W miejski rower też trzeba umieć

Kilkanaście dni temu operator krakowskiego roweru miejskiego Wavelo ogłosił wycofanie się z umowy z miastem na utrzymanie systemu. Dlaczego w Krakowie nie udało się to, co z powodzeniem działa w innych miastach?

Ci, którzy mnie trochę znają wiedzą, że mam na pieńku z Krakowem. Na ogół się z tego śmieją (ja również), ale faktycznie coś jest na rzeczy. Nie polubiłem się z tym miastem, choć gdy kilka lat temu los mnie tu przygnał byłem pełen nadziei, że okaże się fajnym miejscem do życia. Nieszczególnie to się udało i bynajmniej nie chodzi wyłącznie o smog. Powodów jest znacznie więcej.

Być może najważniejszym jest ten, że znakomitą większość mojego dorosłego życia spędziłem w Warszawie, obserwując przez ponad dwie dekady zmieniające się miasto, w którym wciąż tkwię, zarówno mentalnie, jak i fizycznie, spędzając tam zwykle większą część tygodnia. Owszem, Warszawa też ma sporo za uszami, rozwija się w wielu obszarach bardzo chaotycznie, uległa betonozie i pozwoliła się zdominować deweloperom, którzy zabudowują dosłownie każdy skrawek wolnego terenu. Ale jednocześnie w bardzo wielu obszarach zmienia się mocno na korzyść mieszkańców. Do Berlina, który nawet przy zakupie biletu na metro informuje: „Weil Wir Dich Lieben” (Ponieważ Cię kocham), wciąż Warszawie daleko, ale konsekwentnie zmierza w tę stronę, stając się z roku na rok miastem coraz bardziej przyjaznym mieszkańcom. „Zakochać się w Warszawie” wcale nie jest trudno.

Po kilku latach pomieszkiwania w „Magicznym Krakowie” mam taką obserwację, że to jest bardzo fajne miasto, ale z fatalnie zaprojektowanym user experience. Objawia się to na różne sposoby, ale w moim przypadku najczęściej doświadczam tego w obszarze komunikacyjnym. O ile bowiem większość znanych mi miast czyni ciągłe starania w celu poprawy komunikacji i usprawnienia ruchu w mieście (a niektóre zaczynają coraz głośniej mówić o jego ograniczeniu), o tyle Kraków całkowicie skapitulował przed kierowcami.

Jest to sprawa o tyle ciekawa, że swego czasu był bodaj pierwszym miastem, które praktycznie wyłączyło ruch w dość szeroko rozumianym centrum. Od tej pory minęły już jednak dobre dwie dekady, liczba samochodów w mieście lawinowo wzrosła, a w systemie pojawiło się tyle dziur i wyjątków, że przy odrobinie szczęścia można dzisiaj bez większego problemu wjechać autem nawet na Rynek. Niedawno miałem okazję jechać przez strefę teoretycznie wyłączoną z ruchu Uberem. Kiedy zapytałem kierowcę czy aby na pewno może tędy jechać, spojrzał na mnie tak, jakbym przed chwilą przybył z Matplanety.

Żeby lepiej zrozumieć na czym polega nietypowe krakowskie user experience, polecam udać się w okolice jakiegoś remontu. Daleko nie szukając: jakiś czas temu była remontowana ulica w mojej okolicy, o czym mieszkańców i kierowców z wyprzedzeniem poinformowano. Ale kiedy ma się rozpocząć remont? Jak długo potrwają utrudnienia? Who cares!? Kraków jest „magiczny”, więc pewnego dnia remont się po prostu zacznie, po co drążyć temat… O zmianach organizacji ruchu i np. odwróceniu kierunku jazdy na którejś z licznych jednokierunkowych uliczek większość kierowców dowiaduje się dopiero wtedy, jak zauważa, że wszystkie znaki są odwrócone…

Całkiem ładna tablica z zupełnie bezużyteczną informacją, czyli Kraków w pełnej krasie 😉

No dobra, ale miało być o rowerach, więc zmierzajmy do brzegu, choć te didaskalia wydają mi się dość istotne, żeby zrozumieć istotę problemu.

Otóż kilkanaście dni temu spółka, która obsługiwała w Krakowie Wavelo, czyli system roweru miejskiego, poinformowała o wycofaniu się z umowy z miastem. Umowy o tyle nietypowej w skali kraju, że w Krakowie miasto za system praktycznie nic nie płaciło. Złotówka miesięcznie za rower (czyli 1500 zł, bo rowerów w systemie było 1,5 tysiąca) i przerzucenie wszystkich kosztów na operatora systemu – tego nie wymyślono nawet w równie oszczędnym Poznaniu. Czy mogło się udać? Nie sądzę.

Nie wiem, jakich kalkulacji dokonano w zarządzającej systemem spółce BikeU i na jakich założeniach zbudowano model biznesowy tej działalności (jak ktoś ma ochotę nieco bardziej zgłębić temat, to polecam fachowe opracowanie tutaj). Ale moim zdaniem nie mogło się to udać z jednego zasadniczego powodu.

Przy konstrukcji oferty dla korzystających z systemu przyjęto całkowicie błędne założenie, że rower miejski jest tanią formą rekreacji, w związku z czym ludzie będą chcieli korzystać z rowerów i spędzać na nich dużo czasu choćby po to, żeby za jego pomocą zwiedzać miasto. Niewykluczone, że ktoś wyszedł tutaj z założenia, że skoro Kraków jest odwiedzany rocznie przez ponad 13 milionów turystów, czyli ponad 15-krotność liczby mieszkańców miasta, to właśnie oni będą główną klientelą tego systemu.

Jeśli tak, to zupełnie pokpiono sprawę na etapie realizacji aplikacji dla systemu, bowiem ta z punktu widzenia jednorazowego użytkownika była zupełnie nieintuicyjna i wręcz zniechęcała takich krótkoterminowych użytkowników do włączenia się w system (znowu kłania się UX – również w obszarze samego korzystania z systemu i mechanizmu wypożyczania roweru – istny koszmar). Ofertę zbudowano bowiem na modelu abonamentowym. Teoretycznie atrakcyjnym cenowo (np. za 25 zł. miesięcznie do wykorzystania było aż 90 minut jazdy na dzień), ale w istocie całkowicie sprzecznym z podstawową ideą roweru miejskiego.

Rzecz w tym, że celem korzystania z roweru miejskiego nie jest sama jazda na rowerze, tylko uzupełnienie systemu transportu publicznego o łatwo dostępny środek lokomocji, możliwy do wykorzystania na krótkich odcinkach w razie nagłej potrzeby. Chcesz podjechać 500 metrów – łapiesz rower, wsiadasz, jedziesz, odstawiasz i załatwiasz swoje sprawy.

Dlaczego tam, gdzie działa Veturilo, wystarczających jest 20 darmowych minut dziennie (wg danych za 2017 rok średni czas wypożyczenia roweru w Warszawie wyniósł 21 minut i 12 sekund), a w Krakowie, gdzie do pokonania są teoretycznie mniejsze odległości, niewystarczająco atrakcyjne okazuje się aż 60 bezpłatnych minut dziennie, dostępne w ramach najtańszego abonamentu? Dlaczego w pełnym turystów Krakowie w rekordowym dniu wypożyczono 8245 rowerów, a w niespełna trzy razy większej Warszawie 15 kwietnia 2018 roku zanotowano blisko 50 tysięcy wypożyczeń w ciągu doby?

Pułapka tkwi właśnie w modelu abonamentowym, który działa zasadniczo tylko wtedy, kiedy osoba płacąca stały abonament ma poczucie jego wykorzystania. Każda forma usługi, oferowanej w modelu subskrypcyjnym działa tylko wtedy, gdy płacący ma wrażenie, że wykorzystuje więcej, niż płaci. Kupując abonament Netflixa ludzie często przeliczają go na wartość biletów do kina i czują się zaspokojeni, gdy obejrzą 2-3 filmy, bo wówczas wartość opłaconej usługi w jakiś sposób im się równoważy. Dla odmiany: korzystający ze Stravy Summit często dezaktywują usługę premium w zimie, kiedy mniej jeżdżą na rowerze i przywracają ją z powrotem wiosną.

Model abonamentowy działa tak naprawdę tylko wtedy, gdy jego użytkownicy mają poczucie, że są w stanie wykorzystać usługę, za którą zapłacili. W wariancie, oferowanym przez Wavelo, mieliby to poczucie tylko wtedy, gdyby jeździli co najmniej godzinę dziennie.

W Krakowie dostaliśmy więc źle zaprojektowany i jeszcze gorzej wykonany system roweru miejskiego, któremu zaszkodziła nie tyle konkurencja ze strony elektrycznych hulajnóg (a tak brzmi oficjalna wersja operatora), ile cała masa błędów, popełnionych na etapie projektowania i realizacji usługi. (Chociaż trzeba uczciwie oddać, że Wavelo miało jedną przewagę nad wszystkimi innymi rowerami miejskimi: wał napędowy, zastępujący łańcuch – zmorę Veturilo).

W tym momencie ktoś mógłby zapytać: dlaczego właściwie czepiam się Krakowa, skoro tak zaprojektowany system nie sprawdziłby się tak naprawdę nigdzie? Otóż moim zdaniem nigdzie indziej nie dopuszczono by do jego powstania.

Tu wracamy do tego, co na własny użytek często nazywam „fasadowością” Krakowa. „Magiczny Kraków” (tak brzmi oficjalny claim miasta) dość dobrze oddaje jego charakter, oparty w dużej mierze na tworzeniu iluzji jakiegoś działania. Decydując się na rozwiązanie, w którym funkcjonowanie całego systemu spoczywało wyłącznie na jego operatorze, miasto upiekło dwie, a właściwie trzy pieczenie na jednym ogniu: nie poniosło właściwie żadnych kosztów, uniknęło jakiejkolwiek odpowiedzialności i stworzyło iluzję posiadania systemu roweru miejskiego, który w niewielkim stopniu (jeśli w ogóle) odpowiadał na potrzeby komunikacyjne miasta.

I tu jest clou całego problemu, związanego z systemami rowerów miejskich: miasta inwestują w nie przede wszystkim po to, żeby chociaż częściowo rozwiązać własne problemy transportowe i odciążyć swoje ulice z prywatnych samochodów. Płacąc operatorom za utrzymanie systemu, formułują jednocześnie pewnego rodzaju oczekiwania. System, pozostawiony w całości w gestii operatora, jest siłą rzeczy zakładnikiem jego interesu ekonomicznego. Skutki? Właśnie widzimy.

W bezpośrednim sąsiedztwie warszawskiej Galerii Mokotów jest zlokalizowanych 60 stojaków na rowery Veturilo. To oznacza 60 szans na to, że do galerii przyjedzie mniej samochodów (rzecz jasna tylko szans, bo czy faktycznie ludzie skorzystają z roweru to zupełnie inna sprawa). Do niedawna najbliższy stojak w okolicy otwartego 2 lata temu w Krakowie centrum handlowego Serenada znajdował się jakieś 500 metrów od niego. Od jakiegoś czasu jest bliżej. Pomieści 10 rowerów.

Ot, różnica.

Pinkie, czyli jak chcieć nie chcieć

Cała sztuka nie polega tylko na sprawianiu, żeby ludzie nie mogli czegoś zrobić, bo prędzej czy później i tak to zrobią. Sztuka polega na tym, żeby tego NIE CHCIELI robić.

Uważni czytelnicy tego bloga zwrócili pewnie uwagę, że drugą po kolarstwie kategorią tematyczną, którą tu poruszam, jest bezpieczeństwo ruchu drogowego. Dzieje się tak nie bez przyczyny. Zwykle bowiem kilka razy w tygodniu narażam swoje życie, wystawiając obleczony w lycrę odwłok na widok pań i panów kierowców, co sprawia, że jestem żywo zainteresowany ich zachowaniem w moim bezpośrednim sąsiedztwie. A ponieważ zdarza mi się to czynić w różnych częściach tak kraju, jak i kontynentu, wniosków z tych obserwacji, uzupełnionych różnego rodzaju lekturami i badaniami, mam (tak mi się wydaje) całkiem sporo.

Nie chcę tu pozować na eksperta, co się naczytał badań i będzie teraz dowodził, że skoro nie jest prawdą, że piesi notorycznie wchodzą na ulicę, zapatrzeni w swoje telefony (a nie jest), to problemu nie ma. Nie zamierzam też nikogo przekonywać, że skoro jeżdżę od 1993 roku i pokonałem dotychczas samochodem lekko licząc milion kilometrów, a dotąd jeszcze nie potrąciłem jelenia, to znaczy, że empirycznie udowodniłem, iż jelenie nie wbiegają na drogę (bo i takie ciągi myślowe gdzieś się w przestrzeni pojawiają). Nic z tych rzeczy. Po prostu czasem odzywa się we mnie filozoficzna natura i każe zebrać swoje przemyślenia w jednym miejscu.

Mam do tego w zanadrzu dość upierdliwy asset, polegający na tym, że jestem aktywnym uczestnikiem ruchu, należącym jednocześnie do trzech, zwykle wzajemnie się zwalczających kategorii: kierowców, rowerzystów i pieszych. I nie to, że jestem pieszym tylko wtedy, kiedy idę z domu na parking, ale np. w Warszawie, gdzie spędzam większość „roboczego” tygodnia, korzystam wyłącznie z własnych nóg i transportu zbiorowego (polecam). I jakby tego wszystkiego było mało, to do tych wszystkich trzech grup, poruszających się po naszych drogach i chodnikach, mam stosunek dość krytyczny i nie zamierzam tu nikogo bronić, bo w kontekście bezpieczeństwa na drogach wszyscy mamy porządnie za uszami. Dosłownie wszyscy. (Z wyjątkiem użytkowników elektrycznych hulajnóg, których w ogóle nie powinno być).

Sorry za ten przydługi disclaimer, ale wbrew pozorom on też ma swoją przyczynę. Chodzi mi bowiem o to, że problemów, związanych z BRD nie da się rozwiązać, patrząc na nie tylko z jednej perspektywy: albo kierowców, albo pieszych, albo rowerzystów, zarządców dróg, włodarzy miast, miejskich aktywistów, czy – last but not least – ludzi, którzy prawo stanowią. Na ten problem składa się tyle elementów, że sprowadzenie tego wszystkiego do zdania: „trzeba zwęzić ulice, bo w Jaworznie się udało”, prowadzi nas wszystkich na kompletne manowce.

Przyglądam się od dłuższego czasu internetowej dyskusji na ten temat i tylko przez szacunek dla ofiar wypadków oraz ich rodzin unikam tu określenia „gównoburza”. Problem naprawdę jest poważny, ale trudno poważnie traktować ludzi, którzy bezrefleksyjnie sięgają po badania (a najczęściej wyłącznie po ich wycinek), byle tylko udowodnić swoją tezę. Zaprawdę trudno się dogadać w sytuacji, kiedy każdy szuka argumentów przeciw drugiej stronie, zamiast wspólnie się zastanowić, gdzie tak naprawdę tkwią przyczyny tego stanu rzeczy, z jakim od lat mamy do czynienia na polskich drogach.

Żeby było zabawniej: wszyscy właściwie mają rację. Ale ta dyskusja przypomina kłótnię matematyków, z których jeden uważa, że 5+4=9, drugi twierdzi, że to nieprawda, bo 3×3=9, a jeszcze inny, że ci dwaj nie mają racji, bo przecież to 8+1=9. I nie potrafią znaleźć sposobu na to, by ogłosić światu, że istnieje całkiem sporo metod na uzyskanie liczby 9 i większość z nich się wzajemnie nie wyklucza.

Przysłuchując się tej dyskusji nie mogę się uwolnić od wrażenia, że w jednym aspekcie błądzimy dokładnie wszyscy. Wszyscy bowiem próbujemy znaleźć metodę na to, żeby zmusić innych do przestrzegania przepisów, albo sprawić, żeby nie mogli ich łamać. Moim zdaniem brniemy w ślepy zaułek, bo jeśli na jakiejś drodze można jechać 50 kmh, to prawdopodobnie można jechać też szybciej. Zgoda: utrudniajmy tę możliwość, ale nie oczekujmy, że to rozwiąże problem, bo łamanie barier – zwłaszcza sztucznych – leży w ludzkiej naturze i zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał spróbować. „Co, ja nie pojadę? A na pewno powinno tu być 50?”.

Kiedyś w jakiejś rozmowie użyłem przykładu, który okazał się skutecznie obrazować problem. Otóż ludzie starają się czasem o pozwolenie na użytkowanie broni. Mniejsza o ich motywacje, ale tak po prostu jest. Starając się o pozwolenie na używanie broni, muszą przejść szereg upierdliwych procedur i wylegitymować się znajomością określonych przepisów oraz umiejętnością posługiwania się rzeczoną bronią. W gruncie rzeczy dokładnie tak samo jest z prawem jazdy: muszę przejść określone badania, zdać egzamin z przepisów i udowodnić, że potrafię we właściwy sposób korzystać z pojazdu.

Dostając pozwolenie na broń nie dostaje się z automatu licencji na zabijanie. Dostaje się wyłącznie prawo użycia jej w ściśle określonych okolicznościach. Dlaczego więc otrzymując prawo jazdy ludziom się wydaje, że mogą użytkować pojazd w każdy możliwy sposób i w każdych okolicznościach? Facet, który wyszedłby na Marszałkowską, żeby sobie postrzelać, nawet w powietrze, bez zamiaru zranienia kogokolwiek, byłby prawdopodobnie przez wszystkich w okolicy nazwany chorym pojebem. Dlaczego więc ten sam facet, który na tej samej Marszałkowskiej rozpędza się swoją ryczącą furą do 120 kmh, jest przez większość ludzi nazywany cool gościem, a część towarzystwa robi mu z zachwytem zdjęcia?

Sztuka nie polega tylko na sprawianiu, żeby ludzie NIE MOGLI czegoś zrobić. Sztuka polega na tym, żeby tego NIE CHCIELI robić. Tak, jak większość ludzi, posiadających pozwolenie na broń, nie wychodzi sobie ot tak postrzelać. Przecież – technicznie rzecz ujmując – mogą. A jednak z różnych powodów nie chcą.

Jakiś czas temu z podobnym problemem, występującym na podobną skalę, jak u nas, borykali się Australijczycy. Imali się różnych sposobów: progi zwalniające, wysepki, obowiązek jazdy z opiekunem przez 2 lata od uzyskania prawa jazdy itd. Z czasem z pomocą przyszła im technologia, masowo instalowane fotoradary, wykorzystywanie systemów GPS itd. Do tego jeszcze sporo zmian w prawie, z kosmicznie wysokimi mandatami, zwłaszcza za kolejne wykroczenia. Nie wiem, jak wyglądały wtedy, a jak wyglądają dzisiaj ich statystyki, więc nie będę się na ten temat wymądrzał, ale z zeznań dość licznie mieszkającej tam rodziny wynika, że nawet pająki i węże nie budzą takiego lęku, jak widok listonosza z przesyłką z wydziału komunikacji. Wiem jednak, że kilkanaście lat temu Australijczycy zrealizowali pewną kampanię, o której mówili tam wówczas niemal wszyscy i która walnie przyczyniła się do tego, że Aussie przekraczać prędkości na ogół po prostu nie chcą.

Kampania nosiła tytuł „Pinkie” i promowała z pozoru niewinny gest, który niósł ze sobą dość konkretny przekaz: „pewnie ma małego i musi sobie kompensować szybką i niebezpieczną jazdą”. Zresztą… klipy latają do dziś po sieci i można sobie obejrzeć:

W reklamowym światku ten przykład też raz po raz wypływa, bo pomysł zdobył sporo nagród i do dziś jest jednym z nielicznych przykładów skutecznej kampanii, zbudowanej na pozytywnym przekazie, zamiast epatowania przydrożnymi krzyżami, śmiercią z kosą, zniczami i innymi tego typu precjozami, które do refleksji mogą skłonić wyłącznie księgowego, robiącego przelew za te smutne produkcje. Jak kto ciekaw, jak to było zbudowane, na jakie obszary mózgu działało i dlaczego ostatecznie zadziałało, można sobie poczytać tutaj.

Wracając na nasze podwórko i do niekończących się dyskusji o poprawie bezpieczeństwa na naszych drogach, to jest jeszcze jeden element, który się w tym wszystkim dość mocno wybija: wszyscy chcemy coś zrobić, ale najlepiej, żeby coś więcej zrobili inni. Przy tym wszystkim dochodzi czasem do absurdów, bo jak się czyta niektóre wypowiedzi, to można się natknąć na taką ekwilibrystykę, z której wynika, że drogi powinny być szersze, żeby nie było korków, ale węższe, żeby ludzie jeździli wolniej. Z podniesieniem kwot mandatów też już nie taka prosta sprawa, bo niby wszyscy się zgadzają, że te obowiązujące już ponad dwie dekady budzą bardziej śmiech niż trwogę, ale niech no który poseł podniesie za tym rękę, to już na pewno więcej na niego nie zagłosujemy. Fotoradary – wiadomo: powinno być ich jak najwięcej, ale to maszynki do wyciągania kasy z kieszeni kierowców. Totalna schizofrenia.

Fajnym przykładem, jak to działa w praktyce, były niedawne próby wprowadzenia tzw. „zielonej strefy” na krakowskim Kazimierzu. Najpierw wszyscy gromko przytaknęli, gdy ktoś zdiagnozował problem, że ta turystyczno-imprezowa dzielnica jest zastawiona samochodami w stopniu już dawno przekraczający zdrowy rozsądek. Co należy zrobić? Wyrzućmy samochody z Kazimierza! Ale tam jeździ sporo meleksów z turystami, a jak ich ubędzie, to biznes przestanie się kręcić. No to wymyślmy, że elektryczne mogą jeździć. Ale nie ma elektrycznych dostawczaków, a towar do knajpy trzeba jakoś dowieźć. No to dostawcze też niech wjeżdżają. Ale jak my właściwie wniesiemy nasze zakupy? Jak przywieziemy dzieci ze szkoły? Jak dowieziemy babcię do szpitala? I na tym skończyły się konsultacje i zostało po staremu. Aż żałuję, że nie zrobiłem foty tablicy z zielonym samochodem, oznaczającej początek „zielonej strefy”. Nie wiem, czy wisiała tam dwa tygodnie.

Konkludując: fajnie, żeby wreszcie ludzie przestali na ulicy zabijać innych. Tylko zanim to nastąpi powinniśmy chyba sami zrozumieć, że to w naszych głowach powinna się najpierw dokonać ta zmiana. Bo raczej nie mam powodu podejrzewać, że mój kumpel będzie jeździł przepisowo i przepuszczał staruszki na przejściu, jeśli cmokam z zachwytem nad każdym koniem mechanicznym w jego wypasionej bryce, a informację o przyspieszeniu kwituję przeciągłym „ojacjenjepjerdoooolę”.

Pora dorosnąć i nauczyć się traktować samochód jak narzędzie do przemieszczania z miejsca na miejsce, a nie jak przedłużacz na… pinkie. Może wtedy będzie łatwiej zmienić wszystko inne.

Foto: zajumane ze strony mvmm.com.au

Nie uwierzysz…

„Wisłę oczywiście wszyscy kochają. Tak się jednak składa, że niemal każdy pragnie przeliczyć tę miłość na pieniądze”. I tylko rachunek, jaki na koniec przyszło klubowi za tę miłość zapłacić, okazał się być wyjątkowo słony…

Wyobraź sobie, że ktoś opowiada ci jakąś zupełnie nieprawdopodobną historię. Taką, w którą mimo najszczerszych chęci nie jesteś w stanie uwierzyć, a po jej wysłuchaniu odwracasz się od opowiadającego, wywracasz oczami i kreślisz palcem kółka w okolicy skroni. Każdy z nas kiedyś miał z czymś takim do czynienia.

Szymon Jadczak opowiada właśnie taką historię. Z tą różnicą, że jeszcze zanim zabierzesz się za jej lekturę, wiesz już, że jest prawdziwa. To wszystko wydarzyło się naprawdę, tuż obok ciebie. Niewykluczone, że nie raz mijałeś jej bohaterów gdzieś na ulicach Krakowa.

W gruncie rzeczy mogłaby to być pouczająca opowieść o siedmiu grzechach głównych, bo mamy je tutaj wszystkie w komplecie. Ale to nie wyczerpuje tematu. Ten katalog jest bogatszy o porażającą głupotę, brak wyobraźni i totalną niemoc, która dotknęła tutaj niemal wszystkich: władze klubu, kibiców, polityków, miasto, biznes, policję i inne służby. Nie ominęła również piłkarzy, choć w gruncie rzeczy oni są tutaj największymi ofiarami. Nie licząc rzecz jasna tych ofiar, które w tej wojnie straciły pieniądze, zdrowie, a niektórzy również życie (choć część z nich poniekąd na własne życzenie).

Nie przesadzę, jeśli napiszę, że „Wisła w ogniu” Jadczaka powinna być lekturą obowiązkową. Nie tylko dla tych, którzy marzą o zrobieniu kariery jako sportowi menedżerowie. To powinien być przewodnik dla wszystkich służb i urzędników, dla prokuratorów, sędziów, nauczycieli, rodziców, ale również dla wielu młodych ludzi, których kusi atrakcyjna wizja beztroskiego życia w stadionowej bandyterce. Bo wbrew pozorom jest to historia z morałem: prędzej czy później każdy bandyta objawi swój czuły punkt, prędzej czy później pęknie lub popełni błąd, prędzej czy później każda organizacja się rozsypie. Na końcu każdej, nawet najbardziej bezczelnej i nieprawdopodobnej historii, górę wezmą zwyczajne ludzkie słabości, które położą kres nawet najśmielszym planom.

Jadczak snuje swoją opowieść w formie obszernego reportażu. Pisze lekko, ze swadą, czasem ironizując, a czasem sprawiając wrażenie, że sam nie dowierza w opisywany przez siebie splot wydarzeń. Czyta się szybko, ale w głowie z każdą chwilą wyrzyna się wielki znak zapytania: jak to wszystko było możliwe?

Nie zdradzę, czy pada odpowiedź…

_________

Nie byłbym też sobą, gdybym w tym miejscu nie wbił osobistej szpili. Otóż ta historia mogła się zasadniczo wydarzyć wszędzie, ale nie bez powodu wydarzyła się właśnie w Krakowie. Wszędzie istnieją bandyckie subkultury, zgromadzone wokół piłkarskich klubów. Wszędzie rywalizują o wpływy i wszędzie toczą walki z innymi bojówkami. Ale tylko w Krakowie udało im się przejąć na własność wielki klub. Dlaczego?

Szymon pisze o Krakowie, że to wielkie miasto z małomiasteczkową mentalnością. To prawda, ale nie jedyna. Kiedy ponad 3,5 roku temu przeprowadziłem się do Krakowa (wciąż mam nadzieję, że tylko na chwilę), szybko zrozumiałem, co mnie w tym miejscu irytuje najbardziej: fasada. Tutaj wszystko jest na pokaz, jak rodowe srebra, wystawione w przeszklonym kredensie.

Życie w Krakowie jest łatwe, jeśli potrafisz zrobić wrażenie. Nic więc dziwnego, że nikt tu specjalnie nie sprawdzał potencjalnych inwestorów Wisły, z których jeden przyjechał drogim samochodem z Warszawy, a drugi – rekomendowany przez robiącego w UK biznesy Szweda – samolotem z Kambodży. Obaj zrobili wrażenie. To wystarczyło, by ich umówić na spotkanie z prezydentem miasta. I by dwukrotnie (!) przy okazji tych wizyt go skompromitować.

Kraków jest czymś na kształt wielkanocnej pisanki: pięknie zdobionej, kolorowej, o której często pisze się w kolorowych magazynach i którą obsypuje się gradem rozmaitych nagród. Ale w środku jest pusta. To jest miasto dla turystów, ma tylko zrobić wrażenie. Przez dzień, dwa, może trzy – potem wyjadą. Oni uwierzą, że mamy tutaj wspaniałe teatry i znakomitych aktorów, ale oni nie jeżdżą tramwajami, w których nazwy przystanków czyta syntezator mowy, głosem tak sztucznym i beznamiętnym, że po kwadransie jazdy masz ochotę wysiąść i rzucić się pod koła.

Tylko tutaj to było możliwe. I tutaj właśnie to wszystko się wydarzyło, choć tak naprawdę wciąż nie sposób w to uwierzyć.

Foto otwierające: Flick / bobita79; okładka: empik.com

Trzeba być do bólu uczciwym.

Miałem wczoraj wielką przyjemność uczestniczyć w kameralnym spotkaniu z Jurkiem Górskim. Jeśli ktoś czytał książkę Łukasza Grassa „Najlepszy” lub oglądał film pod takim samym tytułem – wie z pewnością o kogo chodzi. Kto nie czytał lub nie widział – polecam.

Jurek Górski jest facetem, który w latach 70. ubiegłego stulecia dał się wciągnąć w kuszący świat narkotyków. Nietrudno się domyślić, że przepadł w uzależnieniu i konsekwentnie zmierzał w stronę dna, lądując w więzieniu i „lecząc się” spętany pasami na łóżku szpitala psychiatrycznego (w PRL-u oficjalnie nie występował problem narkomanii, więc uzależnieni ludzie byli w dość bezceremonialny sposób „leczeni” z uzależnienia od leków).

Żeby nie psuć nikomu zabawy, pominę w tym miejscu część opowieści o tym, w jaki sposób udało mu się z tego wyjść. Dość powiedzieć, że w pewnym momencie swego życia stanął w amerykańskim mieście Huntsville na najwyższym podium tzw. „podwójnego Ironmana” (8 kilometrów pływania, 360 kilometrów na rowerze i 84 kilometry biegu).

Nietrudno się też domyślić, że człowiek, który przeszedł taką drogę, nie zatrzymał się na swoich osiągnięciach i nie odcina od nich kuponów, ale konsekwentnie realizuje swoją misję, dzieląc się pasją, doświadczeniami i niespożytą energią z innymi. To właśnie głównie tej części jego aktywności dotyczyło nasze wczorajsze spotkanie.

Umówiłem się z Jurkiem na dłuższą rozmowę, więc być może w niedalekiej przyszłości będę mógł się również podzielić jego kilkoma ciekawymi spostrzeżeniami o życiu. Ale jedna myśl, którą wypowiedział już właściwie na zakończenie wczorajszego spotkania, bardzo mocno utkwiła mi w głowie i to nią właśnie chciałem się na gorąco podzielić.

Powiedział bowiem coś takiego: „Możesz na co dzień odgrywać przed światem swój spektakl i grać w nim swoją rolę. Przed kumplami możesz udawać i mówić, „nic się nie dzieje, wszystko jest w porządku”. Ale kiedy staniesz przed lustrem, to wobec siebie musisz być do bólu uczciwy. Musisz zdawać sobie sprawę z tego, w którym miejscu jesteś słaby. Dopiero wtedy będziesz w stanie zamienić swoją słabość w siłę”.

I zakończył spotkanie słowami: „Nazywam się Jurek Górski. Byłem narkomanem. Jestem uczciwym człowiekiem”.

Nie chciałbym popadać tutaj w nieszczery mentoring, ale fascynują mnie ludzie, którzy posiedli taką sztukę autorefleksji i potrafią najpierw zidentyfikować swoje słabości, a później z nimi walczyć. Większość z nas ocenia ludzi podobnych do Jurka przez pryzmat tego, jak długą drogę musieli przebyć, żeby osiągnąć swój cel i sukces. Tymczasem największa walka i najtrudniejszy proces nie miały miejsca podczas morderczego treningu, ale znacznie wcześniej: kiedy trzeba było we własnej głowie zobaczyć i zaakceptować prawdziwy obraz samego siebie.

Bardzo się cieszę na tę rozmowę.

Za zaproszenie dziękuję Klubowi Żeglarsko-Biznesowemu Sailing Poland.

___________________

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Pchamy!

Są w życiu czasem sprawy ważniejsze, niż sport i dobra zabawa. Czasem trzeba powalczyć o najwyższą stawkę. To właśnie jest taka sytuacja i w tej walce potrzebne jest mocne wsparcie.

W mieście, z którego pochodzę, mieszka Marcin – kolarz amator. To nieduża miejscowość, więc pewnie nie raz dreptaliśmy tymi samymi ścieżkami i zdarzyło nam się objechać te same drogi. Obaj pasjonujemy się kolarstwem i pewnie obaj kibicujemy naszym idolom, którzy sprawiają nam frajdę swoją walką na szosie. I na tym chyba kończy się to, co nas łączy.

Ja spędzałem wczorajszy poranek na śniadaniu m.in. z Rafałem Majką, Pawłem Poljańskim i Maćkiem Bodnarem. Marcin w tym czasie pewnie szukał w sobie siły do tego, żeby wstać i przeżyć bez bólu kolejny dzień. Życie bywa cholernie niesprawiedliwe.

Marcin do walki z rakiem potrzebuje tylko jednego: siły i woli walki. Na co dzień dopingujemy naszych walczaków, możemy dopingować również tego, który walczy o największą stawkę.

Dzięki życzliwości polskiego oddziału Hansgrohe oraz chłopaków mam dla Marcina koszulkę z ich autografami – dotrze do niego zapewne w przyszłym tygodniu. Dorzućcie proszę coś od siebie: dobre słowo, jakąś zachętę, fajną fotkę – cokolwiek, co pomoże mu uwierzyć, że niebawem wsiądzie na swoją Emondę i objedzie kolejną trasę. Tu w komentarzu, na Facebooku, Twitterze – gdziekolwiek. Zróbmy to, co przecież potrafimy robić najlepiej: pchajmy!

Foto otwierające: Flickr / cauldphoto

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Festiwal obłudy.

Kiedyś dziennikarz wiedział więcej ode mnie i decydował, która informacja jest wystarczająco wartościowa, by mnie nią zainteresować. Dziś 50 dziennikarzy 50-krotnie powtarza hejterski wpis pani Pawłowicz, uważając go za godnego mojej uwagi. Tym sposobem „walczą” z hejtem, bez ograniczeń udzielając mu głosu. To się raczej nie ma prawa udać.

Zanim wrócę do tematów sportowych pozwolę sobie na podzielenie się pewną refleksją, jaka nasunęła mi się w mijającym tygodniu. Trudnym, tragicznym, podniosłym – nie sposób kilkoma epitetami oddać wszystkich uczuć, jakie mi w ostatnich dniach towarzyszyły. Uczuć często z sobą sprzecznych, bo trudno uciec od tego, że minione kilka dni oprócz zadumy i żałoby obfitowało również w niezmierzone morze jadu, wzajemnej nienawiści i powszechnej obłudy, obecnych niestety po obu stronach tego głębokiego rowu, jaki od kilku lat nas dzieli.

Kiedy pod koniec lat 90. przekroczyłem po raz pierwszy próg katowickiej Gazety Wyborczej, byłem pełen przekonania, że uczestniczę w czymś ważnym. I choć wówczas zajmowałem się biznesową częścią tego przedsięwzięcia, a między redakcją a biurem reklamy istniała swoista szklana ściana, wielu z nas miało poczucie pewnego rodzaju misji. Gazeta była dla wielu ludzi nie tylko źródłem codziennych informacji, ale też animatorem wielu sfer życia: kulturalnej, sportowej, zdrowotnej i innych. „Szkoła z klasą”, „Rodzić po ludzku”, „Polska biega”, czy „Polska na rowery”, to tylko nieliczne przykłady kapitalnych projektów, których celem (i skutkiem!) była rzeczywista zmiana sposobu myślenia i postępowania ludzi. Miara ich zaangażowania w rozmaite projekty była wówczas wyznacznikiem sukcesu danego medium.

Przez ostatnie 20 lat obserwowałem z bliska, jak tamte czasy odchodzą w niepamięć, a media zupełnie przestają się interesować ludźmi, zajmując się w zamian niemal wyłącznie sobą. W dzisiejszym świecie człowiek ma znaczenie tylko wówczas, gdy staje się respondentem, deklarującym czytelnictwo, albo jednostką, wpisującą w okno przeglądarki adres strony (a jeszcze częściej: klikającą w serwowany w social mediach odnośnik, zwykle mający niewiele wspólnego z treścią, którą promuje). Realnych ludzi, do których adresowany jest przekaz, zastąpili „real users” – abstrakcyjny twór, zdefiniowany w instytucie badawczym, będący usprawiedliwieniem i celem funkcjonowania danego tytułu.

Miarą sukcesu mediów, oprócz ich zasięgu, stała się mityczna „opiniotwórczość”, mierzona liczbą cytowań danego medium przez inne. Piramidalna głupota, a jednocześnie pułapka, w której wszyscy tkwimy: media, karmiące swoich odbiorców naciąganymi faktami i ci nieszczęśni odbiorcy, którzy na bazie tych treści budują swoje wyobrażenie o świecie. Wyobrażenie, nie wiedzę, bo w zdecydowanej większości tekstów więcej jest wartościujących epitetów, niż rzetelnego opisu rzeczywistości. Przestało być ważne, co ktoś powiedział lub zrobił. Ważne, że było to „skandaliczne”, „niesamowite”, „mocne”, „dosadne” – różnice w opisie zależą tylko od tego, po której stronie politycznego muru opowiada się dana redakcja. Ale o co chodziło? W sumie nieistotne. Meritum wypowiedzi na ogół niezbyt dobrze wypada w SEO, a to tego typu narzędzia dziś wyznaczają reguły, o czym i w jaki sposób należy pisać. Są kliknięcia, jest zabawa, chociaż w istocie to ogon macha psem.

Rozwój kanałów społecznościowych jeszcze bardziej pogłębił postępujący kryzys wiarygodności mediów. Nowe platformy miały szansę stać się dla mediów miejscem, którego zawsze im brakowało: prezentacji i promocji atrakcyjnych i unikalnych treści, które publikują (bo wciąż zdarza im się produkować naprawdę wartościowe i pouczające materiały). Zamiast tego stały się areną nieustającej pyskówki i personalnych wycieczek między dziennikarzami. Konfrontacja opinii i sposobów patrzenia na rzeczywistość ustąpiły miejsca nieustającym próbom obrażenia adwersarza w 280 znakach. Opiniotwórczość? Wolne żarty. Dziś mało komu zależy na tym, żeby kogoś przekonać. Liczą się tylko pokonani.

Kiedyś dziennikarz był człowiekiem, który wiedział o świecie więcej ode mnie i miał niemal nieograniczony dostęp do informacji. To on podejmował decyzję, która wiadomość jest dla mnie z jakiegoś powodu istotna i którą warto mnie nią zainteresować. Dziś 50 dziennikarzy za rzecz godną mojej uwagi uważa 50-krotne udostępnienie hejterskiego tweeta pani Pawłowicz, z którego jedyny możliwy racjonalny wniosek dotyczy kondycji umysłowej samej piszącej. A oni o jego wątpliwą zawartość potrafią się jeszcze godzinami kłócić!

Wiele w ostatnim tygodniu padło słów o tzw. mowie nienawiści. Wiele deklaracji, że za wszelką cenę należy z nią skończyć. Wiele z tych deklaracji składali sami dziennikarze. Jeszcze ciało śp. Pawła Adamowicza nie zdążyło wystygnąć, gdy już trwały kłótnie o to, kto za tę mowę nienawiści w większym stopniu opowiada. Jeszcze na dobre nie zdążyliśmy się pogrążyć w zadumie i żałobie, a już ze szczegółami czytaliśmy o ludziach, którzy chcieli nam w niej przeszkodzić.

Zgoda: tej zbrodni i tego, co do niej doprowadziło, w żadnym wypadku nie wolno przemilczeć. Ale może szukanie winnych dobrze byłoby zacząć od siebie? Bo można w nieskończoność oskarżać polityków i politycznych celebrytów o ciągłe podgrzewanie polsko-polskiej wojenki, ale nie można uciec od tego, że to media i dziennikarze tym samym politykom bez ograniczeń dają głos i przestrzeń do toczenia tej walki.

W tym trudnym czasie bez wątpienia jednej z najlepszych recept na walkę z hejtem udzielił Szymon Hołownia, który na swoim facebookowym profilu, żegnając Pawła Adamowicza napisał tak:

„Hejt to nie jest opinia, pomówienie czy insynuacja (z gatunku: „no, ja nie wiem jak jest, ale różnie o nim mówią”) to nie jest żadna prawda, hejtowi i trollingowi trzeba po prostu odciąć tlen, którym jest dawanie mu pola do wypowiedzi. A że to kogoś wykluczy? To co? To wykluczy. Ja też jestem wykluczony od udziału w operacjach kardiochirurgicznych oraz lotach kosmicznych, bo nie mam kompetencji, nie umiem, nie wiem, nie znam się, to proste.”

Moja mama, gdy czasem dokuczano mi w szkole, mówiła po prostu: „nie zwracaj uwagi, pośmieją się i przestaną, gdy zobaczą, że już nikogo to nie bawi”. A my dzisiaj, zamiast – zgodnie z zaleceniem Hołowni – odbierać hejtowi tlen, rozbieramy każde zdanie na czynniki pierwsze, szukając w tym ukrytego sensu. Analizujemy hejterskie wypociny jak wiersze. I wciąż się dziwimy, że ich autorzy nie ustają w wysiłkach, bo kolejnym razem jeszcze bardziej nas zaskoczyć? Że wymyślają coś jeszcze głupszego?

W imię walki z „mową nienawiści”, w czasie, w którym tłumy gdańszczan stały na mrozie, by oddać hołd swojemu zamordowanemu prezydentowi, ta sama „Wyborcza”, z której stron płyną apele o to, by skupić się na czynieniu dobra, publikuje materiał, w którym robi wiwisekcję kolejnego hejterskiego, „szokującego” wpisu Cejrowskiego na Facebooku. Po co? Jaki efekt ma to przynieść? O jaką wiedzę ma mnie to wzbogacić? Co mam poczuć? W jaki sposób ma z tego wyniknąć jakieś dobro? Jak chcemy walczyć z hejtem, bez ograniczeń udzielając mu głosu?

Być może ktoś mi w tym miejscu zarzuci „symetryzm”, ale moim zdaniem obłuda nie ma barw partyjnych, między którymi można by szukać równowagi. A to ona jest dzisiaj najczęstszym „towarem”, jakiego dostarczają nam media i dziennikarze. Nie ma większego znaczenia, po której stronie sporu się opowiadają – stosowany mechanizm zawsze jest taki sam. Obie strony rzucają w siebie wciąż tymi samymi kamieniami. I żadna zmiana nie nadejdzie, dopóki nie przestaną.

Jeśli mamy na serio podjąć walkę z mową nienawiści, to chyba nie ma lepszej metody, niż ta, którą proponuje Hołownia: odciąć jej tlen. Tymczasem jedyne, co dzisiaj robimy, to coraz chętniej dzierżawimy jej nasze głosy i nasze łamy.

W ten sposób niczego nie zmienimy.

 

Foto: Flickr / The Real Duluoz

Zbyt poinformowani.

Jakiś czas temu, w jednej z wielu internetowych i niewiele w życie wnoszących dyskusji, użyłem sformułowania, że jesteśmy „zbyt poinformowani”. Nie pamiętam już dzisiaj, czy samo wpadło mi do głowy, czy gdzieś je zasłyszałem, to zresztą nie ma większego znaczenia. Ważne, że dziś wydaje mi się nader aktualne.

Informacja jeszcze nie tak dawno była cennym dobrem. „Kto ma wiedzę, ten ma władzę” – zwykliśmy mówić. Dziś przestała służyć opisywaniu świata i rozwojowi wiedzy, a stała się tanim budulcem, z którego każdy lepi swój świat takim, jakim chciałby go widzieć.

Nie potrzebujemy dziś wiedzy, potrzebujemy szybkiego newsa. Nie musi nawet być prawdziwy, bo i tak szybko przykryjemy go kolejnym. Nie musi nic objaśniać, bo w tej zabawie na ogół nie chodzi o to, żeby zbudować coś trwałego. Tym światem rządzi tylko jedna reguła: nasze musi być na wierzchu.

Trochę jak w karcianej grze w wojnę, która nie wymaga praktycznie żadnych umiejętności. Wystarczy, że na górze położymy mocniejszą kartę, żeby zebrać całą pulę. Prosta zasada: mam informację, to robię z niej natychmiastowy użytek. Wrzucam w social media, może chociaż przez chwilę będę dla kogoś „autorytetem”. Przecież „wiem”, bo gdzieś o tym przed chwilą przeczytałem. Wystarczy, że dołożę do tego jakieś zdanie od siebie, a i to nie za często. Czasem bardziej na miejscu będzie jakiś mocny epitet.

„Wiemy” dziś wszystko: o świecie, o polityce, o sporcie, o medycynie, o drugim człowieku, jego motywach, jego pragnieniach, jego czynach. Nieważne, czy prawdziwych, czy może zmyślonych, gdy to akurat pasuje do naszej „wiedzy”, którą musimy się podzielić z innymi. Jesteśmy szafarzami zasług i win – najczęściej innych ludzi, niezwykle rzadko swoich. Bo przecież „wiemy”. Przecież jesteśmy poinformowani.

Tak naprawdę nie wiemy nic.

I niczego w tym świecie i w życiu nie osiągniemy, dopóki nie zdamy sobie w końcu z tego sprawy.

Z dedykacją dla tych wszystkich, dla których cisza i zaduma nad śmiercią prezydenta Gdańska, pana Pawła Adamowicza, okazały się zbyt przytłaczające, by nie poczuli potrzeby „wyjaśnienia” światu, kto ponosi za to odpowiedzialność…