Pchamy!

Są w życiu czasem sprawy ważniejsze, niż sport i dobra zabawa. Czasem trzeba powalczyć o najwyższą stawkę. To właśnie jest taka sytuacja i w tej walce potrzebne jest mocne wsparcie.

W mieście, z którego pochodzę, mieszka Marcin – kolarz amator. To nieduża miejscowość, więc pewnie nie raz dreptaliśmy tymi samymi ścieżkami i zdarzyło nam się objechać te same drogi. Obaj pasjonujemy się kolarstwem i pewnie obaj kibicujemy naszym idolom, którzy sprawiają nam frajdę swoją walką na szosie. I na tym chyba kończy się to, co nas łączy.

Ja spędzałem wczorajszy poranek na śniadaniu m.in. z Rafałem Majką, Pawłem Poljańskim i Maćkiem Bodnarem. Marcin w tym czasie pewnie szukał w sobie siły do tego, żeby wstać i przeżyć bez bólu kolejny dzień. Życie bywa cholernie niesprawiedliwe.

Marcin do walki z rakiem potrzebuje tylko jednego: siły i woli walki. Na co dzień dopingujemy naszych walczaków, możemy dopingować również tego, który walczy o największą stawkę.

Dzięki życzliwości polskiego oddziału Hansgrohe oraz chłopaków mam dla Marcina koszulkę z ich autografami – dotrze do niego zapewne w przyszłym tygodniu. Dorzućcie proszę coś od siebie: dobre słowo, jakąś zachętę, fajną fotkę – cokolwiek, co pomoże mu uwierzyć, że niebawem wsiądzie na swoją Emondę i objedzie kolejną trasę. Tu w komentarzu, na Facebooku, Twitterze – gdziekolwiek. Zróbmy to, co przecież potrafimy robić najlepiej: pchajmy!

Foto otwierające: Flickr / cauldphoto

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Festiwal obłudy.

Kiedyś dziennikarz wiedział więcej ode mnie i decydował, która informacja jest wystarczająco wartościowa, by mnie nią zainteresować. Dziś 50 dziennikarzy 50-krotnie powtarza hejterski wpis pani Pawłowicz, uważając go za godnego mojej uwagi. Tym sposobem „walczą” z hejtem, bez ograniczeń udzielając mu głosu. To się raczej nie ma prawa udać.

Zanim wrócę do tematów sportowych pozwolę sobie na podzielenie się pewną refleksją, jaka nasunęła mi się w mijającym tygodniu. Trudnym, tragicznym, podniosłym – nie sposób kilkoma epitetami oddać wszystkich uczuć, jakie mi w ostatnich dniach towarzyszyły. Uczuć często z sobą sprzecznych, bo trudno uciec od tego, że minione kilka dni oprócz zadumy i żałoby obfitowało również w niezmierzone morze jadu, wzajemnej nienawiści i powszechnej obłudy, obecnych niestety po obu stronach tego głębokiego rowu, jaki od kilku lat nas dzieli.

Kiedy pod koniec lat 90. przekroczyłem po raz pierwszy próg katowickiej Gazety Wyborczej, byłem pełen przekonania, że uczestniczę w czymś ważnym. I choć wówczas zajmowałem się biznesową częścią tego przedsięwzięcia, a między redakcją a biurem reklamy istniała swoista szklana ściana, wielu z nas miało poczucie pewnego rodzaju misji. Gazeta była dla wielu ludzi nie tylko źródłem codziennych informacji, ale też animatorem wielu sfer życia: kulturalnej, sportowej, zdrowotnej i innych. „Szkoła z klasą”, „Rodzić po ludzku”, „Polska biega”, czy „Polska na rowery”, to tylko nieliczne przykłady kapitalnych projektów, których celem (i skutkiem!) była rzeczywista zmiana sposobu myślenia i postępowania ludzi. Miara ich zaangażowania w rozmaite projekty była wówczas wyznacznikiem sukcesu danego medium.

Przez ostatnie 20 lat obserwowałem z bliska, jak tamte czasy odchodzą w niepamięć, a media zupełnie przestają się interesować ludźmi, zajmując się w zamian niemal wyłącznie sobą. W dzisiejszym świecie człowiek ma znaczenie tylko wówczas, gdy staje się respondentem, deklarującym czytelnictwo, albo jednostką, wpisującą w okno przeglądarki adres strony (a jeszcze częściej: klikającą w serwowany w social mediach odnośnik, zwykle mający niewiele wspólnego z treścią, którą promuje). Realnych ludzi, do których adresowany jest przekaz, zastąpili „real users” – abstrakcyjny twór, zdefiniowany w instytucie badawczym, będący usprawiedliwieniem i celem funkcjonowania danego tytułu.

Miarą sukcesu mediów, oprócz ich zasięgu, stała się mityczna „opiniotwórczość”, mierzona liczbą cytowań danego medium przez inne. Piramidalna głupota, a jednocześnie pułapka, w której wszyscy tkwimy: media, karmiące swoich odbiorców naciąganymi faktami i ci nieszczęśni odbiorcy, którzy na bazie tych treści budują swoje wyobrażenie o świecie. Wyobrażenie, nie wiedzę, bo w zdecydowanej większości tekstów więcej jest wartościujących epitetów, niż rzetelnego opisu rzeczywistości. Przestało być ważne, co ktoś powiedział lub zrobił. Ważne, że było to „skandaliczne”, „niesamowite”, „mocne”, „dosadne” – różnice w opisie zależą tylko od tego, po której stronie politycznego muru opowiada się dana redakcja. Ale o co chodziło? W sumie nieistotne. Meritum wypowiedzi na ogół niezbyt dobrze wypada w SEO, a to tego typu narzędzia dziś wyznaczają reguły, o czym i w jaki sposób należy pisać. Są kliknięcia, jest zabawa, chociaż w istocie to ogon macha psem.

Rozwój kanałów społecznościowych jeszcze bardziej pogłębił postępujący kryzys wiarygodności mediów. Nowe platformy miały szansę stać się dla mediów miejscem, którego zawsze im brakowało: prezentacji i promocji atrakcyjnych i unikalnych treści, które publikują (bo wciąż zdarza im się produkować naprawdę wartościowe i pouczające materiały). Zamiast tego stały się areną nieustającej pyskówki i personalnych wycieczek między dziennikarzami. Konfrontacja opinii i sposobów patrzenia na rzeczywistość ustąpiły miejsca nieustającym próbom obrażenia adwersarza w 280 znakach. Opiniotwórczość? Wolne żarty. Dziś mało komu zależy na tym, żeby kogoś przekonać. Liczą się tylko pokonani.

Kiedyś dziennikarz był człowiekiem, który wiedział o świecie więcej ode mnie i miał niemal nieograniczony dostęp do informacji. To on podejmował decyzję, która wiadomość jest dla mnie z jakiegoś powodu istotna i którą warto mnie nią zainteresować. Dziś 50 dziennikarzy za rzecz godną mojej uwagi uważa 50-krotne udostępnienie hejterskiego tweeta pani Pawłowicz, z którego jedyny możliwy racjonalny wniosek dotyczy kondycji umysłowej samej piszącej. A oni o jego wątpliwą zawartość potrafią się jeszcze godzinami kłócić!

Wiele w ostatnim tygodniu padło słów o tzw. mowie nienawiści. Wiele deklaracji, że za wszelką cenę należy z nią skończyć. Wiele z tych deklaracji składali sami dziennikarze. Jeszcze ciało śp. Pawła Adamowicza nie zdążyło wystygnąć, gdy już trwały kłótnie o to, kto za tę mowę nienawiści w większym stopniu opowiada. Jeszcze na dobre nie zdążyliśmy się pogrążyć w zadumie i żałobie, a już ze szczegółami czytaliśmy o ludziach, którzy chcieli nam w niej przeszkodzić.

Zgoda: tej zbrodni i tego, co do niej doprowadziło, w żadnym wypadku nie wolno przemilczeć. Ale może szukanie winnych dobrze byłoby zacząć od siebie? Bo można w nieskończoność oskarżać polityków i politycznych celebrytów o ciągłe podgrzewanie polsko-polskiej wojenki, ale nie można uciec od tego, że to media i dziennikarze tym samym politykom bez ograniczeń dają głos i przestrzeń do toczenia tej walki.

W tym trudnym czasie bez wątpienia jednej z najlepszych recept na walkę z hejtem udzielił Szymon Hołownia, który na swoim facebookowym profilu, żegnając Pawła Adamowicza napisał tak:

„Hejt to nie jest opinia, pomówienie czy insynuacja (z gatunku: „no, ja nie wiem jak jest, ale różnie o nim mówią”) to nie jest żadna prawda, hejtowi i trollingowi trzeba po prostu odciąć tlen, którym jest dawanie mu pola do wypowiedzi. A że to kogoś wykluczy? To co? To wykluczy. Ja też jestem wykluczony od udziału w operacjach kardiochirurgicznych oraz lotach kosmicznych, bo nie mam kompetencji, nie umiem, nie wiem, nie znam się, to proste.”

Moja mama, gdy czasem dokuczano mi w szkole, mówiła po prostu: „nie zwracaj uwagi, pośmieją się i przestaną, gdy zobaczą, że już nikogo to nie bawi”. A my dzisiaj, zamiast – zgodnie z zaleceniem Hołowni – odbierać hejtowi tlen, rozbieramy każde zdanie na czynniki pierwsze, szukając w tym ukrytego sensu. Analizujemy hejterskie wypociny jak wiersze. I wciąż się dziwimy, że ich autorzy nie ustają w wysiłkach, bo kolejnym razem jeszcze bardziej nas zaskoczyć? Że wymyślają coś jeszcze głupszego?

W imię walki z „mową nienawiści”, w czasie, w którym tłumy gdańszczan stały na mrozie, by oddać hołd swojemu zamordowanemu prezydentowi, ta sama „Wyborcza”, z której stron płyną apele o to, by skupić się na czynieniu dobra, publikuje materiał, w którym robi wiwisekcję kolejnego hejterskiego, „szokującego” wpisu Cejrowskiego na Facebooku. Po co? Jaki efekt ma to przynieść? O jaką wiedzę ma mnie to wzbogacić? Co mam poczuć? W jaki sposób ma z tego wyniknąć jakieś dobro? Jak chcemy walczyć z hejtem, bez ograniczeń udzielając mu głosu?

Być może ktoś mi w tym miejscu zarzuci „symetryzm”, ale moim zdaniem obłuda nie ma barw partyjnych, między którymi można by szukać równowagi. A to ona jest dzisiaj najczęstszym „towarem”, jakiego dostarczają nam media i dziennikarze. Nie ma większego znaczenia, po której stronie sporu się opowiadają – stosowany mechanizm zawsze jest taki sam. Obie strony rzucają w siebie wciąż tymi samymi kamieniami. I żadna zmiana nie nadejdzie, dopóki nie przestaną.

Jeśli mamy na serio podjąć walkę z mową nienawiści, to chyba nie ma lepszej metody, niż ta, którą proponuje Hołownia: odciąć jej tlen. Tymczasem jedyne, co dzisiaj robimy, to coraz chętniej dzierżawimy jej nasze głosy i nasze łamy.

W ten sposób niczego nie zmienimy.

 

Foto: Flickr / The Real Duluoz

Zbyt poinformowani.

Jakiś czas temu, w jednej z wielu internetowych i niewiele w życie wnoszących dyskusji, użyłem sformułowania, że jesteśmy „zbyt poinformowani”. Nie pamiętam już dzisiaj, czy samo wpadło mi do głowy, czy gdzieś je zasłyszałem, to zresztą nie ma większego znaczenia. Ważne, że dziś wydaje mi się nader aktualne.

Informacja jeszcze nie tak dawno była cennym dobrem. „Kto ma wiedzę, ten ma władzę” – zwykliśmy mówić. Dziś przestała służyć opisywaniu świata i rozwojowi wiedzy, a stała się tanim budulcem, z którego każdy lepi swój świat takim, jakim chciałby go widzieć.

Nie potrzebujemy dziś wiedzy, potrzebujemy szybkiego newsa. Nie musi nawet być prawdziwy, bo i tak szybko przykryjemy go kolejnym. Nie musi nic objaśniać, bo w tej zabawie na ogół nie chodzi o to, żeby zbudować coś trwałego. Tym światem rządzi tylko jedna reguła: nasze musi być na wierzchu.

Trochę jak w karcianej grze w wojnę, która nie wymaga praktycznie żadnych umiejętności. Wystarczy, że na górze położymy mocniejszą kartę, żeby zebrać całą pulę. Prosta zasada: mam informację, to robię z niej natychmiastowy użytek. Wrzucam w social media, może chociaż przez chwilę będę dla kogoś „autorytetem”. Przecież „wiem”, bo gdzieś o tym przed chwilą przeczytałem. Wystarczy, że dołożę do tego jakieś zdanie od siebie, a i to nie za często. Czasem bardziej na miejscu będzie jakiś mocny epitet.

„Wiemy” dziś wszystko: o świecie, o polityce, o sporcie, o medycynie, o drugim człowieku, jego motywach, jego pragnieniach, jego czynach. Nieważne, czy prawdziwych, czy może zmyślonych, gdy to akurat pasuje do naszej „wiedzy”, którą musimy się podzielić z innymi. Jesteśmy szafarzami zasług i win – najczęściej innych ludzi, niezwykle rzadko swoich. Bo przecież „wiemy”. Przecież jesteśmy poinformowani.

Tak naprawdę nie wiemy nic.

I niczego w tym świecie i w życiu nie osiągniemy, dopóki nie zdamy sobie w końcu z tego sprawy.

Z dedykacją dla tych wszystkich, dla których cisza i zaduma nad śmiercią prezydenta Gdańska, pana Pawła Adamowicza, okazały się zbyt przytłaczające, by nie poczuli potrzeby „wyjaśnienia” światu, kto ponosi za to odpowiedzialność…

Sypnęło dobrem.

Do pełni szczęścia brakuje mi właściwie jeszcze tylko wygranej w Lotto, która pozwoliłaby mi pozałatwiać kilka spraw doczesnych i nie martwić się szczególnie perspektywami na przyszłość. Nie musi być wysoka, żeby mi się nie poprzewracało w głowie. Poza tym mam już chyba wszystko: dwie ręce, dwie nogi, głowę (chyba) na karku, kochającą kobietę, ciepły dom oraz prawie już dorosłe i wyszczekane dzieci, które (mam nadzieję) powinny sobie dać w życiu radę. No i pracę, która jest jednocześnie moją pasją. Więcej mi nie trzeba.

Ostatnie miesiące i tygodnie były dość intensywne, bo chociaż sezon kolarski się skończył i nie spędzałem już tak wielu godzin na oglądaniu, pisaniu i czytaniu relacji z wyścigów, to w „normalnej” pracy też działo się sporo, a pewne rzeczy dość mocno przyspieszyły. Mam wrażenie, że zbliżamy się do momentu, w którym „zapach papieru o poranku” nadal będzie dużą przyjemnością, ale przestanie być fetyszem, za pomocą którego wydawcy będą racjonalizować nieustające spadki sprzedaży swoich tytułów.

Tu mała dygresja, żeby nie wchodzić zbyt głęboko w szczegóły, ale rozjaśnić trochę moją filozofię: nie, papier nie zginie, prasa nie upadnie, a ludzie nadal będą kupować wydania drukowane, bo jeśli idzie o komfort czytania, to nie ma (i raczej długo nie będzie) takiej formy, która byłaby go w stanie zastąpić. Tyle, że ów komfort czytania zazwyczaj musi być poprzedzony komfortem nabycia, a z tym już nie jest tak różowo, bo:
a) żyjemy w wiecznym biegu i mamy coraz mniej czasu,
b) liczba punktów sprzedaży prasy drastycznie zmalała, a w tych, które zostały nie zawsze wszystko jest dostępne,
c) dystrybucja zrobiła się piekielnie droga, a na koniec zdarza się jeszcze, że wydawca cały sprzedany nakład musi wpisać w straty, bo po stronie dystrybutora ktoś źle pododawał cyferki i nagle w kasie zabrakło pieniędzy dla wydawcy (vide: np. problemy Ruchu).
Po to właśnie wymyślono tzw. prasę cyfrową: żeby czytelnikowi było wygodniej, a wydawca miał większą kontrolę nad tym, co produkuje.

Jedni eksplorują ten teren dość ostrożnie, jak np. Szosa, z którą pracujemy od samego początku jej wydawania, ale dla której wydanie cyfrowe jest jedynie formą uzupełniającą dla druku (chociaż konsekwentnie zdobywa coraz większą popularność i z wydania na wydanie coraz większa liczba użytkowników sięga po tę formę). Inni postanowili rzucić się od razu na głęboką wodę, zupełnie odcinając się od ciężaru dystrybucji druku i całkowicie zmieniając swoją filozofię działania.

Taką ścieżką poszedł Magazyn Bieganie, który od początku stycznia ukazuje się wyłącznie w wersji cyfrowej, ale już nie jako miesięcznik, a tygodnik. To była trochę jazda bez trzymanki, bo stawialiśmy ten projekt w rekordowym tempie (od pierwszej rozmowy do publikacji w App Store i Google Play upłynęły niecałe cztery tygodnie), ale taki sposób pracy ze zdeterminowanymi do działania ludźmi lubię najbardziej. A gdy dzisiaj patrzę na wyniki (uwzględniające pewną premię za to, że magazyn do końca stycznia dostępny jest bezpłatnie), satysfakcja jest jeszcze większa.

Ale co z tego ma użytkownik i po co zawracam tym głowę na „kolarskim” blogu? Chodzi o wygodę. O to, że bez wychodzenia z domu, bez szukania miejsca do zaparkowania i eksplorowania później półek w salonie prasowym, albo bez przeszukiwania czeluści Internetu w poszukiwaniu czegoś interesującego, można mieć dokładnie te same, wybrane przez redakcję, wiarygodne treści, sięgając nie dalej, jak do własnej kieszeni. Od potrzeby i pomysłu na czytanie ulubionej gazety do zagłębienia się w jej treści dzielą czytelnika trzy ruchy kciukiem. Tylko tyle.

Styczeń jeszcze się dobrze nie rozpędził, a już sypnął mnóstwem dobra. Najnowsza Szosa jest niemal w całości poświęcona regeneracji (tu mój szczery podziw dla redakcji, która w kompletnie martwej części sezonu zawsze znajdzie temat, który potrafi zająć człowieka na długie godziny). W Magazynie Bieganie dla odmiany temat trenowania w deficycie kalorycznym, przegląd aplikacji dietetycznych oraz sporo innych, ciekawych tekstów. Chociaż – co zabawne – pamietam nasze pierwsze rozmowy i założenia, że jako tygodnik wydania nie będą przesadnie obszerne. Okazuje się jednak, że gdy nie ma ograniczeń w objętości, a „ssanie” na rynku jest spore, to i tematów się znajdzie bez liku. Drugi numer pękałby w szwach, gdyby je tylko miał 😉

Mało? Jak ktoś nie może usiedzieć na miejscu i nosi go po świecie, to polecam jeszcze całkiem świeże Kontynenty – grudniowy numer również przebogaty i na długie, zimowe wieczory jak znalazł.

Piszę to wszystko po to, żeby sprostować pewne nieporozumienie, wynikające z opinii, która czasem do mnie trafia, a która jest całkowicie pozbawiona podstaw (i sensu). Kupując wydanie cyfrowe nie wyrządzasz krzywdy wydawcy. Wprost przeciwnie: działasz na jego i swoją korzyść. On otrzyma swoją zapłatę znacznie szybciej, niż po pół roku (tyle, a czasami nawet dłużej, płyną na konto wydawcy pieniądze z punktu, w którym kupujesz gazetę, oczywiście zakładając, że w ogóle kiedyś do niego dotrą). Dzięki temu szybciej będzie miał możliwość zrealizowania kolejnego materiału, który z wypiekami na twarzy będziesz mógł przeczytać.

Nie musisz się obawiać. Po prostu kupuj i czytaj.

Underdog – czyli jak dobrze zrobić przeciętny (niestety) film.

Raczej nie powinienem pozować na krytyka filmowego, bo znam się na tej robocie jak przeciętny Polak (czyli jestem fachowcem, bo od czasu do czasu czytuję Tomasza Raczka). Zresztą… nie ma co ukrywać, że na MMA znam się podobnie. Ale skoro trafiła mi się okazja pojawienia się na premierze „Underdog”, to postanowiłem podzielić się kilkoma wrażeniami, nie tak oczywistymi, jeśli wziąć pod uwagę, że na ogół marudzę prawie na wszystko.

Mając na względzie, że jest to w bardzo wielu obszarach absolutny debiut producentów, to jest to całkiem dobrze zrobiony film. Przede wszystkim: znakomicie zagrany. Tu niskie ukłony i dla Eryka Lubosa, który jest zdecydowanie najlepszym, co spotkało tę produkcję, i dla Janusza Chabiora, który nagle pojawia się zupełnie nie wiadomo skąd i natychmiast odmienia klimat obrazu, i dla Aleksandry Popławskiej, która… jest. I to wystarczy, by na ekranie zrobiło się cieplej. Mamed Chalidow też jest i w gruncie rzeczy najbardziej jest sobą, co można uznać za udany eksperyment. Gdyby próbował grać, to… ujmę to tak: Tomaszowi Kotowi jeszcze nie zagraża 😉

Zdjęcia również są świetne, a cały film jest bardzo dynamicznie zmontowany oraz – co w naszych warunkach dość nietypowe – całkiem dobrze udźwiękowiony. Nie mam pojęcia z czego to wynika, ale ilekroć jestem w kinie na polskim filmie, mam ochotę krzyknąć, żeby ktoś włączył napisy, bo zupełnie nie rozumiem, co ci ludzie na ekranie do siebie mówią. Tutaj pod tym względem jest całkiem dobrze.

Lepiej niż dobrze jest za to pod względem muzyki i tutaj duże brawa za odwagę, bo ścieżka dźwiękowa wcale nie jest oczywista. Czyli niekoniecznie tak, że małe polskie miasteczko, to od razu hip-hop, bit i niewyraźne rymy o przegranym życiu i szansie, która odjechała ostatnim pekaesem. Nic z tych rzeczy. Można tu usłyszeć nawet Ludovico Einaudi, czyli faceta, który skomponował kilka fragmentów muzyki do genialnych „Nietykalnych” z Omarem Sy. I co najlepsze: całość się świetnie broni.

Ale to by było na tyle, bo film ma też jedną, ale za to dość poważną wadę: potwornie słaby scenariusz. Ja wiem, że oczywiście najbardziej lubimy te melodie, które już znamy, ale niektóre sceny były niemal żyletką wycięte z „Rocky’ego”, podlane obficie Jackiem Danielsem i polską wódką, a następnie wklejone w mazurski krajobraz. Gdyby do ratusza w Ełku wiodły długie schody jak w Filadelfii, to jestem pewien, że filmowy „Kosa” wbiegłby po nich i na szczycie uniósł w górę dłonie.

Takich kalek z innych produkcji jest niestety więcej, ale trudno je nawet wszystkie przywołać, żeby niechcący nie opowiedzieć całej fabuły. W efekcie całość jest przewidywalna jak rozkład jazdy PKP: wiesz, że pociąg będzie opóźniony, tylko nie wiesz jak bardzo. Na element zaskoczenia raczej bym tu nie liczył.

Czy zatem warto? Można. Jak ktoś chce w dość łagodny sposób zetknąć się ze światem MMA, to jest to okoliczność atrakcyjniejsza, niż oglądanie bez odpowiedniego przygotowania walk w Polsacie. Głównie ze względu na Aleksandrę Popławską, która… jest. No i grę Lubosa, która jest bardzo.

No chyba, że walki w telewizji relacjonuje inny zestaw komentatorów, niż ci panowie, którzy robili to w filmie. W takim wypadku lepszy będzie Polsat, bo o tak drewniany komentarz (to zresztą również jedna ze scenariuszowych kalek) trudno nawet na zawodach w smażeniu jajecznicy.

Film od piątku w kinach. Przed premierą pojawiła się pewna aluzja do frekwencji na „Klerze”. Tak ją tutaj tylko zostawię, żeby nie zapomnieć, że padła 😉

Foto: YouTube

Za naszywkę! Czyli po co właściwie bawimy się w Rapha Festive500?

Kiedy mówię o tym znajomym lub wrzucam na profile w social mediach wiadomość, że „zaliczam” kolejne kilometry w wyzwaniu „Rapha #Festive500”, reakcje bywają różne. Jedni mnie dopingują, inni ignorują, czyli robią to, co zwykle robi się w obliczu różnych dziwactw, a jeszcze inni komentują z politowaniem, że do czego to człowiek jest zdolny, byle tylko zdobyć pamiątkową naszywkę.

Różnorodność i obfitość tych reakcji sprowokowały mnie do poszukania odpowiedzi na fundamentalne pytanie: co sprawia, że od Wigilii do Sylwestra ludzie zakładają na siebie kilka warstw, a potem i tak odmrażają sobie wszystko, co jest możliwe do odmrożenia, byle tylko przejechać 500 kilometrów na rowerze? Po co właściwie ludzie to sobie robią?

Po długich poszukiwaniach znalazłem dwie odpowiedzi:
– prostą: „bo mogą”.
– filozoficzną: „bo mogą”.

Cała zabawa zaczęła się w roku 2009, kiedy to Graeme Raeburn, wówczas projektant w produkującej kolarską odzież firmie Rapha, ze świątecznej wizyty u swojej matki postanowił wrócić rowerem. Nie byłoby w tym absolutnie nic dziwnego, gdyby po drodze nie wpadł na pomysł, że skoro już jedzie i marznie, to może tak jechać i marznąć przez 1000 kilometrów. Po co? Zainspirowany lekturą książki Henry’ego Desgrange chciał po prostu zrobić coś, co mógłby do końca życia zapamiętać jako „epickie”. Bo mógł. I po prostu chciał.

Raeburn swój tysiąc kilometrów przejechał i właściwie mógł o sprawie zapomnieć, ale pewnym skutkiem ubocznym długiej i samotnej jazdy na rowerze jest ogrom okazji i czasu do rozmyślań. Wyciągnął więc ze swojej jazdy kilka wniosków, między innymi ten, że 1000 km jest spoko, ale połowa tego dystansu mimo wszystko brzmi rozsądniej, bo wówczas rosną szanse na zaproszenie kogoś do współuczestnictwa w tym wariackim i zupełnie bezcelowym przedsięwzięciu. A ponieważ pochwalił się swoim pomysłem w robocie i sprawa nabrała pewnego rozgłosu, w grudniu 2010 roku znalazła się niespełna setka chętnych, którzy postanowili zmierzyć się z tym wyzwaniem. Później pomysł podchwycił jakiś cwany marketingowiec i… poszło!

Dziś, czyli osiem lat po pierwszym „publicznym” wyzwaniu, potencjalnych chętnych, którzy mają ochotę wyjść na rower między Wigilią a Sylwestrem jest ponad tysiąckrotnie więcej. Na chwilę obecną zarejestrowanych na Stravie jest ponad 95.000 uczestników, choć liczba aktywnie biorących udział w zabawie jest nieco niższa. Kręcących świąteczne kilometry uczestników z Polski jest obecnie blisko 650, a wśród nich można spotkać również kilku „prosów”, z Michałem Kwiatkowskim i Łukaszem Owsianem na czele. Tak, też się w to bawią.

Dla tych, którzy ukończą wyzwanie i przejadą co najmniej 500 kilometrów, przewidziane są sławetne naszywki (ładne i pięknie opakowane, ale poza wartością sentymentalną nieszczególnie drogocenne, o czym najlepiej świadczy fakt, że nie do końca jestem pewien, gdzie posiałem swoją sprzed roku;)

Oczywiście są też tacy, którzy zabawę traktują śmiertelnie poważnie i kręcą grube tysiące kilometrów (choć w #Festive500 nie wszyscy mają równe szanse, bo nie wszyscy muszą się mierzyć z parszywą pogodą, gdy radośnie kręcą np. na Majorce), ale zasadniczo jest to margines. Podobnie jak ci, którzy uciekają się do chytrych sztuczek i montują na rowerach po kilka różnych urządzeń, sumując później uzyskane wyniki (tych Strava na ogół wyłapuje i eliminuje z zabawy).

Po co sam się w to bawię? Oczywiście: bo mogę. Ale nie tylko. #Festive500 jest jednym z tych wyzwań, w których mocno dopinguje mnie moja Lepsza Połowa, a to wystarczy, bym nabrał ochoty na wyjście na rower i odmrożenie sobie siedzenia. Ostatecznie to od niej dostałem mój pierwszy „dorosły” rower i to ona zachęciła mnie słowami: „idź i rób to, co sprawia ci frajdę”.

Zatem robię. Bo w gruncie rzeczy pora roku nie ma większego znaczenia, by jazda na rowerze sprawiała przyjemność. Zawsze jest tak samo dobrze przewietrzyć sobie głowę i wyładować nadmiar energii, dodatkowo skumulowanej czasem, spędzonym przy świątecznym stole. Różnica jest tylko taka, że w grudniu potrzeba nieco fajniejszej zachęty. I tym w istocie jest cała ta zabawa: zachętą. Przynajmniej dla mnie, ale może też dla innych?

Maruda-Biadolenie Team

Tour de Pologne jeszcze dobrze nie wystartował, ale nasz narodowy Maruda-Biadolenie Team jest już na trasie i chyba właśnie minął strefę bufetu, bo najwyraźniej wstąpiły w niego nowe siły i zaczęła się doroczna prezentacja możliwości. A to, że trasa ciągle ta sama; że Tour de Pologne to w istocie Tour de Małopolska i Śląsk; że na prezentacji mało ludzi; że balony, nachalny marketing i mnóstwo innych drobnych rzeczy, które ponadprzeciętnie wyrobioną kolarską publiczność w Polsce kłują w oczy. Bo przecież to wszystko można zrobić inaczej i lepiej. No to czekam, aż ktoś zrobi. Popcornu nie lubię, ale jakby ktoś od czasu do czasu dosypywał świeżych frytek, to ja chętnie, poproszę.

Życzę Czesławowi Langowi długich lat szczęśliwego życia, ale gdzieś głęboko w duszy oswajam się z myślą, że kiedyś go w tej rzeczywistości zabraknie. I bardzo się przy tym obawiam, że dopiero wtedy odkryjemy, w jak bardzo ciemnej d… jesteśmy.

Nie chodzi o to, żeby nie krytykować i nie dyskutować. Wprost przeciwnie: dyskutujmy! Tylko byłoby fajnie, gdyby tę dyskusję osadzić jeszcze w granicach jakiejś rzeczywistości, w której ten cały cyrk funkcjonuje. Na przykład w niechęci miast, których władze z jednej strony trzęsą się z obaw przed zamykaniem ruchu w dni powszednie i podnoszonymi przez mieszkańców (i wyborców) pretensjami z tego tytułu, a z drugiej: świadomością braku umiejętności, a czasem również zwykłego pomysłu na zmonetyzowanie – było, nie było – jednodniowej, lub wręcz 2-3 godzinnej imprezy, bo przecież do tylu w najlepszym wypadku cały ten bałagan się sprowadza.

Wielu złorzeczy na trwale już wpisany w Tour de Pologne Kraków. Ja osobiście również uważam, że to miasto słabo się nadaje na organizację takiego wydarzenia. Ale jednocześnie jest to najlepiej pod względem turystycznym rozpoznawalne polskie miasto na świecie, które na turystyce opiera w dużym stopniu swoje funkcjonowanie i którego promocja opiera się w znacznej mierze na organizacji dużej liczby mniejszych lub większych wydarzeń. Nikt tutaj nie podniesie na prezydenta Majchrowskiego ręki, że wydaje pieniądze na promocję miasta. Czy sama organizacja Tour de Pologne się zwraca? Śmiem wątpić, bo o Krakowie można powiedzieć wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że jest miejscem, które kojarzy się ze sportem, albo które jest chociaż przyjazne rowerzystom (stan infrastruktury rowerowej woła tu o pomstę do nieba). Ale jednocześnie jest to miejsce, w którego strategię działania organizacja Tour de Pologne zupełnie bezboleśnie się wpisuje. Czynienie Langowi zarzutu, że próbuje te sprzyjające okoliczności wykorzystać, zakrawa na absurd.

Podobnych do Krakowa przykładów można wymieniać wiele. Ale czy taką samą swobodę miałaby na przykład Bydgoszcz? Szczerze powątpiewam. Przykłady Rzeszowa czy Nowego Sącza, które próbowały, ale później podliczywszy szable doszły do wniosków, że nie ma dobrych argumentów za kontynuowaniem tej współpracy, mówią wiele o tym, jak słaby jest to grunt do organizacji takiego wydarzenia, jak kolarski wyścig na – nie oszukujmy się – światowym poziomie (co krytykujący również z wszystkich sił zdają się deprecjonować).

Jeden z moich interlokutorów usiłuje mnie od dłuższego czasu przekonać, że źródłem tych pretensji jest po prostu niewiedza, a winę za ten stan rzeczy ponosi organizator, który – jego zdaniem – nadużywa wielkich słów do opisania swojego produktu, oraz „nierzetelni” dziennikarze, którzy nie tłumaczą wystarczająco jasno, na czym to wszystko polega. Nie kupuję tego argumentu. Tłumaczenie hejtu brakiem wiedzy jest może i wygodne, ale moim zdaniem jest niczym innym, jak tylko usprawiedliwianiem hejterów. Jak ktoś mnie opluje w tramwaju to nie sądzę, żebym dociekał, czy plujący posiadł wystarczającą wiedzę i podstawy wychowania, żeby wiedzieć, że nie powinien się tak zachowywać. Będę oczekiwał przeprosin. Uzupełnienie jego braków w wiedzy i wychowaniu to nie moja sprawa.

Znam też taką zasadę – i raczej będę się jej trzymał – że aby brać udział w jakiejkolwiek dyskusji, trzeba być do niej przygotowanym. Jak ktoś nie do końca rozumie, o czym jest mowa, to znaczy po prostu, że usiadł przy nieodpowiednim stoliku. W naszej rzeczywistości niezliczone rzesze ludzi czują się w obowiązku dorzucić przy każdej okazji swoje trzy grosze i czują się obrażeni, że pozostali dyskutujący nie są zainteresowani zejściem do ich poziomu. No sorry, ale nie na tym polega rozwój. Jak chcesz ze mną pogadać o tym, co zrobić, żeby miasta w Polsce nauczyły się w końcu wykorzystywać potencjał sportu do swojej promocji – usiądźmy i pogadajmy. Ja tego nie wiem, nie mam recepty, ale jak usiądziemy razem, to może coś wymyślimy. Ale jak chcesz mnie przekonywać, że Tour de Pologne jest sztucznie ograniczane przez Lang Team, które po prostu szuka łatwych i dużych pieniędzy, to wybacz, ale stolik z prostą wizją świata jest gdzie indziej.

I na koniec, zupełnie poza wszystkim: ja w sporcie szukam przede wszystkim frajdy i radości. Jest dla mnie rozrywką, która się dzieje tu i teraz i tylko to „tu i teraz” jest dla mnie istotne. Lubię się cieszyć tym, co dostaję. Uporczywe szukanie w tym wszystkim ciemnych stron odbiera mi całą radość. Dlatego z tego peletonu malkontentów uprzejmie proszę mnie wyłączyć. Maruda-Biadolenie Team to nie jest mój transferowy cel ani na ten sezon, ani na żaden inny.

 

Gorycz.

Na piłce nożnej znam się nieszczególnie, więc nie będę się wymądrzał o tym, co zawiodło: przygotowanie mentalne, motoryka, taktyka, czy może jeszcze coś innego. Nie wiem i – szczerze mówiąc – niewiele mnie to obchodzi. Ważne wydaje mi się coś innego: w trakcie tego dość żenującego spektaklu wielu moich znajomych wrzucało w social media posty o łzach, ocieranych dzieciom. I to mnie najbardziej poruszyło.

Mam to szczęście (lub nieszczęście), że pamiętam hiszpański Mundial’82. Książeczka z naklejkami piłkarzy i opowieścią o tej wspaniałej przygodzie leżała na mojej półce przez wiele lat, razem z egzemplarzem „Płomyczka” i historią moskiewskiego złota Kozakiewicza, zdobytego dwa lata wcześniej. Dopiero później bohaterami mojej młodości stali się Lech Piasecki i Andrzej Mierzejewski, ale to było innego rodzaju doświadczenie: oglądałem ich na żywo, przejeżdżających przez moje miasto. Z mojej wczesnej młodości pamiętam głównie te dwie historie, do których często wracałem, gdy dostałem łomot na szkolnym boisku. Do dziś pamiętam, że brakowało mi naklejki z Paolo Rossim i chyba nigdy z bliska nie zobaczyłem twarzy człowieka, który pogrążył nas w półfinale. Ale na następnej kartce była już historia o tym, jak się podnieśliśmy i zdobyliśmy brąz. To była dla mnie cenna lekcja o tym, że mecze czasem się przegrywa, bo taki jest sport. Ale później się wstaje, otrzepuje trawę z kolan, poprawia koronę i gna do przodu.

W polskiej piłce od 36 lat brakuje takiej historii. Przez chwilę miałem nadzieję, że stosunkowo udane ostatnie Euro i wygrane eliminacje do rosyjskiego mundialu zmienią ten obraz. Ale z dzisiejszej perspektywy myślę sobie, że wyrządziły chyba więcej szkody, niż pożytku. Uczyniły naszych piłkarzy dla wielu młodych ludzi idolami, pół-bogami. Założenie biało-czerwonej koszulki z dziewiątką dla wielu z nich było niemal przepustką do raju, skąd po raz kolejny zostali brutalnie strąceni w otchłań, w której nie ma żadnego oparcia i żadnego dobrego zakończenia.

Ciekaw jestem w jaki pomysł na otarcie ich łez mają Lewandowski, Nawałka i reszta futbolowego towarzystwa? Tu się nie da wykpić zdawkowym „taki jest sport”. Nie, nie jest taki. Sport jest brutalny, a porażki są naturalne, ale tylko wtedy, gdy się na boisku zostawia krew, pot i łzy. My widzieliśmy wczoraj tylko walkę o to, jak najlepiej poprawić getry.

Mam żal do mediów i sponsorów o to, że po raz kolejny wykreowały bohaterów na kredyt, którego nie potrafią spłacić. Mam żal do świata sportu, że te piłkarskie marzenia na kredyt toleruje i wspiera. Że nie wymaga od piłkarzy odpowiedzialności nie tylko za wynik, ale również za te łzy i przegrane marzenia tych wszystkich małych chłopców, których świat się wczoraj zawalił, a ich bogowie się po prostu odwrócili na pięcie, mówiąc: „ćwiczyliśmy dwa warianty i tak się pogubiliśmy, że nie wiedzieliśmy, który zagrać”.

Miałem sporo szczęścia w życiu, bo miałem bohaterów, w których determinację nie musiałem wątpić. Bardzo wiele w życiu się od nich nauczyłem. Nie wiem, czego nauczyli się wczoraj młodzi chłopcy, ubrani w biało-czerwone stroje? Chyba tylko tego, że w sporcie liczą się równo naciągnięte getry i dobra fryzura. Ale do tego nie trzeba ich było mamić opowieściami o „wielkiej drużynie”. Wystarczyło im puścić Johny’ego Bravo. Załatwiłby temat bez zbędnych złudzeń i łez.

 

Zajumane foto: Agencja Gazeta 

Jak Chris Froome wygrał Giro d’Italia na spektakularnym 19. etapie.

Słowo się rzekło. Marek Tyniec wynorał ten tekst, wyrażając przy okazji nadzieję, że kiedyś coś podobnego ukaże się w języku polskim. Ponieważ podzielam ten pogląd, a poniższa rozmowa jest jedną z najciekawszych rzeczy o kolarstwie, jakie ostatnio czytałem, podjąłem się próby przetłumaczenia tego materiału.

Oryginał znajduje się tutaj, a jego autorem jest Tom Fordyce. Zdjęcie pochodzi z materiałów organizatora Giro d’Italia. Tekst na blogu został opublikowany 7 czerwca 2018 r.

______________________________________

Jak Chris Froome wygrał Giro d’Italia na spektakularnym 19. etapie.

To był jeden z najbardziej sensacyjnych dni w sporcie ostatnich lat: Chris Froome, po trzech tygodniach walki z kontuzjami i niepewną formą, zaprezentował spektakularną 80-kilometrową solową ucieczkę na 19. etapie Giro d’Italia, odrabiając ponad trzyminutową stratę i wypracowując przewagę, której nie oddał do końca.

Kolarski świat oniemiał. Wiele osób, które wcześniej nieszczególnie interesowały się wyścigiem, teraz gromadziło się, by oglądać ten spektakl, budzący u jednych podziw, a u innych – cyniczny uśmiech. Dyskusje na ten temat nie ustają do dziś. Teraz, po raz pierwszy, dwóch ludzi odpowiedzialnych za stworzenie i realizację tego zuchwałego planu: Sir Dave Brailsford – szef Team Sky i Tim Kerrison – trener Froome’a, zabiera nas ponownie w tę ucieczkę, zdradzając jej szczegóły.

Być może zmienisz swoje zdanie na temat tego, co się wydarzyło. Być może nie. Może wyciągniesz z tego własne wnioski. Ale warto przeczytać, co o pomyśle, związanych z nim wątpliwościach, planowaniu i realizacji tej dramatycznej akcji, mają do powiedzenia Brailsford i Kerrison.

W tym niezwykłym wyścigu była to najbardziej nieprawdopodobna historia, jaka się wydarzyła.

Ziarno zostaje zasiane

Na trzy etapy przed końcem Giro Chris Froome, walczący ze skutkami upadków, urazem kolana i otarciami spowodowanymi przez siodełko, zajmował czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej, tracąc 3’22” do swojego rodaka Simona Yatesa, będącego po znakomitej jeździe przez 18 etapów liderem, oraz 2’54” do Toma Dumoulina – zwycięzcy Giro sprzed roku.

Piątek, 25 maja, przyniósł najtrudniejszy etap w ciągu całych trzech tygodni: 184 kilometry, cztery duże podjazdy, w tym przerażająca wspinaczka na Colle delle Finestre, najwyżej położony punkt wyścigu.

Dave Brailsford: Czwartkowy, 18. etap miał mocno rozciągnięty finisz: Dumoulin atakuje,  Yates błyskawicznie dojeżdża do jego koła. Dumoulin zwalnia, dochodzi Chris. Dumoulin odjeżdża ponownie, a Yates nie odpowiada.

To był ten moment: pierwszy sygnał, że Simon boryka się z problemami i pierwsze pytania: czy to tylko chwilowa słabość, czy już trend? Chris kontratakował i to wystarczyło. Gra się rozpoczęła.

Tim Kerrison: Rozpoznanie Finestre zrobiliśmy właściwie mimochodem. W czerwcu ubiegłego roku byliśmy w Sestriere, żeby obejrzeć niektóre z etapów Tour de France i mieliśmy jeden dodatkowy dzień. Nie wiedzieliśmy wówczas, że Chris pojedzie w Giro, ale wiedzieliśmy, że Finestre będzie na trasie. Pomyśleliśmy więc, że skoro tu jesteśmy, to zrobimy „rekonesans” na przyszłość, może się przyda Chrisowi lub innemu kolarzowi.

Pojechaliśmy więc przez podjazd na Finestre, zjazd w dolinę, podjazd do Sestriere – właściwie wszystko, poza ostatnim podjazdem na etapie. To był najgorszy dzień, jaki przeżyłem na rowerze. Zdałem sobie sprawę, że jeśli masz zły dzień na tej górze, możesz tu stracić mnóstwo czasu. Nie tylko na podjeździe, ale również na zjeździe i kolejnej wspinaczce. Ale zrozumieliśmy też, że może to być szansa.

Plan zaczyna się układać.

W czwartek wieczorem, w autobusie Team Sky, Brailsford gromadzi swoich ludzi: szefa ds. wydajności, Roda Ellingwortha, odpowiedzialnego również za logistykę; Jamesa Mortona – dietetyka zespołu oraz Nico Portala – dyrektora sportowego. Kerrison łączy się z nimi telefonicznie z obozu treningowego na Teneryfie.

Brailsford: Tim trenuje kolarzy i przygotowuje ich do wyścigów. Analizuje moc, jakiej potrzebują, żeby jazda przynosiła zakładane efekty. Dostarcza nam wiedzy i niezbędnych danych.

Nico odpowiada za taktykę. Jeździ samochodem zespołu. Jest emocjonalny, nieco romantyczny, ma bardzo bliskie relacje z zawodnikami. Wnosi zupełnie inny punkt widzenia do dyskusji, bo Tim i ja mamy bardziej „kliniczne” charaktery.

Spojrzeliśmy na plan etapu, na którym znajdowała się wspinaczka pod Finestre, strategicznie najbardziej nas interesująca. Powinna zostać pokonana mniej więcej w godzinę i pięć minut. Mamy świadomość, że tak ciężką jazdę na szczyt będą mogli podjąć tylko najlepsi zawodnicy. Będą pozostawieni samym sobie. Bez wsparcia drużyny, bez żadnej pomocy.

Pomyśleliśmy, że Simon jest już zmęczony, a początek podjazdu to 27 ostrych nawrotów, przypominających spinki do włosów. Przed każdym nawrotem zwalniasz, żeby zaraz potem przyspieszyć, wychodząc z niego. Pierwszych czterech lub pięciu zawodników nie ma z tym problemu. Ale kiedy jedziesz na jedenastej, dwunastej lub trzynastej pozycji, każdy nawrót oznacza sprint, tworzą się naturalne luki. Wiesz, że jak narzucisz ostre tempo z przodu, ktoś zapłaci za to z tyłu.

Chcemy więc jako zespół pierwsi dopaść tych serpentyn, a potem uderzyć tak mocnym tempem, jakie tylko będzie możliwe do utrzymania przez Chrisa przez półtorej godziny. Simon będzie musiał wówczas walczyć.

Kolejną kwestią było pozbycie się Dumoulina. Chris miał absolutną pewność: „Kiedy dotrzemy do 8-kilometrowej szutrowej drogi na szczyt Finestre, zamierzam zaatakować. I jestem pewien, że tam mogę go urwać”.

To była faza druga.

Zapytałem Chrisa czy byłby skłonny jechać z Dumoulinem? Na koniec dnia mógł być pierwszy lub drugi. Drugie miejsce to i tak o wiele lepiej niż to, co mamy obecnie. Ale jemu chodziło wyłącznie o wygraną, o nakrycie wszystkich czapką. O powrót z dalekiej podróży. Dla większości ludzi drugie miejsce byłoby znakomite, ale Chris powiedział tylko: „Nie, nie, nie. Nie pojadę z nim”.

Cały pomysł polegał więc na tym, żeby pokonać go na samym szczycie wiedząc, że tylko niewielka grupa kolarzy będzie blisko i żaden z nich nie będzie miał pomocników. Że to będzie walka jeden na jednego.

W tym momencie dyskusja zrobiła się bardzo ożywiona. Wchodzimy w to! Ludzie w drużynie bardzo to lubią.

Często w sporcie jest tak, że nie sposób nie brać pod uwagę konsekwencji jakiegoś działania. Trzeba kalkulować, czy ryzyko się opłaca. I prawie zawsze wybiera się wtedy rozwiązania ostrożniejsze.

Ale Chris był czwarty i miał ponad trzy minuty straty. To był jeden z tych wspaniałych scenariuszy, w których można powiedzieć: rzućmy na stół wszystko i zobaczmy co z tego wyniknie. Jeśli przeczucia nas nie mylą, wydrapiemy to zwycięstwo. Zaczęliśmy więc szczegółowe planowanie, żeby przeanalizować i wykorzystać każdą możliwą szansę.

Gra w cyferki

Na ostatnich 100 kilometrach etapu były trzy duże wzniesienia. Finestre: 18,5 km długości, średnie nachylenie 9,2% i szczyt na wysokości 2.178 mnpm. Szybki, trudny technicznie zjazd, a po nim wspinaczka do Sestriere: 16 km, ale już o wiele łatwiej. Piewsze 7 km prawie płaskie, pozostałe to średnio tylko 5%.

Na koniec zostawała ostatnia wspinaczka do mety w Bardonecchia: 7,2 km, średnio 9%. Podjazd, na którym można było wszystko stracić, nawet gdyby zadziałały dwie pierwsze części planu.

Brailsford: Żeby wypchnąć Chrisa na prowadzenie musieliśmy mu zapewnić odpowiednie paliwo. Organizm może przyjąć tylko 90 g. węglowodanów na godzinę. Jeśli w tym samym czasie zużyje więcej, szybko opadnie z sił. To było dla nas najważniejsze: Chris musiał dostać 90 g. węglowodanów co godzinę. Ale kiedy spojrzeliśmy, w którym to będzie miejscu etapu, zdaliśmy sobie sprawę, że zjedzenie trzech ciastek ryżowych albo trzech żeli podczas sztywnego podjazdu lub na zjeździe, w praktyce będzie niemożliwe.

Tim podzielił więc etap na segmenty: pierwsze 90 minut, potem dojazd do pierwszej wspinaczki i sam podjazd. Następnie przełożył to wszystko na moc, jaką Chris mógłby wytwarzać w każdym segmencie i ilość spalanych przy tym węglowodanów. Potem wprowadziliśmy w to strategię żywieniową.

Każda butelka wody waży 500 g. Mamy obsesję na punkcie każdych 30 g. roweru, więc pytanie o dodatkowe 500 g. na godzinnym podjeździe pod Finestre, który może okazać się decydujący dla całego wyścigu, jest w tym momencie kluczowe. Ale jeśli nie będzie dobrze nawodniony, istnieje bardzo duże ryzyko, że „strzeli”. Postanowiliśmy zatem dostarczać Chrisowi pożywienie i wodę w 10-minutowych odstępach, żeby on sam wiózł pod górę jak najmniej.

Przedstawiliśmy ten plan Rodowi – opadła mu szczęka. Gdy doszedł do siebie odpowiedział: „Możemy to zrobić, ale będziemy potrzebowali wszystkich w zespole: oficerów prasowych, mechaników, ochroniarza, mnie – to jedyny sposób, żeby to zadziałało”. Wtedy do nas dotarło, że niektórzy z tych facetów nigdy nie podawali bidonu jadącemu kolarzowi. A do tego musieliby się przemieszczać.

Rod opracował całą logistykę, James wyliczył co Chris powinien zjeść, kiedy i gdzie, Tim dokonał obliczeń, dotyczących wydatków energetycznych w poszczególnych miejscach… a potem zebraliśmy całą ekipę kolarzy i opowiedzieliśmy im, co zamierzamy zrobić.

Początek ucieczki

Rozpoczyna się etap. Zawiązała się ucieczka, a w niej kolarze Sky: David de la Cruz i Sergio Henao, którzy mogą być wsparciem dla Chrisa w razie próby odjazdu z peletonu. Ale Mitchelton-Scott, drużyna Yatesa, narzuca szybkie tempo, aby doprowadzić do podjazdu cały peleton. Nieświadomie realizują scenariusz Sky.

Brailsford: Od czasu do czasu, z biegiem lat, musisz po prostu zdać się na przeczucie. To był ten dzień dla Chrisa. „Wróciłem. Zamierzam tego dokonać”. To zjednoczyło i wzmocniło całą ekipę. Poczuli, że to ten dzień, w którym mogą razem sięgnąć po najwyższe cele.

U podnóża tej wspinaczki słyszysz w radiu głos kolarzy: „Chłopaki, to działa!”, „Usmażymy ich!” i czujesz, jak się to wszystko zaczyna składać w całość.

Na serpentyny u podnóża Finestre wpadli na czele, przyspieszyli i gra się rozpoczęła. Po krótkiej chwili Yates zaczął puszczać koło i wszyscy wiedzieli od razu: pierwsza faza została zakończona. Czas na drugą!

Docieramy do szutrowego odcinka. Z przodu jedzie Kenny Elissonde, nasz ostatni kolarz. Froome na jego kole, a w radiu rozlega się krzyk: „Ciśnij! Ciśnij!”. Wiedzieliśmy, że zaraz się to wszystko rozegra.

Kenny jedzie coraz szybciej. Po wszystkim powiedział: „Zdałem sobie sprawę, że jestem ostatni. Byłem już absolutnie na granicy, kręciłem ostatkiem sił, a w uchu słyszałem same najgorsze w tamtej chwili słowa: >Przyspiesz! Ciśnij!<„.

Pozostali: Tom Dumoulim, Thibaut Pinot, Domenico Pozzovivo, starali się odpowiedzieć, ale nie mogli. Pięć sekund nad goniącymi… Dziesięć sekund…

Kerrison: Jestem na Teneryfie, oglądam to wszystko w TV, a Dave wysyła mi SMS-a: „Co myślisz? Co powinniśmy teraz zrobić?”.

Zjazd

Froome wjeżdża na szczyt z 38-sekundową przewagą nad Dumoulinem i małą grupą pościgową. Yates odpadł, był dopiero w połowie drogi pod górę, tracąc już ponad pół godziny.

Dumoulin został wirtualnym liderem. Żeby zdobyć różową koszulkę, Froome musiał znaleźć na pozostałych 60 km dodatkowe dwie minuty.

Brailsford: Mamy dyrektora sportowego, Matteo Tosatto. Włocha, który jeździł więcej Grand Tourów, niż ja zjadłem gorących kolacji. Ciągle powtarzał: „To szybki zjazd. Nie wahaj się. Nie dawaj sobie 20 sekund na odpoczynek. Nie zabieraj kurtki. Po prostu jedź jak najszybciej w dół”.

Chris przejechał szczyt i pognał w dół. A goniąca go grupa zaczęła się wahać. Thibaut Pinot chciał, by wszyscy zaczekali na jego kolegę z zespołu, Sebastiana Reichenbacha. Zwolnili, więc różnica zrobiła się większa. A wraz z nią zaczęła rosnąć wiara Chrisa.

Możesz postawić Reichenbacha przeciw Froome’owi dowolnego dnia i nie ma takiej możliwości, żeby ich z sobą porównywać. Kiedy więc on był na czele pogoni, Chris dokładał im kolejne sekundy. Teoretycznie oznaczało to, że Tom i Thibaut mogli teraz odpocząć, a Richard Carapaz i Miguel Angel Lopez, pozostali kolarze w grupie goniących, walczyli między sobą o białą koszulkę, więc po prostu usiedli z tyłu. Nie wykonywali żadnej pracy. W grupie nie było porozumienia, zjazd nie był płynny, a Chris zyskiwał więcej czasu.

W dolinie

Przewaga Froome’a nad pościgiem powiększyła się po zjeździe o minutę i 15 sekund. Z pościgiem, w którym nie układała się współpraca i z Yatesem, przeżywającym na Finestre te same okropności, co rok wcześniej Kerrison, nagle wyścig otworzył się na nowo.

Brailsford: Chłopaki dużo trenują przy długotrwałym wysiłku aerobowym. To ciężka praca przez długi czas: jazda pod górę, ciśnięcie w dół, jazda przez dolinę i jeszcze trzeba zostawić trochę sił na powrót. To było dokładnie to, czego potrzebowaliśmy. To nie była jazda jak w ucieczce, ani podczas jazdy na czas. Trzeba było wyłączyć wszystko i jechać tak, jak podczas klasycznego treningu. Tak, jak jeździ się prawie codziennie. To była jedyna szansa.

A ja? Patrzyłem na zegar w telewizorze, pokazujący czas między grupami, który ciągle tykał. To było jak całe życie. Słyszysz organizatorów wyścigu: „Przewaga wzrosła o dwie sekundy. Dwie sekundy więcej!”. A potem nic. Czekasz, zastanawiasz się, czy pójdzie w górę czy w dół. A ona rosła. A czym bardziej rosła, tym mocniej wierzył Chris.

Kerrison: Zdawaliśmy sobie sprawę, że ostatni podjazd to 24-minutowy wysiłek. Wiedzieliśmy, że Chris ma siły. Ale wykorzystywaliśmy je przez ostatnie dwie godziny, więc możliwe, że ostatnia wspinaczka może się wydłużyć do 26 minut, co mogło otworzyć szansę Dumoulinowi. Ale Tom wykonywał największą pracę w grupie pościgowej i też był zmęczony.

Brailsford: W tym momencie wyłączyłem się i zostawiłem w zespole Nico, który wygrał z Chrisem cztery tytuły w Tour de France. Nico czuje nachylenia, zjazdy, wie kiedy przycisnąć i kiedy odpuścić. Chris jest tym, który to wszystko realizuje. Jedyne, co możemy zrobić, to go wspierać.

Kiedy Chris robi coś wielkiego, wizualizuje to sobie, planuje, nieustannie o tym myśli. Buduje się emocjonalnie. A kiedy nadchodzi ten dzień, wchodzi w to głęboko, poza granice cierpienia, poza wszystko.

Froome na zjeździe z Sestriere zyskał kolejne 25 sekund, kolejne 15 w następnej dolinie. Na podjeździe do Bardonecchii Dumoulin walczy o pozostanie z Carapazem i Lopezem. Pozzovivo strzelił, Yates został daleko z tyłu. Froome zyskał trzy lokaty. W 80 km przeskoczył z czwartej pozycji w klasyfikacji generalnej, z ponad trzeba minutami straty, na prowadzenie z 40-sekundową przewagą. I nie odda jej do końca, co budzi podziw w całych Włoszech i daleko poza ich granicami.

Mnożą się pytania

Dla niektórych ten dzień jest zbyt niezwykły, by mogli go zaakceptować. George Bennett, nowozelandzki kolarz Lotto NL Jumbo, porównuje go do zaskakującego powrotu Floyda Landisa na Morzine, podczas Tour de France w 2006 roku. Niedługo później świat zobaczył pozytywny wynik testosteronu u Amerykanina.

W mediach społecznościowych narastają wątpliwości i szerzą się teorie spiskowe. Jazda Froome’a porównywana jest z innymi wyścigami i solowymi ucieczkami włoskiej legendy Fausto Coppiego. Eddy Merckx – pięciokrotny zwycięzca Tour de France, śpiewa pieśni pochwalne na cześć Brytyjczyka. Bernard Hinault – również pięciokrotny triumfator Wielkiej Pętli – wprost przeciwnie. A Sky?

Brailsford: Sposób, w jaki rozegrał się ten etap był spektakularny. Ale ostatecznie to była również niezwykle rzadka sytuacja w kolarstwie, gdzie w grze jest czterech lub pięciu liderów w wyścigu, pozostawionych samym sobie, bez wsparcia, jeden na jednego. I zostają pokonani. Szczególnie, gdy dzieje się to tak daleko przed metą. Ludzie unoszą więc w zdziwieniu brwi i mają wątpliwości. „To było spektakularne i chciałbym w to wierzyć, ale czy mogę?” To naturalne, ludzie po prostu tacy są.

Dlatego naszym zadaniem jest siedzieć tu i wyjaśniać, dlaczego powinni w to wierzyć. Chcemy być bardziej otwarci i przejrzyści w tej sprawie, niż bywaliśmy w przeszłości, za co byliśmy krytykowani. Kiedy usiądziesz i zaczniesz to analizować, mając możliwość spojrzenia na moc, którą wygenerował Chris, zobaczysz, że nic nie było ponad to, co normalnie potrafi robić.

Dla niektórych jest to trudne i byłoby miło, gdybyśmy mogli po prostu się z nimi skontaktować, zaprosić niektórych z nich i powiedzieć: „Przyjdź i spójrz na to, co robimy. Porozmawiaj z nami, poznaj nas. Przyjdź i oceń to samodzielnie. I przekonaj się, że robimy wszystko, co w naszej mocy, aby upewnić się, że wszystko jest w 100% czyste.”

Wątpliwości pozostaną

Sky działało dwa lata, kiedy reputacja zespołu zaczęła być kwestionowana po odkryciu, że Bradleyowi Wigginsowi przyznano zwolnienie terapeutyczne na podanie kortykosteroidu przed Tour de France w 2011 i 2012 roku oraz przed Giro w 2013. Ponadto 14-miesięczne dochodzenie Brytyjskiej Agencji Antydopingowej nie było w stanie ustalić, co zawierała tajemnicza przesyłka, dostarczona Wigginsowi przed Criterium de Dauphine w 2011 roku.

Froome obecnie jest zaangażowany w postępowanie antydopingowe po tym, jak po ubiegłorocznym wyścigu Vuelta a Espana badanie wykazało przekroczenie dopuszczalnej normy salbutamolu. A jest jeszcze raport brytyjskiej komisji parlamentarnej ds. kultury, mediów i sportu, który stwierdza, że Wiggins i Sky „przekroczyli granice etyki”, stosując dozwolone w ramach przepisów antydopingowych środki nie w celach medycznych, ale w celu poprawy wydajności.

Czy ten brak zaufania i wiary nie wynika – przynajmniej częściowo – z winy Brailsforda i jego zespołu?

Brailsford: Raport DCMS jest, jaki jest. Można oczywiście wygłaszać opinie bez oparcia w jakichkolwiek dowodach i faktach. Jeden z parlamentarzystów w komisji powiedział, że wzięto po prostu cytaty z wypowiedzi ludzi, choć nie było 100% gwarancji na prawdziwość wygłaszanych przez nich tez. Jeśli mam być szczery, to mam bardzo złe zdanie na temat tego raportu.

W życiu trzeba dawać ludziom szansę. I oczywiście ludzie mogliby powiedzieć: „OK, ale już mieliście szansę”, ale wówczas powiedziałbym każdemu, kto ma jakiekolwiek wątpliwości co do tego co i jak robimy, że w przeciwnym wypadku wolelibyśmy tego w ogóle nie robić. Po prostu nie bylibyśmy w nic zaangażowani. Można oszukiwać w celu wygranej, ale gdzie wówczas jest zabawa? Wtedy nie ma sensu robić tego w ogóle.

Jednym z powodów krytyki jest brak przejrzystości. Staramy się być transparentni, ale oczywiście niektórzy ludzie oczekują od nas, że będziemy jeszcze bardziej przejrzyści, co w sumie jest w porządku. Ale sądzę, że można z tego wyciągać jakieś wnioski.

Jeśli tworzysz zespół z niczego, zupełnie od zera i próbujesz w szybkim tempie podbijać świat, próbujesz go naprawiać i zmieniać – co w istocie jest tym, co zrobiliśmy – jest nieuniknione, że gdzieś po drodze musisz się zatrzymać, spojrzeć wstecz i pomyśleć: „powinniśmy to poprawić; szkoda, że podjęliśmy taką decyzję; byłoby lepiej, gdybyśmy zrobili coś inaczej; to na pewno nam nie pomogło”. Ale wtedy musisz wrócić do pierwotnych zamiarów i intencji, jakie stały za tym, co próbowaliśmy zrobić. A chcieliśmy stworzyć zespół, który miał być domem dla młodych brytyjskich kolarzy, gdzie absolutnie nikt nie byłby nakłaniany do dopingu, oszustwa, lub czegokolwiek innego. To jest podstawowa filozofia naszego zespołu, w którą ja wciąż wierzę. Naprawdę.

Nie ukrywamy tego, że staramy się szukać okazji do rywalizacji. Ale chodzi o to, żeby ludzie osiągali optymalne wyniki, nie o występy na dobrym poziomie. Chcemy być najlepsi na świecie. Chcemy pomóc ludziom osiągać coraz wyższy poziom i cały czas robić coś nowego. Nie sądzę, żeby to przeczyło tej fundamentalnej zasadzie. Zasadniczo chcemy to osiągać absolutnie we właściwy sposób. Po prostu nie ma sensu robienie tego inaczej.

Dogrywka

Zwycięstwo Froome’a było historyczne. Został trzecim człowiekiem na ziemi, po Merckxsie i Hinault, którzy wygrywali kolejno wszystkie trzy Wielkie Toury.

Nadal czeka na zamknięcie swojej sprawy salbutamolu, choć obstaje przy tym, że jest niewinny i powinien zostać oczyszczony, że wygrane Vuelty i Giro nie zostaną mu odebrane.

Otaczają go zarówno wierzący, jak i sceptycy. Dla Brailsforda to zarówno kwestia wiary, jak i przyjemności. W skomplikowanym świecie stara się widzieć prostotę.

Brailsford: Ten piątek był jednym z najprzyjemniejszych dni, jakie przeżywaliśmy przez ostatnie 20 lat. Było tak daleko, a to wszystko trwało tak długo. Czy ten jeden moment będzie na pewno tym właściwym? Czy to się stanie? Boże, to się może wydarzyć, to się może stać… o mój Boże, to się stało!

Na poziomie emocji to było genialne. To, jak Chris pojechał, odwaga, jaką pokazał, to było takie czyste… Wszystko to kochałeś w sporcie jako młody człowiek. Wszystko, co możesz samotnie osiągnąć w wyścigu. Cudownie było na to patrzeć.

Wygrywać jak u siebie…

Oglądałem to z otwartymi ustami w E3 Harelbeke i oglądałem to niemal jak powtórkę dzisiaj. Solidny atak na wiele kilometrów przed metą i kapitalna robota „na zapleczu”. Moc, jaką imponuje Niki Terpstra i chirurgiczna precyzja, z jaką Gilbert i Stybar przecinali każdy zawiązujący się kontratak. Perfekcyjna robota.

I efekt, w postaci solidnej kolekcji zwycięstw Quick-Stepu w wiosennej batalii w klasykach.

Robi to na mnie wrażenie. Tutaj nieco obszerniejsza relacja z przepięknej (jak zwykle) edycji Flandryjskiej Piękności.