Sparing.

Jeśli nie macie pod ręką zapasu popcornu, dobrze jest się zaopatrzyć. Nie za wiele i z Netflixa chyba też bym jeszcze nie rezygnował, bo na długi serial raczej się nie zanosi. Raczej na epizod. Niemniej ci, których choć trochę interesuje polskie kolarstwo, a zainteresowania te nie ograniczają się wyłącznie do spazmatycznych aktów strzelistych na temat błędów Majki i Kwiatkowskiego w zarządzaniu karierami, powinni nieco baczniej przyjrzeć się temu, co zapowiada się w Pruszkowie. A tamże zaczęło się coś DZIAĆ, bo zarząd naszego umiłowanego związku najwyraźniej postanowił wyzwać na ubitą ziemię ministra sportu.

Ruch dość odważny, choć mam pewne wątpliwości, czy właściwie przemyślany, więc gdybym miał obstawiać wynik tego sparingu, to prawdopodobnie postawiłbym na techniczne KO w pierwszej rundzie (o ile w ogóle do niej dojdzie). Przy czym piszę niniejsze słowa bez cienia satysfakcji, bo to tak naprawdę nie oznacza nic dobrego dla kolarstwa. Ale o tym, dlaczego tak uważam i skąd w ogóle te moje kasandryczne przewidywania, poniżej. Najpierw tło i wyjaśnienie kilku nieporozumień, które funkcjonują w powszechnym obiegu jako prawdy objawione.

Historię tego, skąd właściwie wziął się przedmiot sporu, czyli osławiony dług, opisałem dość obszernie tutaj, więc jeśli ktoś jest zainteresowany szerszą perspektywą – zapraszam. Long story short: dług wobec Mostostalu Puławy, opiewający dzisiaj na grubo ponad 9 milionów złotych, powstał w chwili, gdy ówczesny zarząd podjął decyzję o zleceniu wykonawcy dodatkowych prac przy ciągnącej się w nieskończoność budowie toru, bez uprzedniego uzyskania na ten wydatek wyraźnej zgody ministerstwa, które budowę cierpliwie finansowało. Innymi słowy: zadziałano standardowo: „Wicie-rozumicie, przecież bez tych instalacji nie mogą się odbyć mistrzostwa świata, a na to minister dać pieniądze musi”. Sęk w tym, że nie musiał, a od chwili, w której jakiś wyjątkowo skrupulatny księgowy w Banku Gospodarstwa Krajowego zaraportował, że te prace nie były wcześniej ujęte w kosztorysie, już nie tyle nie musiał, ile nie mógł.

Tu wracamy do wspomnianych wyżej nieporozumień. Niemal w każdej dyskusji na ten temat wraca jak bumerang przekonanie, że minister sportu jest jedyną osobą, która ma narzędzia do rozwiązania tego problemu. Tłumacząc z polskiego na nasze: może po prostu wyjąć kasę z tylnej kieszeni w spodniach, spłacić dług i zapomnieć o sprawie, a odtąd wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie, zdobywając wszystkie medale na wszystkich olimpiadach.

Tu zła wiadomość: otóż z kilku powodów nie może.

Po pierwsze dlatego, że Ministerstwo Sportu i Turystyki również jest wierzycielem związku, który jest winny budżetowi państwa niemały pieniądz z tytułu kar za wydatkowanie środków niezgodnie z przeznaczeniem. A to oznacza, że gdyby minister wpłacił do kasy związku jakieś pieniądze, które chwilę później zabrałby komornik i temu samemu ministrowi oddał, potrąciwszy sobie należną prowizję, to z dużym prawdopodobieństwem pewien znany dyrektor sportowy zyskałby pod celą nobliwe towarzystwo do długich wieczornych pogawędek.

Zupełnie osobnym tematem jest kwestia tego, że minister żadnych pieniędzy na spłatę długów przelać związkowi nie może, nawet gdyby bardzo chciał. Tu bierzemy do ręki pomoc naukową w postaci ustawy o sporcie i szukamy, na co też minister może wydawać (skądinąd nasze) pieniądze. I widzimy: szkolenia, stypendia, nagrody, koszty udziału w zawodach sportowych, zakup sprzętu i mnóstwo innych rzeczy. O spłacie długów związku sportowego nie ma w ustawie ani słowa.

Kolejna, będąca źródłem wielu nieporozumień miejska legenda głosi, że minister może przejąć zarządzanie związkiem, wprowadzić tam komisarza, poukładać wszystko po swojemu, spłacić długi, a potem znowu będziemy żyli długo i szczęśliwie, opływali w medale i należny nam splendor (w końcu jest nas 38 milionów, więc należy nam się bardziej, niż Słoweńcom – też uwielbiam ten „argument”). Tymczasem w tejże samej ustawie czytamy, że minister nad związkami sportowymi sprawuje jedynie nadzór i posiada uprawnienia kontrolne, a w razie braku możliwości zarządzania związkiem przez wybrany przez delegatów zarząd, może złożyć do sądu wniosek o odwołanie tegoż zarządu i wprowadzenie do związku komisarza, którego jedynym zadaniem jest rozpisanie nowych wyborów. Nic mniej, nic więcej. W praktyce oznacza to tylko tyle, że może z tego uprawnienia skorzystać w gruncie rzeczy wyłącznie w przypadku pomoru lub masowych aresztowań, bo wystarczy, że zarząd ogłosi termin nowych wyborów, by sąd się w ogóle wnioskiem ministra nie zainteresował. O zarządzaniu związkiem sportowym, a tym bardziej regulowaniu przez ministra jego zobowiązań mowy więc być nie może.

Tyle rzeczywistość, opisana w kodeksach, pora zatem spojrzeć na tę alternatywną i spróbować rozkminić, w co gra zarząd PZKol, który wespół ze swoim największym wierzycielem (sic!) zwołał na środę konferencję prasową, na której zamierza przedstawić bieżącą sytuację. (Sądząc z czasu, jaki przeznaczono na poszczególne referaty, zbyt wiele do powiedzenia nie ma, ale nie uprzedzajmy wypadków).

Jedną z furtek, możliwych do wykorzystania (jeśli nie jedyną), jest możliwość przejęcia pruszkowskiego toru przez Centralny Ośrodek Sportu. Przywołana wyżej ustawa mówi bowiem o tym, że minister może – za pomocą jednostki budżetowej, jaką jest właśnie COS – inwestować w budowę i utrzymanie obiektów sportowych. Taka wizja jest kusząca, ale żeby mogła się ziścić, COS musiałby się stać właścicielem obiektu. I ta wizja dość mocno rozpala głowy ludzi w PZKol, bo oznaczałaby prawdziwe wyzwolenie z kłopotów: długi można byłoby spłacić, utrzymaniem toru przestać się przejmować, a jednocześnie nadal z niego korzystać, bo tor jest zasadniczo zbudowany tak, że wiele więcej poza jazdą w kółko na rowerze dziać się tam nie może, więc ryzyko, że przejmą go np. łyżwiarze figurowi jest stosunkowo niewielkie.

Z tego, co udało mi się już jakiś czas temu ustalić (choć 100% pewności nie mam), w zarządzie związku ta myśl idzie nieco dalej, bo przecież tor ma jakąś określoną wartość, znacząco przekraczającą wysokość długu wobec Mostostalu. W świecie idealnym możnaby więc tor sprzedać, nadal z niego korzystać, a za pieniądze z nadwyżki żyć długo i szczęśliwie, opływając w medale i czyniąc „dobro polskiego kolarstwa”.

Jest jednak pewien haczyk: COS jest jednostką budżetową, a państwo już raz za budowę tego toru zapłaciło (skądinąd naszymi pieniędzmi). Nie powinna więc nikogo dziwić wstrzemięźliwość w podejmowaniu decyzji o ponownym wyłożeniu kasy na ten zakup, bo trudno się w tym doszukiwać przesadnej gospodarności, a jej brak oznacza wiadomo co: długie wieczorne rozmowy o życiu i reglamentowane spacery. Jedyną racjonalną z punktu widzenia interesów budżetu drogą jest licytacja komornicza, ale to procedura, która dosyć długo trwa (bo nikt się raczej nie spodziewa szczęśliwego zakończenia po pierwszej licytacji), a ponadto robi się z czasem dość ryzykowna, bo może się okazać, że jakiś cwany deweloper będzie miał mniej cierpliwości i więcej pieniędzy, żeby wykupić obiekt i zbudować w jego miejscu urocze osiedle na skraju Pruszkowa.

Po co więc jutrzejsza konferencja? Moim zdaniem (choć zastrzegam, że to wyłącznie moje domysły) powody mogą być dwa:

Pierwszy (racjonalny): chęć wywarcia presji na ministra i COS w celu przyspieszenia działań, związanych z ewentualnym nabyciem toru. Ten pośpiech może się opłacać nie tylko prezesowi Mostostalu, który traci już cierpliwość, nie mogąc się doczekać słusznie należnych mu pieniędzy, ale również zarządowi, którego kadencja kończy się w przyszłym roku. Ocalenie toru, spłata długu, spora gotówka na koncie, a może jeszcze jakiś medal, wywalczony przez kolarzy w Tokio – i można sobie spokojnie meblować gabinet na najbliższe 4 lata.

Drugi (mniej racjonalny, ale nie mniej prawdopodobny): wiara w to, że minister w końcu „zrozumie swój błąd” i wiedziony głęboką troską o „dobro polskiego kolarstwa” zdecyduje się na szybkie rozwiązanie sprawy (tu patrz: powód pierwszy). A ponieważ wiadomo, że urzędujący minister niebawem kończy swoją pracę i oddelegowuje się do WADA, można to wykorzystać jako argument za tym, że się nie interesuje losem kolarzy i zasadniczo ma to wszystko gdzieś. I nawet, jeśli na obecnym ministrze nie zrobi to większego wrażenia, to kolejny rozpocznie swoje urzędowanie pod presją i z potrzebą „naprawiania błędów poprzednika”. Podejrzewam, że właśnie w tę stronę zostanie wyprowadzony „cios” przez PZKol.

Jakkolwiek idiotycznie by powyższe nie brzmiało, mam powody sądzić, że przekonanie o „winie” ministerstwa jest w zarządzie silne jak Moc w młodym Skywalkerze. Pamiętam jedną z rozmów, jaką podczas startu Tour de Pologne przeprowadziłem z jednym z członków obecnego zarządu i wypowiedziane przez niego słowa, które wprowadziły mnie wówczas w osłupienie: „Wszystko już jest tak, jak chciał minister: jest nowy zarząd, złożony wyłącznie z ludzi, których wcześniej nie było. Nastąpił oczekiwany reset, więc teraz czekamy, aż nam minister odda pieniądze„. A tu zonk, bo minister się ociąga.

Mam uzasadnione obawy, że jeszcze trochę związek będzie musiał poczekać, a jutrzejszy sparing skończy się dla niego raczej bolesną lekcją. W przeciwieństwie bowiem do związku, minister ma nieco więcej kart, którymi może zagrać. Przede wszystkim ma do dyspozycji program „Team 100”, którym może objąć znacznie większą liczbę zawodników, a ponieważ środki na szkolenie i tak przekazywane są przez resort za pośrednictwem PKOl, mogą być spożytkowane w inny sposób, niż to sobie wyobraża kolarska centrala. Nawet, gdyby trzeba było torowców na czas przygotowań do IO osiedlić w Mińsku czy Apeldoorn – nic nie stoi na przeszkodzie. Mam obawę, że związek, który próbuje ustawić pod ścianą ministerstwo, lada moment sam się pod nią znajdzie.

Problem w tym, że to wcale nie jest dobra wiadomość dla kolarstwa, zwłaszcza tego, które rozgrywa się nieco dalej od Pruszkowa. PZKol sprawia wrażenie, jakby już dawno skupił się wyłącznie na jednym oczku w głowie, tracąc z pola widzenia wszystkie inne dyscypliny poza torem. Teraz, wywołując wojenkę z ministerstwem, może osiągnąć taki efekt, że wszyscy przypomną sobie zapis artykułu 7. pkt. 1 ustawy o sporcie, który brzmi: „W celu organizowania i prowadzenia współzawodnictwa w danym sporcie może być utworzony polski związek sportowy”.

„MOŻE”. Czyli wcale nie musi.

Foto: Flickr / Ruud van der Lubben

Dlaczego nie jestem zaskoczony?

Aż 91 dni startowych. Prawie 14 tysięcy kilometrów, przejechanych w tempie wyścigowym. 33.300 kilometrów (jeśli wierzyć Stravie), przejechanych łącznie na wyścigach i treningach. To więcej, niż większość z nas przejeżdża w ciągu roku samochodem.

Wśród kolarzy z czołówki światowego peletonu tylko bracia Izagirre zbliżyli się w ubiegłym roku do tego wyniku. Gorka przejechał w wyścigach jeden dzień więcej, Ion – jeden mniej. Ale żaden z nich nie walczył o tak wysokie cele, jak Michał. Dostaliśmy zwycięstwo w Volta ao Algarve, Tirreno-Adriatico, Tour de Pologne. Kilka wygranych etapów, mnóstwo dobrych emocji. A do tego fenomenalny występ w Tour de France i trzy etapy, przejechane w czerwonej koszulce lidera Vuelty.

Kiedyś trzeba było za to zapłacić.

Rozmawiałem z kilkoma osobami, kiedy niepewny stawał się start Michała w Tour de Pologne. Wszyscy jak jeden mówili, że Michał jest po prostu potwornie zmęczony. Zresztą mówił o tym sam, choć część ludzi odebrała to początkowo jako usprawiedliwienie dla słabego sezonu. Ale ci, którzy kolarstwo znają lepiej z perspektywy kolarza, podkreślali, że to nie jest zwykły kryzys. To nie jest chwilowy spadek formy. To organizm upomina się o „swoje”. To zmęczenie narastało przez lata, aż w końcu, po kompletnie szalonym sezonie 2018 i mocnym początku bieżącego (pierwsze oznaki kryzysu pojawiły się dopiero pod koniec Paryż-Nicea), organizm Kwiato powiedział „dość”.

Podczas ubiegłorocznego Tour de Pologne zapytałem Michała, czy nie ma obawy, że dwa Wielkie Toury przed piekielnie trudnymi mistrzostwami świata to będzie za dużo? Odpowiedział wówczas, że chce spróbować czegoś innego, bo wcześniej stosowane schematy przygotowań też nie zawsze przynosiły spodziewane rezultaty. ” W sumie na tym to polega w kolarstwie, żeby próbować poznać swój organizm, a kiedy już osiągnę „dojrzały” kolarski wiek, będę to miał jakby „zaprogramowane” i łatwiej mi będzie dojść do szczytowej formy.” – mówił wówczas Kwiato.

Jedną z tych rzeczy, za które szanuję Kwiatka najbardziej, jest właśnie to, że każdego rozwiązania chce spróbować sam. Pewnie bez większych problemów znalazłby plan treningowy, odpowiadający jego charakterystyce. Ale w sportowej filozofii Michała doświadczenia innych są doświadczeniami innych, a jego kształtuje tylko to, czego sam doświadcza. Jestem przekonany, że tegoroczne doświadczenia uczynią go mocniejszym.

Decyzja o tym, że nie wystartuje w Yorkshire jest dla niego z pewnością rozczarowująca, bo na kolejne mistrzostwa świata o takim profilu trasy pewnie trzeba będzie jakiś czas poczekać. Ale jest jednocześnie decyzją niezwykle dojrzałą i odpowiedzialną, bo start za wszelką cenę byłby w tej sytuacji osłabieniem kadry biało-czerwonych, która z będącym w kapitalnej dyspozycji Rafałem Majką wcale nie jest zupełnie pozbawiona szans na sukces (choć oczywiście łatwo nie będzie).

Mam jednocześnie wielką nadzieję, że Michałowi uda się odbudować na tyle szybko i skutecznie, by śmiało mógł spojrzeć przed siebie na nowy cel, rysujący się na horyzoncie: igrzyska w Tokio. Za to trzymam kciuki najmocniej.

Wszyscy jesteśmy potencjalnymi zabójcami.

Na pierwszy rzut oka nie będzie to wpis o kolarstwie czy rowerzystach. Ale pozory mylą, choć o tym za chwilę…

A zaczęło się od lektury pewnego tweeta, zamieszczonego wczoraj przez jednego ze znanych dziennikarzy sportowych:

W pierwszej chwili uniosłem brew, ale za moment przyszły mi do głowy dwie refleksje. Pierwsza: że oderwanych od rzeczywistości ludzi, którzy sądzą, że świat jest w gruncie rzeczy dobry i tylko z rzadka coś mu nie wychodzi, jest niestety w naszym kraju znacznie więcej, niż jeden dziennikarz. Mogę się założyć, że podobnych „strzałów” byłoby znacznie więcej, gdyby z takim pytaniem przejść się słonecznym popołudniem przez Marszałkowską.

Druga: że nawet te porażające swą wielkością rzeczywiste liczby na nikim już nie robią większego wrażenia. Wystarczy przecież jeden świąteczny weekend, by media nakarmiły nas informacją o tysiącach zatrzymanych za jazdę na podwójnym gazie. Informacją, do której już przywykliśmy i którą na co dzień puszczamy mimo uszu, bo w końcu ile razy można czytać o tym samym? 18 tysięcy przez całe wakacje? Nic nowego…

Ale włos na grzbiecie zjeżyła mi dopiero lektura komentarzy do tego tweeta, z których wynika z grubsza rzecz biorąc tyle, że w sumie nic się nie stało, nie ma żadnego problemu, a te ponure statystyki to wyłącznie kwestia złej definicji „pijanego kierowcy”. No bo przecież na zachodzie obowiązuje 0,5 promila, a bywają nawet kraje, gdzie dopuszczone jest 0,8 promila alkoholu w wydychanym powietrzu, więc nasze 0,2 plus policyjne akcje „trzeźwy poranek” to nic innego, jak podkręcanie statystyk.

Dziękuję, można się rozejść. A jakby komuś ciągle się wydawało, że ponad 18 tysięcy zatrzymanych „po pijaku” za kierownicą to dużo, to powinien pamiętać, że do tych statystyk zaliczani są również pijani rowerzyści, więc już w ogóle nie ma sprawy. No i niech rzuci kamieniem ktoś, kto nigdy nie wsiadł za kółko po jednym piwie.

Spoko. Rozumiem. Jedno małe piwo. Trzy tysiące zabitych rocznie to też w sumie małe piwo. A poza tym przecież każdy kiedyś musi umrzeć, więc o co w ogóle ta awantura?

No nie wiem. Mnie to jednak mimo wszystko przeraża, bo skoro jesteśmy tacy świetni i jedno piwo to nie problem, to dlaczego od lat mapa UE pod względem liczby wypadków wygląda tak?

Ktoś pewnie powie w tym momencie: „Ale zaraz, zaraz! Przecież to nie jest mapa wypadków, spowodowanych piciem alkoholu!” i z punktu widzenia statystyki zapewne będzie miał rację. Problem pojawia się wtedy, kiedy ze statystyki wrócimy do realnego życia, bo dopiero w nim objawia się tak naprawdę to, co mamy w głowach i czemu dajemy wyraz w tego typu dyskusjach: nasz egoizm.

Ktoś zupełnie niedawno, przy okazji tragicznej burzy w Tatrach, użył bardzo ciekawego określenia: „bomisizm”. Bardzo mi się podoba, bo doskonale oddaje to, co drzemie – niestety – w większości z nas: „bomisię: należy / spieszy / podoba / chce” i tak dalej. „Bomisizm” nas konstytuuje. Moja osobista korzyść jest zawsze ważniejsza od korzyści wspólnoty. Co więcej: moje „bomisię” czuję się zobowiązany na każdym kroku demonstrować, bo tylko dzięki temu mogę zdobyć należny mi szacunek i właściwe miejsce w hierarchii.

„Bomisizm” na naszych drogach jest widoczny najlepiej, a w takich dyskusjach, jak pod przytoczonym tweetem, jest później doskonale usprawiedliwiany. „Bomisię” nic nie stanie, kiedy wypiję jedno piwo, „bomisię” ono należy po ciężkiej pracy, z której będę wracał na złamanie karku, „bomisię” spieszy.

Kiedyś tutaj opisywałem chillout, panujący na drogach Danii, gdzie wszyscy jadą 80 kmh i wszyscy dojeżdżają na czas do celu. Przy okazji żyją w znacznie czystszym kraju, bo każdy Duńczyk doskonale wie, że jazda ze stałą, nieprzesadnie dużą prędkością, to mniejsze spalanie i mniejsze zanieczyszczenie. Przy okazji ciekawostka: stosunkowo zamożni Duńczycy wcale nie potrzebują do przemieszczania się drogich samochodów z wielkimi silnikami, większość jeżdżących po ich drogach pojazdów, to auta klasy średniej. W Polsce jak nie odjedziesz ze skrzyżowania z piskiem opon i rykiem swoich 200 koni mechanicznych, to jakbyś się publicznie przyznał do problemów z erekcją. Efekty? W Danii na drogach ginie średnio 30 osób na milion mieszkańców. W Polsce – 75.

I teraz wracamy do tych przeklętych statystyk, rzekomo zawyżanych przez nasze nieszczęsne 0,2 promila i „trzeźwe poranki”. Co powie statystyczny Polak na to zestawienie liczby ofiar w Polsce i Danii? Że w Polsce ginie nieco ponad dwa razy więcej ludzi, niż tam. Ale czy aby na pewno?

Te 30 osób na milion mieszkańców, przy 5 milionach Duńczyków daje jakieś 150 ofiar rocznie. 75 ofiar na milion mieszkańców w Polsce daje blisko 3.000 rocznie. Nie dwa, a dwadzieścia razy więcej!

3.000 ofiar to również 3.000 niepotrzebnych pogrzebów, za które ZUS wypłaca zasiłek. To również ponad 1.500 osób w wieku produkcyjnym, które z dnia na dzień znikają z rynku pracy (ponad 55% ofiar to osoby w wieku 25-64 lata). To także w większości z tych przypadków wypłacane rodzinom przez długie lata renty, na które również się składamy. A przecież mówimy tu tylko o zabitych, nie licząc kosztów leczenia dziesiątek tysięcy rannych.

Płacimy za to miliardy złotych. Ale o tym wszystkim nikt z nas nie myśli, kiedy sięga po „tylko jedno piwo”, „bomisię” wydaje, że to przecież wina naciąganej statystyki. Już nie mówiąc oczywiście o tym, że to są również tysiące zupełnie niepotrzebnych dramatów.

I tak każdego roku, od lat.

„Bomisię” spieszyło. „Bomisię” chciało napić z kolegami. „Bomisię” wydawało, że zdążę na „późnym żółtym” lub „wczesnym czerwonym”. „Bomisię” zdawało, że nie jadę tak szybko, albo że ten gość na rowerze jest jeszcze daleko.

Ale przede wszystkim: „bomisię” nie chciało pomyśleć o innych. Bo JA jest przecież najważniejsze, bez względu na koszty i ofiary.

PS. Tak, ten wpis również jest o rowerzystach. Zwłaszcza o tych, którym „jedno piwo” nie szkodzi w połowie drogi, więc nie czekają z nim do powrotu, „bomisię” przecież w upale pić chce. A że niektórzy już nie wracają? No cóż… przecież to kwestia statystyki.

Postęp.

W zasadzie wyraziłem już tę opinię na jednej z facebookowych grup kolarskich (którą – jak kilka innych – rychło opuściłem, bo coraz bardziej trącą atmosferą kibolstwa, a z tym nie chcę mieć za wiele do czynienia), ale ponieważ temat tu i ówdzie wraca, postanowiłem się z nim rozprawić również tutaj. A rzecz dotyczy postępu, czyli z grubsza tego, czego (i dlaczego) powinniśmy oczekiwać od sportowca, a czego od niego wymagać raczej nie należy.

Jednym z argumentów, najczęściej przywoływanych we wszelkich dyskusjach i przewidywaniach, związanych z występami sportowców w ważnych zawodach, są ich historyczne osiągnięcia w danej imprezie. No bo skoro taki przykładowy Rafał Majka był kiedyś szósty, a rok później piąty w Giro d’Italia, to z kalkulacji wychodzi, że teraz powinien być co najmniej czwarty, albo i wyżej, bo przecież minęło kilka lat, a on z każdym rokiem powinien być przecież coraz lepszy.

Problem w tym, że na ogół źle rozumiemy w tej sytuacji pojęcie rozwoju i oczekujemy, że będzie on miał charakter zbliżony do postępu geometrycznego. Sęk w tym, że to tak nie działa. Dlaczego zatem kombinujemy w tę stronę? Moja teoria jest taka, że próbujemy (świadomie lub nie) przenieść na grunt sportu obserwacje i doświadczenia z codziennego życia oraz to wszystko, czym codziennie karmi nas rzeczywistość.

Pewnie niewielu z nas zdaje sobie sprawę z istnienia tzw. Prawa Moore’a, wedle którego moc obliczeniowa układów tranzystorowych co dwa lata ulega podwojeniu. Wprawdzie Gordon Moore swoje obserwacje poczynił w połowie lat 60. ubiegłego stulecia, a do dzisiaj kilkukrotnie je aktualizowano, niemniej ogólna zasada jest mniej więcej właśnie taka: co dwa lata nasza rzeczywistość istotnie przyspiesza.

Z podobnym podejściem do kwestii rozwoju zetknął się prawdopodobnie każdy, kto chociaż przez chwilę pracował w jakiejś korporacji, będącej zakładnikiem własnego sukcesu. Nie znam przypadku, żeby jakaś firma zakładała brak rozwoju w określonym czasie, bo byłoby to w jawnej sprzeczności z oczekiwaniami rynku, który zasadniczo nie zna pojęcia nasycenia. To, czy te założenia i plany udaje się realizować, to zupełnie inna sprawa, ale nie kojarzę nikogo, kto wrócił do domu z pieśnią na ustach, bo od kolejnego kwartału firma planuje zarabiać mniej. Takie rzeczy się nie zdarzają, bo ciągły rozwój jest w biznesie jednym z warunków przetrwania.

Sprawy nie ułatwiają też współczesne media, działające niemal wedle olimpijskiej reguły „szybciej, wyżej, mocniej”, choć niestety w większości przypadków skutecznie udaje się realizować tylko pierwszy z tych postulatów, bo – nad czym ubolewam – poziom i wiarygodność współczesnych mediów spadają w tempie zastraszającym. Tak czy inaczej, przeciętny kibic dostaje dziś wnoszącą niewiele nowej wiedzy papkę, opartą zwykle o tanią sensację i nośny tytuł, niosący za sobą miałką treść, z której wnioski płyną takie, jak w przytoczonym na początku przykładzie: był szósty, był piąty, musi być czwarty, albo mamy do czynienia z porażką. Przy tym wszystkim oferta mediów jest dziś tak szeroka, że od widza lub czytelnika nie wymaga właściwie żadnego zaangażowania. Zwykle siada on sobie wygodnie w fotelu i z pilotem w dłoni rzuca przed siebie rozkaz: „a teraz mnie bawcie!”. A ponieważ widział już praktycznie wszystko, jego oczekiwania emocji rosną i są coraz trudniejsze do zaspokojenia.

Na to wszystko nakładają się jeszcze osobiste doświadczenia ludzi, którzy kiedykolwiek skosztowali amatorskiego sportu, z dumą i radością obserwując swoje postępy. Ja sam widzę, że mimo moich 44 lat na grzbiecie wciąż jeszcze jestem w stanie z miesiąca na miesiąc jeździć szybciej i stawiać sobie coraz bardziej ambitne cele.

Problem powstaje w chwili, w której próbujemy te wszystkie doświadczenia i obserwacje przenieść na grunt profesjonalnego sportu. Dlaczego? Otóż dlatego, że tam już miejsca na rozwój w gruncie rzeczy nie ma, bo topowi sportowcy zwykle już od lat poruszają się na granicy ludzkich możliwości. Nie bez powodu rekord Usaina Bolta na 100 metrów obchodził niedawno 10. urodziny, a na poprawę wyczynu Florence Gryffith-Joyner na tym samym dystansie panie czekają już lat ponad 30. Pewnie kiedyś znajdzie się ktoś, kto te magiczne granice przekroczy, ale na dziś szybciej biegać się po prostu nie da. Lekkoatletyka jest tu znakomitym przykładem, bo tutaj zasadniczo wszystko zależy wyłącznie od człowieka. W kolarstwie można jeszcze od biedy szukać rozwoju w innych elementach (sławetne marginal gains), ale i tutaj ów margines możliwości jest stosunkowo niewielki.

Zapominamy w tym wszystkim o rzeczy najważniejszej, czyli o tym, że w każdym przypadku mamy do czynienia z żywym człowiekiem, z wszystkimi jego słabościami, dolegliwościami, lepszymi i gorszymi dniami itp. Na to wszystko nakłada się jeszcze zwyczajne zmęczenie (na co najlepszym przykładem jest obecna forma Michała Kwiatkowskiego, doskonalącego swoje umiejętności z zaangażowaniem, którego czasem nie jest w stanie wytrzymać jego organizm), czasem niewyspanie, ból zęba, a innym razem po prostu zwykła chandra i brak wystarczającej motywacji.

Postęp w przypadku wyczynowego sportowca to nie jest kwestia aktualizacji oprogramowania, a bardzo często w ten właśnie sposób na tę sprawę patrzymy. Możemy oczekiwać wyników, ale musimy mieć też świadomość, że pojawią się one tylko wtedy, gdy w odpowiednim momencie zaistnieją wszystkie korzystne okoliczności: dobre przygotowanie, samopoczucie, pogoda, dieta, a niejednokrotnie również dobry humor, którego bynajmniej nie poprawia lektura internetowych komentarzy, sekujących sportowca za każde, nawet najmniejsze niepowodzenie.

Rozmawiałem niedawno z Piotrem Wadeckim, który opowiedział mi historię o tym, na co może liczyć ze strony swoich kibiców Greg Van Avermaet: na wsparcie. Na to, że bez względu na osiągane w danym momencie rezultaty, kibice wciąż wierzą w kolejne sukcesy, nawet jeśli muszą na nie jeszcze jakiś czas poczekać. My mamy w sobie coś takiego, co każe nam nieustająco narzekać. Ledwie doczekaliśmy kilku naprawdę solidnych kolarzy w czołówce światowego peletonu, a już się nam wydaje, że przez zasiedzenie powinni nam przywozić i składać u stóp zdobyte trofea, bo jako kibice inwestujemy w nich nasz czas, spędzany przed ekranem telewizora.

Więcej pokory i więcej wiary! Pierwsza dziesiątka w worldtourowym wyścigu to naprawdę fantastyczny wynik, biorąc pod uwagę, że na starcie staje 176 z najlepszych kolarzy na świecie. Zanim zaczniemy wymagać od naszych kolarzy, żeby nas nieustannie zadowalali bez konieczności podnoszenia przez nas siedzenia z kanapy, nauczymy się doceniać również to, że sama obecność w gronie najlepszych jest już sukcesem.

I warto pamiętać o tym, że dzisiejszy Rafał Majka to nie jest zaktualizowana wersja Rafała Majki z roku 2014. To jest ten sam facet, który szczyt swoich fizycznych możliwości osiągnął kilka lat temu, a dziś jest bogatszy jedynie o doświadczenia, zarówno te dobre, jak i te złe, które przecież również zostają w mięśniach i w głowie. Dziś to jest po prostu o kilka lat dojrzalszy człowiek, na którego w domu czekają żona i córka. I z całym szacunkiem dla kibiców i ich oczekiwań, ale ma on prawo również do tego, żeby pragnąć wrócić do domu w jednym kawałku. Wygrywanie nie jest najważniejsze, a sport jest tylko częścią życia.

Foto: Luis Angel Gomez / ©PHOTOGOMEZSPORT 2019

(O)wal to! Po prostu ciesz się jazdą!

Problem z jakimikolwiek testami w kolarstwie szosowym jest taki, że poza laboratoriami i tunelami aerodynamicznymi nie ma właściwie żadnej możliwości osiągnięcia porównywalnych warunków do przetestowania czegokolwiek. To, że jednego dnia osiągasz takie wyniki, a kolejnego inne, może zależeć od tylu zmiennych, że nie sposób rozumem ogarnąć. Inny jest wiatr, inna temperatura, inna wilgotność, inaczej się wyspałeś, co innego zjadłeś, o czym innym myślisz i coś innego uwiera cię w życie. Bywa, że w poniedziałek czujesz się świetnie, a we wtorek boli cię cały człowiek – zupełnie bez wyraźnego powodu. Ot, proza życia.

Ten przydługi wstęp zamieszczam dlatego, że swego czasu pochwaliłem się na socialach, że przesiadłem się na owalne tarcze i oczekuję, że moje życie istotnie się zmieni. Ale ponieważ z wyżej wymienionych powodów nie da się w sensowny sposób porównać mojego życia „przed” i „po” tym zabiegu, postanowiłem się podzielić wyłącznie moimi wrażeniami i mocno osobistymi odczuciami. Czujcie się ostrzeżeni.

Aha! Znowu musiałem coś zaniedbać, ale za ten materiał zupełnie nikt i nic mi nie płaci, więc nie ma obawy, że sprowadzę kogoś na manowce, bo tak sobie winszował reklamodawca. Nic z tych rzeczy. Zainwestowałem w tę zmianę własny pieniądz i nie wiem, czy to nie jeszcze gorzej, bo strasznie trudno mi się teraz oprzeć pokusie racjonalizowania tego (na szczęście niezbyt wielkiego) wydatku. W każdym razie: czujcie się ostrzeżeni.

Wbrew pozorom eliptyczny napęd nie powstał w wyniku tego, że Krzysiek Froome pedałował tak zapamiętale, że mu się tarcze w jednym miejscu nieco zdeformowały. Zanim świat zobaczył, jak Froomiemu łańcuch się majta w jedną stronę bardziej, ktoś musiał usiąść i pokombinować, jak wyeliminować z prostego – jak się na pozór wydaje – pedałowania ten nieprzyjemny moment, w którym jedna noga jeszcze nie naciska, a druga jeszcze nie ciągnie w górę. Z jakich używek korzystał, zanim doszedł do tego, że rozwiązaniem będzie zmiana koła w jajo – niech zostanie jego tajemnicą. Grunt, że wymyślił.

Czy to działa? Hm… to zależy. Przede wszystkim od tego, co rozumiemy pod pojęciem „działa”. Jeśli ktoś chciałby zapytać, czy przybywa od tego mocy, to szczerze mówiąc: nie wiem, bo nie sprawdzałem (dotąd nie przyszło mi do głowy inwestować w pomiar mocy), a po drugie: raczej nie sądzę. Przypominałoby to trochę instalację na smartfonie aplikacji, która czyni go wodoodpornym – mniej więcej podobny poziom abstrakcji, bo zasadniczo źródłem mocy jest pedałujący, a nie pedały.

Intuicja podpowiada mi więc, że generowana przeze mnie moc jest mniej więcej taka sama, jak poprzednio, ale jest teraz efektywniej wykorzystywana, bo znacznie mniejszy jest tzw. martwy obszar, w którym nogi zajęte są bardziej zmianą swoich pozycji, niż popychaniem roweru naprzód. I to w sumie tyle „magii”. A jakie są konsekwencje?

Przede wszystkim (to bardzo subiektywne odczucie) jeździ się zdecydowanie lżej. Zmiana, jaką zaobserwowałem w moich statystykach na Stravie, polega przede wszystkim na tym, że jadę z podobną lub nieco większą średnią prędkością, ale za to z niższą kadencją i niższym średnim tętnem (choć to znowu dobre miejsce dla przypomnienia, że nawet pokonana kilka razy ta sama trasa to żadna miara, bo inny wiatr, inna temperatura, inne jedzenie, a czasem również inne towarzystwo, które wystarczy, że da kilka mocniejszych zmian i wszystkie porównania idą w piach).

Ale zaobserwowałem również inną zmianę: znacznie mniej się męczę, szybciej regeneruję i nieco inaczej bolą mnie nogi po długiej jeździe. Trudno to precyzyjnie opisać, ale jak wcześniej zdarzało mi się po dłuższej jeździe poczuć solidny zapiek w udach, a bywało, że kilka godzin po treningu łapał mnie jakiś skurcz, tak od prawie miesiąca nie pamiętam takiej sytuacji, choć jeździłem zdecydowanie więcej (co też może być samo w sobie odpowiedzią: inne wytrenowanie, inny wiatr, inne żarcie, inne towarzystwo i tak dalej…).

Zastanawia mnie tylko jedno: skoro to jest takie fajne i takie efektywne, to dlaczego – poza nielicznymi wyjątkami, ze wspomnianym wcześniej Froome’m na czele – nie korzystają z tego rozwiązania zawodowcy? Szczerze mówiąc: pojęcia nie mam. Może jest z tym za dużo roboty, bo każda zmiana tarczy wymaga zmiany ustawienia ramienia przedniej przerzutki? Może przy ich poziomie wytrenowania różnica jest niezauważalna (ja sam w pierwszym odruchu oceniłem, że na płaskim to mniej więcej 65% marketingu i 35% efektywności, choć pod górę dokładnie na odwrót i raczej podtrzymuję ten pogląd)? Może chodzi o to, że jeden Froomie już wystarczy, więc inni nie będą robić siary? Nie wiem.

Wiem natomiast, obserwując dość entuzjastyczne reakcje wszystkich, którzy z tego rozwiązania skorzystali, że prędzej czy później będzie ten patent zdobywać coraz większy rynek, bo nawet jeśli naukowo nie da się bez cienia wątpliwości udowodnić skuteczności tego rozwiązania, to powodowane przez nie uczucie większej frajdy warte jest swojej ceny. Ostatecznie przecież wielu z nas (w tym piszący niniejsze słowa) jeździ wyłącznie dla przyjemności.

Na koniec pro-tip: są miejsca, gdzie można ten patent po prostu wypożyczyć i wypróbować, np. krakowski Bike-RS, gdzie nabywałem swoje tarcze. Ja korzystam z rozwiązania absoluteBLACK, ale kiedyś muszę spróbować jeszcze patentu O.Symetric, który ma jeszcze dziwniejszy kształt (aB i Q-Rings są regularną elipsą, O.Symetric przypomina pisane kursywą duże O) i podobno jest źródłem jeszcze ciekawszych wrażeń.

Siła fantazji, klęska kalkulacji.

Rozmawiałem kilka dni temu z Piotrem Wadeckim i nagle rozmowa zeszła nam na Remco Evenepoela. Czekam jeszcze na autoryzację, więc nie mogę odesłać do pełnego tekstu, ale padło tam takie zdanie, że tym, co wyróżnia młodego Belga spośród wszystkich innych kolarzy, jest brak maniery kalkulowania i oszczędzania sił na ostatni atak. Jeśli czuje, że ma siłę – daje z siebie wszystko.

I tak sobie patrzę teraz na zwycięzców ostatnich wyścigów i etapów: Bernal w Tour de France (22 lata), wspomniany wyżej Evenepoel (19 lat) w San Sebastian i we wczorajszej czasówce na ME, Jonas Vingegaard (22 lata) na etapie TDP w Kościelisku, za plecami którego przyjechali Pawel Sivakow (również 22 lata) i Ian Hindley (23). Dzisiejszy zwycięzca etapu, Matej Mohorič to też raczej młodziak (24 lata), który popisał się kapitalną ucieczką i niesamowitą siłą woli do końca.

OK – ktoś powie, że nikt go nie gonił, bo nie liczył się w generalce. Ale mimo wszystko z tyłu toczyła się jakaś walka, a on jechał, nie oddając ani sekundy z uzyskanej przewagi. Przecież nie potrzebował na mecie aż blisko minuty, mógł odpuścić i nie wycinać się tak mocno.

Patrzę sobie na to wszystko i budzi się we mnie jakaś nadzieja, że może ci młodzi kolarze wniosą do peletonu nie tylko świeżą krew, ale przede wszystkim nieco fantazji, ambicji i szaleństwa. Może nie zawsze się to będzie opłacało, no ale z drugiej strony: czy opłaca się to liczenie na ostatni, decydujący atak, który wcale nie musi nastąpić?

Śmiesznie brzmiały tłumaczenia Kruijswijka, niezadowolonego z neutralizacji 19. etapu Tour de France, bo przecież on miał w planach decydujący atak właśnie na tym ostatnim podjeździe, którego nie było. Dziwnie było patrzeć na Vincenzo Nibalego, który podczas Giro zlekceważył Richarda Carapaza (26 lat, więc też jeszcze nie weteran), bo przecież niemożliwe, żeby się taki wyścig rozstrzygał już na 14 etapie. A jednak! Pawel Sivakow też nie czekał na ostatni podjazd, tylko zaatakował na 6. etapie Tour de Pologne i to dzięki temu wygrał wyścig. Co ryzykował? Tylko ewentualną walkę z Vingegaardem i Hindleyem. Wobec reszty musiał już tylko pilnować, by mu nie odjechali.

Przed startem Tour de Pologne spędziłem długą chwilę na rozmowie z Krzysztofem Wyrzykowskim. Pewnie wszyscy znają zdanie Krzysztofa na temat słuchawek w World Tourze. W pewnym sensie się z tym zgadzam, ale gdzieś z tyłu głowy zawsze miałem kwestie bezpieczeństwa. Wydawało mi się, że gdyby peleton zrezygnował ze słuchawek, to musiałby jednocześnie nieco zwolnić. Nawet sprawdziłem przy jakiejś okazji, o ile wzrosła średnia prędkość na Tour de France od początku lat ’90, kiedy w peletonie zaczęły się pojawiać radia: ponad 3 kmh! Niewiele? Przy 90-godzinnym wyścigu to jest prawie 300 kilometrów, czyli dwa etapy różnicy! (Co oczywiście nie jest zasługą wyłącznie radia, ale to bez wątpienia jeden z wielu elementów tej zmiany).

Kiedy dzisiaj patrzę na tych młodych kolarzy, atakujących wtedy, gdy czują, że „mają pod nogą” i dzięki temu wygrywają wyścigi, albo gdy widzę, jak niektórzy w decydujących momentach wyrywają sobie słuchawki z ucha, zastanawiam się, czy to aby przypadkiem nie jest dobra metoda na ożywienie wyścigów? Na to, by skończyć z tymi kalkulacjami i zdalnym sterowaniem z wozu technicznego. Masz pod nogą? Jedź! Potrzebujesz pomocy? Dogadaj się! Chcesz zaryzykować? Ryzykuj!

Kolarstwo jest sportem, w którym strategia jest niezmiernie ważna. Ale strategia, pozbawiona odrobiny fantazji i ryzyka, strasznie ten sport wyjaławia. I trochę dziwię się Rafałowi Majce, że po doświadczeniach sprzed dwóch lat, gdy przegrał wyścig już w Szczyrku (choć nieco „pomógł” mu w tym Peter Sagan), próbował wygrać tegoroczny Tour de Pologne jednym atakiem, przeprowadzonym 40 kilometrów przed metą ostatniego etapu.

Rozumiem, że mógł nie mieć siły na więcej. Szanuję to, bo wiem, jak ciężka to jest robota. Ale jako kibic czuję się trochę zawiedziony. Nie brakiem zwycięstwa. Brakiem fantazji i determinacji, które prawdopodobnie wynikały z kolejnych kalkulacji: oszczędzania sił na Vueltę.

Oby się opłaciło, choć śmiem podejrzewać, że Vueltę również wygra kolarz, który w decydującym momencie wyrwie sobie słuchawkę z ucha i zda się na instynkt. Kimkolwiek będzie – jemu będę kibicował.

Foto: Szymon Gruchalski / Tour de Pologne

(Za)duma.

Są takie momenty, w których najwłaściwiej jest po prostu milczeć. Przeczekać, aż przetoczą się pełne patosu akty żalu, teorie, wymyślane na poczekaniu przez domorosłych specjalistów od wszystkiego, kipiące poczuciem wyższości „dobre rady”, czy wreszcie rozpaczliwie wołające o kliknięcie tytuły w serwisach, przechodzących siebie w kombinowaniu, jak tu podzielić włos na czworo i z maską troski na twarzy wycisnąć jeszcze kilka odsłon i reklamowych grosików.

Są takie momenty, w których zwyczajnie odechciewa się bycia częścią tego paskudnego świata. Wtedy najlepiej jest posiedzieć w ciszy. Bo i o czym tu mówić? Przegadać śmierć? Nonsens.

Nigdy nie widziałem w sporcie czegoś tak smutnego, a jednocześnie tak pięknego, jak wczorajszy etap Tour de Pologne z Jaworzna na Kocierz. I chociaż wiem, że to nie jest najwłaściwsze na tę okoliczność słowo, to nie znajduję niczego bardziej odpowiedniego: czułem po prostu dumę.

Ktoś kiedyś powiedział, że jak nie wiesz, jak powinieneś się zachować, zachowaj się po prostu przyzwoicie. Tak zachowali się wczoraj organizatorzy Tour de Pologne, zdejmując i zasłaniając wszystkie reklamy, neutralizując – w porozumieniu z zawodnikami – etap i nie przerywając wyścigu, ale pozwalając mu dojechać do mety, w kierunku której zmierzał również Bjorg Lambrecht. Tak zachowali się wczoraj kibice, którzy liczyli przecież na zabawę, festyn i widowisko, a zamiast tego, z przewiązanymi żałobnym kirem flagami i naprędce namalowanymi numerami Belga, stanęli wzdłuż drogi i w milczeniu odprowadzali wzrokiem smutny peleton.

Mignęło mi gdzieś w poniedziałkowy wieczór wypowiedziane przez Czesława Langa zdanie, że 76. edycja Tour de Pologne będzie się wszystkim kojarzyła już tylko z tym nieszczęśliwym wypadkiem. To nieprawda. Będzie się kojarzyła z młodym Belgiem, który stracił tu życie i z tysiącami Polaków, którzy stanęli przy trasie, by go pożegnać i oddać mu hołd. I z numerem 143, którego już nigdy nie zobaczymy na trasie tego wyścigu.

Jakiś czas temu napisałem, że moim zdaniem wyścigowi Tour de Pologne brakuje legendy. Nie mamy ikonicznych alpejskich szczytów, nie mamy flandryjskich bruków, nie mamy toskańskich „białych dróg”, a nade wszystko nie mamy tradycji, bo tę na długie lata „zagrabił” Tour de Pologne Wyścig Pokoju. Nasz wyścig musi budować swoją legendę od nowa, przez własnych bohaterów i własne historie. Również te tragiczne, jak śmierć Bjorga Lambrechta. Ale przede wszystkim te piękne, jak etap, którym go wyścig pożegnał.

Ale powinniśmy w sobie pielęgnować te obrazy nie tylko dla Tour de Pologne, ale przede wszystkim dla siebie. Bo w takich gestach, w takich chwilach i w takiej ciszy, zdajemy się być nieco lepszymi ludźmi, niż w tym nieustannym jazgocie, przez który rozpaczliwie (i nie zawsze mądrze) każdego dnia próbujemy się przebić.

Foto: Szymon Gruchalski / Tour de Pologne