z tym problemu. Na szosie jest.

Czasem ktoś pyta o sposób, w jaki można by wyścigi kobiece i męskie pogodzić. Podpowiem jeden, jaki przychodzi mi do głowy, podsunięty zresztą przez organizatora Giro d’Italia.

Miałem okazję w tym roku przejechać kilka etapów Giro-E, komercyjnej imprezy promującej elektromobilność. Nasz wyścig jechał dokładnie po tej samej trasie, którą dwie godziny później przemierzali zawodowcy. Startowaliśmy nieco dalej i wcześniej, omijając zwykle pierwszą część trasy etapu „dużego” Giro. Tę, na której zazwyczaj nic się nie dzieje. Do przejechania było zazwyczaj ostatnie 100 km odcinka. Jechaliśmy po zamkniętych drogach, z pełnym zabezpieczeniem, policyjnymi pilotami, marshallami, operatorami kilku kamer i karawaną wozów technicznych. Regularny peleton. Dało się. Widzów przy drogach też było całkiem sporo, jak na grupę złożoną w większości z nołnejmów i byłych kolarzy.

Czy w ten sam sposób nie da się organizować wyścigów kobiecych? Da się, trzeba tylko chcieć. Można to nawet pogodzić z przejazdem karawany reklamowej np. między jednym wyścigiem a drugim. Ale dla organizatorów najważniejszych imprez ważniejsze jest pokazywanie od pierwszego kilometra na ogół nudnych jak flaki z olejem początków etapów, bo domagają się tego sponsorzy mniejszych ekip, które angażują się w ucieczki. To nie jest – wbrew pozorom – wymysł i wymóg telewizji. Osobiście znam tylko kilka osób, które oglądają te etapy od samego początku. To komentatorzy i technicy w stacji. Większość widzów ma na ogół te pierwsze kilometry w absolutnym poważaniu. Ale gdy mowa o wyścigach kobiet, natychmiast włącza się mantra o „niskiej atrakcyjności”.

Duży może więcej?

Dla mnie sprawa tych ogromnych dysproporcji w nagrodach jest o tyle bulwersująca, że dotyczy na ogół organizatorów dużych imprez. To nie jest tak, że za wyścigi kobiet biorą się tylko początkujący w branży ideowcy, którzy najpierw muszą zbudować swoją markę i obrosnąć warstwą tłuszczu, żeby kiedyś zacząć się dzielić. Mówimy o wielkich firmach, dysponujących wielomilionowymi budżetami. Siedem tysięcy euro nagród dla kobiet (łącznie! dla całej pierwszej dwudziestki!) to mniej niż kropla w tym budżecie. Tysiąc pięćset euro nagrody dla zwyciężczyni to policzek wymierzony jej przez „wszechmocnych” w tej branży panów z A.S.O.

„Pierwszy w historii kobiecy wyścig Paryż – Roubaix” był tygodniami odmieniany przez wszystkie przypadki. Imprezę zapowiadały liczne, nie tylko branżowe media. Gdyby zliczyć cały buzz, jaki wokół tego „historycznego wydarzenia” narósł, ekwiwalent mediowy liczony byłby w milionach euro. Ubłocona Liz Deignan dostała na mecie czek na 1 535 euro. Gdyby nie natychmiastowa reakcja jej zespołu Trek-Segafredo, który z własnej kieszeni wyrównał wartość jej nagrody do tej, jaką zarobił Sonny Colbrelli (30 tys. euro), miałaby prawo czuć się przez organizatorów upokorzona. Nawet zważywszy na fakt, że znała wysokość nagrody przed startem. (Uprzedzając pytania: nie, nie mogła nie startować, bo worldtourowe drużyny są zobligowane do uczestnictwa w imprezach rangi WT).

„Pozwalamy wam w końcu jechać kultowy wyścig, płacimy wam 20 razy mniej niż facetom, a wy jeszcze narzekacie? I weź tu się dogadaj z babami!” – trafnie skomentowała jedna z uczestniczek dyskusji na ten temat. W trzeciej dekadzie XXI wieku łaskawi panowie dopuścili panie do stołu. I to wystarczy, muszą się cieszyć.

Cieszy gest ekipy Trek-Segafredo, która zobowiązała się do wyrównywania różnic w nagrodach również w kolejnych imprezach (a wcześniej jako pierwsza wyrównała minimalne zarobki kobiet do poziomu minimum w męskim World Tourze, do czego UCI zobligowała zespoły dopiero w perspektywie kilku lat). Cieszą też gesty części kibiców, którzy organizując internetowe zrzutki na zasypanie różnic w nagrodach pokazują, że nie są obojętni na problem. Ale milcząca zgoda całej reszty przykrywa inne patologie, jakie mają miejsce w kobiecym kolarstwie, np. obciążanie zawodniczek kosztami użytkowania należącego do ekipy sprzętu. Kilka z nich opisałem w kwietniowym wydaniu „bikeBoard” – zachęcam.

Nie można się na to godzić

Bo o tym wszystkim trzeba głośno mówić. Oparta na fałszywych stereotypach szczątkowa wiedza o funkcjonowaniu sportu jest porażająca. Zatrważająca jest łatwość, z jaką przeciętny kibic racjonalizuje jawną niesprawiedliwość, myląc przy tym na ogół przyczyny ze skutkami (osławiona już „popularność”, która jest przecież efektem działań, a nie powodem, dla których się je podejmuje). Większość z nas zachowuje się dokładnie tak, jak ten człowiek z przytoczonej na początku historyjki: martwi nas to, że komuś może się powodzić równie dobrze.

Odkładanie rozwiązania tego problemu na jakąś bliżej nieokreśloną przyszłość i tłumaczenie, że „na to wszystko potrzeba czasu”, to zwykłe umywanie rąk. I usprawiedliwianie bezczynności odpowiedzialnych za to osób.

Jest we mnie wielka niezgoda na ten stan rzeczy. I do niej zachęcam. Może dzięki niej pewne sprawy wydarzą się szybciej i również o kobiecym kolarstwie będziemy mogli powiedzieć, że „przecież ogląda się je równie dobrze jak męskie”. Na razie to głos wołającego na puszczy.

Suplement (5.10.2021)

Już po opublikowaniu powyższego tekstu L’Equipe podał informację o oglądalności obu wyścigów we francuskiej telewizji France 3. Wyścig kobiet, relacjonowany w sobotę przez ostatnie dwie godziny rywalizacji, zgromadził 15,5% wszystkich widzów, którzy zasiedli wówczas przed telewizorami. Niedzielny wyścig mężczyzn, pokazywany od startu do mety – 21,8%.

Wartości bezwzględnych z uwagi na różne dni emisji nie powinno się bezpośrednio zestawiać, ale nawet one żadną miarą nie są w stanie usprawiedliwić 20-krotnej różnicy w wysokości nagród dla kobiet i mężczyzn. Niemniej dla porządku: wyścig kobiet oglądało 1,4 mln widzów we Francji. Rywalizację mężczyzn – 2,8 mln.

1 400 000 widów w samej Francji. 1 525 euro nagrody. To się komentuje samo.

rys. Cor M. Windhouwer / Flickr

Unia mizoginów

W jednym z tegorocznych numerów magazynu „bikeBoard” opublikowałem spory tekst o problemie pieniędzy w kobiecym kolarstwie szosowym. Long story short: jest źle i bez radykalnej zmiany sposobu myślenia niewiele się w tym temacie zmieni. Udawanie, że promujemy kobiece kolarstwo, bo tworzymy mini protezy dużych wyścigów, jest w istocie tylko pudrowaniem smutnej rzeczywistości.

W temacie przyszłości kobiecego kolarstwa wypowiadała się swego czasu Amerykanka Amber Neben.

– Bez znaczącej zmiany w sposobie prezentowania wyścigów ten projekt jest nierealny – mówiła. – Wyścigi powinny być krótsze, przez to bardziej emocjonujące, odbywać się na tych samych trasach i być w takim samym stopniu transmitowane w telewizji.

Jej postulat brzmi sensownie, ale rzeczywistość zdaje się tego sensu nie dostrzegać. Organizatorzy wyścigów wolą obiecywać sponsorom i partnerom pokazywanie nudnych jak flaki z olejem etapów wielkich tourów od pierwszego kilometra (co przecież nie jest wymysłem telewizji), zamiast na tej samej trasie zorganizować i pokazać wyścig kobiet. Można dla przykładu każdy etap zacząć nieco wcześniej i dalej, jak to robią choćby Włosi przy okazji Giro-E. Da się, trzeba tylko chcieć.

Ale o jakich chęciach my mówimy, skoro Patrick Lefevere, jedna z najbardziej charyzmatycznych i opiniotwórczych postaci w peletonie, pytany o zbudowanie kobiecej ekipy przy Deceuninck-Quick Step odpowiada z rozbrajającą szczerością, że nie jest organizacją charytatywną. I choć wywołał tymi słowami spory rwetes w mediach społecznościowych, dał jednocześnie pole do popisu wszystkim mizoginom, którzy poczuli się w obowiązku przypomnieć, że „kobiece kolarstwo to nie to samo”.

Można się śmiać z Lefevere, że kobieca ekipa prędzej powstanie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich niż w rozkochanej w kolarstwie Belgii (co nie do końca jest prawdą, bo kobiecy zespół ma już belgijskie Lotto-Soudal), ale prawda jest taka, że w tej postępowej i walczącej o równe prawa Europie, owe postęp i równość mają znaczenie tylko wtedy, gdy da się je przeliczyć na wymierny efekt w stabilnej walucie.

Później czytam publicystyczne dzieło jednego z naszych rodzimych myślicieli, który ogłasza światu wszem i wobec, że pomysł sztafety mieszanej na mistrzostwach świata może i wychodzi naprzeciw potrzebie równości, ale ostatecznie komu przeszkadzała drużynowa jazda na 100 kilometrów? Wszak to dyscyplina dla „prawdziwych mężczyzn”. Kobietom oddajmy szacunek pisząc je z wielkiej litery, ale do kolarstwa szosowego lepiej niech się nie pchają.

Kilka tygodni temu opublikowaliśmy w Eurosporcie tekst o jednym z turniejów tenisowych, który przyciśnięty koronawirusowym kryzysem wrócił (podobno tylko tymczasowo) do dawnej praktyki utrzymywania znaczących dysproporcji w wynagrodzeniach dla kobiet i mężczyzn. Czytałem później w komentarzach na Facebooku opinie ludzi powtarzających jak mantrę, że to przecież słuszna praktyka, wszak kobiety w Wielkim Szlemie grają maksymalnie trzy sety, a mężczyźni nawet pięć.

Czytałem i do końca nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać, bo trudno o większy popis ignorancji i odporności na wiedzę. Nie sposób przecież każdemu z osobna tłumaczyć, że to zupełnie absurdalny argument, bo akurat w Wielkim Szlemie nagrody już od dawna są równe. W mniejszych turniejach, w których wszyscy grają maksymalnie trzy sety, facetów wciąż wynagradza się znacznie hojniej tylko za zawartość spodenek. Ale tej różnicy przeciętny kibic za wszelką cenę próbuje nie dostrzegać.

W kolarstwie szosowym jest dokładnie tak samo, a wszelkie próby normalizacji tej sprawy na razie kończą się niczym. Co gorsza, deprecjonowane są nawet całkiem niezłe pomysły, jak choćby wspomniana wyżej sztafeta mieszana.

Przyznaję, że sam podchodziłem do tego projektu nieufnie. Bywa, że jego realizacja pozostawia czasem sporo do życzenia (jak choćby sposób rozegrania zawodów na niedawnych mistrzostwach Europy). Ale czy można było odmówić emocji i dramaturgii tej konkurencji podczas rozgrywanych właśnie we Flandrii mistrzostw świata?

Żyjemy w trzeciej dekadzie XXI wieku. Wiele dyscyplin już dawno uporało się z problemem nierównego traktowania: lekkoatletyka, narciarstwo alpejskie, w dużym stopniu tenis i inne. Nawet niektóre odmiany kolarstwa skutecznie sobie z tym poradziły. Na szosie wciąż nie potrafimy przebić tego szklanego sufitu. Wciąż żyjemy pod dyktatem ludzi, którzy rolę kobiet w kolarstwie nadal najchętniej ograniczaliby do odciskania śladów szminki na policzkach herosów na podium.

Ja zdecydowanie wolę jednak na podium takie obrazki jak ten poniżej.

Foto: Flickr / Sean Rowe

Lekcje, których nie odrobiliśmy

W poniedziałek 6 września w Wielkiej Brytanii rozpoczął się Tour of Britain, 8-etapowa impreza kategorii Pro, czyli drugiej po World Tourze wg hierarchii UCI. Miałem przyjemność skomentować w Eurosporcie wespół z Igorem Błachutem pierwsze dwa etapy tego wyścigu.

Naszą szczególną uwagę zwróciły – oprócz przepięknych okoliczności przyrody, w jakich rozgrywana jest impreza – nieprzebrane tłumy kibiców zgromadzonych w wielu miejscach trasy. Stało się to pretekstem do dłuższej rozmowy na temat zmiany, jaka w ciągu ostatnich dwóch dekad nastąpiła w brytyjskim kolarstwie i ogólnie w całym sporcie. Do samej rozmowy wrócę za chwilę, na początek dwie ciekawostki.

Tour of Britain po raz pierwszy w 17-letniej historii startował z Kornwalii. Trzy dni przed startem wyścigu otwarto West Kernow Way – ponad 240-kilometrową trasę grawelową, wijącą się w dużej części wzdłuż wybrzeża półwyspu i po lokalnych wzniesieniach.

West Kernow Way. Źródło: materiały prasowe Tour of Britain

Dzisiaj przeczytałem kolejną informację, dotyczącą tego samego hrabstwa, jednego z wielu odwiedzanych przez peleton. Obecność w okolicy dużej imprezy wykorzystano do zatwierdzenia do realizacji projektu budowy nowego ośrodka dla kolarzy, obejmującego m.in. zamkniętą pętlę dla szosowców, tor dla BMX, tor przełajowy i inne atrakcje.

Bardzo ciekawie brzmią przy tym wypowiedzi przedstawicieli lokalnych władz, którzy argumentowali potrzebę stworzenia takiej inicjatywy.

Centrum kolarskie ma być dla wszystkich zachętą do większej aktywności. Ma nie tylko zapewnić uprawiającym sport wyczynowy bezpieczne miejsce do treningu, z dala od ruchliwych dróg. Ma być też miejscem dostępnym dla osób niepełnosprawnych i dla wszystkich zmagających się z problemami psychicznymi i fizycznymi. Chcemy, żeby trafiała tutaj również młodzież ze szkół, która będzie mogła nauczyć się zasad bezpiecznej jazdy.

Tyle pan Steve Doble, członek lokalnego parlamentu. Można by w tym miejscu przytoczyć również wypowiedź reprezentanta lokalnej izby lekarskiej, zwracającego uwagę na ogromny problem z cukrzycą i otyłością oraz tłumaczącego prostą – wydawać by się mogło – zależność między zdrowiem społeczności a jej samopoczuciem i komfortem życia.

Można, ale mnie już po pierwszych zdaniach zrobiło się smutno, bo pokazują one nieprawdopodobną przepaść dzielącą brytyjski sposób myślenia o sporcie od naszego.

Projekt nowego ośrodka rowerowego w Kornwalii (UK). Źródło: Rada Kornwalii

Moja pamięć to kiepski argument, ale na przestrzeni ostatnich lat nie przypominam sobie żadnej podobnej inicjatywy, budowanej pod pretekstem odwiedzin Tour de Pologne. Wciąż pokutuje u nas myślenie, że pokazanie ładnych obrazków z trasy załatwia sprawę, bo przecież głównym zadaniem kolarstwa jako sportu jest promocja lokalnej turystyki.

W naszym myśleniu o kolarstwie ograniczamy się niemal wyłącznie do tego, co widzimy w relacjach telewizyjnych. Chcielibyśmy być jak Tour de France, na którym zresztą niemal od początku istnienia polska impreza się wzorowała. Mało kto jednak zwraca uwagę na to, że już w samej „książce wyścigu” Wielkiej Pętli przy opisie niemal każdego miasta statu i mety jedną z najważniejszych informacji jest ta, która dotyczy lokalnej infrastruktury sportowej: liczba mieszkańców / liczba klubów sportowych / liczba aktywnie trenujących i najważniejsze organizowane wydarzenia. My widzimy tylko widoczki i zameczki i najlepiej, żeby tylko o nich opowiadali komentatorzy.

I tu wracam do naszej rozmowy z Igorem, który przypomniał, że brytyjska rewolucja w sporcie miała swoje źródło w przegranych z kretesem igrzyskach w Atlancie. Brytyjczycy zrozumieli, że pod względem sportowym znaleźli się na dnie.

Oni postanowili się od niego odbić, przebudowując całkowicie swój sposób myślenia i inwestując w tę przebudowę ogromne środki i wysiłek, które pierwsze efekty przyniosły dopiero po wielu latach (celem były igrzyska w Londynie w 2012 roku).

My wciąż z trudem utrzymujemy głowy na powierzchni, ale za to nie mamy sobie równych jeśli idzie o szukanie wymówek. 14 medali przywiezionych z Tokio (co jest zasługą zaledwie pięciu dyscyplin) to „najlepsze igrzyska w XXI wieku”. I jakoś się to kręci.

W święcącej z roku na rok coraz większe sukcesy Wielkiej Brytanii jeden etap wyścigu kategorii Pro to pretekst do co najmniej dwóch potężnych inicjatyw na rzecz zdrowia i aktywności fizycznej. W dumnej Polsce mamy za to „kolarską Ligę Mistrzów” i nową ściankę w Przemyślu, która być może przez kilka lat będzie na parę dni rozpalać wyobraźnię siedzących za klawiaturami znawców życia, pastwiących się nad schyłkiem formy Kwiatkowskiego lub Majki.

I dalej będzie się to jakoś kręcić…

Foto: Flickr / Darren Griffiths

Co tygrysy lubią najbardziej

Lubię pisać. Wiem, to żadne odkrycie, w końcu moje życie tak się poukładało, że jestem dziennikarzem. Ale mógłbym np. czytać serwisy w radiu, jako lokalny korespondent nadawać informacje o korkach na S8, redagować kronikę kryminalną albo robić jakieś inne rzeczy. Tymczasem lubię pisać o sporcie.

Kiedyś próbowałem swoich sił w biznesie; nie wyszło, do dzisiaj płacę za to wysoką cenę. Było mi dane stanąć przed kamerą, ale to również nie moja bajka. Radio? Przyjemne doświadczenia, ale zbyt małe, żeby wyciągać z tego jakieś wnioski. Bardzo lubię komentować wyścigi, ale zdaję sobie sprawę, że robię to zbyt rzadko, żeby w tym trudnym rzemiośle osiągnąć zadowalający poziom.

Wciąż pisanie sprawia mi największą przyjemność, a w wyrażaniu swoich myśli w tej formie czuję się najbardziej swobodnie. I chyba robię to na tyle satysfakcjonująco, że co jakiś czas ktoś zamawia u mnie teksty i jeszcze mi za to płaci. Zawodowo robię to, co najbardziej lubię. Jestem szczęściarzem.

Mam z tym moim szczęściem związane pewne marzenia, ale pozwalam sobie zachować je dla siebie, żeby mi nikt za jakiś czas nie wyciągnął, że nie zrealizowałem jakiegoś planu.

No właśnie, bo cały ten wstęp nie był po to, żeby się pochwalić, ale po to, żeby pokazać pewną perspektywę, z jakiej można patrzeć na osiągnięcia polskich kolarzy albo w ogóle jakichkolwiek sportowców.

Wielu z nas patrzyło w niedzielę na uśmiechniętą twarz Rafała Majki, jadącego po drugie zwycięstwo na etapie Vuelta a Espana. Zrobił to w takim stylu, jaki lubi najbardziej: po samotnej ucieczce, na długim, upalnym etapie, z kilkoma długimi, ale w miarę równomiernymi podjazdami. Wszystko w tym pomyśle zagrało, a on go perfekcyjnie wprowadził w życie. Długo na ten sukces czekał, ale wyobrażam sobie, jak bardzo mu smakował.

Patrząc na karierę Rafała z perspektywy moich własnych życiowych dokonań i odkryć, jestem sobie w stanie wyobrazić, że to jest właśnie to, co lubi najbardziej. Tak jak ja lubię pisanie.

To właśnie jest jednym z powodów, dla których nie wymagam od Rafała wygrywania Wielkich Tourów, przyjeżdżania za każdym razem w czołówce, urywania na sztywnych podjazdach najsilniejszych rywali, bycia najszybszym na czasówkach. Wiem po prostu, że w tym sporcie wygrywa się na ogół rzadko. Tak samo jak rzadko zdarzają się świetne teksty. I że na co dzień trzeba wykonywać nieprzynoszącą wielkiego splendoru codzienną robotę. Taką samą, jaką ja wykonuję pisząc newsy albo krojąc wideo na stronę.

Drugim powodem jest moja wiara w to, że każdy odpowiada tylko za własne marzenia. Rafał, Michał, Szymon, Staszek czy ktokolwiek inny nie są maszynami do spełniania marzeń kibiców. Spełniają wyłącznie swoje.

Przed ubiegłorocznymi mistrzostwami świata w Imoli miałem okazję rozmawiać z Michałem Kwiatkowskim. To było kilka dni po tym, jak po jeździe z Richardem Carapazem wygrał etap Tour de France. Zapytałem go wówczas o realizację innego celu, jaki sobie kiedyś postawił: wygranie całego Touru.

Kwiato wyjaśnił mi wówczas, na czym polega to nieszczęśliwe nieporozumienie. Tour de France nie był jego celem. Był jego marzeniem, po które chciał sięgnąć. Był tym, co sprawiało, że każdego dnia siadał na rower i chciał jeździć jeszcze lepiej. Że chciał się codziennie czegoś uczyć i zdobywać nowe doświadczenia. To dlatego przed laty wybrał Team Sky. Sądził wówczas, że w ten sposób będzie bliżej realizacji swojego marzenia.

Z czasem zrozumiał, że wygrana w Tour de France na zawsze pozostanie w sferze marzeń. Ale droga, jaką goniąc to marzenie pokonał, uczyniła z niego zupełnie innego kolarza i o wiele bardziej dojrzałego człowieka, który zna swoje mocne i słabe strony i potrafi je wykorzystać. Michał dziś wie, jakie wyścigi może sobie stawiać za cel, a jakich nie musi lub nie powinien.

Bardzo dużo mnie ta rozmowa nauczyła. Dlatego w niedzielę czułem po zwycięstwie Rafała tylko czystą radość. Niezmąconą rozważaniem, czy kiedykolwiek wygra Wielki Tour. Dziś rozumiem, że to wcale nie musi być jego celem.

Kolejność rzeczy

Poniższy tekst opublikowałem wczoraj na facebookowej grupie Eurosportu „Wkręceni w kolarstwo”. Wywiązała się pod nim dość ciekawa dyskusja. Ponieważ jednak nie wszyscy tam zaglądają, postanowiłem podzielić się tą myślą również tutaj.

Nie mam gotowych odpowiedzi, jak rozwiązać opisane niżej problemy. Mam mnóstwo pytań. Ale może w końcu trzeba zacząć je głośno zadawać?


Powszechnie wiadomo, że pierwszym Brytyjczykiem, który wygrał wyścig Tour de France był Bradley Wiggins.

Miało to miejsce w roku 2012. Mało kto jednak pamięta, że zanim Wiggo został uhonorowany tytułem szlacheckim za zwycięstwo w Wielkiej Pętli, miał na koncie sześć tytułów mistrza świata i trzy złote medale olimpijskie w kolarstwie torowym. Wespół z Markiem Cavendishem i kilkoma innymi zawodnikami byli jednymi z pierwszych „owoców” brytyjskiego programu rozwoju kolarstwa, zainicjowanego jeszcze pod koniec ubiegłego wieku. Programu, który zanim przyniósł Wielkiej Brytanii medale i zwycięstwa w najważniejszych imprezach, kosztował dziesiątki milionów funtów i zaangażowanie setek, jeśli nie tysięcy ludzi.

Sukcesy w sporcie dwumilionowej Słowenii również nie wzięły się z tego, że nagle pojawiło się tam kilku panów ze strzykawkami, jak to lubią przedstawiać zwolennicy tanich teorii spiskowych. Pomijając dość bogate tradycje sportowe byłej Jugosławii, Słoweńcy tuż po uzyskaniu autonomii postawili na sport jako na jeden z najważniejszych czynników napędzających zainteresowanie ich krajem, który odwiedza co roku więcej turystów, niż mieszka tam ludzi. 

Aktywne uprawianie sportu deklaruje blisko dwie trzecie Słoweńców, a jednym z najważniejszych elementów całego systemu, który wciąż uważają za mocno niedoskonały, są lekcje wychowania fizycznego i dość mocno rozwinięty program skautingu, dzięki któremu wyławiane są talenty, rozwijane później przez wykwalifikowanych trenerów. O finanse na szkolenie młodzieży w dużej mierze dba państwo, ale sporą część dokładają rodzice, choćby angażując się lokalnie w pozyskiwanie sponsorów.

A teraz spójrzmy wokół siebie. 

Nie, to nie jest post o złym PZKol, bo większość związków sportowych w naszym kraju to w dużym stopniu lustrzane odbicie naszego podejścia do wielu spraw: ciągłego narzekania i braku chęci do kiwnięcia palcem.

Kilka lat temu zostałem przez znajomych poproszony o pomoc pewnemu klubowi w napisaniu oferty dla potencjalnego sponsora. Pogadałem z właścicielem klubu, który bez ogródek przyznał, że pieniądze to on przygarnie chętnie, ale nie chciałby się do niczego zobowiązywać, bo „wicie-rozumicie, te dzieciaki jak skończą szkołę to i tak sobie pójdą w cholerę, więc po co ja mam to sobie brać na głowę”

I to nie jest jednostkowy przypadek, tak to wygląda w wielu miejscach. Nie mówiąc już o tym, że po skończeniu szkoły średniej potencjalny zawodnik wpada w szkoleniową „czarną dziurę” – pieniędzy na jego szkolenie kluby nie mają, bo znika z państwowego systemu. 

Na końcu tego całego procesu są kibice, którzy „mają oczekiwania”: medali na igrzyskach, tytułów mistrzów świata, wygranych w Wielkich Tourach. 

Fun fact: przed mistrzostwami świata w Yorkshire w 2019 roku ujawniłem informację o tym, że związkowi działacze nie ogarnęli strojów dla kolarskiej kadry. O ubranie męskiej elity zadbał za własne pieniądze selekcjoner kadry. 

Kibice w „geście solidarności” ogłosili zbiórkę na zakup strojów. Zebrali… coś koło 1400 złotych. Pomijając, że sama inicjatywa nie należała do najlepiej przemyślanych, była poniekąd ciekawym testem na nasze „zaangażowanie”. Ale niech no tylko Majka lub Kwiatek za wcześnie „strzelą” na trasie… 

Kończąc ten nieco przydługi wywód, proponuję rozejrzeć się wokół siebie i trzy razy zastanowić przed napisaniem kolejnego komentarza o tym, że „Majka znowu nie wygra Wielkiego Touru”. Tych kilku chłopaków, którzy dziś jeżdżą w World Tourze, zawdzięcza to niemal wyłącznie sobie. Ich własnej determinacji i dążeniu do spełniania ich własnych marzeń. 

Chcemy to zmienić i częściej się cieszyć z sukcesów? Zacznijmy od siebie. Choćby od tupnięcia nogą w szkołach naszych dzieci, żeby na wuefie robili coś więcej niż prezentacje.

Foto: Szymon Sikora / MŚ w kolarstwie torowym Pruszków 2019

Pomyśl dwa razy

– Jeśli mogę przekazać jakąś wiadomość, to powiedziałbym tak: pomyśl dwa razy, zanim opublikujesz w sieci jakąś zniewagę wobec sportowca. Naprawdę staramy się dawać z siebie wszystko – powiedział w ubiegłym tygodniu Christopher Fromme. Zwrócił uwagę na problem, który poruszałem tutaj wielokrotnie. I który będę poruszał do skutku.

Froome nigdy nie był kolarzem z mojej bajki. Nie porywa mnie jego styl jazdy, trudno mi polubić jego dość ponure na ogół oblicze. Mojej sympatii do niego nie sprzyja też permanentny znak zapytania, który pojawia się przy jego niektórych sukcesach. Ale z drugiej strony nie sposób odmówić mu waleczności i determinacji, a jego beznadziejna momentami walka o powrót do formy po koszmarnym wypadku przed czasówką w Delfinacie przed dwoma laty budzi mój najwyższy podziw i szacunek.

Nie można mu odmówić również tego, że nie ma w dzisiejszym peletonie drugiego kolarza, który doświadczyłby tak zmasowanego hejtu. I to nie tylko ograniczającego się do internetowych komentarzy. Froome’owi nienawiść kibice wykrzykiwali prosto w twarz, oblewając go przy tym ekstrementami. Żaden z kolarzy nie ma więc silniejszego od Froome’a mandatu do wypowiadania się w tej sprawie, choć na pierwszy rzut oka po urodzonym w Kenii Brytyjczyku wszystko to spłynęło. Dosłownie i w przenośni.

Okazuje się jednak, że nie do końca, a komentarze po niedawnych igrzyskach olimpijskich skłoniły go do podzielenia się refleksją, że przed napisaniem komentarza w internecie zawsze warto się przynajmniej dwa razy zastanowić. I myśl ta jest mi wyjątkowo bliska.

– Wydaje mi się, że oczekiwania wobec sportowca powinny się ograniczać wyłącznie do tego, co faktycznie robi w sporcie. Nie można wymagać od każdego bycia tak silnym, aby radził sobie ze zmasowaną krytyką – mówi Froome. – Każdy z nas naprawdę stara się dawać z siebie wszystko za każdym razem, gdy reprezentujemy swój kraj lub zespół – dodaje.

Wątpię, by brytyjski kolarz zaglądał na moją zagubioną w czeluściach sieci stronkę, ale czuję delikatną satysfakcję czytając słowa o kibicach, którzy najpierw pozują do wspólnych selfies ze sportowcami, a chwilę później, ukryci za pozorną anonimowością, wylewają na tych samych ludzi wiadra pomyj, kiedy wyniki nie zgadzają się z ich wyobrażeniami. Pisałem tu o tym ponad trzy lata temu, gdy na Rafała Majkę wylano morze hejtu, bo nie powiodło mu się na jednym z etapów Tour de France. Znam osobiście co najmniej kilku takich „bohaterów”, którzy w sieci pozują na wytrawnych krytyków dyscypliny, a w rzeczywistości nie przepuszczą kolarzowi żadnej okazji do strzelenia sobie uśmiechniętej fotki.

Ale nie o moją satysfakcję tu idzie, a bardziej o to, że Froome swoim świadectwem zadał kłam jednemu z podstawowych „argumentów”, na jaki powołują się owi samozwańczy krytycy: że sportowcy tego i tak nie czytają. Niestety mimo wszystko często to do nich dociera, nawet jeśli czasem musi przebyć okrężną drogę.

Na marginesie: wciąż nie potrafię zrozumieć motywacji tych ludzi, którzy powołując się na swoje „święte prawo do krytyki”, egzekwują je ze świadomością, że owa krytyka nie dotrze do adresata. Po co? Kto z tej „krytyki” sportowca ma wyciągnąć wnioski i jakie? Co chcesz osiągnąć poza pokazaniem, że się „znasz” (choć to ostatnie na ogół jest bardzo wątpliwe).

Nie znam żadnego przykładu sportowca, który poprawiłby swoje wyniki pod wpływem krytyki ze strony kibiców. Znam dla odmiany wielu takich, którym z każdym dniem coraz trudniej było znaleźć motywację do walki. Trudno więc w tym przypadku uciec od skojarzenia z piłowaniem gałęzi, na której się siedzi.

Froome zdaje się to wiedzieć, a jego apel trudno odczytać inaczej niż jako wezwanie do opamiętania. Nie wszyscy sportowcy mają wystarczająco grubą skórę, by bez końca przyjmować na nią chłostę internetowych komentarzy. Pora przestać. To może być ostatni dzwonek.

Ślepa uliczka?

Kilka tygodni temu, po spektakularnym ataku Tadeja Pogacara na 8. etapie Tour de France, w sieci rozgorzała zażarta dyskusja o skuteczności walki z dopingiem. Pod adresem kolarza rzucano najcięższe oskarżenia, mając za dowód wyłącznie fakt, że zostawił za sobą najpoważniejszych rywali. WADA i organizatorom wyścigu zarzucano – również bez cienia dowodu – uległość wobec największych ekip. W końcu powiedzieć można wszystko, zwłaszcza pod pseudonimem.

Pozwoliłem sobie wówczas napisać, że choć pełen sukces ciągle jest przed nami, to jednak w politykę walki z dopingiem mimo wszystko wciąż warto wierzyć, za co też mi się oberwało, że „wspieram koksiarzy”. Wciąż jeszcze nie wiem jakim sposobem, ale już mniejsza o to. W końcu powiedzieć można wszystko.

Wczoraj jednak trafiłem na bardzo ciekawy materiał w serwisie Cyclingnews, który wziął na tapetę przypadek Katie Compton, wielokrotnej medalistki przełajowych mistrzostw świata, zdyskwalifikowanej niedawno na cztery lata po wykryciu w jej organizmie zbyt wysokiego stężenia testosteronu. Zainteresowanych odsyłam do źródła, a jeśli się komuś nie chce czytać, bo długie i zagraniczne, służę poniżej amatorskim streszczeniem.

W paszporcie biologicznym zawodniczki od 2014 roku zarejestrowano 90 kontroli, w tym również tę przeprowadzoną poza zawodami 16 września 2020 roku. Test nie wykazał niczego niepokojącego. USADA po kilku miesiącach postanowiła jednak podobnie zbadać te same próbki. I tu również – według danych, na jakie powołuje się Cyclingnews – nie stwierdzono żadnego przekroczenia dopuszczalnych norm. Zwrócono jednak uwagę na wyższy niż zazwyczaj poziom dwóch metabolitów testosteronu.

Tu drobna dygresja dla mniej zorientowanych, na czym – w dużym uproszczeniu – polega działanie tzw. paszportu biologicznego. Otóż rejestruje się w nim wszystkie wyniki badań właśnie po to, by obserwować zmiany na osi czasu. Jeśli w pewnym momencie któryś wskaźnik zaczyna się istotnie różnić od tego, co wykazały wcześniejsze badania, jest to sygnał do baczniejszego przyjrzenia się sprawie.

Tak też uczyniono w tym przypadku, sprawdzając czy źródłem wyższego niż zwykle poziomu testosteronu był sam organizm zawodniczki, czy był to efekt dostarczenia go z zewnątrz. Odpowiedź wskazała niestety drugą możliwość. Zawodniczce zarzucono stosowanie dopingu i zdyskwalifikowano na cztery lata, co w praktyce oznacza koniec jej kariery.

To jednak nie koniec historii, bo tu właśnie zaczynają się schody. Compton w rozmowie z serwisem domniemuje, że źródłem owego dopingu mogła być zanieczyszczona wołowina, zjedzona przez zawodniczkę niedługo przed kontrolą. Tłumaczenie skądinąd nienowe, znamy je bowiem z historii przegranej przed CAS batalii Alberto Contadora.

Jest tu jednak pewna istotna różnica. W Hiszpanii bowiem suplementacja bydła rozmaitymi hormonami nie jest dozwolona. W USA – owszem. Historia zna również przypadki oczyszczenia sportowców z zarzutów i przywrócenia ich do rywalizacji przez CAS po udowodnieniu, że faktycznie spożywali mięso pochodzące z wątpliwego co do jakości źródła.

Problem Compton polega jednak na tym, że po pierwsze: między kontrolą a ujawnieniem wyników powtórnych badań minęło tak wiele czasu, że wskazanie potencjalnego źródła zanieczyszczenia jest w praktyce niemożliwe. Po drugie zaś warto do tego dodać jeszcze ten drobny „szczegół”, że kolarki przełajowej zwyczajnie nie stać na sądową batalię toczoną przez dżentelmenów w drogich garniturach.

To jednak wciąż nie koniec tej historii, którą do tego momentu można by skwitować stwierdzeniem, że „no cóż, miała po prostu pecha”. Cyclingnews przytacza bowiem w tym miejscu wyniki śledztwa dokonanego przez dziennikarzy niemieckiej stacji ARD. Tych samych, którzy jakiś czas temu ujawnili szczegóły zorganizowanego i sponsorowanego przez państwo dopingowego procederu w Rosji, czego skutkiem było wykluczenie oficjalnej reprezentacji z igrzysk.

W kolejnym dokumencie ujawniają oni bowiem istnienie substancji, którymi można „zakazić” anabolikami dowolną osobę przez… skórę, zostawiając w jej organizmie ślady, dające się wykryć nawet po dwóch tygodniach. Również wtedy, gdy zaaplikowano im „ekstremalnie małe dawki”.

W tym momencie powinno się nam zapalić ostrzegawcze światło. Jeśli te ustalenia odzwierciedlają rzeczywistość, sport może stanąć przed kolejnym poważnym problemem. Już nie tylko będzie można wszystko powiedzieć. Oskarżenia będzie można również na własną rękę „potwierdzić”, nie tyle czekając aż rywal wpadnie na stosowaniu dopingu, ile samemu go w tym szambie nurzając.

Osobiście mam cichą (i nikłą) nadzieję, że niemieccy badacze jednak się mylą. Nie chcę dożyć w sporcie takich czasów, w których wszyscy będą się wzajemnie unikać.

Tak czy inaczej, WADA i inne instytucje walczące z dopingiem, choć i dotąd nie miały łatwego zadania, teraz mogą mieć jeszcze bardziej pod górę.

Foto: Flickr.com / Rapha

Prawo do milczenia

Tak się złożyło, że w poniedziałek miałem dyżur wideo, więc obraz płaczącej Igi Świątek przewinął mi się przez monitor co najmniej kilka razy. Patrzyłem, jak na długie minuty chowa w ręczniku twarz, a w uszach brzmiał mi genialny komentarz Marka Furiana o samotności sportowca.

Marek mówił o tenisie, że jest sportem przegranych, bo po turniejowych drabinkach wspina się wiele zawodniczek i zawodników, ale miejsce na szczycie jest tylko jedno. Ale tak jest przecież niemal w każdym sporcie. I każdy sportowiec ma tę świadomość, że wygrana to raczej rzadki przywilej niż oczywistość. A mimo to staje na starcie kolejnych zawodów i za każdym razem od początku zaczyna tę samą drogę. I pokonuje ją najczęściej niemal całkiem samotnie, walcząc nie tylko z rywalami, ale przede wszystkim z samym sobą.

Kilka dni temu Justyna Kowalczyk-Tekieli napisała kapitalny felieton o tym, jak dziś podchodzi do sportu i igrzysk oraz w jaki sposób traktowała je wcześniej. Napisała w nim m.in. „nie każdy jest stworzony do wygrywania, ale każdy na igrzyskach powinien przesunąć swoją granicę możliwości”.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że głównym powodem łez Igi było właśnie to, że nie zdołała przekroczyć tej granicy, którą sama sobie określiła i osiągnąć tego celu, który dla niej samej był najważniejszy. I z tym żalem została na koniec całkiem sama.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że to samo czuli Michał Kwiatkowski, Rafał Majka, Ania Plichta, Kasia Niewiadoma i każdy inny sportowiec, który poświęcił długie miesiące przygotowań, podporządkowując swoje życie tylko jednemu celowi, by na koniec nie móc go osiągnąć. Nie mówiąc już o takich pechowcach jak Mathieu van der Poel, któremu przez idiotyczny błąd sztabowców nie było dane nawet sprawdzić, czy jest w stanie zbliżyć się do granicy swoich możliwości. Wszyscy na koniec byli rozgoryczeni. I wszyscy z tą goryczą zostali w praktyce całkiem sami.

Sport, mimo dziesiątek kamer i milionów ludzi przed telewizorami, okazuje się bowiem na koniec dnia jedną z najbardziej samotnych aktywności człowieka.

Ktoś mi kiedyś zarzucił, że toczę jakąś krucjatę przeciw kibicom, a to przecież dla nich ten cały wysiłek. To oni „robią” oglądalność, za którą idą sponsorzy, to oni dają pracę dziennikarzom, a poza tym sport bez kibiców w ogóle nie ma większego sensu. Mają więc owi kibice pełne prawo mieć oczekiwania i obficie korzystać z prawa do krytyki, gdy „ich” sportowcy tym oczekiwaniom nie sprostają.

Żadna to krucjata. Jednak nie potrafię przejść obojętnie wobec traktowania sportu przez niektórych kibiców jak przez księgowego, który w księgach widzi tylko stronę „winien”.

Pasjami uwielbiam niekończące się dyskusje o tym, że od sportowców należy wymagać, bo przecież „mają sponsorów i kontrakty”. Gdyby się dłużej poskrobać w czuprynę można by z czasem dojść do pytania, co musieli zrobić, żeby owe kontrakty podpisać a sponsorów pozyskać, ale przeciętny sportowy kibic aż tak daleko w przeszłość nie wybiega.

Historia Kwiatkowskiego jako dzieciaka zasuwającego latami, by w przyszłości stać się znakomitym kolarzem, kanapowego widza zupełnie nie interesuje. Wcześniejsze dokonania też nie mają większego znaczenia. Widz ma przecież oczekiwania tu i teraz, zatem nawet jeśli sportowiec przed laty wywalczył jakieś tytuły, które rozpierały wówczas kibicowską dumę, winien te sukcesy regularnie powtarzać. Duma przecież nie boli tylko wtedy, gdy człowiek od niej aktualnie puchnie. Zaś głównym celem sportowca, jak przekonywał mnie niedawno jeden z dyskutantów, jest „przejście do historii”.

Kibica nieszczególnie interesuje czas spędzony przez sportowca na przygotowaniach. Chce startować – musi trenować, prosta sprawa. W końcu to jego praca, chociaż akurat ten argument również bywa zwodniczy, by gdy sportowiec wykonuje pracę zleconą mu przez przełożonych, to się również wcale kibicom nie musi podobać. Wtedy byłego mistrza świata bez cienia zażenowania nazywają „woziwodą”.

„Jak byś się nie obrócił, dupa zawsze z tyłu” – jak mawiał mój znajomy. Widz ma prawa, sportowiec ma obowiązki. Ma startować, ma wygrywać i najlepiej, żeby robił to w sposób przekonujący, upokarzając największych rywali. Wtedy się z dumy puchnie najszybciej. A! No i koniecznie przed 18:30, bo później szanowny pan kibic ma już inne plany.

Ktoś w tym miejscu pewnie powie, że przesadzam, ale historia nas uczy, że nieuprawniona krytyka, która pozostaje bez reakcji, z czasem przekształca się w otwartą nienawiść i fizyczną agresję. Na ogół tylko z tego powodu, że ktoś nie sprostał oczekiwaniom widzów. Fizyczne ataki na sportowców nie należą już niestety do rzadkości.

W dużej mierze „zasługą” kibiców jest też sytuacja, w której nazwisko psychologa staje się niemal na równi rozpoznawalne z nazwiskiem sportowca, którym się opiekuje, a gros czasu poświęconego na przygotowania do najważniejszych imprez to w dzisiejszych czasach tzw. trening mentalny, w którym pracuje się m.in. nad radzeniem sobie z presją i oczekiwaniami. Niczego nie odbierając rzecz jasna Darii Abramowicz, która jest doskonała w tym co robi i przed której życiową mądrością i wiedzą w pokorze chylę czoła, ale nie wydaje mi się zupełnie normalną sytuacja, w której sportowiec, by sięgnąć po upragnione trofeum, musi się odciąć od kontaktów z całym światem, by go nie dosięgły „życzliwe rady” i „krytyka” kibiców.

Rezygnacje nawet najlepszych sportowców z udziału w najważniejszych imprezach właśnie z powodów problemów mentalnych są dziś coraz częstsze. I jakoś wciąż nie skłaniają do refleksji, za to znacznie częściej wywołują głupawe uśmiechy na twarzach i kolejne komentarze, że „w głowach się już poprzewracało”.

Wolność wypowiedzi i prawo do krytyki nie są wartościami, które nie podlegają żadnym regułom. Czasem po prostu trzeba jeszcze wiedzieć, kiedy i co wypada powiedzieć.

Gdy we wtorek rano Adam Probosz w przepięknej przemowie dziękował Mai Włoszczowskiej za długie lata wspaniałych emocji, jakich nam wszystkim dostarczyła, na kolarskiej grupie krzykliwa garstka „znawców tematu” dzieliła się ze światem przemyśleniami, że do Tokio pojechała wyłącznie za zasługi (a to tylko jedno z bardziej życzliwych stwierdzeń).

I jasne, można to wszystko zbyć wzruszeniem ramion, że to wyłącznie tyrady życiowych przegrywów, którzy sami niczego nie osiągnęli. Najczęściej jednak jedna durna wypowiedź pociąga za sobą kolejne. Jeden z najbardziej wzruszających momentów tych igrzysk, zamykających okres wspaniałej sportowej kariery dwukrotnej medalistki, jakiejś grupie ludzi będzie się kojarzył z internetową defekacją, bo ktoś akurat w tej chwili poczuł silne pragnienie, aby „mieć rację”.

Jeśli nie zaczniemy na takie sytuacje reagować, wkrótce zostanie nam do oglądania wyłącznie symulacja sportu, bo ci, wobec których dziś czujemy się „w obowiązku” dzielić dobrymi radami, wkrótce skończą jako fizyczne i psychiczne wraki. Nie da się przecież bez końca tkwić w bańce. Pewnego dnia ten internetowy wyrzyg w końcu do sportowca dotrze.

Kto wtedy pospieszy z „dobrą radą”, by go zachęcić po raz kolejny do walki? I dla kogo właściwie będzie miał walczyć? Dla ludzi, którzy nie potrafili skorzystać z prawa do milczenia? Którzy nie czując smaku jego potu i trudności ze złapaniem oddechu przyznali sobie prawo do kategorycznych ocen? Którzy na koniec stwierdzą, że nie bawił ich w wystarczająco satysfakcjonujący sposób?

„Wam, drodzy kibice, życzę i wyrozumiałości, i powodów do łez radości!” – zakończyła swój felieton Justyna Kowalczyk-Tekieli.

Obiema rękoma się pod tym podpisuję, choć mam wrażenie, że nad tą „wyrozumiałością” czekają nas lata ciężkiej pracy. I jeśli dzisiaj nie zaczniemy, cieszyć się sportem z każdym kolejnym dniem będzie nam coraz trudniej.