Zacząłem, to dokończę.

Takie historie w sporcie uwielbiam. Kiedy trybuny na welodromie już pustoszały, a słynne betonowe prysznice zdążyły przeschnąć po tym, jak spłukano pod nimi pot, kurz i błoto z epickiej trasy Paryż-Roubaix, u bram zamykanego właśnie obiektu pojawił się jeszcze jeden zawodnik. Nie zmieścił się w limicie czasu i nie mógł być sklasyfikowany. Ale otwarto dla niego bramę i pozwolono mu dokończyć wyścig. Evaldas Siskievicius przejechał swoją rundę honorową. I podbił serca kibiców.

Kiedy Peter Sagan i Silvain Dillier rozgrywali między sobą pasjonujący finisz, Siskievicius (kolega z zespołu Przemka Kasperkiewicza, Delko Marseille Provence KTM) miał do mety jeszcze 30 kilometrów. Powinien był już zejść z trasy, czego zresztą domagały się ekipy organizatorów, ale uparł się, że skoro przejechał już 220 kilometrów, to przejedzie jeszcze pozostałe 30. Z szacunku dla wyścigu. „Paryż-Roubaix to pomnik, który musisz uszanować” – powiedział później.

Jakby tego było mało, na Carrefour de l’Arbre dopadł go jeszcze defekt roweru, a jego wóz techniczny był wieziony na lawecie, za samochodami służb porządkowych. Litwin ominął „trupiarnię”, wspiął się na lawetę, wyjął z samochodu nowe koło, wymienił i pojechał dalej. Na welodrom w Roubaix dotarł godzinę po zwycięzcy, gdy bramy były już zamykane. Organizatorzy pozwolili mu jednak wjechać na obiekt i przejechać tradycyjne półtora okrążenia.

Za to między innymi kocham kolarstwo. Marco Pantani mawiał, że „nawet najgorszy kolarz wciąż jest wybitnym sportowcem”. W niektórych wyścigach ostatniego sklasyfikowanego kolarza nagradza się tytułem „czerwonej latarnii”. Siskievicius nawet bez tego pokazał, że walczy się do końca.

 

Ciszej nad tą trumną…

Poniższy wpis, inspirowany porażającą lekturą internetowych komentarzy pod tekstami o śmierci młodego belgijskiego kolarza, opublikowany jest również w całości w serwisie Sport.pl   Dziękuję redakcji za wyłączenie komentarzy i usunięcie żenującej dyskusji pod tekstem z informacją o śmierci kolarza. 

 

Śmierć sportowca, tak samo zresztą jak każdego innego człowieka, wiąże się z wielkim smutkiem rodziny, przyjaciół, ekipy i części kibiców. Ale chyba jeszcze bardziej przygnębiająca okazuje się lektura internetowych komentarzy, zamieszczanych pod informacją o tym smutnym zdarzeniu. Skąd się bierze w kibicach ta nieopanowana pokusa do wydawania wyroków bez najmniejszego pojęcia o sprawie?

23-letni kolarz Michael Goolaerts upadł na 100. kilometrze wyścigu Paryż-Roubaix, a ekipy medyczne stwierdziły u niego zatrzymanie akcji serca. Już na drodze podjęto natychmiastową reanimację, po czym sportowca przetransportowano do szpitala w Lille. Walka o jego życie trwała do godziny 22:40. Pół godziny przed północą zespół Veranda’s Willems – Crelan opublikował informację o śmierci swojego zawodnika.

Tyle wiemy. Nie ma na razie informacji o tym, co było przyczyną zatrzymania akcji serca. Nie wiadomo, czy to zasłabnięcie spowodowało upadek, czy wywrotka i na przykład mocne uderzenie w kierownicę wywołało uraz? W tym momencie wciąż tego nie wiemy. Skąd więc wśród kibiców tak głębokie przekonanie, że to wynik dopingu? I skąd potrzeba dzielenia się tą „wiedzą” z innymi?

Śmierć spotyka ludzi w każdym wieku, w każdych okolicznościach i nie ma żadnego racjonalnego powodu, dla którego miałaby omijać młodych sportowców. Jedyna rzecz, która wyróżnia takie przypadki to fakt, że łatwiej się o nich dowiadujemy, bo zazwyczaj lądują na czołówkach serwisów informacyjnych. Ale wnioskowanie na tej podstawie na temat przyczyn jest zwyczajnym nadużyciem. Niczym więcej.

We wrześniu 2013 roku w Amsterdamie odbył się kongres Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Padła na nim między innymi teza, wygłoszona przez dra Sanjaya Sharmę z George’s University of London, który z jednego z dużych projektów badawczych wywnioskował, że intensywny wysiłek fizyczny, na który poświęcamy więcej, niż 1500 godzin w trakcie życia, wiąże się z trzykrotnie większym ryzykiem migotania przedsionków. Zdaniem dra Sharmy masowe uprawianie sportu może spowodować, że napadowe migotanie przedsionków stanie się przyszłości formą choroby cywilizacyjnej i jednym z najpoważniejszych problemów kardiologii.

Na pierwszy rzut oka tezy dra Sharmy wydają się logiczne, zwłaszcza gdy zestawia się je z informacją o „coraz częstszych” przypadkach śmierci wśród młodych sportowców. Tyle tylko, że owa częstotliwość to najczęściej efekt łatwiejszego dostępu do błyskawicznie rozprzestrzeniających się informacji, ale niekoniecznie ma związek z rzeczywistością, co udowodnił to na tym samym kongresie dr Xavier Jouven z paryskiego Centrum Badań Przyczyn Nagłej Śmierci. Przedmiotem jego badań była grupa 786 francuskich kolarzy, którzy wzięli udział w Tour de France pomiędzy 1947 a 2012 rokiem. Śmiertelność wśród wyczynowych sportowców była aż o 41% niższa, niż w całej populacji Francuzów w podobnym do badanej grupy wieku. Co więcej: przypadki śmierci wśród kolarzy, spowodowane problemami z układem krążenia również występowały rzadziej, niż wśród „zwykłych” Francuzów. Cyklistów częściej zabijały nowotwory, niż problemy z sercem. I choć prawda zapewne leży gdzieś pośrodku, trudno w świetle tych badań jednoznacznie wyrokować, że „wyczynowy sport zabija”.

Inna sprawa to kwestia domniemanego dopingu. To prawda, że kolarstwo przez długie lata pracowało na opinię sportu silnie wspomaganego niedozwolonymi środkami, ale wszystko wskazuje na to, że ten ciemny okres historii ma już za sobą. Z raportu WADA (Światowej Organizacji Antydopingowej) za 2016 rok wynika, że potwierdzonych przypadków dopingu w kolarstwie szosowym było niespełna 1,1% (wśród ponad 23 tysięcy przebadanych próbek). Można więc śmiało powiedzieć, że kolarstwo już dawno przestało się wyróżniać pod tym względem na tle innych sportów, a dziś najpoważniejszym problemem, z jakim zmaga się UCI zdaje się być doping mechaniczny. Dopingowa metka wciąż mocno trzyma się kolarstwa (więcej na ten temat można przeczytać tutaj), ale przyklejanie jej młodemu zawodnikowi, który dopiero zaczynał karierę i na którego nigdy nie padł nawet cień podejrzeń, nie znajduje usprawiedliwienia.

Jest dobrym zwyczajem o zmarłych mówić dobrze, lub wcale. Jeszcze do wczoraj nazwisko Michaela Goolaertsa było znane tylko najbardziej wytrwałym tropicielom kolarskich statystyk. Dziś dziesiątki domorosłych znawców tematu wypowiada się o nim tak, jakby każdego ranka mijali go w kolejce po transfuzję krwi, lub zastrzyk z EPO. Tak chyba nie robią kibice.

Jeśli więc nie potraficie powiedzieć o nim nic dobrego – zamilknijcie. Pozwólcie mu spoczywać w pokoju.

______________________

Wypadek (lub nie-wypadek) Michaela Goolaertsa miał miejsce podczas 116. edycji brukowego monumentu Paryż-Roubaix. Wyścig zapowiadał się ekscytująco, a zakończył się kapitalnym zwycięstwem Petera Sagana. Wielka szkoda, że ten piękny dzień zasłoniła ciemna chmura smutku, ale cóż… takie też jest życie.

Ale może to tylko ja jestem już starym cynikiem, który nie widzi w tym nic szczególnie nadzwyczajnego. Co nie znaczy, że nie czuję żalu…

 

PS. Informacje dot. ustaleń kongresu kardiologów zaczerpnąłem z artykułu Margit Kossobudzkiej „Komu skacze ciśnienie”  (artykuł w GW za paywallem)

Foto: Kristof Ramon / Instagram

 

Madziarskie wino.

Ten tytuł to podpucha, bo to po prostu była pierwsza podpowiedź, jaką mi Google wyrzuciło do słowa „madziarskie”. Choć druga strona medalu jest taka, że tegoż wina opiłem się tyle, że mimo, iż dość aktywnie spędziłem te kilka dni, waga po powrocie znowu zażądała: „proszę wchodzić pojedynczo!”. Ale ja w sumie nie do końca o tym chciałem…

Co prawda przejechanie 300 kilometrów na rowerze i jeszcze raz tyle samochodem nie upoważnia mnie do głoszenia kategorycznych sądów, jednak mimo wszystko postanowiłem się podzielić tzw. pierwszym wrażeniem. Bo choć naszych „bratanków” odwiedzałem już wiele razy, to jak dotąd nigdy nie zabawiłem tam dłużej. Aż do teraz…

Pierwsza rzecz, która się rzuca w oczy po przekroczeniu granicy – brak reklamozy. Już na Słowacji jest pod tym względem dużo lepiej, niż u nas, ale Węgry zaskakują jeszcze bardziej na plus. Właściwie gdyby nie plakaty wyborcze (zdaje się, że Węgrzy właśnie wybierają parlament), można by powiedzieć, że to pod tym względem niemal raj na ziemi. Co ciekawe: z jakiegoś powodu Węgrom nie przyszło do głowy zaklejać podobiznami polityków każdego wolnego parkanu, tudzież innego skrawka przestrzeni, więc wszystkie ogłoszenia wyborcze wisiały na specjalnie przygotowanych w tym celu planszach. Być może widziałem tylko niewielki wycinek, ale miasteczko Bogács, w którym stacjonowaliśmy, wyglądało mniej więcej tak:

IMG_2986
Bogács

Jeśli o mnie idzie: dość kojący widok w przestrzeni, którą zamieszkują jacyś ludzie. Najwyraźniej posiedli jakąś rzadką umiejętność odnajdywania się bez gigantycznych i zasłaniających się wzajemnie żółto-niebieskich bannerów z napisem „pokoje do wynajęcia”. Można i tak.

A’propos Bogácsa: ta niewielka miejscowość leży ok. 17 km na południowy wschód od Egeru, u podnóża jednego z niewielu węgierskich wyniesień i parku narodowego, będącego przepięknym bukowym lasem. Ponieważ udało mi się jakimś sposobem wjechać rowerem nie w tę drogę, w którą chciałem, ale uparcie darłem ponad 200 metrów w górę, miałem okazję obejrzeć go z bliska. Potem się zorientowałem, że jednak jadę na szosie, a nie na gravelu i zmuszony byłem zawrócić. Trochę szkoda, bo było ładnie.

IMG_2970
Bukki Nemzeti Park
IMG_2971
Bukki Nemzeti Park – tam, gdzie skończyła się droga

Gdyby ktoś nie miał ochoty jeździć po okolicy rowerem, ani zapuszczać się w leśne ostępy (podobno jesienią jest tu zatrzęsienie różnego rodzaju grzybów, które Węgrzy zbierają bez przesadnego zaangażowania), Bogács oferuje możliwość wymoczenia się w termalnych wodach (to był właściwie główny powód świątecznej podróży w to miejsce) oraz dość szeroki wybór charakterystycznych piwniczek z winem. Ciekawie wygląda to z zewnątrz, choć czasami nieco gorzej brzmi, bo wieczory w jednej z piwniczek „umila” jakiś miejscowy trubadur, którego dyskusyjny talent moim zdaniem nie upoważnia nawet do występów w przydrożnym barze z karaoke. No, ale może gościom tego przybytku po kilku degustacjach bywa już wszystko jedno.

IMG_2952
Piwniczki z winem w Bogács

W środku jest jeszcze ciekawiej, a dobra do skosztowania jest tam tyle, że nie sposób podołać, choć w sumie poza sezonem 2/3 piwniczek było jeszcze zamkniętych na głucho. I chociaż na co dzień jestem raczej wielbicielem wytrawnego czerwonego carménère, lub mieszanki tempranillo & syrah (dozgonna wdzięczność dla kogoś, kto wskaże źródło kupna „Quintos de la Tejera” – legalne lub nie), to jednak w węgierskich piwniczkach moje serce skradł słodki merlot. Kosztował jakieś 12 złotych za 1,5 litra, więc w pewnym sensie nieco zrozumiały jest ten bunt wagi… Architektonicznie piwniczki jak piwniczki – po prostu dziura w ziemi, a jak się kończy miejsce, to się kopie głębiej. Ale nieco dziwne wrażenie wywołuje charakterystyczna pleśń, która pokrywa wszystkie ściany (i nie tylko) i której zadaniem jest utrzymanie odpowiedniego poziomu wilgotności dla dojrzewającego wina. Trochę przerażające, bo cała piwnica sprawia wrażenie, jakby żyła. Jeszcze bardziej, gdyby się zastanowić, w jaki u licha sposób ktoś w ogóle wpadł na taki pomysł?

IMG_2953
Piwnica jak piwnica…
IMG_2955
…ale wszystko tu obłazi czarną pleśnią.

I to by było na tyle, jeśli idzie o miejscowe atrakcje. Lokalnej kuchni raczej nie polecam, w każdym razie nie poza sezonem, bo jedna z niewielu czynnych w święta restauracji nie dość, że nieszczególnie się popisała regionalnym menu, to jeszcze to, co zaserwowali było – delikatnie mówiąc – dość dalekie od ideału. Jeśli idzie o np. placek po węgiersku to jak dotąd najlepszy zjadłem w Zakopanem i przez tydzień pobytu na Węgrzech nic się niestety w tym temacie nie zmieniło.

No a kiedy reszta towarzystwa dzielnie moczyła siedzenia w gorącej wodzie z siarką, ja jeździłem na rowerze. Nie było to zadanie szczególnie łatwe i przyjemne, przede wszystkim z powodu wiatru. Poza kilkoma wzniesieniami na północ od Bogács, Węgry to na ogół kraj nizinny i wiatr tam ma się gdzie rozpędzić. Co – ku mojemu zmartwieniu – w ostatnich dniach czynił nader chętnie (jak sprawdzałem w Accuweather, to w porywach dochodził do ok. 60 kmh – czyli momentami duło grubo).

IMG_2980
Droga jak na Ostrołękę…

Gdyby mnie ktoś dziś zapytał, czy po Węgrzech warto jeździć szosą, to na podstawie moich mikrych doświadczeń miałbym dość poważny kłopot z odpowiedzią. Bo z jednej strony: drogi tu są puste. Najwyraźniej Węgrzy nie tylko nie opanowali sztuki oszpecania swoich miast paskudnymi reklamami, ale na dodatek nie wpadli jeszcze na to, że po zapałki do kiosku też należy jeździć samochodem. Przejeżdżałem w środku dnia przez Eger oraz przez kilka innych miejscowości i – nie do wiary! – widziałem puste miejsca parkingowe! Coś jak w Polsce w 1988…

Mało tego: Węgrzy jeżdżą niewiele, przez co nie są mistrzami kierownicy (jazda samochodem za wozem z węgierską rejestracją to prawdziwa męka), ale na ogół jeżdżą bardzo ostrożnie, co dla rowerzysty jest rzeczą dość ważną. Nie zdarzyło mi się być wyprzedzanym na trzeciego, nikt na mnie nie trąbił, nikt nie trykał lusterkiem – momentami czułem się nieswojo…

Ale jest i łyżka dziegciu w tej beczce miodu: węgierskie drogi są po prostu marnej jakości. Te mało ważne wyglądają jak na zdjęciu powyżej. Te ciut ważniejsze są może i nieco szersze, ale za to bardzo dziurawe. Nierzadko trafia się jakaś arteria z betonowych płyt, ale one również najlepsze lata mają często za sobą…

IMG_2962
Trochę bolało…

A zdarzały się i takie fragmenty, po których jazda kończyła się lekką awanturką, bo domycie roweru, a później łazienki, skutecznie wyłączało ją z użycia na dłuższą chwilę… 😉

IMG_2944
Strade nero. Tutto nero…

Jakby tego było mało, to na węgierskich drogach czycha jeszcze jedna, dość niebezpieczna pułapka. Ponieważ Węgrzy nie opanowali reklamy, jazdy po zapałki i innych podobnych umiejętności, to nie wpadli również na to, że można samochodami zastawić chodniki, uniemożliwiając pieszym przejście. W związku z tym parkują po prostu na ulicy i trzeba ich mechaniczne rumaki – o zgrozo! – omijać. Warto o tym pamiętać, wypadając z jakiegoś zakrętu, bo można się nieźle zdziwić (być może to jest źródło tej ich ostrożnej jazdy?). Ale naprawdę najgorsze w tej jeździe jest to, że jak się już trafi piękna, równa, szeroka i niemal zupełnie pusta droga, to jest ona… niedostępna dla rowerów. Serio serio. Zakaz ruchu dla rowerów i cześć pieśni – na odpowiedniku naszej drogi wojewódzkiej, którą w dodatku prawie nic nie jeździ. To bolało najbardziej.

Na szczęście jednak są takie fragmenty dróg równie rzadko uczęszczanych, dobrej jakości, a do tego położonych w przepięknej scenerii, jak choćby droga z Egeru do Miszkolc, wiodąca przez środek bukowego parku. Gdybym wcześniej głupio nie pobłądził, przejechałbym ją w całości, choć z drugiej strony może i dobrze się stało, bo powrót oznaczałby mękę przez 40 kilometrów z paskudnym tego dnia wiatrem, wiejącym prosto w twarz.

Reasumując: Węgry? Na zdrowie!

IMG_2976
Droga z Egeru do Miszkolc prze Bukki Nemzeti Park. Jak się zazieleni, będzie jeszcze piękniej.

Wygrywać jak u siebie…

Oglądałem to z otwartymi ustami w E3 Harelbeke i oglądałem to niemal jak powtórkę dzisiaj. Solidny atak na wiele kilometrów przed metą i kapitalna robota „na zapleczu”. Moc, jaką imponuje Niki Terpstra i chirurgiczna precyzja, z jaką Gilbert i Stybar przecinali każdy zawiązujący się kontratak. Perfekcyjna robota.

I efekt, w postaci solidnej kolekcji zwycięstw Quick-Stepu w wiosennej batalii w klasykach.

Robi to na mnie wrażenie. Tutaj nieco obszerniejsza relacja z przepięknej (jak zwykle) edycji Flandryjskiej Piękności.

To się nie ma prawa udać.

Tak, wiem. Brzmię jak Smerf Maruda, powtarzający w kółko, że to się nie uda. Ale to się po prostu nie uda. I bynajmniej nie mam na myśli samego rejsu – ten będzie z pewnością wspaniały. Mówię o pieniądzach: ta inwestycja się nigdy nie zwróci. A nawet gdyby tak się stało, nigdy się o tym nie dowiemy.

Pomysłodawca i sponsor tego projektu, czyli Polska Fundacja Narodowa, zarządzająca gigantycznym budżetem, pochodzącym głównie ze składek spółek skarbu państwa, usiłuje nas przekonać, że to jest świetny biznes i zwróci się z nawiązką. Posiłkuje się przy tym takim oto obrazkiem i komunikatem:

Zostawmy na razie na boku ten drobny szczegół, że Alex Thompson to oceaniczny wyjadacz, który w Vendee Globe meldował się zwykle w czołówce (o ile dopływał do mety), po drodze bijąc kilka rekordów prędkości na odcinkach. Nie ujmując zasług i umiejętności Kusznierewiczowi, ale to jednak nie jest klasa finn… Mniejsza o to. Skupmy się na kwotach.

Thompson chwali się dwunastokrotnym zwrotem z inwestycji, więc odnosząc to do podawanej szacunkowej wartości mediowej można wywnioskować, że sponsorzy – z Hugo Boss na czele – wyłożyli na ten czteroletni projekt coś około 18 milionów euro.

226 milionów euro to wartość łączna wszystkich ekspozycji i wzmianek, łącznie z tymi, którymi sponsor chwali się udziałem w przedsięwzięciu również na własną rękę, na przykład we własnych reklamach, na targach etc. 136 milionów euro to wartość samego ekwiwalentu reklamowego. Uwaga: to są wartości wirtualne i służące wyłącznie do szacunków, to nie są realne pieniądze. Liczy się je w taki sposób, że analizuje się powierzchnię gazety lub czas antenowy, w którym podawana jest informacja o danym przedsięwzięciu i pokazywane jest logo sponsora, po czym odnosi się to do cennikowych (sic!) wartości danej strony, lub pasma reklamowego w mediach elektronicznych.

Dla przykładu: standardowa strona A4 ma powierzchnię ok. 624 cm2 i załóżmy dla uproszczenia, że reklama na tej stronie kosztuje wg cennika 100.000 zł. Jeśli pojawi się na tej stronie zdjęcie jachtu o rozmiarach 2×3 cm, to szacuje się, że zajmuje ono ok. 1% powierzchni, więc jego ekwiwalent reklamowy wynosi 1.000 zł. Istnieje kilka wyspecjalizowanych podmiotów, które to wszystko liczą (np. Kantar Media, czy specjalizujący się w sporcie Pentagon Research), na koniec wszystko się sumuje i robi z tego prezentację, z którą szef marketingu biegnie po uścisk ręki prezesa, bo właśnie zrobił świetny interes.

Tyle tylko, że ciągle mówimy o wirtualnych pieniądzach, bo z prawdziwym ROI, czyli zwrotem z inwestycji, będziemy mieli do czynienia dopiero wtedy, jak dana marka sprzeda swoje produkty a na jej rachunek wróci każde z tych 18 milionów euro plus jakaś nadwyżka.

Wracając do tej wartości ekwiwalentu reklamowego, to mamy 136 mln euro w cztery lata, na całym świecie. Kwota może i robi wrażenie, ale nawet dzieląc ją tylko na te 10 kluczowych rynków, o których Thompson mówi na swojej grafice, dostajemy po 13,6 mln, czyli niespełna 3,5 mln euro rocznie. W przeliczeniu na złotówki daje to jakieś 15 milionów monet.

Ciekawostka: największy polski reklamodawca, czyli Aflofarm Farmacja, w 2017 roku wydał na reklamę nieco ponad 2 miliardy złotych (dane oczywiście również cennikowe, źródło: Kantar Media). Czyli gdyby któraś z ich marek miała kaprys sponsorowania oceanicznego jachtu, to w wynikach objawiło by się to jako jakieś 0,7% aktywności, za co trudno liczyć na uściski prezesa, bo pewnie nawet nie zauważy. Oczywiście nie robią tego z tej prostej przyczyny, że nie mają potrzeby reklamowania się na całym świecie, ale chodzi o przykład.

Haczyk tkwi w innym miejscu: Hugo Boss sprzedaje konkretne produkty. Podobnie jak Oracle, Omega czy inni sponsorzy, pojawiający się na żaglach. Oczywiście jest też startujący w Pucharze Ameryki Team New Zealand, ale raz, że sponsorowany przez Emirates (czyli również konkretna marka i usługi), a dwa: Puchar Ameryki jest dość wyjątkowym przedsięwzięciem, rozgrywanym w formule regatowej, blisko brzegu, z tłumem kibiców i telewizyjnymi relacjami na podobieństwo Super Bowl. Zdecydowana większość oceanicznych regat relacjonowana jest najwyżej do wyjścia jachtów za główki portu oraz na mecie.

Marka „Polska 100” nie sprzedaje niczego, więc nikt nigdy nie policzy, jaki był realny zwrot z tej inwestycji. Być może z tych kilkucentymetrowych okienek i kilkusekundowych migawek w telewizorach uzbieramy ekwiwalent, który wartością przekroczy 20 milionów, wydane na ten podbój świata. Tylko nie dajmy się oszukać, że będzie to zwrot z inwestycji. Nie będzie. Kolejka inwestorów raczej się z tego powodu przed Ministerstwem Gospodarki nie ustawi, a do samej Polski nikt nawet nie zdąży zapałać życzliwym uczuciem, bo w bezmiarze informacji, publikowanych przez media każdego jednego dnia, informacje o naszych dzielnych zdobywcach po prostu – nomen omen – utoną.

I one more thing: nigdzie tego nie sprawdzałem, ale jeśli sięgam w głąb pamięci i dobrze kojarzę fakty, to medialne przekazy o żeglarskich przygodach najintensywniejsze są wtedy, gdy łamie się maszt, jacht osiada na mieliźnie, albo zderza się z jakimś swobodnie dryfującym obiektem. Nikomu rzecz jasna tego nie życzę, ale mam nadzieję, że pomysłodawcy tej eskapady uwzględnili w swoich kalkulacjach to ryzyko. Bo jak się masz połamie na jachcie Hugo Bossa, to pół biedy, w końcu spodnie też się czasem prują. Ale Polska na mieliźnie będzie miała specyficzną symbolikę…

 

Foto: Keith Midson / Flickr

PS. O tym, skąd się biorą pieniądze w sporcie pisałem też jakiś czas temu tutaj.

Wspomnień czar ;)

A’propos meczu Polska-Korea na Stadionie Śląskim, przypomniała mi się pyszna historia. (Siedzę w pociągu to tyle mam, ile sobie przypomnę).

Rok chyba 2001, eliminacje do Mundialu w Korei właśnie, a Polska na Stadionie Śląskim podejmowała bodaj Portugalię. W katowickiej „Wyborczej” ktoś wpadł na pomysł zrobienia specjalnego wydania z relacją z meczu i rozdania go kibicom, wychodzącym ze stadionu. Większość materiałów była przygotowana wcześniej, relacja z meczu była pisana na bieżąco, chłopaki z foto wysyłali zdjęcia, na koniec tylko wrzucono wynik, ktoś dopisał lead i wszystko poleciało na naświetlarnię i do druku. Tyska drukarnia potrafiła przemielić – jeśli pamięć mnie nie myli – chyba ze 100 tysięcy pełnej objętości gazet na godzinę, więc 8-stronicowa składka w kilkutysięcznym nakładzie przeleciała przez maszyny błyskiem. Potem jeszcze tylko z eskortą policji szybki transport pod stadion i kibice dostali do ręki jeszcze ciepłą Gazetę.

Jaka była ich reakcja?

„Mecz ustawiony!” ;)))

Persona non grata

Gdyby komuś było mało zawiłości, związanych z wciąż nierozstrzygniętą sprawą pozytywnego wyniku Chrisa Froome’a, to kolarscy oficjele zamiast grać na uspokojenie emocji, dolewają oliwy do ognia. Jeden przekonuje, że na szybką odpowiedź liczyć nie należy, drugi grozi strzelaniem z armaty do wróbli i roztacza wizję wykluczenia Froome’a z Tour de France.

Prawdopodobnie obaj zasypiają z poczuciem dobrze wykonanej roboty, a tymczasem kibice wciąż czują się zamknięci w ciasnym pokoju bez okien i odpowiedzi. I kiedy już zaczyna na dobre walić stęchlizną, UCI proponuje prześwietlanie rowerów. Jakby to był dziś najpoważniejszy problem.

Tak sobie o tym podywagowałem tutaj.

Spoiler alert! Humoru to raczej nikomu nie poprawi…

 

Foto: mfcanseco / Flickr