Nie uwierzysz…

„Wisłę oczywiście wszyscy kochają. Tak się jednak składa, że niemal każdy pragnie przeliczyć tę miłość na pieniądze”. I tylko rachunek, jaki na koniec przyszło klubowi za tę miłość zapłacić, okazał się być wyjątkowo słony…

Wyobraź sobie, że ktoś opowiada ci jakąś zupełnie nieprawdopodobną historię. Taką, w którą mimo najszczerszych chęci nie jesteś w stanie uwierzyć, a po jej wysłuchaniu odwracasz się od opowiadającego, wywracasz oczami i kreślisz palcem kółka w okolicy skroni. Każdy z nas kiedyś miał z czymś takim do czynienia.

Szymon Jadczak opowiada właśnie taką historię. Z tą różnicą, że jeszcze zanim zabierzesz się za jej lekturę, wiesz już, że jest prawdziwa. To wszystko wydarzyło się naprawdę, tuż obok ciebie. Niewykluczone, że nie raz mijałeś jej bohaterów gdzieś na ulicach Krakowa.

W gruncie rzeczy mogłaby to być pouczająca opowieść o siedmiu grzechach głównych, bo mamy je tutaj wszystkie w komplecie. Ale to nie wyczerpuje tematu. Ten katalog jest bogatszy o porażającą głupotę, brak wyobraźni i totalną niemoc, która dotknęła tutaj niemal wszystkich: władze klubu, kibiców, polityków, miasto, biznes, policję i inne służby. Nie ominęła również piłkarzy, choć w gruncie rzeczy oni są tutaj największymi ofiarami. Nie licząc rzecz jasna tych ofiar, które w tej wojnie straciły pieniądze, zdrowie, a niektórzy również życie (choć część z nich poniekąd na własne życzenie).

Nie przesadzę, jeśli napiszę, że „Wisła w ogniu” Jadczaka powinna być lekturą obowiązkową. Nie tylko dla tych, którzy marzą o zrobieniu kariery jako sportowi menedżerowie. To powinien być przewodnik dla wszystkich służb i urzędników, dla prokuratorów, sędziów, nauczycieli, rodziców, ale również dla wielu młodych ludzi, których kusi atrakcyjna wizja beztroskiego życia w stadionowej bandyterce. Bo wbrew pozorom jest to historia z morałem: prędzej czy później każdy bandyta objawi swój czuły punkt, prędzej czy później pęknie lub popełni błąd, prędzej czy później każda organizacja się rozsypie. Na końcu każdej, nawet najbardziej bezczelnej i nieprawdopodobnej historii, górę wezmą zwyczajne ludzkie słabości, które położą kres nawet najśmielszym planom.

Jadczak snuje swoją opowieść w formie obszernego reportażu. Pisze lekko, ze swadą, czasem ironizując, a czasem sprawiając wrażenie, że sam nie dowierza w opisywany przez siebie splot wydarzeń. Czyta się szybko, ale w głowie z każdą chwilą wyrzyna się wielki znak zapytania: jak to wszystko było możliwe?

Nie zdradzę, czy pada odpowiedź…

_________

Nie byłbym też sobą, gdybym w tym miejscu nie wbił osobistej szpili. Otóż ta historia mogła się zasadniczo wydarzyć wszędzie, ale nie bez powodu wydarzyła się właśnie w Krakowie. Wszędzie istnieją bandyckie subkultury, zgromadzone wokół piłkarskich klubów. Wszędzie rywalizują o wpływy i wszędzie toczą walki z innymi bojówkami. Ale tylko w Krakowie udało im się przejąć na własność wielki klub. Dlaczego?

Szymon pisze o Krakowie, że to wielkie miasto z małomiasteczkową mentalnością. To prawda, ale nie jedyna. Kiedy ponad 3,5 roku temu przeprowadziłem się do Krakowa (wciąż mam nadzieję, że tylko na chwilę), szybko zrozumiałem, co mnie w tym miejscu irytuje najbardziej: fasada. Tutaj wszystko jest na pokaz, jak rodowe srebra, wystawione w przeszklonym kredensie.

Życie w Krakowie jest łatwe, jeśli potrafisz zrobić wrażenie. Nic więc dziwnego, że nikt tu specjalnie nie sprawdzał potencjalnych inwestorów Wisły, z których jeden przyjechał drogim samochodem z Warszawy, a drugi – rekomendowany przez robiącego w UK biznesy Szweda – samolotem z Kambodży. Obaj zrobili wrażenie. To wystarczyło, by ich umówić na spotkanie z prezydentem miasta. I by dwukrotnie (!) przy okazji tych wizyt go skompromitować.

Kraków jest czymś na kształt wielkanocnej pisanki: pięknie zdobionej, kolorowej, o której często pisze się w kolorowych magazynach i którą obsypuje się gradem rozmaitych nagród. Ale w środku jest pusta. To jest miasto dla turystów, ma tylko zrobić wrażenie. Przez dzień, dwa, może trzy – potem wyjadą. Oni uwierzą, że mamy tutaj wspaniałe teatry i znakomitych aktorów, ale oni nie jeżdżą tramwajami, w których nazwy przystanków czyta syntezator mowy, głosem tak sztucznym i beznamiętnym, że po kwadransie jazdy masz ochotę wysiąść i rzucić się pod koła.

Tylko tutaj to było możliwe. I tutaj właśnie to wszystko się wydarzyło, choć tak naprawdę wciąż nie sposób w to uwierzyć.

Foto otwierające: Flick / bobita79; okładka: empik.com

Wraca nowe. I dobre!

Niewiele się tu ostatnio dzieje, bo nie dość, że sezon klasyków w pełni, więc wyżywam się twórczo w zapowiedziach wyścigów (o, na przykład tutaj, przed De Ronde lub tutaj, przed Paryż-Roubaix), to jeszcze pochłania mnie tak zwana bieżączka i kolejka projektów do wdrożenia. Ale to bynajmniej nie jest powód do narzekań, bo czasem trafia się wśród nich prawdziwa perełka, a trudno inaczej określić powrót na rynek po ponad 19 latach (sic!) magazynu Magic Basketball.

Na koszykówce nie znam się prawie wcale, ale trzymam mocno kciuki za Piotra i jego ekipę, bo zdaję sobie sprawę na jak ciężki rynek wchodzą. Sprzedaż drukowanego magazynu w dzisiejszych czasach to zabawa w rosyjską ruletkę: albo masz masę szczęścia i każdy kolejny strzał cię umacnia, albo zabija cię nagła podwyżka na poczcie, upadek kolejnego dystrybutora, albo nowa akcyza na papier i farbę drukarską, bo właściwie dlaczego by nie?

Z dystrybucją cyfrową ryzyka są nieco mniejsze, ale to również nie jest takie Eldorado, jak się z pozoru wydaje, bo przebicie się z nowym tytułem do świadomości odbiorców w tym całym komunikacyjnym szumie, z jakim mamy do czynienia w dzisiejszym internecie, proste bynajmniej nie jest.

Sądząc jednak po pierwszych wynikach, im się udało. Bardzo się cieszę i zaciskam kciuki jeszcze mocniej, bo przygoda dopiero teraz się zaczyna: za dwa miesiące pierwszy numer płatny. Jeśli tylko utrzymają poziom (a nie mam powodu w to wątpić) – czeka nas ciekawa współpraca.

Zatem: pobierajcie i polecajcie znajomym! Wystarczy kliknąć i podać ten krótki link: onelink.to/magicbasketball (urządzenie samo rozpozna odpowiedni market, do którego będzie przekierowywać), lub wyświetlić na ekranie poniższy kod do zeskanowania. Częstujcie się i smacznego!

Niby po zdrowie, ale wbrew rozsądkowi…

Uprawianie amatorskiego sportu w Polsce coraz rzadziej jest walką z samym sobą i swoimi ograniczeniami. Coraz częściej to krucjata wszystkich przeciw wszystkim: kolarzy przeciw kierowcom, biegaczy przeciw mieszkańcom, rolkarzy przeciw pieszym. Tylko od normalności zdajemy się być coraz dalej…

No i się zaczęło. Przyszła wiosna, wystartowały pierwsze uliczne biegi, a wraz z nimi licytacja na najbardziej wymyślne obelgi, którymi można obrzucić organizatorów, władze miasta, służby porządkowe, czy wreszcie samych biegaczy. Każdemu się należy, bo każdy w mniejszym lub większym stopniu dołożył się do zrujnowania życiowych planów jakiejś grupie mieszkańców, którym – co też jest prawdą – ktoś na kilka godzin solidnie utrudnił życie.

Problem nie polega na tym, że krytykujący nie mają racji, bo mają. Ale coraz bardziej martwi mnie poziom tej dyskusji, coraz bardziej agresywny język i coraz bardziej absurdalne argumenty, wysuwane na obronę swoich tez. Trudno uwolnić się od wrażenia, że tu w ogóle nie chodzi o szukanie jakichkolwiek rozwiązań, bo w tych dyskusjach właściwie nikt nikogo nie słucha. Zdaje się, że chodzi bardziej o możliwość wyładowania własnej frustracji. Tylko czy aby na pewno jest to właściwy kierunek?

Słowo krytyki należy się tak naprawdę każdemu:

  • Organizatorom, którzy „trafili” z wielką imprezą w jedyną w miesiącu handlową niedzielę, co pewnie bardziej, niż zwykle wzmogło frustrację mieszkańców.
  • Władzom miasta, które od lat nie potrafi stworzyć sensownego i skutecznego sposobu informowania mieszkańców o tego typu wydarzeniach. Publikacja na miejskim profilu na FB jednego posta, i to na pół godziny przed startem imprezy, to czysta kpina z mieszkańców. Nie mówiąc już o tym, że jednym z celów organizacji tego typu imprez, jest promocja miasta. Zaiste, bardzo się miasto przy tej okazji wypromowało…
  • Służbom porządkowym, w tym policji i straży miejskiej, przydatnych w takich okolicznościach jak świni siodło: nic niewiedzących, niezdolnych do jakiejkolwiek pomocy, stojących i robiących dobrą minę do złej gry, bo stać kazali.
  • Mediom, a zwłaszcza tak zwanym „patronom medialnym”, których użyteczność przy tego typu wydarzeniach coraz bardziej mnie zastanawia.

Tu się zatrzymam, bo to poniekąd moja działka. Jakiś czas temu miałem okazję współpracować z takimi „patronami medialnymi” i przyznam, że z każdą chwilą coraz mniej rozumiałem sens nawiązywania tego typu współpracy. Po pierwsze dlatego, że partnerem do rozmowy o tego typu działaniach jest zwykle handlowiec, który ma to w głębokim poważaniu, bo pieniądz z takiej roboty jest żaden, a trochę nachodzić się trzeba. Po drugie dlatego, że redakcja najczęściej też ma na to wylane, zwłaszcza jak musi się zajmować tematem, który ją nieszczególnie interesuje i nie najlepiej się klika. Efekt jest taki, że zwykle trzeba dostarczyć gotowy tekst, który ktoś po prostu wrzuci na stronę i zapomni o sprawie. „Opublikowaliśmy, może wyskoczy wam w raportach mediowych, będziecie mogli wstawić do prezentacji dla sponsora, a poza tym macie nasz logotyp, to sobie przyklejcie i ogrzejcie się w blasku naszej chwały”. Nie twierdzę, że to reguła, ale niestety w przypadku imprez, które nie gromadzą tysięcy kibiców i dużej widowni telewizyjnej, jest to najczęściej przykry standard. Czasem przytrafi się jakiś wyjątek, gdy w redakcji siedzi pasjonat, który się zna na sprawie i potrafi swoich odbiorców zainteresować tematem. Gdy go brakuje, taki artykuł równie dobrze można przysypać liśćmi, byle nie kolidował z niezwykle ważnym newsem o tym, że Lewandowski zjadł śniadanie.

Skutki tej ignorancji wszystkich stron są opłakane i to nie tylko za sprawą sfrustrowanych mieszkańców, ale przede wszystkim tabunów ludzi, którzy bezrefleksyjnie powtarzają swoją mantrę: „biegacze do lasu!”, „cykliści won z miasta!”, „rolkarze do skate-parków!” i tak dalej. Jeśli do tego zmierza promocja amatorskiego sportu w Polsce, to nie wróżę nam zbytnio świetlanej przyszłości, bo uprawianie sportu coraz częściej przestaje być walką z samym sobą i własnymi ograniczeniami, a zaczyna być ustawką wszystkich z wszystkimi: rowerzystów z kierowcami, biegaczy z mieszkańcami, rolkarzy z pieszymi i tak dalej. Człowiek, który zamierza się zająć uprawianiem jakiegoś sportu, coraz częściej zaczyna tę przygodę od pytania o to, z kim będzie musiał dziś walczyć o kawałek przestrzeni dla siebie.

Na całym świecie udaje się jakoś wypracować rozsądne ramy do uprawiania amatorskiego sportu. Często udaje się to w dużych miastach, gdzie ze względu na siedzący na ogół tryb życia jest to sprawa szczególnie istotna. Wielkie imprezy biegowe organizuje się niemal w każdej większej europejskiej stolicy i choć zawsze znajdą również tam jacyś niezadowoleni, nie spotkałem się jeszcze z tak otwartym i bezceremonialnym hejtem. W Polsce mamy tendencję do zamykania się we własnych bańkach i zamiast szukać rozsądnych rozwiązań, szukamy miejsca, w których można postawić kolejne granice. Bo wprawdzie „miasto jest nasze”, ale „twoja wolność kończy się tam, gdzie przekracza granice mojej”.

Wydaje mi się to chore. I – niestety – jestem raczej pesymistą, jeśli idzie o to, czy zmierzamy w kierunku wyzdrowienia…

Foto: Flickr / A T Y

_____________________

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Słaba płeć. Tylko która?

„To przecież tylko żarty” – zwykli się tłumaczyć mężczyźni, po których popisach część ludzkości odczuwa tylko zażenowanie. Ale może my naprawdę nie potrafimy się właściwie zachowywać względem kobiet? I w gruncie rzeczy może naprawdę nie mamy ochoty tego zmieniać? Tylko po co w takim razie gramy w tę grę pozorów?

„Słabo kolarzom wychodzą relacje z kobietami” – napisał ktoś w komentarzu na Twitterze, gdy wrzuciłem info o wykluczeniu z wyścigu Vuelta de San Juan Iljo Keisse, zawodnika Deceuninck-Quick Step, który pozwolił sobie na sztubacki żart, symulując akt seksualny wobec niczego nieświadomej kibicki, pragnącej zrobić sobie zdjęcie z kolarzami.

Może nie posuwałbym się aż tak daleko w generalizowaniu, bo podejrzewam, że zdecydowanej większości kolarzy udaje się utrzymywać z płcią piękną relacje przynajmniej poprawne, ale faktem jest, że nie tylko kolarstwo, ale w ogóle świat sportu (i nie tylko) wyjątkowo często się w tych relacjach gubi i zachowuje jak słoń w składzie porcelany. Niby wszyscy chcieliby jakiejś „normalności”, ale raz, że niespecjalnie potrafią określić, na czym ta „normalność” miałaby polegać, a dwa: jeśli już uda się wypracować przynajmniej jakąś jej namiastkę, to zawsze znajdzie się jakiś trefniś, który dzięki swojej głupocie cały wysiłek puści z dymem.

Przykładów takich sytuacji można mnożyć bez liku, począwszy od tego, jak na gali Złotej Piłki potraktowano Adę Hegerberg, na popisach Iljo Keisse, czy naszego rodzimego blogera Majka skończywszy – a przecież wszystkie je dzieli ledwie kilka tygodni. I w każdym przypadku to były „tylko żarty”.

Zresztą na tym ostatnim przykładzie chciałbym się na moment zatrzymać, bynajmniej nie dlatego, żeby się pastwić nad specyficznym poczuciem humoru blogera, ale aby zacytować całkiem trafne zdanie, rzucone przez satyryczny ASZ Dziennik, który na grillowaniu tego typu przypadków zna się o niebo lepiej ode mnie. Owo zdanie brzmi: „Popis rowerzysty Michała Fornala to jedna z tych afer, kiedy cały internet doskonale widzi, co jest nie w porządku – tylko główny bohater dalej nic nie rozumie.”

Tutaj dla odmiany poszerzyłbym grono nic nie rozumiejących, bo wydaje mi się, że w świecie sportu jest to choroba dość powszechna. Koledzy Iljo Keisse na przykład nie rozumieją tak bardzo, że strzelili wczoraj focha i w akcie solidarności nie pojawili się na dekoracji. Majk Cycling wciąż nie rozumie, dlaczego Kross natychmiast zerwał z nim umowę, ale jeszcze zanim usunął z Facebooka rzewny post, w którym się skarży na swój niezasłużony los, można było pod nim poczytać setki komentarzy ludzi, którzy nie rozumieją jeszcze bardziej. I tak dalej.

Przypomniała mi się przy tej okazji ubiegłoroczna awantura o tzw. podium girls, które w imię politycznej poprawności i rzekomej walki z seksizmem postanowiono wykolegować z Formuły 1 (a potem również z innych dyscyplin), zapomniawszy jednak przy tej okazji w ogóle zapytać je o zdanie. Czyli zrobiono dokładnie to, z czym chciano walczyć: potraktowano je przedmiotowo, tyle że pod sztandarem troski o to, by nie były traktowane przedmiotowo. Zresztą popełniłem kiedyś na ten temat również mały felieton.

Dzisiaj, z perspektywy blisko roku i kolejnych doświadczeń, jakie w tym czasie zafundowali nam zatroskani o poczucie humoru kobiet koledzy, widzę tę sprawę jeszcze wyraźniej: wszystkie męskie wysiłki, zmierzające do rzekomej poprawy sytuacji kobiet w sporcie, to w istocie próba przyklejenia na tą samą próżność nieco bardziej feministycznego plastra.

Gdybyśmy naprawdę chcieli rozwiązać ten problem, wystarczyłoby sięgnąć po rozwiązanie, które leży u stóp: zapytać kobiety, co tak naprawdę chciałyby robić, a następnie pozwolić im to robić. Chcecie jeździć na rowerach? Wsiadajcie na rowery! Chcecie grać w piłkę nożną? Grajcie w piłkę nożną! Chcecie tworzyć własne drużyny i zrzeszać się we własnych federacjach? A nie, chwileczkę, to jest przecież męska sprawa, my się tym zajmiemy, my się na tym znamy, mamy doświadczenie, kontakty, wypracowane procedury, a wy idźcie pokopać piłkę i pojeździć na rowerach, tak jak przecież chciałyście od początku…

Tak to niestety wygląda, bo zdecydowanie wciąż zbyt duża grupa facetów w sporcie to ci, którzy nadal nic nie rozumieją. Przede wszystkim tego, że jeśli chcemy coś zmienić, to po prostu musimy to zmienić, a nie tylko symulować zmiany. Tymczasem trudno uwolnić się od wrażenia, że wychodzi nam to tak, jak temu kolesiowi ze starego dowcipu, który chciał poprosić żonę, żeby podała mu cukier, ale mu się niechcący wyrwało: „pół życia przez ciebie, jędzo, zmarnowałem”.

My udajemy, że coś zmieniamy, kobiety udają, że są zadowolone. Deklarujemy, że chętnie widzielibyśmy je ubłocone na trasie jakiegoś górskiego maratonu, ale jednocześnie drapiemy się w czuprynę, bo kto w tym czasie ugotuje obiad i ogarnie lekcje z dzieciakami? I tak jest do czasu, aż komuś się wypsknie jakiś „niewinny” dowcip. Wtedy się okazuje, że dla nas od początku to były tylko żarty, a one potraktowały tę zabawę nieco bardziej serio.

I niesmak pozostaje.

Fot. Scott Robarts / Flickr

Nie płakałem za Kamilem. Czyli jeszcze słowo o „Sportowcu Roku”.

Zgodnie z utartą świecką tradycją początek roku przynosi nam różnego rodzaju rozstrzygnięcia wszelakich „naj” za rok miniony, w tym również zabawę najpopularniejszą, najbardziej prestiżową i o największym znaczeniu w polskim sporcie, czyli po prostu Plebiscyt Przeglądu Sportowego na „Sportowca Roku”. Zgodnie z tą samą tradycją rozstrzygnięcie nie zadowoliło wszystkich (bo i nie mogło), zatem nie powinno szczególnie dziwić, że już po ogłoszeniu finałowej dziesiątki tu i ówdzie rozległy się pomruki niezadowolenia, osiągając apogeum w chwili ogłoszenia zwycięzcy, którym okazał się siatkarz Bartosz Kurek.

Mnie osobiście ten wybór ucieszył, ale dlaczego – o tym nieco dalej, bo w sumie nie ma to większego znaczenia. Jest kilka rzeczy, które mnie nieustannie intrygują, choć dopuszczam też możliwość, że ja po prostu czegoś zwyczajnie nie rozumiem. Na początek jednak dwie uwagi natury formalnej.

Pierwsza: sam plebiscyt w swojej formule „publicznej”, czyli tej, która opiera się na głosach czytelników Przeglądu Sportowego (część tytułów przyznaje redakcja i tu trudno się doszukać większych kontrowersji), nie ma żadnych ostrych kryteriów wyboru. Odkąd ogłoszona zostaje lista nominowanych, można głosować całkowicie „po uważaniu” i argumentując swój wybór niepodważalnym „bo tak!”.

Z biznesowego punktu widzenia taka formuła ma sens, bo warto pamiętać, że oprócz zrobienia frajdy sportowcom cała ta zabawa ma przede wszystkim promować tytuł i markę najbardziej opiniotwórczego dziennika sportowego w Polsce. Obwarowanie plebiscytu precyzyjnymi kryteriami niosłoby z sobą ryzyko znacznego ograniczenia zasięgu plebiscytu, eliminując z niego kibiców okazjonalnych, którzy sportem niekoniecznie ekscytują się na co dzień, ale od czasu do czasu lubią sobie popatrzeć na ulubioną dyscyplinę. Mogę się założyć, że znakomita większość kibiców np. lekkoatletyki ma kontakt z dyscypliną wyłącznie podczas dużych imprez mistrzowskich oraz igrzysk. Podobnie jest z wioślarstwem, kajakarstwem, szermierką i niezliczoną liczbą innych dyscyplin, w których Polacy zdobywają medale. Brak ostrych kryteriów wyboru jest prawdopodobnie ukłonem w stronę tych kibiców.

Ale ta otwarta i nieostra formuła niesie z sobą również taką konsekwencję, że wyłącza jakąkolwiek merytoryczną dyskusję i argumentację. Kiedy więc czytam pełne rozczarowania tweety sportowych fachowców i dziennikarzy, w których przekonują, że „powinien wygrać Stoch”, ciśnie mi się na usta pytanie: „ale niby dlaczego „powinien”, skoro nie zostało określone absolutnie żadne kryterium, na podstawie którego głosujący mieliby weryfikować ową powinność?”. Skoro nie określiliśmy kryteriów i reguł, to nie wymagajmy od ludzi, żeby się nimi kierowali w wyborze. Skoro zaoferowaliśmy im dowolność wyboru, to wypadałoby tę dowolność uszanować, nie narzucając po fakcie tego, jak powinni byli głosować, skoro „powinien wygrać Stoch”.

Druga rzecz, która jest w istocie również konsekwencją tych nieostrych kryteriów, jakimi należałoby się kierować w wyborze, to tak naprawdę trudność w zdefiniowaniu tego, na jakiego sportowca de facto ludzie głosują. Do niedawna wydawało mi się, że decydującą jest miara popularności i aktualnych emocji, stąd zwyczajowa premia, otrzymywana często przez sportowców, których wyczyny rozgrzewają emocje w trakcie głosowania.

Ale przyjrzałem się raz jeszcze laureatom poprzednich edycji i zakołatało mi w głowie, że może chodzić tu o zupełnie inny czynnik, który okazuje się być decydujący w tej powszechnej formule głosowania: o „fajność”. Można toczyć długie i zupełnie bezowocne debaty o wyższości Kamila Stocha nad Bartoszem Kurkiem, ale podejrzewam, że w powszechnym odbiorze waga poszczególnych tytułów i sportowych osiągnięć nie ma większego znaczenia. Kurek poprowadził siatkarską reprezentację do drugiego z rzędu tytułu mistrzów świata, będąc przy tym po prostu „fajnym” kolesiem: trochę zadziornym, energicznym i bardziej wyszczekanym od skromnego, skupionego i sympatycznego, ale mimo wszystko nieco zbyt zamkniętego w sobie Stocha. Mogę się mylić, ale jak patrzę pod tym kątem na listę laureatów Plebiscytu PS z ostatnich 15-20 lat (czyli mniej więcej z okresu, w którym poza stałymi czytelnikami Przeglądu do głosu doszli „okazjonalni” kibice, korzystający z sms-ów, audiotele czy Internetu), to ta teoria składa mi się w jakąś spójną całość: wygrywali zwykle „najfajniejsi” z najlepszych.

Dla jasności: nie mam absolutnie nic przeciw Kamilowi Stochowi. Uważam go za sportowca absolutnie wybitnego. Ale wybór Bartka Kurka mnie bardzo ucieszył. Bynajmniej nie dlatego, że był „lepszy” od Kamila Stocha (zresztą… jak to do licha porównywać?).

Stoch w 2018 roku wygrał prawie wszystko, co było do wygrania: Turniej Czterech Skoczni, Kryształową Kulę, olimpijskie złoto. Wedle wszelkich kalkulacji osiągnął w ubiegłym roku znacznie więcej, niż rok wcześniej i niż w 2014 roku, gdy zwyciężał w wyborze na Sportowca Roku. Jedyne, czego nie udało mu się powtórzyć, to podwójne złoto na Igrzyskach. Ale suma zwycięstw rzuca na kolana. W porównaniu z nim Bartosz Kurek wygrał „tylko” Memoriał Huberta Wagnera i Mistrzostwa Świata, na których został wybrany najbardziej wartościowym zawodnikiem. Pojęcia nie mam, jak od strony formalnej porównać te wyczyny, ale pewnie waga przechyliłaby się na stronę Kamila.

Jest tylko jeden niuans, który sprawia, że sukces Kurka cieszy mnie bardziej. Stoch w ubiegłym roku nie wdrapał się na szczyt; on już tam po prostu był. Przez ostatnie lata konsekwentnie wypracowywał sobie rolę niekwestionowanego króla polskich skoków i całego sportu, któremu czasem zdarzają się słabsze dni (tym razem niefortunnie w trakcie głosowania), ale na którego zawsze można liczyć.

Bartosz Kurek dla odmiany pokonał bardzo długą i bardzo ciężką drogę ponownego udowadniania swojej wartości przed nowym selekcjonerem i starą publicznością, która w części zdążyła już wymazać go z pamięci. Z zawodnika, bez którego reprezentacja poradziła sobie w siatkarskim mundialu przed czterema laty, stał się ostoją nowej kadry, bez której drugie z rzędu, a trzecie w historii zwycięstwo w Mistrzostwach Świata nie byłoby możliwe. Pod tym względem rola Kurka wydaje mi się nie do przecenienia, a tytuł Sportowca Roku absolutnie zasłużony. Ale to wyłącznie moje własne kryteria. Bo ja osobiście najbardziej w sporcie cenię tych, którzy upadają, ale wciąż jeszcze mają siłę wstać. Żadne zwycięstwo mnie tak nie cieszy, jak podniesienie się po przegranej.

Na marginesie: też uważam, że Kurek jest „fajniejszy” 😉

Foto: Flickr / Grzegorz Jereczek

Sport za czarnym parasolem pana Ly.

Nie będę udawał, że znam się jakoś szczególnie dobrze na piłce nożnej, a jeszcze lepiej na zarządzaniu klubem piłkarskim. Nic z tych rzeczy. Niemniej od ponad dwudziestu lat kręcę się w okolicach zarządzania biznesem, trochę umów w życiu już widziałem, kilka podpisałem. Gorzkie owoce niektórych zbieram do dzisiaj, bo jedna z moich biznesowych przygód zakończyła się dość bolesną porażką. Zdarza się. Ale nie mam problemu ze spojrzeniem w lustro, bo zasłużone baty zbieram sam, a całą przygodę traktuję jako solidną lekcję od życia.

Tymczasem nie mogę się oprzeć wrażeniu, że polski sport w sferze organizacyjnej na wszelką naukę jest dość mocno impregnowany. Kłopot w tym, że skutki tej ignorancji niejednokrotnie spadają na innych: sportowców, trenerów, kibiców, pracowników klubów i tych wszystkich, którzy w sport wkładają z czystej pasji mnóstwo serca i czasu. Oni wszyscy na koniec dnia dostają od działaczy z liścia.

Nie zamierzam tu odtwarzać chronologii zdarzeń w Wiśle, bo napisano na ten temat już tak wiele i stworzono z tego tak mdłą operę mydlaną, że „Klan”, „Dynastia” i „W Kamiennym Kręgu” lada moment będą musiały zewrzeć szyki, by dać odpór tej wiślackiej telenoweli. Skupię się za to na kilku drobiazgach i paru konkluzjach, jakie z nich wynikają, a jak ktoś jest ciekawy całej historii, to polecam do śledzenia twitterowy profil Szymona Jadczaka, który od dość dawna tropi gangsterskie wątki w Wiśle Kraków i który całą tę sprawę zna chyba najlepiej. Szymon stworzył też coś absolutnie genialnego, układając mnóstwo informacji w swoisty ranking, prezentujący „dokonania” wszystkich, którzy przyłożyli rękę do zatopienia krakowskiego klubu. Szczerze polecam – naprawdę mocna rzecz.

W skrócie: 22 grudnia, w lobby pewnego hotelu, z dala od kamer i mikrofonów, sprzedano klub piłkarski Wisła Kraków. Dumnym nabywcą stało się konsorcjum zarejestrowanego w Luksemburgu funduszu inwestycyjnego Alelega, reprezentowanego przez niejakiego pana Vanna Ly, rzekomo członka kambodżańskiej rodziny królewskiej, oraz Noble Capital Partner, brytyjskiego funduszu, reprezentowanego przez pana Matsa Hartlinga. Akuszerem tego kontraktu był niejaki Adam Pietrowski, podający się za piłkarskiego menedżera i legitymujący się zdjęciem ze Zbigniewem Bońkiem. Na temat wiarygodności wymienionych wyżej dżentelmenów nie będę się rozwodził, ponieważ znacznie lepiej ode mnie zrobił to w swoim felietonie Krzysztof Stanowski. Od siebie dodam tylko tyle (uwaga: spoiler alert!): nie uwiarygodniono ich wcale, a pojawiające się raz po raz informacje, jak ta poniższa, o umocowaniu pana Hartlinga, powodowały tylko coraz większy wytrzeszcz ze zdumienia.

To wszystko jednak nie przeszkodziło władzom Wisły w zawarciu umowy sprzedaży klubu, choć w tym momencie impreza dopiero zaczęła się rozkręcać i rozpoczęło się nerwowe oczekiwanie na przelew, który miał nadejść do 28 grudnia (taki był warunek umowy) i który – jak nietrudno się domyślić – nie pojawił się do dzisiaj.

Jeśli o mnie chodzi, to najciekawsza informacja w tej smutnej epopei pojawiła się w Sylwestra, kiedy to Towarzystwo Sportowe Wisła (dotychczas formalny właściciel klubu) opublikowało oświadczenie, w którym poinformowało, że w związku z zaistniałą sytuacją w dniu 31 grudnia „odbyły się spotkania Zarządu TS Wisła z przedstawicielami kancelarii prawnej, która analizuje zapisy w umowie sprzedaży Wisły Kraków SA”.

Nie, nie robię sobie jaj, możecie sprawdzić tutaj. 31 grudnia zarząd podjął się analizy umowy, którą podpisał niecałe półtora tygodnia wcześniej i na mocy której sprzedał nie wiadomo komu i nie bardzo wiadomo na jakich warunkach najcenniejsze (choć po uszy zadłużone) aktywo swojego majątku.

Gdybym był kibicem Wisły, w tym momencie poczułbym, że ktoś mi napluł w twarz (w gruncie rzeczy nie po raz pierwszy, ale to inna historia). Na chwilę obecną status jest taki, że TS Wisła nie ma pieniędzy, nie ma akcji swojej spółki, nie ma prezesa (pani prezes po akcie „sprzedaży” podała się do dymisji i zniknęła z pola widzenia), a właściwie nie wie, czy go ma, bo na mocy umowy, która nie wiadomo czy obowiązuje, domniemanym prezesem jest pan Pietrowski (ten od zdjęcia z Bońkiem), choć akuratnie pozostaje nieuchwytny. Ale co najlepsze: nie ma też inwestorów, w rękach których znajdują się akcje klubu, bo ci się znienacka zdematerializowali. Pan Vanna Ly najpierw rzekomo był w podróży, potem okazał się być przeziębiony, a ostatnie doniesienia są takie, że miał zawał. Zaiste jest to mało zabawna sytuacja, ale nie sposób tego skomentować inaczej, niż dając przestrzeń memom:

Reasumując: w ciągu kilku tygodni Wisła Kraków z jednego z bardziej zasłużonych klubów stała się jednym wielkim pośmiewiskiem.

No ale miały być konkluzje. Jedna jest taka, że gdy cała ta sprawa nabierała jeszcze rozpędu, żyłem mocno naiwną wiarą, że ktoś jeszcze zdąży się ogarnąć i zanim sprawy zajdą za daleko, walnie pięścią w stół i krzyknie coś w stylu: „czy was do końca powaliło?!”. Nic z tych rzeczy. Działacze brnęli dalej, kibice złorzeczyli dziennikarzom, którzy podważali wiarygodność „inwestorów”, PZPN się biernie przyglądał („nic nie możemy zrobić”), a prokuratura oglądała to wszystko jak serial na Netflixie, chyba nie dowierzając, że to się dzieje naprawdę i że może warto zainterweniować, bo temat mocno śmierdzi. Ale może nie ma paragrafu na głupotę, a w całej tej sprawie ta najmocniej rzucała się w oczy, choć pytanie Stanowskiego o motywy całej tej hecy i prawdziwy powód próby przejęcia klubu wydają mi się dzisiaj ze wszech miar zasadne.

Drugi smutny wniosek z całej tej awantury jest taki, że polski sport na poziomie organizacyjnym jest wciąż kompletnie niedojrzały. Sprawa Wisły nie jest przecież pierwszym i odosobnionym przypadkiem. Warszawscy kibice jakiś czas temu przeżywali upadek Polonii, chwilę później bliższy kontakt z dnem celebrował Widzew, problemy miał ŁKS, w samej piłce nożnej bolesnych doświadczeń można by wymienić sporo. Niczego i nikogo to nie nauczyło.

Gdy niedawno opisywałem problemy Polskiego Związku Kolarskiego, zwróciłem uwagę na to, że w kolarskiej centrali wciąż nikt nie ma żadnego pomysłu na to, jak wyprowadzić związek z 12-milionowego długu, ale zarząd nie przestaje powtarzać, że „przecież pieniądze muszą się znaleźć”. Helou!? One się nie zgubiły, tylko je bez sensu przepieprzyliście! I się nie znajdą, tylko trzeba na nie solidnie i uczciwie zapracować!

Sport jest niezwykle trudnym biznesem, bo w dużej mierze opiera się na sprzedaży złudzeń i ulotnych emocji. Piłka nożna, w której często obraca się gigantycznymi kwotami (moim zdaniem niejednokrotnie demoralizującymi zarówno piłkarzy, jak i działaczy), wymaga pod tym względem jeszcze większej dojrzałości i odpowiedzialności, bo wielkie pieniądze lubią się tutaj łatwo pojawiać i równie łatwo znikać. Wszędzie tam, gdzie każdą złotówkę trzeba najpierw ciężką pracą wyszarpać, a potem trzy razy ją obejrzeć przed wydaniem, sytuacja bywa o wiele zdrowsza, a zarządzanie sportem znacznie bardziej odpowiedzialne. No ale zgodnie z ludzką naturą i zbójeckim prawem rynku: zawsze trzeba chcieć więcej. Tyle, że trzeba to też potrafić.

Chciałbym, żeby historia Wisły czegoś ludzi nauczyła, ale nie mam zbyt wielkich złudzeń. Ci, którzy dzisiaj być może podśmiechują się pod nosem z parasola pana Vanny Ly, w gruncie rzeczy zachowują się tak samo: udają, że świat ich nie widzi. Problem w tym, że oni w tej pozycji również nie widzą świata i często przestają rozumieć reguły, które nim rządzą. Pozostaje im wówczas tylko wiara w to, że „pieniądze muszą się znaleźć”. Tutaj się „znalazły”. Drobny szczegół, że prawdopodobnie nigdy nie istniały. Ale może za parasolem nikt nie zauważy?

Foto: Youtube / KRKnews

Powrót króla.

Doskonale pamiętam dzień wypadku Roberta. Pamiętam gdzie wtedy byłem, dokąd jechałem, jakim samochodem i jak spędziłem cały ten dzień. Pamiętam to wszystko, choć moja pamięć to nie argument i raczej staram się sobie jej nie zaśmiecać sprawami błahymi. I pamiętam to wszystko nie ze względu na to, że robiłem wówczas coś absolutnie wyjątkowego (choć to był bardzo przyjemnie spędzony czas), ale właśnie ze względu na tę jedną informację: o wypadku Roberta we Włoszech. Pamiętam dlatego, że to po prostu było dla mnie ważne. Stąd łowione w pośpiechu informacje i ciągłe zerkanie na ekran telefonu, czy pojawiły się jakieś nowe wieści na temat jego stanu.

Bo Robert Kubica nie był wówczas tylko kierowcą Formuły 1. Był wtedy facetem, który rozpalał wyobraźnię wielu ludzi (również moją) i udowadniał, że nie ma takiego celu, którego nie można osiągnąć tytaniczną pracą i wytrwałością. To one pozwoliły mu wtedy wejść do tej elity szaleńców, którą praktycznie w całości mógłbym pomieścić w swoim salonie. Tym bardziej, że wszyscy są raczej niewielkich gabarytów 😉

Dziś nie ma chyba serwisu, gazety czy telewizji, które nie prześcigałyby się w próbach udowodnienia, że powrót Roberta Kubicy na tor Formuły 1 jest jednym z największych tego typu wydarzeń w świecie sportu. Nie lubię wielkich kwantyfikatorów i jeszcze większych słów, więc nie biorę udziału w tego typu licytacjach. Tym bardziej, że na razie ów powrót jest wciąż tylko szansą i jeszcze wiele wody w Wiśle upłynie, zanim będziemy mogli obiektywnie ocenić, czy rzeczywiście udało się tę szansę wykorzystać. Głęboko wierzę, że tak. W końcu tę szansę otrzymał facet, który po raz drugi dokonał niemożliwego. Po raz drugi pokazał na czym tak naprawdę polega sport: na podnoszeniu się po upadku. I pod tym względem znowu jest królem mojej wyobraźni. Nie posiadam się z radości, że udało mu się wrócić.

Ale nie byłbym sobą, gdybym nie zwrócił uwagi na to, jak bardzo zmienił się świat przez te siedem lat, które upłynęły od feralnego Ronde di Andora. I że to wcale nie musi być zmiana na lepsze. Upór, talent, umiejętności i determinacja, które po raz pierwszy wprowadziły Roberta Kubicę do motosportowej elity, tym razem okazały się niewystarczające. Tym razem kluczem okazały się pieniądze (zresztą gdyby nie one, prawdopodobnie cieszylibyśmy się tym powrotem już w ubiegłym roku).

Wiem, że F1 nie jest tutaj wcale wyjątkiem, choć kwoty, jakimi obraca, powodują zawrót głowy. I nie mam absolutnie nic przeciwko pieniądzom w sporcie, wprost przeciwnie: uważam, że powinno ich tam być jak najwięcej. Ale to przejście od „pokaż światu swój talent i stań się bogaty” do „przyjdź z dużą torbą pieniędzy, żebyś mógł pokazać światu swój talent” całkowicie kłóci mi się z ideą sportu. Tym bardziej, że dotyczy również faceta, który swoje talenty udowadniał niejednokrotnie. I tym bardziej, że już wiadomo, iż tego typu droga na skróty nie zawsze przynosi spodziewane rezultaty (czego przykładem – daleko nie szukając i abstrahując od niedoskonałości bolidu – przygoda z F1 Siergieja Sirotkina, z którego pieniędzmi Kubica przegrał przed rokiem walkę o fotel).

Mam świadomość, że F1 to piekielnie droga zabawa. Ale gdy kluczowym kryterium do wzięcia w niej udziału stają się pieniądze, przestańmy nazywać ją sportem, bo z duchem sportowej rywalizacji ma to wszystko już coraz mniej wspólnego.

Czuję też pewien dyskomfort, gdy myślę o zaangażowaniu w tę sprawę Orlenu. Bynajmniej nie dlatego, że „żal” mi tych pieniędzy i nie dlatego również, że – zgodnie z często pojawiającym się argumentem w dyskusjach – „spełniają marzenia tylko jednego człowieka”. To mogę jeszcze bez problemu zrozumieć, bo akurat ten jeden człowiek swoją tytaniczną pracą i niebywałym uporem na spełnienie swoich marzeń jak nikt inny zasłużył, a my wszyscy powinniśmy się z jego przykładu uczyć.

Nie mam też najmniejszych wątpliwości, że pod względem wizerunkowym zaangażowanie Orlenu w Formułę 1 jest pomysłem w 100% trafionym. Wręcz bardzo się cieszę, że z polskim kierowcą również polska marka wchodzi do absolutnej elity.

Jest mi to zaangażowanie drzazgą w paluchu z innego powodu: Orlen na polskim rynku pozycjonuje się w roli mecenasa sportu. I znakomicie; potrzebujemy takich marek znacznie więcej. Ale rola mecenasa – przynajmniej w moim rozumieniu – polega na patrzeniu na sport w długiej perspektywie i tworzeniu dla niego warunków do długofalowego rozwoju. I OK. – na co dzień Orlen w wielu dyscyplinach to robi. Ale w przypadku zaangażowania w F1 wychodzi z tej roli, realizując czysty biznes (do czego zresztą ma pełne prawo, jeśli nie wręcz obowiązek, bo ostatecznie celem każdej działalności jest pomnażanie kapitału i rozwój, o czym nader często zapominają sportowi działacze, skupieni niemal wyłącznie na konsumpcji sponsorskich pieniędzy).

Robert Kubica spędzi w fotelu kierowcy dwa lata. Co będzie potem? Nie wiadomo, choć z całego serca mu życzę, żeby realizował swoje (i nasze!) marzenia jak najdłużej. Ale nie oszukujmy się: gdy kiedyś skończy karierę, w kolejce nie będzie żadnego polskiego sukcesora. „Kubicomania”, która niewątpliwie za moment wybuchnie, zgaśnie w końcu tak samo, jak zgasła przed siedmiu laty. Przy sporcie zostaną tylko jego najwierniejsi fani (oby jak najwięcej). Nie mówmy jednak o „inwestycji w polski motosport”, bo taka inwestycja to zadanie na długie lata, być może nawet dekady. To, co realizuje w kontekście Kubicy Orlen, to nie mecenat i sponsoring, tylko reklama, która biznesowo ma się szybko zwrócić.

Dobrze, że to robi. Trochę szkoda, że nie mamy na to innej nazwy, niż „sponsoring”, bo to moim zdaniem mimo wszystko nie najlepszy przykład dla innych marek. Zwłaszcza w kraju, w którym krótkoterminowość sponsorskich kontraktów jest jedną z głównych barier, utrudniających stabilny rozwój wielu dyscyplin.

 

Foto: Flickr / FIA ERC