Chwała poległym w walce z pieszymi…

Dyskusja o pierwszeństwie pieszych byłaby może ciekawa, gdyby faktycznie wprowadzano do prawa coś zupełnie nowego i rewolucyjnego. Ale podobne rozwiązania w naszym prawie o ruchu drogowym już istnieją i nikogo nie dziwią. No… prawie nikogo.

Przyznam, że jestem nieco zaskoczony pozytywnym odbiorem posta, w którym postuluję, żeby nieco zwolnić i uwolnić się od drogowego szaleństwa, w jego rozmaitych odmianach: od potrzeby jazdy samochodem po zapałki poczynając, na nadrzędnym imperatywie „trzeba zapierdalać!” kończąc.

Istnieje oczywiście duże prawdopodobieństwo, że zbieżność poglądów moich oraz ludzi, komentujących tamten wpis na Twitterze lub Facebooku, może wynikać po prostu z tego, że należymy do tej samej tzw. bańki komunikacyjnej. Nawet jeśli tak jest i wydaje nam się we wnętrzu bombelka, że jest nas całkiem sporo, warto mieć świadomość, że wciąż jesteśmy w zdecydowanej mniejszości.

Okazuje się, że ktoś nawet policzył w jak małej. Jak wynika z długo ukrywanego przed opinią publiczną raportu Ministerstwa Infrastruktury, aż 90% kierowców przekracza dozwoloną prędkość w okolicach przejść dla pieszych. Nie bez powodu odwołuję się właśnie do tych badań, bo do poprzedniego wpisu siadałem właśnie zdemolowany poziomem dyskusji, dotyczącej wciąż jeszcze odległej, ale gdzieś tam planowanej zmiany, polegającej na drobnej, acz istotnej zmianie, związanej z zasadą pierwszeństwa na przejściu dla pieszych.

Dzisiaj jest tak, że pieszy ma pierwszeństwo na przejściu dla pieszych wtedy, gdy już się na nim znajduje. Docelowo ma być tak, że kierujący będzie miał obowiązek ustąpienia pierwszeństwa pieszemu w chwili, gdy ten się będzie do przejścia zbliżał.

Zmiana z pozoru niewielka, ale wśród wielu kierowców wywołuje objawy histerii. Poziom argumentów, po jakie sięgają w tej dyskusji, dosłownie zwala z nóg. Zresztą… jak ktoś ma sporo czasu, to może się zagłębić w lekturę komentarzy pod postem z zapowiedzią rzeczonej zmiany, na przykład tutaj (choć takich miejsc w sieci znajdziemy dosłownie setki). Jak ktoś ma nieco mniej czasu i woli dyskusję na nieco wyższym poziomie, polecam obserwowanie na Twiterze profilu Łukasza Zboralskiego, szefa serwisu BRD24.pl, który cierpliwie i konsekwentnie, powołując się na dziesiątki rozmaitych badań walczy z wiatrakami absurdalnych przekonań. A walka to bardzo nierówna.

Od razu drobne zastrzeżenie: nie wszystkie argumenty, po które sięgają dyskutujący, są zupełnie od czapy. Absolutnie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że bezpieczeństwo pieszych na przejściach zależy również od poprawy infrastruktury. To prawda. Sytuacje, w których przejścia dla pieszych prowadzą przez dwupasmową drogę z dużym natężeniem ruchu, a ruch na nich nie jest regulowany światłami, są niestety wciąż bardzo częste. W niektórych przypadkach nie są nawet oświetlone (vide np. droga nr 7 między Tarczynem a Grójcem). Takie miejsca powinny jak najszybciej zniknąć z mapy.

W miastach sytuacja również często nie wygląda wiele lepiej, ale w miastach co do zasady obowiązuje ograniczenie prędkości do 50 kmh i gdyby tylko kierowcy zechcieli się do niej stosować, wszystkim byłoby dużo łatwiej. Niemniej to prawda, że wciąż są miejsca, przez które przejazd wywołuje gęsią skórkę nawet mimo stosowania się do ograniczeń. Ja przeżywam taki horror za każdym razem, gdy po zmroku jadę aleją Andersa w Krakowie, na której oświetlenie jest rozmieszczone w taki sposób, że niemal wszystkie przejścia dla pieszych, a jest ich tam niemało, giną w mroku. Wzrok mam nadal niezły, ale mimo to jestem tam szczególnie ostrożny.

Wracając jednak do tych dyskusji o obowiązku ustąpienia pieszym zanim jeszcze wejdą na przejście. Sprawa nie byłaby tak absurdalna, gdyby nie fakt, że w polskim prawie o ruchu drogowym istnieją co najmniej dwie sytuacje, które można by uznać za analogiczne do wspomnianego obowiązku ustąpienia pierwszeństwa pieszemu, zbliżającego się do pasów.

Pierwsza z nich to zapalenie się żółtego światła na sygnalizatorze, które wprost oznacza „zakaz wjazdu za sygnalizator, chyba że w chwili zapalenia się sygnału pojazd znajduje się tak blisko sygnalizatora, że jego zatrzymanie się nie jest możliwe bez gwałtownego hamowania”. Z polskiego na nasze oznacza to tyle, że jak zapali się żółte światło, to kierowcy mają obowiązek się zatrzymać. Niestety, w polskich realiach oznacza to tyle, że zapalenie się żółtego światła powoduje wciśnięcie do podłogi pedału gazu. „Zmieścisz się, śmiało”. Niemało jest takich, którzy odróżniają (pojęcia nie mam w jaki sposób) „wczesne żółte” od „późnego żółtego”, względnie od „wczesnego czerwonego”, przy czym w każdym wypadku uważają zapalenie się tego światła za zachętę do dalszej jazdy.

Sytuacja z wejściem pieszego na przejście jest niemal doskonale analogiczna. Według dzisiejszych przepisów pieszy zyskuje pierwszeństwo w chwili, gdy wejdzie na przejście. Kierowca w tej sytuacji ma obowiązek się zatrzymać. To jest dokładnie tak samo, jak gdyby zaraz po zielonym (pieszy przed przejściem) miało się zaświecić czerwone (pieszy na przejściu). Wprowadzenie zasady ustąpienia pierwszeństwa pieszemu w chwili, gdy zbliża się on do przejścia, to odpowiednik żółtego sygnału: masz obowiązek się zatrzymać, chyba, że jesteś na tyle blisko, że wymagałoby to gwałtownego hamowania. Przed podjęciem decyzji o tym, jak powinieneś się zachować, musisz to tylko sprawdzić. Przed czym my tu się tak gwałtownie bronimy?

Drugą sytuacją, którą można porównać z ustąpieniem pierwszeństwa pieszemu przed wejściem na przejście jest zasada ruchu, stosowana przy znaku „ustąp pierwszeństwa przejazdu”. Oznacza ona, że podczas zbliżania się do skrzyżowania z drogą z pierwszeństwem przejazdu należy zachować ostrożność i ustąpić pojazdom, które znajdują się na tej drodze. Na drodze. Nie „na skrzyżowaniu”. To również wymaga od kierowcy ostrożności i zwrócenia swojej uwagi w tę stronę, z której może nadejść potencjalne zagrożenie. I to zwykle wystarcza do podjęcia właściwej decyzji.

Wyobraźmy sobie sytuację, że wprowadzamy do ruchu drogowego zasadę, że natychmiast po zielonym zapala się czerwone, a pierwszeństwa ustępujemy tylko tym pojazdom, które znajdują się na skrzyżowaniu. Nastałyby chaos i zniszczenie. Ale ta sama zasada, obowiązująca na przejściach dla pieszych już nikomu nie przeszkadza. Fakt, że piesi w Polsce masowo na przejściach giną, to oczywiście wina tego, że pakują się pod koła ze smartfonami w ręku i w słuchawkach na uszach. Tyle tylko, że te mity dość skutecznie obala przywołany na wstępie ministerialny raport.

Polscy mistrzowie kierownicy nie ustają w wymyślaniu wyimaginowanych sytuacji, które ich zdaniem skomplikują wszystkim życie. „Dwie baby gadające przy przejściu”, którym kierowcy rzekomo mieliby ustępować, tworząc kilometrowe korki, lada moment przejdą do legendy. Podobnie jak piesi radośnie wbiegający na przejście, którzy teraz mieliby to robić częściej i w majestacie prawa. Tyle, że to również nieprawda, bo takie przypadki są marginalne, a prawo o ruchu drogowych ostrożności i zdrowego rozsądku wymaga od pieszych dokładnie w takim samym stopniu, jak od kierowców.

Ale źródło tych nieporozumień tkwi jeszcze w innym miejscu: w absolutnym braku kultury na drodze i w posuniętym do granic możliwości egoizmie. To on jest głównym powodem tego, że na drodze zupełnie zapominamy o tym, że jednym z naszych obowiązków jest dbanie o bezpieczeństwo nie tylko własne, ale również innych uczestników ruchu. Zwłaszcza słabszych.

Zamiast tego doprowadziliśmy do sytuacji, w której ustąpienie pierwszeństwa rowerzyście lub pieszemu jest przez kierowcę traktowane jak zamach na jego prawa. Tymczasem tak naprawdę koszt kultury i życzliwości na drodze ogranicza się wyłącznie do kilku niewielkich ruchów stopą. Z punktu widzenia strat energetycznych nie powinno to pochłonąć nawet jednej kalorii, na ten ruch wystarczy nawet jedno ziarenko sezamu z Big Maca.

Jedyne, co tak naprawdę może ucierpieć w wyniku kultury i życzliwości na drodze, to przerośnięte ego. I niewykluczone, że wyłącznie o to się właśnie tutaj rozchodzi.

Foto: Paweł Sawicki / Flickr

A gdyby tak, bardzo przepraszam, trochę… zwolnić?

Dwie rzeczy na tym świecie budzą tak naprawdę moją ciekawość. Co się dzieje z tymi wszystkimi haczykami na ubrania, które wiecznie ktoś odkręca w toaletach? I gdzie my się do licha tak ciągle spieszymy?

Popularne powiedzenie głosi, że mężczyźni zwykle do pewnego momentu rosną, ale nigdy nie dorastają. Coś w tym jest, ale ja mimo wszystko obserwuję u siebie pewne zmiany, choć nie jest wykluczone, że po prostu zaczynam się starzeć. Mimo wszystko jednak biorę za dobrą monetę odkrycie, że pewnych rzeczy w życiu już nie muszę. Tak naprawdę nie musiałem nigdy, a teraz po prostu nie muszę bardziej. Na przykład: nie muszę się nigdzie spieszyć. Albo nie muszę we wszystkim być najlepszy. Ba! Nawet nie muszę być dobry, a i tak mogę być szczęśliwy i spełniony.

Pierwszy raz dało mi do myślenia, gdy razem z dwoma przyjaciółmi rozważaliśmy podbicie świata marketingu sportowego. Ja prowadziłem małą firmę, zajmującą się komunikacją, a oni właśnie pożegnali uroki pracy w medialnym korpo. Mieliśmy w ręku wszystkie niezbędne atuty, żeby odnieść sukces, ale wątpliwości zasiał w nas pewien znajomy biznesowy coach. Podpowiedział nam, że dobrze byłoby, żebyśmy się gruntownie „zmapowali” i poznali nawzajem swoje nie zawsze uświadamiane kompetencje i uzdolnienia. Chodziło o sprawdzenie, czy przypadkiem nie stworzymy spółki, złożonej z trzech facetów, z których każdy niby umie wpisać coś w excela, ale żaden tak naprawdę nie lubi tego robić.

Trochę było nam szkoda kasy na takie badanie. Chwilę wspólnie popracowaliśmy, zrealizowaliśmy razem kilka fajnych projektów, ale ostatecznie zarzuciliśmy mocarstwowe plany i każdy poszedł w swoją stronę. Za stwierdzenie, że wyżej sobie cenią naszą przyjaźń i nie są skłonni ryzykować jej na rzucanie się w nieznane wody, do dziś chłopakom jestem wdzięczny. Patrząc na to, jak skończyła się moja biznesowa przygoda i ile moich własnych błędów na ten smutny koniec się złożyło, jest wielce prawdopodobne, że dzisiaj częściej niż na wódce widywalibyśmy się na sali sądowej.

Ta historia nauczyła mnie nieco inaczej patrzeć na świat i inaczej oceniać moje własne potrzeby oraz skutki ich zaspokajania. Upadłość okazała się lekcją bardzo drogą, ale jednocześnie niezwykle cenną. Przede wszystkim odkryłem, że wiele rzeczy, którymi się dotychczas otaczałem, nie jest mi tak naprawdę do niczego potrzebnych. Miałem je tylko po to, żeby mieć. Albo – co czasami bywa jeszcze ważniejsze – żeby nie czuć się gorzej z tego powodu, że czegoś nie mam.

Najbardziej bolesnym i pouczającym doświadczeniem było oddanie samochodu firmie leasingowej. Czułem się upokorzony i zdeptany, ale bynajmniej nie dlatego, że musiałem się przyznać do tego, że już mnie nie stać na płacenie rat. Bardziej mnie „bolała” utrata widocznego atrybutu mojego „sukcesu”. No i wydawało mi się, że teraz już sobie zupełnie nie poradzę, a życie stanie się jakoś nieznośnie trudne.

Nic z tych rzeczy. Nauczenie się życia bez samochodu zajęło mi dokładnie tyle, ile zajmuje przestudiowanie rozkładu jazdy komunikacji. Przy okazji odkryłem, że mam dużo więcej czasu na rzeczy, na które zawsze miałem go za mało. A kiedy zacząłem się przemieszczać po mieście za pomocą nóg i transportu publicznego, zacząłem się nieco baczniej przyglądać zachowaniom kierowców na drodze. Obrazu dopełnia to, co widzę z roweru. A kiedy teraz siadam za kierownicę samochodu, zwracam znacznie większą uwagę na to, co do niedawna wydawało mi się zupełnie „naturalne”.

W mojej prywatnej ocenie, niepopartej wprawdzie żadnymi rzetelnymi badaniami, prawie 90% decyzji, jakie kierowcy podejmują na drodze, to decyzje zupełnie nieprzemyślane, nielogiczne, przeczące zdrowemu rozsądkowi, fizyce, fizjologii, o tzw. „normach społecznych” nawet nie wspominając.

W związku z tym od jakiegoś czasu wnikliwie przyglądam się dyskusji na temat bezpieczeństwa na polskich drogach, zwłaszcza w kontekście bezpieczeństwa pieszych. Teoretycznie wydaje się niemożliwe, żeby normalni ludzie byli w stanie wznieść się na taki poziom absurdu, byle tylko „obronić” prawo do swojej dominacji na drodze. Ale tak naprawdę wystarczy baczniej przyjrzeć się temu, w jaki sposób jeżdżą, żeby zrozumieć jak daleka droga jest jeszcze przed nami.

Polecam eksperyment: spróbujcie chwilę pojeździć zgodnie z przepisami. Da się – zaręczam, bo testowałem ostatnio na sobie, nie ponosząc żadnych strat, o czym za chwilę. Ale wrażenie z jazdy po mieście 50 kmh jest naprawdę dziwne.

Po pierwsze: przekonacie się, że przepisy łamią niemal wszyscy.

Zrobiłem niedawno w niewielkim gronie znajomych małą sondę, bo byłem ciekaw, w jaki sposób rozumieją coś, co jest określane jako „zasada ograniczonego zaufania”. Wnioski mnie poraziły, zwłaszcza że pytanie zadałem ludziom bez wyjątku gruntownie wykształconym, ogarniętym życiowo i dość dobrze zorientowanym w otaczającej nas rzeczywistości. 9 na 10 odpowiedziało, że chodzi o założenie, że inni uczestnicy ruchu drogowego nie przestrzegają przepisów. Ktoś dodał, że tak naprawdę nie ma czegoś takiego, jak „zasada ograniczonego zaufania”, bo to tylko „niepisana reguła”.

Tymczasem w prawie o ruchu drogowym widnieje taki oto zapis:

Art. 4. Uczestnik ruchu i inna osoba znajdująca się na drodze mają prawo liczyć, że inni uczestnicy tego ruchu przestrzegają przepisów ruchu drogowego, chyba że okoliczności wskazują na możliwość odmiennego ich zachowania.

W jednej z najlepszych, a jednocześnie najbardziej łopatologicznych interpretacji tego przepisu wyczytałem, że chodzi tu o możliwość zidentyfikowania wśród innych uczestników ruchu tego, którego odmienne zachowanie wskazuje na możliwość nieprzestrzegania przez niego przepisów. To teraz konia z rzędem temu, kto w tłumie ludzi, którzy przepisy mają gdzieś wyłowi tego, kto stanowi dla innych rzeczywiste zagrożenie.

Po drugie: prędkość innych może was naprawdę przerazić.

Żeby zobaczyć jakąś różnicę trzeba mieć właściwy punkt odniesienia. A ponieważ zwykle sami nie przywiązujemy zbyt dużej wagi do przestrzegania ograniczeń prędkości (skoro wszyscy jadą szybciej, to ja też mogę, przecież wszystkich nas nie złapią), nie za bardzo jesteśmy w stanie dostrzec różnicę między tym, jak szybko jechać możemy, a jak szybko faktycznie jedziemy.

Polecam do tego eksperymentu dowolną drogę dwupasmową w mieście. Taką, na której obowiązuje standardowe 50 kmh. I proponuję przez jakiś czas nie przekraczać prędkości, rozglądając się jednocześnie uważnie wokół. Zobaczymy dzieci, psy, ludzi jadących na rowerze lub hulajnodze, a może też kogoś, komu właśnie urwało się ucho w siatce pełnej jabłek i odruchowo się po nie schylił, wystawiając głowę poza krawędź chodnika. A po drugiej stronie wyprzedza cię właśnie inny samochód z taką prędkością, że podmuch powietrza trzęsie twoją półtoratonową kupą stali jak trzciną.

Spróbuj pojeździć zgodnie z przepisami jeden dzień, może dwa, może tydzień. Zobaczysz to zjawisko w skali, która prawdopodobnie cię przerazi.

Po trzecie: odkryjesz, że praktycznie nic nie tracisz.

Z większością ludzi, którzy będą wyprzedzać cię w mieście, spotkasz się na najbliższych światłach. Z dużą częścią tych, którzy wyprzedzają cię na autostradzie – w najbliższym McDonald’s.

To też można sprawdzić. Ja ostatnio upatrzyłem sobie w Poznaniu cwaniaka, który najpierw uparcie mrugał na mnie światłami i jechał tak blisko mojego zderzaka, jakby miał ochotę mnie popchnąć. Na którymś skrzyżowaniu w końcu mnie wyprzedził metodą na „cwanego gapę”, czyli z pasa do skrętu w prawo pojechał prosto. Małe zwycięstwo. Ale na najbliższych światłach staliśmy koło siebie. Na kolejnych tak samo. Nie pomogło skakanie z pasa na pas i wyprzedzanie raz z prawej, raz z lewej. Zatrzymywaliśmy się dokładnie na tych samych światłach. Przejechaliśmy „razem” dobre 4-5 km. „Zyskał” może ze 40 metrów, po drodze wkurwiając co najmniej kilka osób i prokurując co najmniej kilka naprawdę niebezpiecznych sytuacji. Tyle wygrać!

Z tą potrzebą jechania szybciej niż można jest dokładnie tak samo, jak z wspomnianą wyżej „potrzebą” posiadania tak wielu zbędnych rzeczy. „Muszę ruszyć pierwszy”. Tak, z pewnością. To przecież odmieni świat.

Po czwarte: zrozumiesz kilka innych rzeczy, które każą ci się nad sobą zastanowić.

Na przykład to, że tak naprawdę nigdy nie stoisz w korku. Ty go po prostu tworzysz.

Ta prosta prawda w gruncie rzeczy nie wymaga dowodzenia, ale jak się rozejrzysz dookoła, to z dużym prawdopodobieństwem zobaczysz wokół siebie mnóstwo ludzi bardzo podobnych do ciebie: samotnych w swoich blaszanych puszkach. Może przyjdzie taki moment, że zaczniesz sobie zadawać pytanie: skąd do licha wzięło się na drogach tyle samochodów? I czy aby na pewno wszyscy muszą nimi jeździć?

Nieco przez przypadek zostałem jakiś czas temu uświadomiony w kwestii tego, dlaczego firmy tak chętnie oferują samochody służbowe. Kiedyś była to domena przedstawicieli handlowych, którzy musieli jakoś dotrzeć do klienta gdzieś w Bieszczadach, więc naturalne było, że wsiadają w służbową Fabię i gnają na drugi koniec kraju. Teraz w bardzo wielu korporacjach byle menedżer średniego szczebla dostaje niejako w „pakiecie powitalnym” służbowe auto, które służy mu wyłącznie do tego, że dojeżdża nim z domu do pracy.

Dlaczego tak się dzieje? Bo to się firmom po prostu opłaca. Każde 1000 złotych dodatkowej kasy w kieszeni pracownika to dodatkowy kilkusetzłotowy koszt pracodawcy. Danie zamiast tego służbowego samochodu powoduje, że wszyscy czują się wygrani: pracownik zrobił doskonały deal, bo nie musi wydawać kasy albo brać kredytu na furę, pracodawca ma koszt, który w prosty sposób odpisuje od przychodów, firma leasingowa zaciera ręce. Wszyscy są szczęśliwi. Znam firmy, w których odbywa się to w banalnie prosty sposób: wybierz sobie dowolny wózek w maksymalnej kwocie X.

W rzeczywistości pracownik traci potrójnie: nie dostaje pieniędzy, które prawdopodobnie zagospodarowałby znacznie lepiej, a ten rodzaj „uposażenia” de facto obniża podstawę kwoty, od której w przyszłości będzie zależała jego emerytura (o ile rzecz jasna do tego czasu nic się nie zmieni, bo w czym jak w czym, ale w systemie emerytalnym pewny jest tylko jego rychły koniec). Nie mówiąc już o tym, że w razie ewentualnego rozstania z pracodawcą otrzyma odprawę pomniejszoną o wielokrotność tej różnicy, podczas gdy samochód pozostanie na stanie firmy i „uszczęśliwi” kolejnego naiwnego.

I tak dalej…

Tak naprawdę siadając do tego wpisu miałem w planie przyjrzenie się temu, co się dzieje w relacjach kierowców z pieszymi, ale już z tego wyszła niezła blacha, więc prawdopodobnie i tak niewiele osób dotrze aż do tego miejsca. Pora więc na kropkę, a do sprawy pieszych i tego, jakim „prześladowaniem kierowców” okazuje się możliwy obowiązek ustępowania pierwszeństwa pieszym, zanim jeszcze wejdą na przejście, wrócę niebawem.

Tę przydługą wypowiedź zakończę tym, od czego zacząłem: życzę wam zrozumienia, że tak naprawdę nigdzie się nie musimy tak bardzo spieszyć. Możemy bez tego żyć równie szczęśliwie, a może nawet znacznie bardziej. I życzę wam odkrycia tej przyjemnej oczywistości możliwie najmniejszym kosztem.

Pinkie, czyli jak chcieć nie chcieć

Cała sztuka nie polega tylko na sprawianiu, żeby ludzie nie mogli czegoś zrobić, bo prędzej czy później i tak to zrobią. Sztuka polega na tym, żeby tego NIE CHCIELI robić.

Uważni czytelnicy tego bloga zwrócili pewnie uwagę, że drugą po kolarstwie kategorią tematyczną, którą tu poruszam, jest bezpieczeństwo ruchu drogowego. Dzieje się tak nie bez przyczyny. Zwykle bowiem kilka razy w tygodniu narażam swoje życie, wystawiając obleczony w lycrę odwłok na widok pań i panów kierowców, co sprawia, że jestem żywo zainteresowany ich zachowaniem w moim bezpośrednim sąsiedztwie. A ponieważ zdarza mi się to czynić w różnych częściach tak kraju, jak i kontynentu, wniosków z tych obserwacji, uzupełnionych różnego rodzaju lekturami i badaniami, mam (tak mi się wydaje) całkiem sporo.

Nie chcę tu pozować na eksperta, co się naczytał badań i będzie teraz dowodził, że skoro nie jest prawdą, że piesi notorycznie wchodzą na ulicę, zapatrzeni w swoje telefony (a nie jest), to problemu nie ma. Nie zamierzam też nikogo przekonywać, że skoro jeżdżę od 1993 roku i pokonałem dotychczas samochodem lekko licząc milion kilometrów, a dotąd jeszcze nie potrąciłem jelenia, to znaczy, że empirycznie udowodniłem, iż jelenie nie wbiegają na drogę (bo i takie ciągi myślowe gdzieś się w przestrzeni pojawiają). Nic z tych rzeczy. Po prostu czasem odzywa się we mnie filozoficzna natura i każe zebrać swoje przemyślenia w jednym miejscu.

Mam do tego w zanadrzu dość upierdliwy asset, polegający na tym, że jestem aktywnym uczestnikiem ruchu, należącym jednocześnie do trzech, zwykle wzajemnie się zwalczających kategorii: kierowców, rowerzystów i pieszych. I nie to, że jestem pieszym tylko wtedy, kiedy idę z domu na parking, ale np. w Warszawie, gdzie spędzam większość „roboczego” tygodnia, korzystam wyłącznie z własnych nóg i transportu zbiorowego (polecam). I jakby tego wszystkiego było mało, to do tych wszystkich trzech grup, poruszających się po naszych drogach i chodnikach, mam stosunek dość krytyczny i nie zamierzam tu nikogo bronić, bo w kontekście bezpieczeństwa na drogach wszyscy mamy porządnie za uszami. Dosłownie wszyscy. (Z wyjątkiem użytkowników elektrycznych hulajnóg, których w ogóle nie powinno być).

Sorry za ten przydługi disclaimer, ale wbrew pozorom on też ma swoją przyczynę. Chodzi mi bowiem o to, że problemów, związanych z BRD nie da się rozwiązać, patrząc na nie tylko z jednej perspektywy: albo kierowców, albo pieszych, albo rowerzystów, zarządców dróg, włodarzy miast, miejskich aktywistów, czy – last but not least – ludzi, którzy prawo stanowią. Na ten problem składa się tyle elementów, że sprowadzenie tego wszystkiego do zdania: „trzeba zwęzić ulice, bo w Jaworznie się udało”, prowadzi nas wszystkich na kompletne manowce.

Przyglądam się od dłuższego czasu internetowej dyskusji na ten temat i tylko przez szacunek dla ofiar wypadków oraz ich rodzin unikam tu określenia „gównoburza”. Problem naprawdę jest poważny, ale trudno poważnie traktować ludzi, którzy bezrefleksyjnie sięgają po badania (a najczęściej wyłącznie po ich wycinek), byle tylko udowodnić swoją tezę. Zaprawdę trudno się dogadać w sytuacji, kiedy każdy szuka argumentów przeciw drugiej stronie, zamiast wspólnie się zastanowić, gdzie tak naprawdę tkwią przyczyny tego stanu rzeczy, z jakim od lat mamy do czynienia na polskich drogach.

Żeby było zabawniej: wszyscy właściwie mają rację. Ale ta dyskusja przypomina kłótnię matematyków, z których jeden uważa, że 5+4=9, drugi twierdzi, że to nieprawda, bo 3×3=9, a jeszcze inny, że ci dwaj nie mają racji, bo przecież to 8+1=9. I nie potrafią znaleźć sposobu na to, by ogłosić światu, że istnieje całkiem sporo metod na uzyskanie liczby 9 i większość z nich się wzajemnie nie wyklucza.

Przysłuchując się tej dyskusji nie mogę się uwolnić od wrażenia, że w jednym aspekcie błądzimy dokładnie wszyscy. Wszyscy bowiem próbujemy znaleźć metodę na to, żeby zmusić innych do przestrzegania przepisów, albo sprawić, żeby nie mogli ich łamać. Moim zdaniem brniemy w ślepy zaułek, bo jeśli na jakiejś drodze można jechać 50 kmh, to prawdopodobnie można jechać też szybciej. Zgoda: utrudniajmy tę możliwość, ale nie oczekujmy, że to rozwiąże problem, bo łamanie barier – zwłaszcza sztucznych – leży w ludzkiej naturze i zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał spróbować. „Co, ja nie pojadę? A na pewno powinno tu być 50?”.

Kiedyś w jakiejś rozmowie użyłem przykładu, który okazał się skutecznie obrazować problem. Otóż ludzie starają się czasem o pozwolenie na użytkowanie broni. Mniejsza o ich motywacje, ale tak po prostu jest. Starając się o pozwolenie na używanie broni, muszą przejść szereg upierdliwych procedur i wylegitymować się znajomością określonych przepisów oraz umiejętnością posługiwania się rzeczoną bronią. W gruncie rzeczy dokładnie tak samo jest z prawem jazdy: muszę przejść określone badania, zdać egzamin z przepisów i udowodnić, że potrafię we właściwy sposób korzystać z pojazdu.

Dostając pozwolenie na broń nie dostaje się z automatu licencji na zabijanie. Dostaje się wyłącznie prawo użycia jej w ściśle określonych okolicznościach. Dlaczego więc otrzymując prawo jazdy ludziom się wydaje, że mogą użytkować pojazd w każdy możliwy sposób i w każdych okolicznościach? Facet, który wyszedłby na Marszałkowską, żeby sobie postrzelać, nawet w powietrze, bez zamiaru zranienia kogokolwiek, byłby prawdopodobnie przez wszystkich w okolicy nazwany chorym pojebem. Dlaczego więc ten sam facet, który na tej samej Marszałkowskiej rozpędza się swoją ryczącą furą do 120 kmh, jest przez większość ludzi nazywany cool gościem, a część towarzystwa robi mu z zachwytem zdjęcia?

Sztuka nie polega tylko na sprawianiu, żeby ludzie NIE MOGLI czegoś zrobić. Sztuka polega na tym, żeby tego NIE CHCIELI robić. Tak, jak większość ludzi, posiadających pozwolenie na broń, nie wychodzi sobie ot tak postrzelać. Przecież – technicznie rzecz ujmując – mogą. A jednak z różnych powodów nie chcą.

Jakiś czas temu z podobnym problemem, występującym na podobną skalę, jak u nas, borykali się Australijczycy. Imali się różnych sposobów: progi zwalniające, wysepki, obowiązek jazdy z opiekunem przez 2 lata od uzyskania prawa jazdy itd. Z czasem z pomocą przyszła im technologia, masowo instalowane fotoradary, wykorzystywanie systemów GPS itd. Do tego jeszcze sporo zmian w prawie, z kosmicznie wysokimi mandatami, zwłaszcza za kolejne wykroczenia. Nie wiem, jak wyglądały wtedy, a jak wyglądają dzisiaj ich statystyki, więc nie będę się na ten temat wymądrzał, ale z zeznań dość licznie mieszkającej tam rodziny wynika, że nawet pająki i węże nie budzą takiego lęku, jak widok listonosza z przesyłką z wydziału komunikacji. Wiem jednak, że kilkanaście lat temu Australijczycy zrealizowali pewną kampanię, o której mówili tam wówczas niemal wszyscy i która walnie przyczyniła się do tego, że Aussie przekraczać prędkości na ogół po prostu nie chcą.

Kampania nosiła tytuł „Pinkie” i promowała z pozoru niewinny gest, który niósł ze sobą dość konkretny przekaz: „pewnie ma małego i musi sobie kompensować szybką i niebezpieczną jazdą”. Zresztą… klipy latają do dziś po sieci i można sobie obejrzeć:

W reklamowym światku ten przykład też raz po raz wypływa, bo pomysł zdobył sporo nagród i do dziś jest jednym z nielicznych przykładów skutecznej kampanii, zbudowanej na pozytywnym przekazie, zamiast epatowania przydrożnymi krzyżami, śmiercią z kosą, zniczami i innymi tego typu precjozami, które do refleksji mogą skłonić wyłącznie księgowego, robiącego przelew za te smutne produkcje. Jak kto ciekaw, jak to było zbudowane, na jakie obszary mózgu działało i dlaczego ostatecznie zadziałało, można sobie poczytać tutaj.

Wracając na nasze podwórko i do niekończących się dyskusji o poprawie bezpieczeństwa na naszych drogach, to jest jeszcze jeden element, który się w tym wszystkim dość mocno wybija: wszyscy chcemy coś zrobić, ale najlepiej, żeby coś więcej zrobili inni. Przy tym wszystkim dochodzi czasem do absurdów, bo jak się czyta niektóre wypowiedzi, to można się natknąć na taką ekwilibrystykę, z której wynika, że drogi powinny być szersze, żeby nie było korków, ale węższe, żeby ludzie jeździli wolniej. Z podniesieniem kwot mandatów też już nie taka prosta sprawa, bo niby wszyscy się zgadzają, że te obowiązujące już ponad dwie dekady budzą bardziej śmiech niż trwogę, ale niech no który poseł podniesie za tym rękę, to już na pewno więcej na niego nie zagłosujemy. Fotoradary – wiadomo: powinno być ich jak najwięcej, ale to maszynki do wyciągania kasy z kieszeni kierowców. Totalna schizofrenia.

Fajnym przykładem, jak to działa w praktyce, były niedawne próby wprowadzenia tzw. „zielonej strefy” na krakowskim Kazimierzu. Najpierw wszyscy gromko przytaknęli, gdy ktoś zdiagnozował problem, że ta turystyczno-imprezowa dzielnica jest zastawiona samochodami w stopniu już dawno przekraczający zdrowy rozsądek. Co należy zrobić? Wyrzućmy samochody z Kazimierza! Ale tam jeździ sporo meleksów z turystami, a jak ich ubędzie, to biznes przestanie się kręcić. No to wymyślmy, że elektryczne mogą jeździć. Ale nie ma elektrycznych dostawczaków, a towar do knajpy trzeba jakoś dowieźć. No to dostawcze też niech wjeżdżają. Ale jak my właściwie wniesiemy nasze zakupy? Jak przywieziemy dzieci ze szkoły? Jak dowieziemy babcię do szpitala? I na tym skończyły się konsultacje i zostało po staremu. Aż żałuję, że nie zrobiłem foty tablicy z zielonym samochodem, oznaczającej początek „zielonej strefy”. Nie wiem, czy wisiała tam dwa tygodnie.

Konkludując: fajnie, żeby wreszcie ludzie przestali na ulicy zabijać innych. Tylko zanim to nastąpi powinniśmy chyba sami zrozumieć, że to w naszych głowach powinna się najpierw dokonać ta zmiana. Bo raczej nie mam powodu podejrzewać, że mój kumpel będzie jeździł przepisowo i przepuszczał staruszki na przejściu, jeśli cmokam z zachwytem nad każdym koniem mechanicznym w jego wypasionej bryce, a informację o przyspieszeniu kwituję przeciągłym „ojacjenjepjerdoooolę”.

Pora dorosnąć i nauczyć się traktować samochód jak narzędzie do przemieszczania z miejsca na miejsce, a nie jak przedłużacz na… pinkie. Może wtedy będzie łatwiej zmienić wszystko inne.

Foto: zajumane ze strony mvmm.com.au

Kraj szeryfów.

Wróciłem wczoraj z 10-dniowego urlopu i choć w jego trakcie od czasu do czasu zerkałem w telefon, żeby być mniej więcej na bieżąco, to po powrocie jedną z pierwszych ujrzanych przeze mnie wiadomości była ta o celowym potrąceniu rowerzysty przez wrocławskiego taksówkarza.

Daruję sobie wszystkie wulgaryzmy, jakie w pierwszej chwili przyszły mi do głowy, ograniczając się do retorycznego pytania: „co się, do cholery, z nami dzieje?”.

Tymczasem ja ostatnie półtora tygodnia spędziłem w Danii. 90 minut lotu lub kilka godzin jazdy samochodem, a człowiek ma wrażenie, jakby się nagle znalazł w jakiejś zupełnie innej rzeczywistości. W świecie, w którym nie ma płotów, zasłon w oknach, ludzie wywieszają flagi na znak, że są w domu, a drewno do kominka leży sobie spakowane w przydrożnej szopce. Obok skarbonki, do której wrzuca się pieniądze. I tak sobie leżą, i skarbonka, i polana…

Dziwne miejsce: nikt tu niczego nie pilnuje, a mimo to nic magicznie nie znika…

Ale przede wszystkim jest to miejsce, w którym człowiek na rowerze może się czuć naprawdę bezpiecznie. Nie tylko dlatego, że rowerzyści mają tu mnóstwo doskonałych ścieżek rowerowych: szerokich, asfaltowych i doskonale utrzymanych. Również dlatego, że tam, gdzie ich nie ma, człowiek na rowerze czuje się po prostu szanowany przez innych uczestników ruchu. Najważniejsze jest jednak to, że to poczucie bezpieczeństwa nie wynika z jakiegoś szczególnego nakazu traktowania rowerzystów dobrze, ale przede wszystkim z tego, że ludzie tam po prostu szanują siebie nawzajem.

Przedostatniego dnia urlopu wracaliśmy rowerami z pobliskiej miejscowości w czasie deszczu. Jadąca z naprzeciwka ciężarówka najpierw zwolniła, a gdy nas mijała, zjechała na przeciwległy pas, żeby nas przypadkiem nie ochlapać. Nie, nie było tam żadnej głębokiej kałuży, a my jechaliśmy ścieżką rowerową, którą – jak na zdjęciu poniżej – od szosy oddzielał co najmniej 2-metrowy pas zieleni. Kierowca tej ciężarówki mógł po prostu jechać przed siebie, niczym się nie przejmując. Manewr, który wykonał, nie kosztował go zupełnie nic. Zupełnie za darmo zyskał nasz podziw i wdzięczność.

Drogi dla rowerów. Najczęściej wyglądają właśnie tak, czasami są to dwa jednokierunkowe pasy, biegnące po obu stronach szosy.

Na większości dróg publicznych poza terenem zabudowanym obowiązuje ograniczenie prędkości do 80 kmh. I – dziwna sprawa – wszyscy jeżdżą te nieszczęsne 80 kmh. Najwyraźniej ludzie tu już dawno odkryli tę dziwaczną prawidłowość, że równomierna, płynna i bezpieczna jazda również prowadzi do celu. Według statystyk Komisji Europejskiej w 2017 roku na drogach Danii zginęły 32 osoby na milion mieszkańców. W Polsce – 75 (w tej niechlubnej statystyce wyprzedzają nas tylko Bułgaria, Rumunia i Chorwacja, choć w przypadku tej ostatniej mam poważne wątpliwości, czy my również nie dorzucamy się do tych danych; nie pamiętam wyjazdu do Chorwacji, w trakcie którego nie natknąłbym się na jakiś mniej lub bardziej poważny incydent z udziałem samochodu na polskich blachach, a Bałkany swego czasu odwiedzałem dość często…).

Inna sprawa, że w Danii, a w każdym razie w tym rejonie Jutlandii Środkowej, po którym się kręciłem przez ostatni tydzień, ruch w dzień powszedni jest kilkukrotnie mniejszy, niż w niehandlową niedzielę w Polsce. Przede wszystkim po duńskich drogach jeździ o wiele mniej ciężarówek, co prawdopodobnie jest jednym z powodów, dla których udaje im się utrzymać drogi w doskonałym stanie. Po prostu nie rozjeżdża ich nieustannie ciężki sprzęt. Kilka razy jechałem rowerem drogą, łączącą portowe miasteczko Thyborøn i gminę Lemvig z resztą kraju (odpowiednik naszej drogi krajowej) – na kilkudziesięciu kilometrach minęło mnie ledwie kilka ciężarówek, w większości cystern, dostarczających paliwo do pobliskich stacji benzynowych. Większość transportu odbywa się koleją (gdyby ktoś był ciekaw w jaki sposób w Polsce systemowo zniszczono transport publiczny i wypuszczono na drogi o miliony za dużo samochodów, gorąco polecam tę rozmowę – zaręczam, że wielu z Was spojrzy po niej na polskie drogi zupełnie inaczej…)

Duńczycy za to jeżdżą w zdecydowanej większości samochodami klasy średniej, za które zapinają przyczepki i raz na tydzień lub dwa zasuwają do większego marketu po większe sprawunki. Pomysł, żeby wsiadać do samochodu i jechać do sklepu tylko po to, żeby kupić kilka drobnych rzeczy, a jutro całą czynność powtórzyć, nie mieści się w granicach duńskiego pojęcia hygge, bo zakupy to z zasady czynność nieszczególnie wygodna, o wiele przyjemniejsze jest siedzenie na tarasie domu lub łowienie ryb. Kiedy raz podjechałem rowerem do pobliskiego sklepu, żeby nabyć dwa wina i kawę, sprzedawczyni trzykrotnie upewniała się, czy to na pewno wszystko, żebym nie musiał następnego dnia przyjeżdżać jeszcze raz.

Trzeba było jednak z tego raju wrócić nad Wisłę i natychmiast zderzyć się z codziennością, przytoczoną w pierwszym akapicie. Skąd się w nas bierze ta agresja i skłonność do nieustannego wymierzania „sprawiedliwości” na własną rękę? Mam kilka teorii na ten temat.

Pierwsza wynika z naszego podejścia do prawa i obowiązujących w społeczeństwie reguł. Ten dysonans, który się rzuca w oczy natychmiast po przekroczeniu naszej zachodniej granicy, wynika przede wszystkim z faktu, że w większości europejskich krajów obowiązujące prawo jest traktowane jak rodzaj umowy między ludźmi, a nie zbioru pułapek, zastawianych na obywateli przez władzę. Duńczycy jeżdżą 80 kmh nie dlatego, że ktoś im „kazał”, tylko dlatego, że tak się między sobą umówili. Nie kradną sąsiadom mebli z ogrodu (nikt tu ich nie chowa, wyjeżdżając), bo się umówili, że będą szanować swoją własność. Nie rzucają śmieci gdzie popadnie, bo się umówili, że będą utrzymywać czystość, bo to jest tańsze i o wiele skuteczniejsze, niż utrzymywanie służb, zatrudnianych do podnoszenia papierków z chodnika. Schylić się po papierek może każdy Duńczyk, ale znacznie wygodniej i przyjemniej (znów hygge) jest go po prostu od razu wrzucić do kosza. Koszt żaden, przyjemność wielka (vide: powyższy przykład z ciężarówką).

Mandaty za nieprzestrzeganie tych wszystkich umów są bardzo wysokie, choć nie podejrzewam (pewności nie mam), by stanowiły jakąś istotną pozycję w dochodach państwa i by ktokolwiek zawracał sobie głowę ujmowaniem takiej pozycji w budżecie. Ich cel jest przede wszystkim wychowawczy: Duńczyk łamiący prawo musi mieć świadomość, że złamał przede wszystkim umowę ze swoimi sąsiadami. (Daleko nie szukając: dokładnie tak samo jest w Niemczech. Gdy kiedyś przyjechawszy do znajomych zaparkowałem po lewej stronie jezdni, natychmiast zwrócono mi uwagę, że jak chcę wykorzystać to miejsce, to muszę zawrócić i stanąć poprawnie, bo Niemcy się umówili, że na drogach dwukierunkowych parkują wyłącznie po prawej stronie, bo to oznacza mniejsze ryzyko kolizji w momencie wyjeżdżania z miejsca parkingowego: z fotela kierowcy widać więcej, gdy jest bliżej osi jezdni, niż chodnika).

W Polsce prawo, pisane często na kolanie i uchwalane nocą, by załatwić doraźne cele władzy, jest na ogół zbiorem nakazów i zakazów, zupełnie niezrozumiałych dla przeciętnego obywatela. Prawo o ruchu drogowym nie jest pod tym względem żadnym wyjątkiem. Przeciętny kierowca, który egzamin na prawo jazdy zdał 20 lub 30 lat temu, na ogół nie ma pojęcia o zmianach, jakie w międzyczasie zaszły, a jeśli już się o nich dowiaduje, to na ogół „wieścią gminną”, przy niedzielnym obiedzie i od kogoś, kto też nie jest do końca pewien, jak jest naprawdę, ale „coś o tym słyszał”. Najczęściej dotyczy to właśnie zasad korzystania z dróg publicznych przez rowerzystów: trąbienie, wygrażanie pięściami i obrzucanie stekiem wyzwisk kolarzy, którzy – zgodnie z przepisami – jadą obok siebie, są u nas na porządku dziennym. Konieczność ustąpienia pierwszeństwa rowerzyście, gdy ścieżka rowerowa przecina drogę, w którą kierowca chce skręcić, to koszmarny sen większości kierowców. (Inna sprawa, że to również zmora urzędników, którzy na ogół wytyczają te przejazdy w tak bezmyślny sposób, że trudno sobie wyobrazić coś bardziej absurdalnego. W większości przypadków wystarczyłoby przesunąć przejazd dla rowerów za przejście dla pieszych, co i zmusiłoby rowerzystów do zmniejszenia prędkości, i do większej ostrożności w manewrowaniu, i pozwoliłoby im jednocześnie wyjechać z martwego pola w lusterku pojazdu, a kierującemu dałoby więcej czasu na reakcję. Byłoby to racjonalne i logiczne, ale to kosztuje trochę więcej farby, więc po co sobie zawracać głowę logiką?)

Można sobie oczywiście na milion sposobów tłumaczyć, że przez 45 lat byliśmy uzależnieni od zewnętrznych wpływów i narzucanych nam z góry idiotycznych przepisów, w których omijaniu skutecznie się przez te lata ćwiczyliśmy. Ale prawda jest taka, że od 30 lat możemy już stanowić sami o sobie, a nadal bezrefleksyjnie brniemy w manię regulowania każdego, nawet najmniejszego aspektu naszej codzienności. Wychodzi nam – delikatnie mówiąc – średnio, co nie powinno dziwić, bo całej złożoności codziennego życia nie sposób skodyfikować nawet w najbardziej opasłych tomiszczach kodeksów. Ale co szkodzi politykom marnować czas na próby?

Druga przyczyna tkwi bardzo głęboko w nas i naszym nieposkromionym egoizmie. Podczas jednej z dyskusji o tym, dlaczego wciąż nie udaje nam się osiągnąć poziomu życia, porównywalnego z krajami zachodu, mimo iż przecież jesteśmy niejednokrotnie bardziej przedsiębiorczy i więcej pracujemy, pozwoliłem sobie na uwagę, że tym, co nas najmocniej tłumi, jest nasz własny egoizm. Śmiem wręcz twierdzić, że nie jesteśmy społeczeństwem, tylko po prostu zbiorem jednostek, których łączy paszport i kalendarz świąt. Nic więcej, bo jeśli tylko pojawia się okazja do wybicia się ponad innych, natychmiast ją wykorzystujemy. Najczęściej ze szkodą dla „ogółu”.

Koronnym dowodem na to, że nie potrafimy na rzeczywistość spojrzeć inaczej, niż wyłącznie przez pryzmat własnych korzyści, jest zdanie „miejsce na twoją reklamę” – zmora polskiego krajobrazu, która doprowadziła do jego zawłaszczenia przez tych, którzy własny interes stawiają ponad wspólne dobro i bezpieczeństwo. Takiego widoku, jak na zdjęciu poniżej, ze świecą szukać za naszą zachodnią granicą, gdzie środowisko i widoki są dobrami wspólnymi. A przecież takie „widoki” towarzyszą nam na każdym kroku, na przedmieściach każdego miasteczka. I nic z tym nie robimy.

Własność stała się w Polsce świętością, posiadanie urosło do rangi religii, posiadający mianowali się bogami, a stan posiadania stał się narzędziem wyrafinowanej przemocy wobec tych, którzy posiadają mniej. Najwyraźniej jest to widoczne właśnie na drogach, gdzie pewność siebie kierowcy statystycznie rośnie wraz z wartością pojazdu (nie zawsze obiektywną, bo często wystarczy tylko przekonanie właściciela o wyjątkowości jego maszyny). Ale zasada jest dość czytelna: na czym więcej mnie stać, albo czym większą furą jadę, tym bardziej rosną moje pretensje do panowania na drodze. Nader często te roszczenia rozciągają się również na panowanie nad prawami fizyki, czego skutki na ogół są opłakane.

Na naszych drogach utworzył się swoisty łańcuch pokarmowy: rowerzyści próbują zdominować pieszych, kierowcy – rowerzystów, kierowcy ciężarówek – kierowców osobówek i tak dalej. Do tego dochodzą trudne do zrozumienia zachowania subkulturowe.

Podziwialiśmy w Danii wzajemną życzliwość zwykłych ludzi. Gdy szliśmy na spacer – pozdrawiali nas ludzie, siedzący na tarasach. Na rowerze odwzajemniałem pozdrowienia od wszystkich rowerzystów – ręką machała do mnie nawet starsza pani, jadąca na wiekowym jednośladzie. Tymczasem znajomy opowiadał mi historie o tym, jak w Polsce pozdrowienia od motocyklistów zmieniają się nagle w niezdarne machnięcia ręką, gdy pozdrawiający orientują się, że nie jedzie rasowym ścigaczem, tylko dużym, ale mimo wszystko skuterem. Widać nawet pozdrowień trzeba okazać się „godnym”. (Gdy wróciłem kilka lat temu na rower zaobserwowałem podobną właściwość: kiedy jechałem na szosie i pozdrawiałem kogoś jadącego MTB, w 9 na 10 przypadków nie doczekałem się odpowiedzi. Na szczęście od jakiegoś czasu dość mocno się to zmienia, być może dlatego, że wielu kolarzy uprawia obie odmiany tego sportu i granice się powoli zacierają).

Źródeł tego, że nasze drogi są tak niebezpieczne i nieprzyjazne, można z pewnością wymienić wiele: całkowicie zdeformowana struktura organizacji transportu, która na drogi wepchnęła miliony samochodów, z których większość tak naprawdę wcale jeździć nie musi; podsycana latami moda na zakup samochodu, którego posiadanie stało się swoistym „obowiązkiem” (Polska ma jeden z najwyższych w Europie współczynnik liczby samochodów na 1000 mieszkańców: 571, (wg danych za 2017 rok), z czego duża część do samochody ponad 20-letnie, w co najmniej dyskusyjnym stanie technicznym); fatalny system szkolenia kierowców, nastawiony na szybki zysk i zdawanie egzaminów, a nie na rzeczywistą naukę poruszania się po drogach. I tak dalej, i tak dalej…

Większość Polaków z wszystkich sił wzbrania się przed porzuceniem swojego samochodu i korzystaniem z transportu zbiorowego, tworząc tym samym komunikacyjne błędne koło: tkwiąc w korkach, złorzecząc i wzmagając swoją frustrację, nie robiąc jednocześnie nic, by tę sytuację zmienić. Zupełnie, jakby nie docierała do nas najprostsza w świecie oczywistość, od lat znana i rozpowszechniana w świecie: „Ty nie stoisz w korku. Ty go tworzysz”.

Ale moim zdaniem najpoważniejszą przyczyną tego, co wszyscy wspólnie nazywamy „brakiem kultury na drodze” (choć, niestety, częściej bardziej pasuje określenie „chamstwo”), jest zupełny brak szacunku do drugiego człowieka w ogóle. To, że łatwiej nam przychodzi grać rolę samozwańczego szeryfa, który na własną rękę zaprowadzi porządek i wymierzy sprawiedliwość, niż ustąpić, machnąć ręką i odpuścić. O uśmiechu nawet nie wspominam, no bo jak się tu uśmiechnąć do człowieka, który zmusił mnie do dwóch niewielkich ruchów stopą? Jak obdarować uśmiechem człowieka, który właśnie dokonał śmiertelnego zamachu na nasze ego?

Opowieść o wrocławskim taksówkarzu, goniącym człowieka po parku i na koniec tratującym go, żeby zapamiętał sobie tę lekcję na całe życie (o ile w ogóle przeżyje), a opowieść o kierowcy ciężarówki, zjeżdżającym na drugi pas, żeby nas przypadkiem nie ochlapać wodą, to historie z dwóch zupełnie różnych światów. Dzieli je w linii prostej 900 kilometrów. Ale mentalnie dzielą je lata świetlne.

_______________________________

Większość tego felietonu napisałem, zerkając na zmagania kolarzy podczas wyścigu Liège-Bastogne-Liège. Tak się to dziwnie złożyło, że wygrał go Duńczyk – Jakob Fuglsang. Nie powiem: ucieszyła mnie ta wiadomość. Od dłuższego już czasu czułem do tego narodu – a zwłaszcza do jego filozofii hygge – mnóstwo sympatii. Odkąd poznałem ich nieco bliżej, moje uczucia stały się jeszcze cieplejsze.

Koniecznie jedźcie do Danii na rower! Jest wprawdzie płasko i cholernie wieje, ale frajdę, jaką można czerpać z uprawiania tam kolarstwa, trudno porównać z czymkolwiek innym.

Visit Israel.

Sprawy mają się tak, że jakimś zupełnie dziwacznym zrządzeniem losu znalazłem się w Izraelu, na starcie 101. edycji Giro d’Italia. Za „dziwaczne zrządzenie losu” odpowiada izraelskie ministerstwo turystyki, które tę eskapadę zorganizowało, oraz redakcja Sport.pl, w której powstał pomysł, żeby wydelegować właśnie mnie. Wszystkim zaangażowanym w ten proceder z tego miejsca dziękuję i… oto tu jestem.

O tym, skąd wziął się pomysł, by Giro d’Italia rozpoczynało się właśnie w Jerozolimie napisałem dość obszernie tutaj, więc nie będę się powtarzał. Co prawda przedwczoraj na kolacji poznałem jeszcze jeden powód, ale tymczasem zachowam go dla siebie i na lepszą okazję… 😉

O stronie sportowej również zdążyłem już popełnić jeden materiał, więc jeśli ktoś jest zainteresowany tym, jak widzę rozpoczynający się właśnie wyścig – zapraszam tędy.

Tymczasem kilka słów o tym, co tutaj przez pierwsze dwa i pół dnia zobaczyłem i doświadczyłem, bo choć w sumie w życiu widziałem już niemało, to te wrażenia ciągle wymykają się prostym regułom, dzięki którym na co dzień jakoś ogarniam rzeczywistość.

Po pierwsze: przyjechałem tutaj z jakimś wyobrażeniem miejsca, do którego jadę. Mam takie zboczenie, że nigdy nie studiuję przewodników i nie robię sobie listy miejsc i zabytków, które muszę zobaczyć. Nie po to też jadę na drugi koniec świata, żeby się nie dać zaskoczyć, bo wszystko wcześniej widziałem w Google Street View. Zamiast stać w kolejce do kasy, a potem w drugiej kolejce do eksponatu, z opisu którego być może się dowiem, jak ludzie żyli w przeszłości, wolę sobie godzinę posiedzieć w kawiarni i sącząc kawę popatrzeć, jak ludzie żyją dzisiaj. Wyobrażałem więc sobie pustynny kraj i surowe, ciasno zabudowane, kamienne miasta, pełne sklepów z dewocjonaliami (choć jak się dobrze zastanowić, to tylko jedna religia na swoich symbolach robi solidny biznes – ale to temat na inną dyskusję). Wyobrażałem sobie cichych i pogrążonych w zadumie ludzi, skromnie ubranych i stanowiących ostry kontrast z krzykliwą, kolorową i dość nachalną kulturą arabską.

W tym miejscu jedno zastrzeżenie: nie zamierzam poruszać w tym wątku kwestii politycznych i roztrząsać, czy Izrael jest okupantem w Palestynie, czy nie i jaki w związku z tym powinienem mieć stosunek do goszczących mnie ludzi. Zbyt mało na ten temat wiem, żeby się tutaj wymądrzać, a nie chcę budować własnej opinii w oparciu o przekaz jednej strony. Owszem, czytałem np. „Drzewo migdałowe” i jeszcze parę innych książek, ale uważam, że poznawanie prawdy nie polega na wyliczaniu średniej z dwóch odmiennych punktów widzenia. Obiecałem sobie, że po powrocie do Polski poszukam na ten temat możliwie obiektywnych źródeł. Tyle.

Wracam zatem do moich wyobrażeń i ich zderzenia z rzeczywistością, które okazują się mieć tylko jeden, niewielki zbiór wspólny: Stare Miasto. Tam się mniej więcej wszystko z sobą zgadza. Ale poza murami… witamy w realnym świecie.

Po pierwsze: Jerozolima, którą zobaczyłem, jest bardzo nowoczesnym i zielonym miastem. Tu ciekawostka: wszystkie budynki w Jerozolimie z mocy prawa muszą być wykończone tym samym materiałem: wydobywanym na miejscu kamieniem jerozolimskim. Prawo to wprowadzili w latach 20. XX wieku Brytyjczycy, zarządzający wówczas Jerozolimą, a ich decyzję sprowokował boom budowlany, który nastąpił, gdy na ziemie obecnego Izraela zaczęły masowo napływać tysiące Żydów z całej Europy. Nieszczególnie podobało się to Arabom, więc cwani Wyspiarze wykombinowali, że skoro kamieniołomy i obróbka kamienia były w rękach arabskich rzemieślników, to powinni być zadowoleni z monopolu na budowlankę. Koniec końców zadowoleni byli wszyscy: Arabowie mieli zapewniony stały dochód, Żydzi mogli mieszkać w nowych domach, a Brytyjczycy mieli w Świętym Mieście święty spokój. Prawo to obowiązuje do dziś, czego efektem ubocznym jest wizualnie spójna architektura całego miasta. Jeśli do tego dodać, że ta zabudowa nie jest przesadnie gęsta, a każdy skrawek wolnej przestrzeni wypełnia zieleń, Jerozolima okazuje się bardzo przyjemnym miejscem do życia.

Jest i niestety łyżka dziegciu: to piękne miasto paraliżują potworne korki, bo Izraelczycy – podobnie zresztą jak Polacy – nawet po gazety do kiosku najchętniej jeżdżą samochodem.

Po drugie: żyją tutaj niezwykle życzliwi i pogodni ludzie. I to nie jest wyłącznie kwestia tego, że jako goście ministerstwa turystyki jesteśmy tu dość mocno rozpieszczani, bo mam tego świadomość. Ale pierwszego dnia pobytu poszedłem sobie na krótki, samotny spacer po Jerozolimie, żeby kupić kartę do modemu. W zwykłej, małej, ciasnej budce, oferującej badziewie do telefonu znalazłem człowieka, który najpierw mnie dokładnie przepytał na okoliczność tego, do jakiego urządzenia potrzebuję karty, jak intensywnie zamierzam ją wykorzystywać, jak długo planuję pozostać w Izraelu i czy zamierzam wrócić, żebym nie musiał drugi raz płacić za starter. Potem załadował kartę do modemu, poprosił o sprawdzenie, czy działa i dopiero wtedy poprosił o płatność. A kiedy terminal trzykrotnie odrzucił moją kartę (co się tutaj podobno zdarza dość często i nie ja jeden miałem podobny problem), facet wskazał mi drogę do najbliższego bankomatu. Modem z aktywną, ale nie opłaconą jeszcze kartą miałem już w plecaku. Gdy go spytałem, czy chce moje prawo jazdy dla pewności, że wrócę, spojrzał na mnie jak na przybysza z kosmosu i zapytał: „a dlaczego miałbym ci nie wierzyć, że wrócisz?”.

Są to też ludzie, którzy zarażają swoim entuzjazmem. Bez tego chyba nie udałoby się tu zorganizować takiego przedsięwzięcia, jak Giro, ale tu na każdym kroku spotyka się ludzi, którzy najpierw z uwagą cię słuchają, a później z ogromnym zaangażowaniem opowiadają o swojej pasji. Miałem przyjemność poznać osobiście Sylvaina Adamsa – człowieka, który to izraelskie Giro wyśnił i właśnie swój sen realizuje. Dzień przed startem tego gigantycznego przedsięwzięcia miał czas dla wszystkich. I w kilku zdaniach opowiedział mi o tym, jak postrzega sport i jak ważną widzi w nim rolę w budowaniu społeczności. Nie tylko lokalnej, ale również międzynarodowej. Rozmawialiśmy kilka minut, a zdążył mi opowiedzieć również o kolejnej wizji: zorganizowania wyścigu na kształt „Tour of Israel”, również z udziałem sąsiednich krajów arabskich. Podobno wysłał im już zaproszenia do rozmowy o tym pomyśle i ma nadzieję któregoś dnia usiąść przy stole z dzbanem herbaty i pogadać o tym, co mogli by razem zrobić. Jak widzę jego energię, to jestem pewien, że się mu uda.

Jako goście specjalni nie czujemy się tu specjalnie traktowani, ale za to mieliśmy szansę zobaczyć coś, czego żaden turysta w Jerozolimie jeszcze nie oglądał: odkryty zupełnie niedawno starożytny tunel, biegnący od murów Jerozolimy do sadzawki Siloe. Wybudowany prawdopodobnie jeszcze za czasów Heroda i ukryty pod główną ulicą Miasta Dawida, miał być drogą ucieczki w razie potrzeby ewakuowania miasta. Dziś odkrywana jest zarówno dawna główna ulica, położona prawie 8 metrów pod dzisiejszymi zabudowaniami, jak i ów tajemniczy tunel. I znowu: pasja, z jaką burmistrz Miasta Dawida opowiadał o tym odkryciu i przedsięwzięciu, jest zaraźliwa.

Izraelczycy mówią o sobie, że wszyscy czują się ofiarami tego niepotrzebnego i niekończącego się konfliktu. Chcą normalnie żyć, pracować, wieczorami siedzieć w knajpie, bawić się, tańczyć i jeździć na rowerze, kiedy im przyjdzie na to ochota. I robią to, a pomysł sprowadzenia do Izraela Giro powstał między innymi po to, żeby świat mógł tę normalność zobaczyć.

Jest nas tu 22 dziennikarzy z różnych stron świata, od Australii, przez Niemcy, Austrię, Hiszpanię, Danię, aż po Kanadę i USA. Z Polski jesteśmy tylko we dwójkę. Z całej tej grupy tylko dwie osoby były w Izraelu już wcześniej, cała reszta jest po raz pierwszy. Wszyscy jak jeden mąż deklarują, że jeszcze kiedyś tu wrócą. I nie, to nie są uprzejme odpowiedzi na pytania naszych gospodarzy. To są rozmowy między nami: w busie, przy kolacji, w hotelowym lobby, czy w biurze prasowym. Każdy z nas zobaczył tu coś zupełnie innego, niż się spodziewał.

To nie jest impreza dla polityków. Nie było tu żadnego przecinania wstęgi i armii urzędników, ściskających dłonie kolarzy. W czasie, gdy trwała ceremonia prezentacji ekip, na scenie nie pojawił się żaden urzędnik. Minister Jerozolimy pokazywał w tym czasie miasto jakiejś grupie gości. Minister turystyki planował pójść na rower. A Sylvain Adams kręcił się wśród ludzi, ubrany w kolarską koszulkę.

I to prawda, że politycy pełnią swój mandat z wyboru tych samych ludzi, którzy później mówią, że ten cały polityczny konflikt stawia ich w sytuacji, w której czują się jego ofiarami. Ale nikt tu nie głosuje na polityków, którzy deklarują ostateczne militarne rozwiązanie kwestii palestyńskiej. Wszyscy obiecują pokój. Problem w tym, że z realizacją tych obietnic ciągle jest jakiś problem. Ale widocznie politycy na całym świecie są do siebie dość podobni…

 

 

Bałkańskie obietnice (wygrzebane z archiwum).

Robiłem porządki na dysku (choć miałem zająć się zupełnie czymś innym), gdy odnalazłem ten tekst. Chyba pisałem go pod koniec ubiegłego roku dla „Szosy”, bo kojarzę jakąś długą rozmowę z Borysem, podczas której wpadliśmy na taki pomysł. Ale chyba nie miał ciągu dalszego; nim umówiliśmy się na zdjęcia nastała zima, później pojawiło się tyle nowych pomysłów… A poza tym wcale nie byłem przekonany, że się do czegoś nadawał… Więc wrzucam, bo co będzie tak bez sensu na dysku leżał. A do Chorwacji na rower pojadę na dłużej. I zrobię lepsze zdjęcia. I pewnie napiszę też coś lepszego… 

_________

Alpy, Dolomity, Pireneje. Mount Ventoux, Alpe d’Huez, Stelvio, Furka Pass. Kultowe kolarskie miejsca. Sporo Skandynawii, Teneryfa, Majorka i Sycylia, czasem polskie Beskidy, lub Karkonosze. Gdy przeglądam Instagrama, Stravę, lub Facebooka, zdjęcia moich szosowych znajomych z tych miejsc widzę najczęściej. Niemal cała Europa, możliwa do zjeżdżenia wzdłuż i wszerz, z jedną wielką białą plamą Bałkan. Ale gdy wpisałem w wyszukiwarkę frazę „szosą po Czarnogórze”, otrzymałem długą listę pozytywnych rekomendacji: wspaniałe widoki, świetne trasy, długie podjazdy i niemal zawsze dobra pogoda. Do tego czysty i ciepły Adriatyk, więc decyzja mogła być tylko jedna: jedziemy. Oczywiście z rowerem.

Pomysł był dobry, realizacja nieco rozczarowująca. Czarnogóra jest pięknym krajem, pod warunkiem, że patrzy się daleko. Z bliska bardzo przypomina Polskę sprzed mniej więcej 25 lat: zaśmieconą, zaniedbaną, chaotycznie zabudowaną oraz – co z pozycji siodełka najważniejsze – potwornie dziurawą. Od pewnego Czarnogórca dowiedziałem się, że okolice Baru, dokąd trafiliśmy, zamieszkane są głównie przez Serbów, nie pałających szczególną atencją do obecnego rządu. Ten zaś „odwdzięcza” im się pomijaniem w inwestycjach infrastrukturalnych. Stąd między innymi fatalny stan dróg – znowu ta polityka…

A mogłoby być tak pięknie: droga, wiodąca zboczem wzdłuż Jeziora Skadarskiego, to jedno z najbardziej zapierających dech w piersiach miejsc, jakie widziałem. Olbrzymie jezioro z kilkoma maleńkimi wysepkami, stromo wznoszące się zbocze i wijąca się nim na wysokości około 400 metrów wąska droga. Blisko 30 kilometrów wspaniałych widoków i kompletnej ciszy – jedno z najprzyjemniejszych kolarskich doznań. Niestety później trzeba było zjechać w dół, co oznaczało kilkadziesiąt minut nieustannego ściskania klamek – jeszcze nigdy po jeździe tak bardzo nie bolały mnie dłonie. Nawet główna droga, wiodąca wzdłuż morza od Budvy aż do albańskiej granicy, nie pozwalała na wiele więcej. Choć asfalt na ogół był niezłej jakości, trzeba było niezwykle uważać. Niewiele brakowało, by zbyt szybki wjazd na wiadukt, kiedyś prawdopodobnie brukowany, a później tylko zalany asfaltem, skończyłby się bolesną przycierką na przeciwległym pasie. Wjazd z pełnego słońca do zupełnych ciemności w tunelu również nie należał do przyjemności – swoją drogą: ciekawe odkrycie, co wówczas się dzieje z błędnikiem. Kolarzy minąłem w sumie kilku, więc po jakimś czasie przestałem się dziwić kierowcom, którzy nie nawykli do spotkań z człowiekiem dość szybko jadącym na rowerze, zachowywali się często tak, jakbym jechał na hulajnodze. Zresztą, wymuszanie pierwszeństwa to w tym miejscu chleb powszedni, bez względu na środek lokomocji.

 

Po niespełna dwóch tygodniach i kilkuset przejechanych kilometrach, wyjeżdżałem z Czarnogóry wypoczęty i zrelaksowany, ale z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony: to naprawdę malownicze, ciche i spokojne miejsce, oferujące wspaniałe widoki i smaczną kuchnię. Z drugiej: mnóstwo dokuczliwych drobiazgów czyniło ten urlop, a jazdę na rowerze w szczególności, nieszczególnie udanym. Zbyt często łapałem się na tym, że radość i spokój ustępowały miejsca irytacji. I trochę się uśmiechałem pod nosem, złapawszy się na tym, że było trochę jak w anegdocie o kozie rabina: trzeba było wyjechać do Czarnogóry, by docenić naprawdę niezłe od jakiegoś czasu polskie szosy.

I pozostałby ten wyjazd naznaczony cieniem rozczarowania, gdyby nie pewien powzięty jeszcze na etapie planowania pomysł, żeby w drodze powrotnej zatrzymać się w Chorwacji. Trochę z sentymentu, bo jest to miejsce doskonale nam znane z realizacji drugiej sportowej pasji: żeglarstwa, a trochę z rozsądku, bo ponad 1600 km drogi do pokonania „od jednego przysiadu” nie jest najlepszym pomysłem. Ale kiedy znalazłem się już w Chorwacji i miałem z sobą rower…

To była najlepsza jazda od wielu tygodni. Niemal zupełnie pusta (mimo weekendu) „Jadranska Magistrala” – wijąca się wzdłuż Adriatyku od Rijeki aż po Dubrownik, wznosząca się i opadająca ze stromym chorwackim nabrzeżem. W sezonie niebywale zatłoczona, choć i wtedy można spotkać na niej wielu kolarzy. Na początku października zapraszała do jazdy szerokimi pasami i doskonałej jakości nawierzchnią. Ale najciekawsze odkrycia czaiły się po skręcie w głąb lądu.

Dla kogoś, kto nie interesował się historią tego regionu i nie widział go nigdy z innej strony, niż z turystycznej oferty, pierwszy kontakt może być szokujący. Zobaczy tu bowiem urocze wioski i maleńkie miasteczka, słoneczne, czyste i bardzo zadbane, pełne niewielkich domów, budowanych na ogół z jasnego kamienia, graniczących z szarymi ruinami, lub straszącymi pustymi okiennicami i śladami po kulach dawnymi domami Bośniaków lub Serbów. Niemi świadkowie niedawnej wojny. Trochę dziwne uczucie: mijać je na rowerze.

 

Między wioskami olbrzymie połacie winnic, oliwnych gajów i drzew figowych. Słońce, które wczesną jesienią jeszcze mocno tu grzeje, ale już tak nie pali. I cisza, do której przez chwilę trzeba przywyknąć. Idealne warunki do jazdy dla kogoś, kto od czasu do czasu lubi pobyć sam na sam z sobą i szosą.

Sieć dróg w północnej i środkowej części Dalmacji, gdzie miałem niebywałą przyjemność zakosztować jazdy (obszar między Zadarem i riwierą Makarską) jest dość gęsta i pozwala za zaplanowanie różnorodnych tras. Mimo, że teren jest mocno pofałdowany, drogi na ogół łagodnie pną się w górę i w dół, ze średnim nachyleniem w granicach 5-7%. Amatorzy ostrzejszych podjazdów znajdą coś dla siebie w południowej części regionu: w okolicach Trogiru, Splitu i Makarskiej, skąd wiedzie droga na drugi co do wysokości szczyt Chorwacji: Sveti Jure. Przede wszystkim jednak dostaniemy tu naprawdę dobrej jakości drogi, fantastyczne widoki oraz – poza szczytem sezonu – naprawdę niewielki ruch. Niczego więcej nie było mi trzeba.

Po powrocie do kraju po raz kolejny spojrzałem na mapę Chorwacji, przestudiowałem trasę Tour of Croatia i podjąłem decyzję: muszę tam wrócić. To miejsce, dzięki swojej różnorodności, obiecuje amatorowi kolarstwa tak wiele, że trudno to zaproszenie odrzucić. Tym oto sposobem listę noworocznych postanowień zacząłem – dość nietypowo – tworzyć już w październiku.

Madziarskie wino.

Ten tytuł to podpucha, bo to po prostu była pierwsza podpowiedź, jaką mi Google wyrzuciło do słowa „madziarskie”. Choć druga strona medalu jest taka, że tegoż wina opiłem się tyle, że mimo, iż dość aktywnie spędziłem te kilka dni, waga po powrocie znowu zażądała: „proszę wchodzić pojedynczo!”. Ale ja w sumie nie do końca o tym chciałem…

Co prawda przejechanie 300 kilometrów na rowerze i jeszcze raz tyle samochodem nie upoważnia mnie do głoszenia kategorycznych sądów, jednak mimo wszystko postanowiłem się podzielić tzw. pierwszym wrażeniem. Bo choć naszych „bratanków” odwiedzałem już wiele razy, to jak dotąd nigdy nie zabawiłem tam dłużej. Aż do teraz…

Pierwsza rzecz, która się rzuca w oczy po przekroczeniu granicy – brak reklamozy. Już na Słowacji jest pod tym względem dużo lepiej, niż u nas, ale Węgry zaskakują jeszcze bardziej na plus. Właściwie gdyby nie plakaty wyborcze (zdaje się, że Węgrzy właśnie wybierają parlament), można by powiedzieć, że to pod tym względem niemal raj na ziemi. Co ciekawe: z jakiegoś powodu Węgrom nie przyszło do głowy zaklejać podobiznami polityków każdego wolnego parkanu, tudzież innego skrawka przestrzeni, więc wszystkie ogłoszenia wyborcze wisiały na specjalnie przygotowanych w tym celu planszach. Być może widziałem tylko niewielki wycinek, ale miasteczko Bogács, w którym stacjonowaliśmy, wyglądało mniej więcej tak:

IMG_2986
Bogács

Jeśli o mnie idzie: dość kojący widok w przestrzeni, którą zamieszkują jacyś ludzie. Najwyraźniej posiedli jakąś rzadką umiejętność odnajdywania się bez gigantycznych i zasłaniających się wzajemnie żółto-niebieskich bannerów z napisem „pokoje do wynajęcia”. Można i tak.

A’propos Bogácsa: ta niewielka miejscowość leży ok. 17 km na południowy wschód od Egeru, u podnóża jednego z niewielu węgierskich wyniesień i parku narodowego, będącego przepięknym bukowym lasem. Ponieważ udało mi się jakimś sposobem wjechać rowerem nie w tę drogę, w którą chciałem, ale uparcie darłem ponad 200 metrów w górę, miałem okazję obejrzeć go z bliska. Potem się zorientowałem, że jednak jadę na szosie, a nie na gravelu i zmuszony byłem zawrócić. Trochę szkoda, bo było ładnie.

IMG_2970
Bukki Nemzeti Park

IMG_2971
Bukki Nemzeti Park – tam, gdzie skończyła się droga

Gdyby ktoś nie miał ochoty jeździć po okolicy rowerem, ani zapuszczać się w leśne ostępy (podobno jesienią jest tu zatrzęsienie różnego rodzaju grzybów, które Węgrzy zbierają bez przesadnego zaangażowania), Bogács oferuje możliwość wymoczenia się w termalnych wodach (to był właściwie główny powód świątecznej podróży w to miejsce) oraz dość szeroki wybór charakterystycznych piwniczek z winem. Ciekawie wygląda to z zewnątrz, choć czasami nieco gorzej brzmi, bo wieczory w jednej z piwniczek „umila” jakiś miejscowy trubadur, którego dyskusyjny talent moim zdaniem nie upoważnia nawet do występów w przydrożnym barze z karaoke. No, ale może gościom tego przybytku po kilku degustacjach bywa już wszystko jedno.

IMG_2952
Piwniczki z winem w Bogács

W środku jest jeszcze ciekawiej, a dobra do skosztowania jest tam tyle, że nie sposób podołać, choć w sumie poza sezonem 2/3 piwniczek było jeszcze zamkniętych na głucho. I chociaż na co dzień jestem raczej wielbicielem wytrawnego czerwonego carménère, lub mieszanki tempranillo & syrah (dozgonna wdzięczność dla kogoś, kto wskaże źródło kupna „Quintos de la Tejera” – legalne lub nie), to jednak w węgierskich piwniczkach moje serce skradł słodki merlot. Kosztował jakieś 12 złotych za 1,5 litra, więc w pewnym sensie nieco zrozumiały jest ten bunt wagi… Architektonicznie piwniczki jak piwniczki – po prostu dziura w ziemi, a jak się kończy miejsce, to się kopie głębiej. Ale nieco dziwne wrażenie wywołuje charakterystyczna pleśń, która pokrywa wszystkie ściany (i nie tylko) i której zadaniem jest utrzymanie odpowiedniego poziomu wilgotności dla dojrzewającego wina. Trochę przerażające, bo cała piwnica sprawia wrażenie, jakby żyła. Jeszcze bardziej, gdyby się zastanowić, w jaki u licha sposób ktoś w ogóle wpadł na taki pomysł?

IMG_2953
Piwnica jak piwnica…

IMG_2955
…ale wszystko tu obłazi czarną pleśnią.

I to by było na tyle, jeśli idzie o miejscowe atrakcje. Lokalnej kuchni raczej nie polecam, w każdym razie nie poza sezonem, bo jedna z niewielu czynnych w święta restauracji nie dość, że nieszczególnie się popisała regionalnym menu, to jeszcze to, co zaserwowali było – delikatnie mówiąc – dość dalekie od ideału. Jeśli idzie o np. placek po węgiersku to jak dotąd najlepszy zjadłem w Zakopanem i przez tydzień pobytu na Węgrzech nic się niestety w tym temacie nie zmieniło.

No a kiedy reszta towarzystwa dzielnie moczyła siedzenia w gorącej wodzie z siarką, ja jeździłem na rowerze. Nie było to zadanie szczególnie łatwe i przyjemne, przede wszystkim z powodu wiatru. Poza kilkoma wzniesieniami na północ od Bogács, Węgry to na ogół kraj nizinny i wiatr tam ma się gdzie rozpędzić. Co – ku mojemu zmartwieniu – w ostatnich dniach czynił nader chętnie (jak sprawdzałem w Accuweather, to w porywach dochodził do ok. 60 kmh – czyli momentami duło grubo).

IMG_2980
Droga jak na Ostrołękę…

Gdyby mnie ktoś dziś zapytał, czy po Węgrzech warto jeździć szosą, to na podstawie moich mikrych doświadczeń miałbym dość poważny kłopot z odpowiedzią. Bo z jednej strony: drogi tu są puste. Najwyraźniej Węgrzy nie tylko nie opanowali sztuki oszpecania swoich miast paskudnymi reklamami, ale na dodatek nie wpadli jeszcze na to, że po zapałki do kiosku też należy jeździć samochodem. Przejeżdżałem w środku dnia przez Eger oraz przez kilka innych miejscowości i – nie do wiary! – widziałem puste miejsca parkingowe! Coś jak w Polsce w 1988…

Mało tego: Węgrzy jeżdżą niewiele, przez co nie są mistrzami kierownicy (jazda samochodem za wozem z węgierską rejestracją to prawdziwa męka), ale na ogół jeżdżą bardzo ostrożnie, co dla rowerzysty jest rzeczą dość ważną. Nie zdarzyło mi się być wyprzedzanym na trzeciego, nikt na mnie nie trąbił, nikt nie trykał lusterkiem – momentami czułem się nieswojo…

Ale jest i łyżka dziegciu w tej beczce miodu: węgierskie drogi są po prostu marnej jakości. Te mało ważne wyglądają jak na zdjęciu powyżej. Te ciut ważniejsze są może i nieco szersze, ale za to bardzo dziurawe. Nierzadko trafia się jakaś arteria z betonowych płyt, ale one również najlepsze lata mają często za sobą…

IMG_2962
Trochę bolało…

A zdarzały się i takie fragmenty, po których jazda kończyła się lekką awanturką, bo domycie roweru, a później łazienki, skutecznie wyłączało ją z użycia na dłuższą chwilę… 😉

IMG_2944
Strade nero. Tutto nero…

Jakby tego było mało, to na węgierskich drogach czycha jeszcze jedna, dość niebezpieczna pułapka. Ponieważ Węgrzy nie opanowali reklamy, jazdy po zapałki i innych podobnych umiejętności, to nie wpadli również na to, że można samochodami zastawić chodniki, uniemożliwiając pieszym przejście. W związku z tym parkują po prostu na ulicy i trzeba ich mechaniczne rumaki – o zgrozo! – omijać. Warto o tym pamiętać, wypadając z jakiegoś zakrętu, bo można się nieźle zdziwić (być może to jest źródło tej ich ostrożnej jazdy?). Ale naprawdę najgorsze w tej jeździe jest to, że jak się już trafi piękna, równa, szeroka i niemal zupełnie pusta droga, to jest ona… niedostępna dla rowerów. Serio serio. Zakaz ruchu dla rowerów i cześć pieśni – na odpowiedniku naszej drogi wojewódzkiej, którą w dodatku prawie nic nie jeździ. To bolało najbardziej.

Na szczęście jednak są takie fragmenty dróg równie rzadko uczęszczanych, dobrej jakości, a do tego położonych w przepięknej scenerii, jak choćby droga z Egeru do Miszkolc, wiodąca przez środek bukowego parku. Gdybym wcześniej głupio nie pobłądził, przejechałbym ją w całości, choć z drugiej strony może i dobrze się stało, bo powrót oznaczałby mękę przez 40 kilometrów z paskudnym tego dnia wiatrem, wiejącym prosto w twarz.

Reasumując: Węgry? Na zdrowie!

IMG_2976
Droga z Egeru do Miszkolc prze Bukki Nemzeti Park. Jak się zazieleni, będzie jeszcze piękniej.