Siedem dni na międzymorzu.

Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało w środę, to był to zupełnie szalony tydzień. Właściwie to nawet półtora tygodnia, bo przecież zabawa z Paryż-Nicea zaczęła się wcześniej. Ale z tych dwóch równoległych wyścigów: „w stronę słońca” i „od morza do morza”, zdecydowanie wolę ten drugi (niestety nie zawsze jest możliwość, żeby oglądać oba). Tirreno-Adriatico wydaje mi się znacznie radośniejszy, bardziej żywiołowy i nieco lepiej obsadzony, bo przez wielu kolarzy jest traktowany jako ostateczny sprawdzian przed serią wiosennych klasyków. No i jechało w nim więcej „naszych”. I to nie byle kto, bo właściwie prawie wszyscy aktualnie jeżdżący zwycięzcy etapów na wielkich tourach: Bodnar, Majka, Marczyński (zabrakło tylko Przemka Niemca) oraz zdobywca najcenniejszego skalpu: mistrz świata z Ponferrady – Michał Kwiatkowski. Słowem: crème de la crème.

Wiele ostatnio można powiedzieć o Team Sky i nie zawsze są to słowa przyjemne. Ale nie można odmówić im jednego: naprawdę potrafią w nowoczesne kolarstwo. I jest to pewna zmiana na plus, którą widzę od tego sezonu: mam wrażenie (być może mocno subiektywne), że zerwali z dogmatem obrony lidera za wszelką cenę. Tak było w Volta ao Algarve, gdzie Kwiato okazał się w końcówce mocniejszy od Thomasa i pojechał po swoje. I tak było i na podjeździe pod Sarnano Sassotetto, gdzie na ostatnich kilometrach „G” odmówił współpracy rower, więc do przodu pognano Kwiatkowskiego, żeby pilnował zdobyczy zespołu. Tego wcześniej – mam wrażenie – nie oglądałem. Prędzej spodziewałbym się scenariusza, w którym spadającego z roweru lidera Kwiato wnosi na górę na własnych ramionach, bo tak zakładała strategia zespołu.

Strategia się zmieniła i dostosowała do rzeczywistości, dzięki czemu Kwiatkowski sięgnął po kolejny z wielkich sukcesów w karierze, przez co lista jego osiągnięć już dziś wygląda imponująco:

Zrzut ekranu 2018-03-14 01.14.03

A przecież sezon, na który Michał postawił sobie wielkie cele, dopiero się zaczyna.

Piękny to był wyścig, wielkie emocje do samego końca i wspaniałe zwycięstwo Michała. Tutaj piszę o tym nieco więcej (choć z paroma błędami, ale pisane w emocjach, więc sam sobie wybaczam 😉

No i zapewne między innymi o tym sobie jutro porozmawiamy z Adamem Proboszem w audycji #Wjechało na Weszło.fm – zapraszam, choć pojęcia nie mam, co Adam szykuje? 🙂

Screenshot kradziony od @kona_konovsky 😉

Good bye podium girls, czyli jak zrobić problem właściwie z niczego?

Lubię poznawać świat i dowiadywać się nowych rzeczy, ale są takie sprawy, których chyba już nie zrozumiem. Jedną z nich jest rezygnacja z tzw. grid girls w Formule 1, ale ta epidemia zaczyna obejmować również inne dyscypliny, w tym kolarstwo (choć w sumie można równie dobrze przyjąć, że tutaj się to zaczęło, bo tzw. podium girls nie oglądaliśmy już na Vuelta a España). Mniejsza o kolejność, i tak nie rozumiem.

Jestem bardzo daleki od tego, żeby kobiety traktować w kategorii błyskotek, będących ozdobą sportowych herosów, ale za każdym razem, jak o tym pomyślę, przypomina mi się ta scena z „Testosteronu”

Z radością odnotowuję coraz więcej miejsc na podium dla kobiet – zawodniczek. Ale nadal nie rozumiem, dlaczego ktoś chce pozbawić świat ich uśmiechu w innych okolicznościach? No i może ktoś by po prostu zapytał w końcu je o zdanie?

Tutaj się nad tym nieco mocniej pochylam.

A co poza tym? Wyścig Paryż-Nicea skończył się mokrym snem scenarzysty thrillerów. Mieliśmy wszystko: ucieczkę Solera, pogoń Yatesa, ucieczkę Yatesowi braci Izagirre, pogoń Yatesa, upadek braci Izagirre, kolejną pogoń Yatesa i na koniec wyścig wygrany  przez Solera dokładnie o tyle, ile wynosiła bonifikata za trzecie miejsce na mecie. Chyba jedynym, który się nie pogubił w tym bałaganie (choć łatwo nie było, bo zawodnicy wyprzedzali na trasie zdublowanych na pętli kolarzy, więc nie sposób się było połapać, gdzie przód, a gdzie tył), był David de la Cruz, który już etatowo wygrywa ostatnie etapy tego wyścigu.

Niewiele mniej dzieje się w Tirreno-Adriatico, gdzie dziś po raz pierwszy nie zmienił się lider, co cieszy tym bardziej, że jest nim Kwiatkowski. Po drodze mieliśmy jeszcze udział w kraksie Rafała Majki, a dzień później walkę na finiszu po 16-kilometrowym podjeździe, gdzie Majka uległ tylko Mikelowi Landzie. Jutro decydująca o wszystkim jazda na czas, w której Kwiato będzie bronił 3-sekundowej przewagi nad Caruso.

Się dzieje.

 

Fot. Scott Robarts / Flickr

Krótki film o komunikowaniu.

Słabo się znam na himalaizmie, choć w gruncie rzeczy urodziłem się w górach (fakt, sporo niższych). Ale za to znam się trochę na mediach i komunikacji, bo spędziłem w tej robocie ostatnie 20 lat, więc się poczuwam. I na sponsoringu sportu, bo też tu trochę maczałem paluchy. I sprawę widzę tak:

Jeśli dobrze liczę, to nie minęło jeszcze 40 dni od akcji ratunkowej i ocalenia Elizabeth Revol pod Nanga Parbat. A my gadamy o kasie za wywiady Denisa Urubki.

W międzyczasie mieliśmy dość istotną decyzję o zmianie trasy wejścia na K2, kilka mniejszych, lub większych wypadków (Bielecki, Fronia), samotną szarżę Denisa, wykluczenie go z wyprawy, a na koniec decyzję, że K2 w tym roku jednak nie dla Polaków, bo z różnych powodów się nie da. W sumie przez te 40 dni całkiem sporo się wydarzyło. A my gadamy o kasie za wywiady Denisa Urubki.

I o tym, że jego postawa, zachowanie ekipy, suma wszystkich zdarzeń i wszystko, o czym nie wiemy, szkodzi wizerunkowi polskiego himalaizmu.

Tu się zaśmieję krótko: „ha!”.

Nie mnie rozstrzygać ani o motywacjach Denisa, ani o stanowisku mediów, które za wywiady chcą płacić, lub nie. Nie moje małpy – nie mój cyrk.

Nie chcę się też wymądrzać na temat wizerunku himalaizmu, bo intuicja mi podpowiada, że jeszcze 40 dni temu zdecydowana większość tego udręczonego narodu nie miała bladego pojęcia o himalaizmie jako takim, a jego wizerunek w absolutnej większości przypadków kojarzy się z niewyraźnym, brodatym obliczem Kukuczki. O ile w ogóle ktoś – poza kręgiem wtajemniczonych – potrafi cokolwiek na ten temat powiedzieć. Ale jak słyszę argument, że ta historia „psuje wizerunek polskiego himalaizmu”, to się odruchowo zaciągam powietrzem (co jest niezdrowe, gdyż właśnie wróciłem do Krakowa…).

Zmierzam do tego, że niespełna 40 dni temu w historii tegoż himalaizmu została zapisana jedna z najpiękniejszych kart (sorki za patos, wybaczcie laikowi). I nie potrzebowaliśmy nawet 40 dni, żeby zupełnie o tym zapomnieć.

Do tego zmierzam: do dystansu. Media z natury rzeczy żyją bieżącą chwilą. Ważne jest to, co dzieje się dzisiaj, bo we wczorajsze linki nikt już nie klika. I liczy się to, co będzie jutro, bo tylko jutro można jeszcze próbować sprzedać.

Tymczasem sport – każdy jeden – żyje historią. Tabelami wyników, listami zwycięzców, historiami bohaterów. I jedynie obietnicą przyszłości.

Przyjdzie taki moment – być może za kilka miesięcy, a może później – w którym ktoś spisze historię tej wyprawy, żeby z nią pójść do mediów i sponsorów, w poszukiwaniu pieniędzy na kolejną eskapadę. Czy będzie wtedy mówił o problemie z wywiadem Urubki? Szczerze wątpię. Czy będzie opowiadał o problemach? Również nie przypuszczam. Czy będzie się rozwodził o tym, że w lutym 2018 roku miał miejsce jakiś himalajski rokosz, bo jeden z uczestników wyprawy inaczej rozumiał zimę? Nie podejrzewam.

Sądzę natomiast, że wybierze najładniejsze zdjęcia, opisze najciekawsze wątki i – jeśli tylko będzie miał trochę oleju w głowie – zbuduje najciekawszą jak dotąd opowieść, jaka miała miejsce w historii polskiego sięgania po szczyty. I będzie miał za sobą całkiem poważne liczby, którymi będzie próbował przekonać potencjalnego sponsora, że losy tej wyprawy śledziły olbrzymie rzesze ludzi. I bardzo prawdopodobne, że mu się uda bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.

Oby miał szczęście i oby w międzyczasie żadna nieostrożna niewiasta nie złamała sobie nogi, idąc do Morskiego Oka w szpilkach, bo wtedy media znowu napiszą, jakie to chodzenie po górach jest niebezpieczne. Bo tak działają. Wystarczy to wiedzieć.

Foto: Asad Sheikh / Flickr

Incepcja

Właściwie to trochę wpis o wpisie, bo z ostatniej notki wywiązała się wielce interesująca i (co nie mniej ważne) bardzo kulturalna dyskusja. Szczerze polecam, bo okazało się, że w stosunkowo wąskim gronie i w oparciu o to samo źródło, można dojść do bardzo odległych od siebie wniosków. I jednocześnie bardzo pouczających.

Zatem zapraszam:

Spróbowałem sobie to wszystko poukładać później w głowie i wyszła mi z tego ni mniej, ni więcej, ale taka oto konkluzja, że kolarstwo przez ostatnie lata poczyniło gigantyczne postępy w walce z problemem dopingu, ale… mało kto o tym wie.

Mam pewną teorię na ten temat, o czym napisałem tutaj. Też zapraszam 🙂

Clouds above the SKY

Rzeczywistość wokół Team Sky rysuje się z dnia na dzień coraz bardziej niewyraźnie, a mit założycielski zespołu, który budowany był wokół idei „zero tolerancji” dla dopingu i nieuczciwej walki, można już powoli odkładać na półkę – nomen omen – z mitami. „Zero tolerancji” od dłuższego czasu jest pod lupą dziennikarzy, UCI i WADA, trzeba więc przyznać, że definicja „zera” zrobiła się tu nagle dość pojemna… Teraz owo „zero” obejrzeli sobie jeszcze członkowie komisji brytyjskiego parlamentu, a ich wnioski chyba nieszczególnie przypadną do gustu miłośnikom kolarstwa w wykonaniu Niebiańskich. Long story short: brytyjscy parlamentarzyści wykazali, że i owszem: Team Sky zgodnie z regułami stosował się do regulacji WADA w zakresie tzw. wyłączeń terapeutycznych (TUE), ale niekoniecznie w celach leczniczych, ale raczej po to, żeby jego podopieczni na trasie spisywali się po prostu lepiej. Czyli, tłumacząc z polskiego na nasze: nie złamał reguł, ale dość poważnie je ponaginał.

Dość obszernie i bardzo klarownie zostało to opisane „po naszymu” tutaj, a w oryginale np. tutaj. Zainteresowanym polecam lekturę, bo ja właściwie nie do końca o tym chciałem…

Bardziej interesujące jest dla mnie to, czy rykoszetem tych wątpliwości nie oberwą „nasi”, czyli jeżdżący w barwach Team Sky Michał Kwiatkowski, Michał Gołaś i Łukasz Wiśniowski? Wprawdzie na razie pod lupą są głównie działania grupy z lat 2010 – 2013, a Kwiatkowski i Gołaś dołączyli do Sky w roku 2016 (Wiśniowski jeszcze rok później), ale już przypadek Froome’a dotyczy Vuelty w 2017 r. No i znowu: żaden z Polaków w tym wyścigu nie startował, więc pytanie, czy aby na pewno to błoto powinno się do nich przyklejać?

Problem w tym, że kibice wiedzą swoje, a niestety wszystkie te działania Sky sprzed lat niepokojąco sprawiają wrażenie rozwiązań systemowych. Miłośnikom spiskowej teorii dziejów wiele więcej do szczęścia nie potrzeba, by na tę okoliczność w dopingu wytarzać wszystkich, którzy kiedykolwiek zbliżyli się do autokaru Sky, nie wyłączywszy jego kierowcy.

Dlatego tak bardzo ważne wydaje mi się unikanie gdybania i cierpliwe wyjaśnianie, że po pierwsze: w sporcie również obowiązuje coś w rodzaju zasad domniemania niewinności, a po drugie: choć kolarstwo jest de facto dyscypliną drużynową, to wyniki są indywidualne i nie obowiązują tutaj (a przynajmniej nie powinny) żadne reguły zbiorowej odpowiedzialności.

Oczywiście otwartym pozostaje pytanie, czy nasi kolarze postąpili dobrze, wiążąc się z zespołem, działającym na granicy sportowej etyki i czy przypadkiem świadomie nie narazili się na wzięcie odpowiedzialności za ewentualne grzechy zespołu?

Nie wydaje mi się. Po pierwsze dlatego, że – jeśli nie zawodzi mnie chronologia zdarzeń – cała sprawa ujrzała światło dzienne pod koniec 2016 roku, czyli już po pierwszym sezonie jazdy w barwach Sky Kwiatkowskiego i Gołasia (i chyba już po podpisaniu kontraktu przez Łukasza, o czym pierwsze wzmianki są z lipca 2016). Po drugie: nawet jeśli przyjąć założenie, że Kwiato był już świadom sytuacji, gdy w ubiegłym roku przedłużał kontrakt, to jego podpisanie nie oznacza z automatu zgody na branie udziału w tym procederze. Wprost przeciwnie: jestem skłonny się zakładać, że fokus Kwiatkowskiego na wyścigach klasycznych i maksymalnie tygodniowych etapówkach, jest przynajmniej po części próbą oddalenia presji wyniku za wszelką cenę w Wielkich Tourach (chociaż to już gdybanie, a miałem tego unikać…).

W każdym razie chodzi mi o coś takiego, że świadomość faktu, że np. pracodawca porusza się gdzieś na granicy dopuszczalnej prawem optymalizacji podatkowej nie oznacza z automatu, że pracownik nie może uczciwie i z zaangażowaniem wykonywać swojej roboty. Wydaje mi się, że właśnie na tłumaczeniu kibicom tego typu niuansów powinny się skupić działania mediów, żebyśmy później po każdej relacji z wyścigu nie musieli czytać komentarzy, że „przecież i tak wiadomo, że wszyscy jechali na koksie”.

Dlatego akurat w tego typu sprawach jestem gorącym orędownikiem powściągania emocji i cierpliwego czekania na ustalenie faktów. Tylko o nich dyskusja wydaje mi się wartościowa. Reszta jest już tylko biciem piany.

 

Foto: Jaguar MENA / Flickr

 

Strade Bianche na zdjęciach

Niezbyt dobrze umiem w Instagram. Czasem wrzucę tam jakąś fotę z mojej rowerowej męki, czasem coś, co mnie zachwyci i uda mi się (lub częściej nie uda) uchwycić to telefonem. Ale lubię tam czasem zajrzeć z tej prostej przyczyny, że swoje prace publikuje w jednym miejscu wielu utalentowanych fotografów (a nierzadko równie utalentowanych noobów), którzy czasem pokazują takie rzeczy, że buty spadają. Zwłaszcza, gdy się przytrafia taka okoliczność, jak wczorajszy wyścig Strade Bianche, który dla kolarzy okazał się prawdziwym piekłem, a dla fotografów przedsionkiem raju. Wybrałem więc kilka perełek.

1. Wout Van Aert, upadający przed ostatnim zakrętem. Tu krótkie info dla niezorientowanych: ten 23-latek jest kolarzem i to znakomitym, co potwierdził, zdobywając trzykrotnie koszulkę mistrza świata. Tyle, że w innej specjalności: w kolarstwie przełajowym. Na szosie tak naprawdę dopiero zaczyna. I chociaż wczorajsze warunki na drogach Toskanii faktycznie bardziej przypominały trasę crossową, to jednak do przejechania były aż 184 kilometry, co w przełajach się zwyczajnie nie zdarza. Van Aert zajął tutaj trzecie miejsce. Czapki z głów.

I tenże sam Wout Van Aert na mecie. Nic dodać, nic ująć…

https://www.instagram.com/p/Bf5HYXiHW7r/

 

2. Romain Bardet na trasie. To ten w środku, z czymś (zapewne ze zrywką od żelu) w zębach. Najpierw przeskoczył z tyłu rozerwanego peletonu do przodu, potem nacisnął jeszcze mocniej i na 40 km przed metą urwał się grupie liderów. Jego koło złapał tylko Van Aert i gnali razem przez większość dystansu. Ostatecznie skończył drugi, choć prawdopodobnie mało kto na niego stawiał. Od czasu przegranej jazdy na czas w Marsylii, podczas ubiegłorocznego Tour de France, wciąż próbuje udowadniać, że jest pełnokrwistym walczakiem. Jeśli o mnie idzie: nie przepadam za nim, ale niezmiernie szanuję.

View this post on Instagram

Epic race! #stradebianche 📸@ypmedias

A post shared by Clément (@clementventurini) on

3. Tiesj Benoot. Ledwie o nim wspomniałem w przedwyścigowych wyliczankach faworytów, ale głównie dlatego, że liderował grupie Lotto-Soudal, a pomagać miał mu Tomasz Marczyński (o ile w ogóle w Strade Bianche można mówić o drużynowej pracy, bo z pewnością jest to jeden z tych wyścigów, gdzie kolarze są zdani niemal wyłącznie na siebie). Ale nie ja jeden popełniłem to zaniechanie, bo skok Benoot’a zignorowali też faworyci, przez co odjechał im wyścig. Tiesj najpierw wyrwał się do przodu, ciągnąc za sobą kilkunastu zawodników, ale współpraca się jakoś nieszczególnie kleiła, więc prawdopodobnie w którymś momencie rzucił „no to siema” i pojechał swoje, po największe osiągnięcie w karierze. Podobno we Flandrii ukuło się już nowe słowo: Fan-Tas-Tiesj 😉

BTW. Tiesj wygląda na tej focie na niezłego chojraka, bo warto pamiętać, że wczoraj było coś między 7 a 9 stopni Celsiusza i na dodatek dosyć mokro. Ale może to właśnie warstwa ochronna z błota była tą receptą na sukces?

https://www.instagram.com/p/Bf3ZD_uAeNM/

4. A’propos Tomka Marczyńskiego, to wydaje mi się jedną z najbardziej fotogenicznych postaci w peletonie, co wczoraj po raz kolejny potwierdził 😉

Kolarza z AG2R, widocznego na drugiej fotografii w secie rozpoznać nie sposób.

5. Faworyci wczoraj nie błysnęli na finiszu, ale to nie znaczy, że się solidnie nie ujechali. Dość powiedzieć, że wyścig ukończyło 53 ze 147 startujących. To również świadczy o tym, z czym musieli się zmierzyć.

Głowy nie dam, ale ten gość na zdjęciu poniżej przypomina Grega Van Avermaeta.

View this post on Instagram

Maschere di fango "II" #StradeBianche

A post shared by Ciclismo Ignorante (@ciclismoignorante) on

Tu na pierwszym planie Peter Sagan

https://www.instagram.com/p/Bf38hCFHZDh/

A tutaj w secie Peter Sagan, Wout Van Aert, wspomniany wyżej Greg Van Avermaet, Tiesj Benoot i Gianni Moscon.

Ten nietypowo pucułowaty jegomość na drugim planie, to nie kto inny, jak oblepiony błotem Michał Kwiatkowski. Swoją drogą, ta fota z dużym prawdopodobieństwem stanie się jedną z ikon Strade Bianche i kolarstwa w ogóle. Oto szosowy debiutant ogląda się na takich wyjadaczy, jak Kwiatkowski, Valverde, Dumoulin. Chapeaux.

W tym secie również jest kilka wspaniałych fotek.

Na deser jeszcze kilka ciekawych ujęć. Daniel Oss

https://www.instagram.com/p/Bf5pUofnC1j/

Tom Dumoulin

Robert Power, marnotrawiący płyny 😉

Marcus Burghardt

View this post on Instagram

Maschere di fango "I" #StradeBianche

A post shared by Ciclismo Ignorante (@ciclismoignorante) on

Czy takie tam landszafciki z trasy 😉

https://www.instagram.com/p/Bf3_FfHjsCv/

Ale żeby nie odnieść mylnego wrażenia, że taplanie się na rowerze w błocie to jest jakaś nietypowa rozrywka garstki panów, od czego mamy dżęder? 😉 Chwilę wcześniej toskańskie błocko rozjeżdżały również panie.

W tym nasza nieoceniona Kasia Niewiadoma, która po raz trzeci z rzędu na rynku w Sienie zameldowała się na drugim miejscu. Konsekwentna bestia 😉

Elisa Longo Borghini była wczoraj trzecia

A wygrała niesamowita Anna van der Breggen

Swoją drogą… odnoszę wrażenie, że panie jednak mimo wszystko brudzą się jakoś mniej? 😉

I jeszcze jedna ważna rzecz na koniec: po tegorocznej edycji Strade Bianche można odnieść wrażenie, że Toskania to jakaś paskudna, błotnista kraina. Nic bardziej mylnego: Toskania jest piękna. I mam w planach wybrać się tam na rower.

O takie kolarstwo tęskniłem ;)

 

Czegóż tam nie było?! Chłód, deszcz, potworne błoto, umazane po czubek kasku postaci, których czasami nie sposób było rozpoznać. I kapitalna walka. Bez kalkulowania, bez tworzenia misternych strategii, bez widocznego ostatnio tak bardzo układania zawodników na trasie dyspozycjami z wozów technicznych. Efekt? Faworyci, zostawieni sami sobie, zaszachowali się tak bardzo, że wyścig im odjechał.

Choć może zwyczajnie nie mieli już siły? Nie wiadomo. Wiadomo, że 12. edycja Strade Bianche na pewno przejdzie do historii. I dla Kasi Niewiadomej, która po raz trzeci z rzędu zameldowała się na drugim miejscu i moim zdaniem zasługuje co najmniej na jakiś mały obelisk przy tej drodze 😉

I dla Wouta Van Aerta, który w wyścigach klasycznych ledwie debiutuje, choć z pewnością dzisiejsza trasa premiowała jego przełajowe umiejętności.

I dla Tiesja Benoot’a, który w 100% zrealizował strategię swojego rodaka i pokazał, że wie, co to znaczy „sometimes you just need big balls”. Ograł dziś wszystkich wielkich.

I dla wszystkich innych, którzy przejechali to toskańskie piekło.

Tak się zapowiadało:

 

I tak się skończyło 🙂

Za takim wyścigiem tęskniłem! Czekam na więcej!

Tradycyjne podsumowanie tutaj:  http://www.sport.pl/kolarstwo/56,64993,23095641,kolarstwo-niewiadoma-druga-kwiatkowski-poza-pierwsza-dziesiatka.html

Foto za: http://strade-bianche.it

Kwiato na Białych Drogach

Od zwycięstwa w Strade Bianche w 2014 roku zwykło się datować początek wspaniałej kariery Michała Kwiatkowskiego w zawodowym peletonie. W ubiegłym roku na przepiękny rynek w Sienie ponownie wjechał jako triumfator, a w najbliższą sobotę pojedzie po trzecie zwycięstwo, które może umocnić jego trwałe miejsce w historii kolarstwa. Ale łatwo nie będzie, bo ‚Białe Drogi’ na razie są białe podwójnie: na szutrowym białym pyle leży jeszcze śnieg.

Plan Michała Kwiatkowskiego na sezon 2018 jest prosty: wygrać wszystko, co jest do wygrania w wiosennych wyścigach klasycznych, a później wykonać swoją robotę jako pomocnik lidera zespołu w Wielkiej Pętli. Na deser może jeszcze Clasica San Sebastian, być może udział w Vuelta a Espana, no i oczywiście wrześniowe mistrzostwa świata, o których na razie nie mówi głośno, bo do imprezy w Innsbrucku daleko, ale kibice już ostrzą sobie apetyty. Tymczasem jesteśmy u progu najważniejszej dla Kwiatkowskiego części sezonu.

O formę Michała martwić się raczej nie powinniśmy. Niespełna dwa tygodnie temu wygrał – po raz drugi w karierze – pięciodniowy wyścig Volta ao Algarve w Portugalii. Najpierw jego łupem padł 2. etap, gdzie popisał się świetnym finiszem na wzniesieniu Fóia, później zanotował znakomity, czwarty rezultat w indywidualnej czasówce, a na koniec zaatakował na podjeździe pod Malhão, samotnie wygrywając etap i cały wyścig. Wszystko wskazuje więc na to, że Kwiato solidnie przepracował krótką zimową przerwę i jest gotowy do realizacji swoich wiosennych celów.

Tym, co może mu najbardziej pokrzyżować plany, jest pogoda. Już podczas rozgrywanego na początku lutego 5-etapowego wyścigu Volta a la Comunitat Valenciana w Hiszpanii, nagły atak zimy tak mocno utrudnił rywalizację kolarzom, że organizatorzy postanowili etap drużynowej jazdy na czas rozegrać, ale nie zaliczać do klasyfikacji generalnej. Wiele wskazuje na to, że warunki panujące w Toskanii również mogą być bardzo trudne. Wprawdzie na czas wyścigu przewidywana jest dodatnia temperatura, ale może padać deszcz, a porywy wiatru dochodzić mogą do 40 kmh. Dla kolarza, myślącego o zwycięstwie w wyścigu, oznacza to konieczność jazdy od samego startu na początku stawki, żeby uniknąć jazdy po rozjeżdżonym żwirze oraz rozerwania peletonu przez wiatr i ewentualne kraksy, o które w tych warunkach nie będzie trudno. Tymczasem jeszcze wczoraj toskańskie drogi wyglądały tak:

Ciekawostką jest to, jak szybko Strade Bianche zadomowiło się w kolarskim kalendarzu i zdobyło serca kibiców. Wyścig po raz pierwszy rozegrano w październiku 2007 roku, pod nazwą Monte Paschi Eroica. Pierwsza edycja miała niską kategorię i nie była szczególnie silnie obsadzona, ale niezwykle malownicza i technicznie bardzo trudna trasa, inspirowana wyścigami Paryż – Roubaix i Ronde van Vlaanderen (z tą różnicą, że odcinki asfaltowe przeplatane są nie brukiem, ale fragmentami dróg piaskowo-żwirowych) sprawiła, że już w kolejnym sezonie wyścig został przeniesiony na początek marca, a na starcie zaczęli się pojawiać kolarze z wyższych dywizji. Pierwszym zwycięzcą wiosennej edycji wyścigu został Fabian Cancellara, który powtórzył później ten wyczyn jeszcze dwukrotnie i którego osiągnięcia próbuje właśnie wyrównać Kwiatkowski. W 2010 roku w nazwie wyścigu pojawiło się określenie „Strade Bianche”, które od siódmej edycji stanowi oficjalną nazwę pierwszego wiosennego klasyku.

Tegoroczna trasa mierzy 184 kilometry, z czego aż 63 wiedzie po 11 odcinkach „Białych Dróg”. Start w Sienie, skąd peleton pojedzie na południe. Pierwsze emocje czekają już na 18. kilometrze, gdzie zaczyna się pierwszy szutrowy sektor, przez ponad 2 kilometry prowadzący w dół. Tu się zacznie pierwszy kolarski rollercoaster w tym sezonie. Dwa najdłuższe odcinki szutru zlokalizowane są między 76. a 97. kilometrem, gdzie do przejechania po rozjeżdżonym błocie będzie blisko 20 kilometrów, z czego spore fragmenty również ostro w dół. Potem jeszcze ponad 80 kilometrów mocno pofałdowanego terenu, z dwoma dłuższymi (9,5 oraz 11,5 km.) i trzema krótkimi odcinkami żwiru, a na sam koniec ostry, sięgający 16% przewyższenia podjazd brukowanymi uliczkami Sieny. I meta na przepięknym rynku Piazza del Campo. Jeśli wyścig Paryż – Roubaix nazywany jest „piekłem północy”, to Strade Bianche z całą pewnością jest jego południowym przedsionkiem. Michał Kwiatkowski zdobył go już dwukrotnie. Czy uda się po raz kolejny?

StradeBianche15_alt

Kwiato na starcie stanie z numerem 1, a wspierać go będzie bardzo silny skład Team Sky, z Giannim Mosconem, Michałem Gołasiem i Łukaszem Wiśniowskim, który kilka dni temu potwierdził świetną formę, zajmując znakomite drugie miejsce w wyścigu Omloop Het Nieuwsblad. Jego głównym rywalem będzie z pewnością Belg Greg Van Avermaet (BMC), specjalista od wyścigów klasycznych, ubiegłoroczny triumfator Paryż – Roubaix, pokonany przez Kwiatkowskiego w Strade Bianche. Dwukrotnie był tutaj drugi i z pewnością będzie mocnym pretendentem do zwycięstwa. Podobnie jak Peter Sagan (BORA-hansgrohe), którego wspierać będzie Maciej Bodnar. Aktualny, trzykrotny mistrz świata również został w Sienie dwukrotnie ograny na finiszu: w 2014 roku przez Kwiatkowskiego, rok wcześniej przez Moreno Mosera. Ten ostatni kolarz, startujący w barwach Astany, również oczekiwany jest na starcie tegorocznej edycji Strade Bianche. Będzie również Vincenzo Nibali (Bahrain-Merida), będzie Philippe Gilbert (Quick-Step), zobaczymy również Tomasza Marczyńskiego (Lotto-Soudal), wspierającego start Tiesja Benoota. Prawdopodobnie zabraknie Alejandro Valverde (Movistar), który po bardzo udanym powrocie po ubiegłorocznej kontuzji (zaliczył koszmarny upadek na otwierającej Tour de France, mokrej jeździe na czas w Dusseldorfie), zmaga się z poważnymi problemami żołądkowymi. Trochę szkoda, bo udział będącego w znakomitej dyspozycji Hiszpana (wygrał wyścigi dookoła Walencji oraz Abu Dhabi) z całą pewnością podniósłby dodatkowo temperaturę wyścigu w Toskanii.

Mimo to mamy bardzo mocno obsadzony wyścig i niepewną pogodę, a to jest gwarancją pewnych emocji w sobotnie popołudnie.

Niejedynych zresztą. Chwilę wcześniej, na podobnej (nieco krótszej) trasie rywalizować będą kobiety. Wyścig pań, rozgrywany od 2015 roku, będzie mierzyć 136 kilometrów i prowadzić przez 8 odcinków szutrowych. Na trasie zobaczymy Katarzynę Niewiadomą (Canyon-SRAM Racing), która w dwóch poprzednich edycjach toskańskiego wyścigu zajmowała drugie miejsce. Sezon 2018 rozpoczyna w nowym, znacznie silniejszym zespole, z którym ma szanse powalczyć o najwyższe cele w kobiecym peletonie.

Trzymamy kciuki za Kasię Niewiadomą, trzymamy za Michała Kwiatkowskiego i choć tak naprawdę sezon wyścigowy wystartował już w połowie stycznia, to teraz można ogłosić już oficjalnie: kolarska wiosna rusza na pełnym gazie!

 

EDIT: UAE-Team Emirates potwierdziło również udział w Strade Bianche Przemysława Niemca. Na starcie zobaczymy zatem aż sześciu Polaków. Zacnie 🙂

Do przeczytania również tutaj:  http://www.sport.pl/kolarstwo/56,64993,23085893,kolarstwo-kwiato-na-bialych-drogach.html

Foto otwierające: cyclingnews.com

Najpierw jajko, potem kura. Złote jajka na samym końcu…

Kilka miesięcy temu jeden z moich znajomych zwrócił się do mnie z prośbą o pomoc w stworzeniu oferty sponsorskiej dla małego, lokalnego klubu, w którym trenuje jego syn. Sprawa nie wygląda najgorzej, bo klub jest, boisko jest, trener jest i nawet od czasu do czasu zdarza się chłopakom gdzieś wyjechać na mecz. Nawet dresy chyba mają klubowe i jakiś sprzęt do ćwiczeń. Ale już na przykład masażystę to widzieli tylko w telewizorze, przy okazji Ligi Mistrzów, a w temacie odżywek i suplementów nie są do końca pewni, czy jak widzą w Żabce baton z napisem „protein bar”, to może być? Może nie są to zupełnie podstawowe rzeczy, ale skoro chłopaki się w tę zabawę angażują, to w sumie co im szkodzi mieć?

Spoko, nie ma sprawy, tylko potrzymaj mi kota i powiedz, co też ja takiemu potencjalnemu sponsorowi – poza ewentualną fakturą – mógłbym zaproponować w ramach jego sponsorskich świadczeń? Nie wiedział, więc odesłał mnie do właściciela klubu.

Dzwonię, przedstawiam się, mówię w czym rzecz i kto mnie przysłał, a po drugiej stronie słyszę sapanie, że no tak, to prawda, tylko on nie jest do końca pewien, czy mamy o czym rozmawiać, bo z tymi rodzicami to tak jest, że teraz im zależy, ale za chwilę dzieciak skończy szkołę, pójdzie sobie gdzieś indziej i rodzicowi będzie już zależało na czymś innym. Oczywiście, jak mam ochotę dostarczyć mu trochę gotówki, to on chętnie przyjmie i coś mi za to zaproponuje, może jakąś bandę na boisku, albo coś, ale teraz to on nie wie, bo się nigdy nad tym nie zastanawiał. O, w sumie jak już chcę, to mogę mu zrobić taką ofertę, jak ma jeden klub z miasta X, bo to się mu podoba, a oni to chyba nawet mają dedykowanego do takich zadań człowieka.

Obejrzałem sobie stronę rzeczonego klubu z miasta X, a później jeszcze kilkadziesiąt innych i na dobrą sprawę wszystkie one miały dwa elementy wspólne: na niemal wszystkich była imponująca galeria nikomu nie znanych sław, których noga miała szczęście w owym klubie stanąć. I na żadnej z nich nie było ani słowa o przyszłości, misji, celu działania – nic z tych rzeczy. Wrażenie miałem mniej więcej takie, jak po wejściu na przydrożny cmentarz – równie pełen nazwisk, które postronnemu nic nie mówią i równie jałowy w nadzieję na lepsze jutro.

I tu jest – nomen omen – pies pogrzebany. To, co mnie najmocniej uderzyło w tej rozmowie, to perspektywa jutra, która kończy się z chwilą opuszczenia przez dzieciaka szkoły.

Jak się dobrze zastanowić, to dokładnie w ten sposób funkcjonuje to na wszystkich poziomach: liczy się wyłącznie tu i teraz, a inwestowanie w przyszłość nie ma większego sensu, bo ta przyszłość najprawdopodobniej zmaterializuje się już w innym miejscu, więc nie ma najmniejszego sensu robić innym dobrze. A stąd już bardzo blisko do konkluzji, że pojawienie się w takim lokalnym klubie jakiegoś talentu to w gruncie rzeczy problem, bo trzeba w jego rozwój więcej inwestować, a on na koniec i tak pójdzie gdzieś indziej, w najlepszym razie zasilając listę znanych wychowanków, którymi klub się chwali w internecie. I tu historia zatacza koło.

Bardzo mi się podoba inicjatywa ministra sportu, który wdrożył w życie program nagradzania pierwszych trenerów, ale umówmy się: to zaledwie kropla w morzu potrzeb i to tylko jeden z wielu drobnych elementów, który może wpłynąć na poprawę sytuacji w polskim sporcie. Takich programów powinno być znacznie więcej, z systemem wynagradzania lokalnym klubom kosztów łowienia i rozwijania talentów na czele.

W Żywcu, z którego pochodzę, swego czasu rozbłysł talent Piotrka Haczka, jednego z naszych „złotych” czterystumetrowców. Jakimś sobie tylko znanym sposobem w chuderlawym i szczerbatym „Ziupie”, jak go nazywaliśmy w drużynie harcerskiej, Bogusław Wyleciał zobaczył potencjał na lekkoatletę. Dziś już nawet nie pamiętam, co to był za klub, prawdopodobnie któryś MKS (Międzyszkolny Klub Sportowy) – postpeerelowski relikt, w które obfitowała wówczas cała sportowa Polska. Trener miał nosa, zawodnik osiągnął szczyty, ale dla lokalnej społeczności skończyło się to zasadniczo niczym. Wszystko, co zostało po Piotrku w Żywcu, to kilka emocjonujących chwil przed telewizorami i pewnie kilka dyplomów. Nikt nie pociągnął za jego przykładem młodych ludzi, nikt nie zbudował wokół lekkoatletyki choćby najmniejszej lokalnej społeczności. Dla niej wybudowano pływalnię – czynną cały rok i współfinansowaną przez UE. I to by było na tyle, jeśli idzie o lokalne benefity z wychowania – jakby nie patrzeć – światowego formatu sportowej gwiazdy. (Na marginesie: dziś Piotrek rozwija lekkoatletykę w… Danii).

Czasem mam wrażenie, że „reset”, którego minister oczekuje od Polskiego Związku Kolarskiego, przydałby się tak naprawdę we wszystkich związkach i we wszystkich dyscyplinach. Kiedyś sobie tłumaczyliśmy, że starsze pokolenie, które nie odnajduje się w nowej rzeczywistości, w naturalny sposób musi odejść, żeby zmieniło się w Polsce myślenie o sporcie. I faktycznie: z jednej strony zmieniło się sporo: ludzie dostrzegli w końcu korzyści, płynące z aktywności fizycznej i biegający po parkowych alejkach, albo kręcący na rowerze na szosie przestali już wzbudzać niezdrową sensację. Ale na poziomie organizacyjnym polski sport zrobił moim zdaniem krok wstecz i poza kilkoma aktami strzelistymi w postaci imprez biegowych (głównie z inicjatywy sponsorów) i coraz większą liczbą imprez kolarskich (często z inicjatywy byłych kolarzy oraz paru zapaleńców), na poziomie lokalnym nie dzieje się właściwie nic więcej. A i tutaj, gdzie się coś dzieje, częściej zamiast integrować lokalną społeczność, budzi dyskusje i spory o zamykanie ulic. Tymczasem bez zmiany mentalności na poziomie lokalnej społeczności w polskim sporcie nie zmieni się zupełnie nic. Tylko w tym celu trzeba jednak przestać odkurzać dawne dyplomy i spojrzeć w kierunku przyszłości. Bez tego medale będą się nam nadal tylko przytrafiać, a my nadal będziemy wylewać swoje frustracje na Twitterze. I tak bez końca.

No dobra. Pora kończyć to marudzenie, bo poza tym, że sobie trochę obniżę ciśnienie, niewiele to zmieni. Czas wracać do kolarstwa, bo nasze chłopaki ze Sky i BORA-hansgrohe napierają, a już za niespełna tydzień Strade Bianche, czyli sezon na pełnej petardzie 😉

Baloniku nasz malutki…

„Krystyna Guzik nie chciała rozmawiać z dziennikarzami po nieudanym biegu sztafetowym. Oskarża media o krzywdzenie biathlonu” – czytałem dziś w serwisach i uśmiechałem się pod wąsem. Nieudanym? Serio? Oglądaliśmy te same zawody? Ja – owszem – słyszałem, jak Krzysztof Wyrzykowski krzyknął, że „wszystko przepadło!”, ale to nie było po zmianie Weroniki Nowakowskiej, tylko po pierwszym strzelaniu Krystyny Guzik. To prawda: chwilę później mieliśmy olbrzymią szansę na wspaniały sukces, ale była ona w najwyższym stopniu wynikiem splotu szczęśliwych okoliczności. Bynajmniej nie „udanego” biegu. Bo ta sztafeta była po prostu na miarę naszych obecnych możliwości, ani wiele mniej, ani wiele bardziej udana od tego, czego spodziewaliśmy się jeszcze w południe polskiego czasu.

Skąd się więc nagle wziął ów „nieudany” wyścig? Ano właśnie… To chyba powinno być pytanie skierowane do nas: do mediów. To my, bardziej lub mniej świadomie, nieustannie pompujemy ten balon oczekiwań, a kiedy pęka, jesteśmy z dziecięcą szczerością zadziwieni, że znów się nie udało, a kibice są rozczarowani.

Ostatnim wielkim sukcesem, który pamiętam z lat szczenięcych, było trzecie miejsce naszych piłkarzy w hiszpańskim mundialu. Później przez trzy i pół dekady byłem karmiony opowieściami o „matematycznych szansach na awans”. Zdążyłem przywyknąć. Ale dzisiaj żyjemy w czasach gloryfikacji każdego sukcesu i jego natychmiastowej gratyfikacji setkami lajków i udostępnień. Zapominamy o tym, że dziś mówimy do zupełnie innych odbiorców. Traktujemy sukces jak zestaw memów: publikujemy prognozy, szacunki i przewidywania, jedno za drugim, wciągając w tę grę naszych odbiorców. A na końcu ktoś im odbiera zabawkę. Kto? A to już nie my. To sportowcy. Tworzymy przestrzeń do hejtu, który na końcu spływa prosto na nich.

Pod moimi relacjami z kolarskich wyścigów na Sport.pl często udziela się kilku dyżurnych „fachowców”, dzielących się aktami strzelistymi o „dekownikach”, czy uczestnikach „wyścigu równoległego”. Dlaczego? Bo nikt ich nigdy nie nauczył, na czym ten sport właściwie polega. Że to jest dyscyplina drużynowa (choć zwycięstwo jest indywidualne, co dodatkowo komplikuje temat), że każdy człowiek w teamie ma bardzo precyzyjnie określone zadania do wykonania, że na każdy odcinek wyścigu ustala się precyzyjną strategię i tak dalej. Ale przede wszystkim: nikt im nie mówi, że to jest sport, czyli cholernie ciężki kawałek chleba, w którym nie zawsze nagroda jest adekwatna do włożonego wysiłku. I że trzeba mieć jeszcze masę szczęścia. Zamiast tego roztaczamy wizje o tym, że wszystko zostało przygotowane właśnie z myślą o tym wyścigu i że – jak wszystko pójdzie dobrze – to tym razem powinno się udać. I tak z wyścigu na wyścig, bo w sporcie rzadko zdarzają się sytuacje, w których wszystko idzie dobrze.

Zbyt rzadko o tym mówimy, zbyt mało miejsca poświęcamy na wyjaśnianie mechanizmów, które działają w sporcie i które – o ironio! – sprawiają, że sport jest właśnie dlatego pasjonujący, że to porażki są jego codziennością, a zwycięstwa się tylko zdarzają. Czasem częściej sportowcom wybitnym, ale tacy trafiają się niezwykle rzadko i w niezwykle sprzyjających okolicznościach. Dziennikarzy, którzy sport kibicom tłumaczą, przybliżają i czynią bardziej zrozumiałym, można policzyć na palcach, być może nawet starczyłoby jednej ręki. Większość weszła w rolę sportowych wodzirejów, dbających głównie o to, żeby kibice dłużej byli uśmiechnięci i częściej włączali się do zabawy. I obawiam się niestety, że dopóki nie wyzwolimy się spod dyktatu klików, polubień i share’ów, to szybko się to raczej nie zmieni.

Szkoda mi oczywiście tego, że nie udało się dziś naszym biathlonistkom wykorzystać szansy, jaka się zupełnie niespodziewanie pojawiła. Ale bardziej mi szkoda tego, że teraz znacznie trudniej im będzie wyciągnąć z tej porażki jakieś pozytywne wnioski na przyszłość, gdy wynik, jeszcze parę godzin temu brany nieomal w ciemno, teraz określamy jako „nieudany występ”. Mam w sobie jakieś głębokie przekonanie, że traktujemy naszych sportowców potwornie niesprawiedliwie. Na to sobie raczej nie zasłużyli. Jestem też zdania, że medale i miejsca w klasyfikacji to nagroda za sportowców za robotę, którą wykonują. Dla kibiców są emocje. A na ich brak w olimpijskiej sztafecie raczej nie powinniśmy narzekać. Owszem, pozostał jakiś niedosyt. Ale raczej powinniśmy do niego przywyknąć, zamiast wystawiać za niego rachunki sportowcom.