(O)wal to! Po prostu ciesz się jazdą!

Problem z jakimikolwiek testami w kolarstwie szosowym jest taki, że poza laboratoriami i tunelami aerodynamicznymi nie ma właściwie żadnej możliwości osiągnięcia porównywalnych warunków do przetestowania czegokolwiek. To, że jednego dnia osiągasz takie wyniki, a kolejnego inne, może zależeć od tylu zmiennych, że nie sposób rozumem ogarnąć. Inny jest wiatr, inna temperatura, inna wilgotność, inaczej się wyspałeś, co innego zjadłeś, o czym innym myślisz i coś innego uwiera cię w życie. Bywa, że w poniedziałek czujesz się świetnie, a we wtorek boli cię cały człowiek – zupełnie bez wyraźnego powodu. Ot, proza życia.

Ten przydługi wstęp zamieszczam dlatego, że swego czasu pochwaliłem się na socialach, że przesiadłem się na owalne tarcze i oczekuję, że moje życie istotnie się zmieni. Ale ponieważ z wyżej wymienionych powodów nie da się w sensowny sposób porównać mojego życia „przed” i „po” tym zabiegu, postanowiłem się podzielić wyłącznie moimi wrażeniami i mocno osobistymi odczuciami. Czujcie się ostrzeżeni.

Aha! Znowu musiałem coś zaniedbać, ale za ten materiał zupełnie nikt i nic mi nie płaci, więc nie ma obawy, że sprowadzę kogoś na manowce, bo tak sobie winszował reklamodawca. Nic z tych rzeczy. Zainwestowałem w tę zmianę własny pieniądz i nie wiem, czy to nie jeszcze gorzej, bo strasznie trudno mi się teraz oprzeć pokusie racjonalizowania tego (na szczęście niezbyt wielkiego) wydatku. W każdym razie: czujcie się ostrzeżeni.

Wbrew pozorom eliptyczny napęd nie powstał w wyniku tego, że Krzysiek Froome pedałował tak zapamiętale, że mu się tarcze w jednym miejscu nieco zdeformowały. Zanim świat zobaczył, jak Froomiemu łańcuch się majta w jedną stronę bardziej, ktoś musiał usiąść i pokombinować, jak wyeliminować z prostego – jak się na pozór wydaje – pedałowania ten nieprzyjemny moment, w którym jedna noga jeszcze nie naciska, a druga jeszcze nie ciągnie w górę. Z jakich używek korzystał, zanim doszedł do tego, że rozwiązaniem będzie zmiana koła w jajo – niech zostanie jego tajemnicą. Grunt, że wymyślił.

Czy to działa? Hm… to zależy. Przede wszystkim od tego, co rozumiemy pod pojęciem „działa”. Jeśli ktoś chciałby zapytać, czy przybywa od tego mocy, to szczerze mówiąc: nie wiem, bo nie sprawdzałem (dotąd nie przyszło mi do głowy inwestować w pomiar mocy), a po drugie: raczej nie sądzę. Przypominałoby to trochę instalację na smartfonie aplikacji, która czyni go wodoodpornym – mniej więcej podobny poziom abstrakcji, bo zasadniczo źródłem mocy jest pedałujący, a nie pedały.

Intuicja podpowiada mi więc, że generowana przeze mnie moc jest mniej więcej taka sama, jak poprzednio, ale jest teraz efektywniej wykorzystywana, bo znacznie mniejszy jest tzw. martwy obszar, w którym nogi zajęte są bardziej zmianą swoich pozycji, niż popychaniem roweru naprzód. I to w sumie tyle „magii”. A jakie są konsekwencje?

Przede wszystkim (to bardzo subiektywne odczucie) jeździ się zdecydowanie lżej. Zmiana, jaką zaobserwowałem w moich statystykach na Stravie, polega przede wszystkim na tym, że jadę z podobną lub nieco większą średnią prędkością, ale za to z niższą kadencją i niższym średnim tętnem (choć to znowu dobre miejsce dla przypomnienia, że nawet pokonana kilka razy ta sama trasa to żadna miara, bo inny wiatr, inna temperatura, inne jedzenie, a czasem również inne towarzystwo, które wystarczy, że da kilka mocniejszych zmian i wszystkie porównania idą w piach).

Ale zaobserwowałem również inną zmianę: znacznie mniej się męczę, szybciej regeneruję i nieco inaczej bolą mnie nogi po długiej jeździe. Trudno to precyzyjnie opisać, ale jak wcześniej zdarzało mi się po dłuższej jeździe poczuć solidny zapiek w udach, a bywało, że kilka godzin po treningu łapał mnie jakiś skurcz, tak od prawie miesiąca nie pamiętam takiej sytuacji, choć jeździłem zdecydowanie więcej (co też może być samo w sobie odpowiedzią: inne wytrenowanie, inny wiatr, inne żarcie, inne towarzystwo i tak dalej…).

Zastanawia mnie tylko jedno: skoro to jest takie fajne i takie efektywne, to dlaczego – poza nielicznymi wyjątkami, ze wspomnianym wcześniej Froome’m na czele – nie korzystają z tego rozwiązania zawodowcy? Szczerze mówiąc: pojęcia nie mam. Może jest z tym za dużo roboty, bo każda zmiana tarczy wymaga zmiany ustawienia ramienia przedniej przerzutki? Może przy ich poziomie wytrenowania różnica jest niezauważalna (ja sam w pierwszym odruchu oceniłem, że na płaskim to mniej więcej 65% marketingu i 35% efektywności, choć pod górę dokładnie na odwrót i raczej podtrzymuję ten pogląd)? Może chodzi o to, że jeden Froomie już wystarczy, więc inni nie będą robić siary? Nie wiem.

Wiem natomiast, obserwując dość entuzjastyczne reakcje wszystkich, którzy z tego rozwiązania skorzystali, że prędzej czy później będzie ten patent zdobywać coraz większy rynek, bo nawet jeśli naukowo nie da się bez cienia wątpliwości udowodnić skuteczności tego rozwiązania, to powodowane przez nie uczucie większej frajdy warte jest swojej ceny. Ostatecznie przecież wielu z nas (w tym piszący niniejsze słowa) jeździ wyłącznie dla przyjemności.

Na koniec pro-tip: są miejsca, gdzie można ten patent po prostu wypożyczyć i wypróbować, np. krakowski Bike-RS, gdzie nabywałem swoje tarcze. Ja korzystam z rozwiązania absoluteBLACK, ale kiedyś muszę spróbować jeszcze patentu O.Symetric, który ma jeszcze dziwniejszy kształt (aB i Q-Rings są regularną elipsą, O.Symetric przypomina pisane kursywą duże O) i podobno jest źródłem jeszcze ciekawszych wrażeń.

Kraj szeryfów.

Wróciłem wczoraj z 10-dniowego urlopu i choć w jego trakcie od czasu do czasu zerkałem w telefon, żeby być mniej więcej na bieżąco, to po powrocie jedną z pierwszych ujrzanych przeze mnie wiadomości była ta o celowym potrąceniu rowerzysty przez wrocławskiego taksówkarza.

Daruję sobie wszystkie wulgaryzmy, jakie w pierwszej chwili przyszły mi do głowy, ograniczając się do retorycznego pytania: „co się, do cholery, z nami dzieje?”.

Tymczasem ja ostatnie półtora tygodnia spędziłem w Danii. 90 minut lotu lub kilka godzin jazdy samochodem, a człowiek ma wrażenie, jakby się nagle znalazł w jakiejś zupełnie innej rzeczywistości. W świecie, w którym nie ma płotów, zasłon w oknach, ludzie wywieszają flagi na znak, że są w domu, a drewno do kominka leży sobie spakowane w przydrożnej szopce. Obok skarbonki, do której wrzuca się pieniądze. I tak sobie leżą, i skarbonka, i polana…

Dziwne miejsce: nikt tu niczego nie pilnuje, a mimo to nic magicznie nie znika…

Ale przede wszystkim jest to miejsce, w którym człowiek na rowerze może się czuć naprawdę bezpiecznie. Nie tylko dlatego, że rowerzyści mają tu mnóstwo doskonałych ścieżek rowerowych: szerokich, asfaltowych i doskonale utrzymanych. Również dlatego, że tam, gdzie ich nie ma, człowiek na rowerze czuje się po prostu szanowany przez innych uczestników ruchu. Najważniejsze jest jednak to, że to poczucie bezpieczeństwa nie wynika z jakiegoś szczególnego nakazu traktowania rowerzystów dobrze, ale przede wszystkim z tego, że ludzie tam po prostu szanują siebie nawzajem.

Przedostatniego dnia urlopu wracaliśmy rowerami z pobliskiej miejscowości w czasie deszczu. Jadąca z naprzeciwka ciężarówka najpierw zwolniła, a gdy nas mijała, zjechała na przeciwległy pas, żeby nas przypadkiem nie ochlapać. Nie, nie było tam żadnej głębokiej kałuży, a my jechaliśmy ścieżką rowerową, którą – jak na zdjęciu poniżej – od szosy oddzielał co najmniej 2-metrowy pas zieleni. Kierowca tej ciężarówki mógł po prostu jechać przed siebie, niczym się nie przejmując. Manewr, który wykonał, nie kosztował go zupełnie nic. Zupełnie za darmo zyskał nasz podziw i wdzięczność.

Drogi dla rowerów. Najczęściej wyglądają właśnie tak, czasami są to dwa jednokierunkowe pasy, biegnące po obu stronach szosy.

Na większości dróg publicznych poza terenem zabudowanym obowiązuje ograniczenie prędkości do 80 kmh. I – dziwna sprawa – wszyscy jeżdżą te nieszczęsne 80 kmh. Najwyraźniej ludzie tu już dawno odkryli tę dziwaczną prawidłowość, że równomierna, płynna i bezpieczna jazda również prowadzi do celu. Według statystyk Komisji Europejskiej w 2017 roku na drogach Danii zginęły 32 osoby na milion mieszkańców. W Polsce – 75 (w tej niechlubnej statystyce wyprzedzają nas tylko Bułgaria, Rumunia i Chorwacja, choć w przypadku tej ostatniej mam poważne wątpliwości, czy my również nie dorzucamy się do tych danych; nie pamiętam wyjazdu do Chorwacji, w trakcie którego nie natknąłbym się na jakiś mniej lub bardziej poważny incydent z udziałem samochodu na polskich blachach, a Bałkany swego czasu odwiedzałem dość często…).

Inna sprawa, że w Danii, a w każdym razie w tym rejonie Jutlandii Środkowej, po którym się kręciłem przez ostatni tydzień, ruch w dzień powszedni jest kilkukrotnie mniejszy, niż w niehandlową niedzielę w Polsce. Przede wszystkim po duńskich drogach jeździ o wiele mniej ciężarówek, co prawdopodobnie jest jednym z powodów, dla których udaje im się utrzymać drogi w doskonałym stanie. Po prostu nie rozjeżdża ich nieustannie ciężki sprzęt. Kilka razy jechałem rowerem drogą, łączącą portowe miasteczko Thyborøn i gminę Lemvig z resztą kraju (odpowiednik naszej drogi krajowej) – na kilkudziesięciu kilometrach minęło mnie ledwie kilka ciężarówek, w większości cystern, dostarczających paliwo do pobliskich stacji benzynowych. Większość transportu odbywa się koleją (gdyby ktoś był ciekaw w jaki sposób w Polsce systemowo zniszczono transport publiczny i wypuszczono na drogi o miliony za dużo samochodów, gorąco polecam tę rozmowę – zaręczam, że wielu z Was spojrzy po niej na polskie drogi zupełnie inaczej…)

Duńczycy za to jeżdżą w zdecydowanej większości samochodami klasy średniej, za które zapinają przyczepki i raz na tydzień lub dwa zasuwają do większego marketu po większe sprawunki. Pomysł, żeby wsiadać do samochodu i jechać do sklepu tylko po to, żeby kupić kilka drobnych rzeczy, a jutro całą czynność powtórzyć, nie mieści się w granicach duńskiego pojęcia hygge, bo zakupy to z zasady czynność nieszczególnie wygodna, o wiele przyjemniejsze jest siedzenie na tarasie domu lub łowienie ryb. Kiedy raz podjechałem rowerem do pobliskiego sklepu, żeby nabyć dwa wina i kawę, sprzedawczyni trzykrotnie upewniała się, czy to na pewno wszystko, żebym nie musiał następnego dnia przyjeżdżać jeszcze raz.

Trzeba było jednak z tego raju wrócić nad Wisłę i natychmiast zderzyć się z codziennością, przytoczoną w pierwszym akapicie. Skąd się w nas bierze ta agresja i skłonność do nieustannego wymierzania „sprawiedliwości” na własną rękę? Mam kilka teorii na ten temat.

Pierwsza wynika z naszego podejścia do prawa i obowiązujących w społeczeństwie reguł. Ten dysonans, który się rzuca w oczy natychmiast po przekroczeniu naszej zachodniej granicy, wynika przede wszystkim z faktu, że w większości europejskich krajów obowiązujące prawo jest traktowane jak rodzaj umowy między ludźmi, a nie zbioru pułapek, zastawianych na obywateli przez władzę. Duńczycy jeżdżą 80 kmh nie dlatego, że ktoś im „kazał”, tylko dlatego, że tak się między sobą umówili. Nie kradną sąsiadom mebli z ogrodu (nikt tu ich nie chowa, wyjeżdżając), bo się umówili, że będą szanować swoją własność. Nie rzucają śmieci gdzie popadnie, bo się umówili, że będą utrzymywać czystość, bo to jest tańsze i o wiele skuteczniejsze, niż utrzymywanie służb, zatrudnianych do podnoszenia papierków z chodnika. Schylić się po papierek może każdy Duńczyk, ale znacznie wygodniej i przyjemniej (znów hygge) jest go po prostu od razu wrzucić do kosza. Koszt żaden, przyjemność wielka (vide: powyższy przykład z ciężarówką).

Mandaty za nieprzestrzeganie tych wszystkich umów są bardzo wysokie, choć nie podejrzewam (pewności nie mam), by stanowiły jakąś istotną pozycję w dochodach państwa i by ktokolwiek zawracał sobie głowę ujmowaniem takiej pozycji w budżecie. Ich cel jest przede wszystkim wychowawczy: Duńczyk łamiący prawo musi mieć świadomość, że złamał przede wszystkim umowę ze swoimi sąsiadami. (Daleko nie szukając: dokładnie tak samo jest w Niemczech. Gdy kiedyś przyjechawszy do znajomych zaparkowałem po lewej stronie jezdni, natychmiast zwrócono mi uwagę, że jak chcę wykorzystać to miejsce, to muszę zawrócić i stanąć poprawnie, bo Niemcy się umówili, że na drogach dwukierunkowych parkują wyłącznie po prawej stronie, bo to oznacza mniejsze ryzyko kolizji w momencie wyjeżdżania z miejsca parkingowego: z fotela kierowcy widać więcej, gdy jest bliżej osi jezdni, niż chodnika).

W Polsce prawo, pisane często na kolanie i uchwalane nocą, by załatwić doraźne cele władzy, jest na ogół zbiorem nakazów i zakazów, zupełnie niezrozumiałych dla przeciętnego obywatela. Prawo o ruchu drogowym nie jest pod tym względem żadnym wyjątkiem. Przeciętny kierowca, który egzamin na prawo jazdy zdał 20 lub 30 lat temu, na ogół nie ma pojęcia o zmianach, jakie w międzyczasie zaszły, a jeśli już się o nich dowiaduje, to na ogół „wieścią gminną”, przy niedzielnym obiedzie i od kogoś, kto też nie jest do końca pewien, jak jest naprawdę, ale „coś o tym słyszał”. Najczęściej dotyczy to właśnie zasad korzystania z dróg publicznych przez rowerzystów: trąbienie, wygrażanie pięściami i obrzucanie stekiem wyzwisk kolarzy, którzy – zgodnie z przepisami – jadą obok siebie, są u nas na porządku dziennym. Konieczność ustąpienia pierwszeństwa rowerzyście, gdy ścieżka rowerowa przecina drogę, w którą kierowca chce skręcić, to koszmarny sen większości kierowców. (Inna sprawa, że to również zmora urzędników, którzy na ogół wytyczają te przejazdy w tak bezmyślny sposób, że trudno sobie wyobrazić coś bardziej absurdalnego. W większości przypadków wystarczyłoby przesunąć przejazd dla rowerów za przejście dla pieszych, co i zmusiłoby rowerzystów do zmniejszenia prędkości, i do większej ostrożności w manewrowaniu, i pozwoliłoby im jednocześnie wyjechać z martwego pola w lusterku pojazdu, a kierującemu dałoby więcej czasu na reakcję. Byłoby to racjonalne i logiczne, ale to kosztuje trochę więcej farby, więc po co sobie zawracać głowę logiką?)

Można sobie oczywiście na milion sposobów tłumaczyć, że przez 45 lat byliśmy uzależnieni od zewnętrznych wpływów i narzucanych nam z góry idiotycznych przepisów, w których omijaniu skutecznie się przez te lata ćwiczyliśmy. Ale prawda jest taka, że od 30 lat możemy już stanowić sami o sobie, a nadal bezrefleksyjnie brniemy w manię regulowania każdego, nawet najmniejszego aspektu naszej codzienności. Wychodzi nam – delikatnie mówiąc – średnio, co nie powinno dziwić, bo całej złożoności codziennego życia nie sposób skodyfikować nawet w najbardziej opasłych tomiszczach kodeksów. Ale co szkodzi politykom marnować czas na próby?

Druga przyczyna tkwi bardzo głęboko w nas i naszym nieposkromionym egoizmie. Podczas jednej z dyskusji o tym, dlaczego wciąż nie udaje nam się osiągnąć poziomu życia, porównywalnego z krajami zachodu, mimo iż przecież jesteśmy niejednokrotnie bardziej przedsiębiorczy i więcej pracujemy, pozwoliłem sobie na uwagę, że tym, co nas najmocniej tłumi, jest nasz własny egoizm. Śmiem wręcz twierdzić, że nie jesteśmy społeczeństwem, tylko po prostu zbiorem jednostek, których łączy paszport i kalendarz świąt. Nic więcej, bo jeśli tylko pojawia się okazja do wybicia się ponad innych, natychmiast ją wykorzystujemy. Najczęściej ze szkodą dla „ogółu”.

Koronnym dowodem na to, że nie potrafimy na rzeczywistość spojrzeć inaczej, niż wyłącznie przez pryzmat własnych korzyści, jest zdanie „miejsce na twoją reklamę” – zmora polskiego krajobrazu, która doprowadziła do jego zawłaszczenia przez tych, którzy własny interes stawiają ponad wspólne dobro i bezpieczeństwo. Takiego widoku, jak na zdjęciu poniżej, ze świecą szukać za naszą zachodnią granicą, gdzie środowisko i widoki są dobrami wspólnymi. A przecież takie „widoki” towarzyszą nam na każdym kroku, na przedmieściach każdego miasteczka. I nic z tym nie robimy.

Własność stała się w Polsce świętością, posiadanie urosło do rangi religii, posiadający mianowali się bogami, a stan posiadania stał się narzędziem wyrafinowanej przemocy wobec tych, którzy posiadają mniej. Najwyraźniej jest to widoczne właśnie na drogach, gdzie pewność siebie kierowcy statystycznie rośnie wraz z wartością pojazdu (nie zawsze obiektywną, bo często wystarczy tylko przekonanie właściciela o wyjątkowości jego maszyny). Ale zasada jest dość czytelna: na czym więcej mnie stać, albo czym większą furą jadę, tym bardziej rosną moje pretensje do panowania na drodze. Nader często te roszczenia rozciągają się również na panowanie nad prawami fizyki, czego skutki na ogół są opłakane.

Na naszych drogach utworzył się swoisty łańcuch pokarmowy: rowerzyści próbują zdominować pieszych, kierowcy – rowerzystów, kierowcy ciężarówek – kierowców osobówek i tak dalej. Do tego dochodzą trudne do zrozumienia zachowania subkulturowe.

Podziwialiśmy w Danii wzajemną życzliwość zwykłych ludzi. Gdy szliśmy na spacer – pozdrawiali nas ludzie, siedzący na tarasach. Na rowerze odwzajemniałem pozdrowienia od wszystkich rowerzystów – ręką machała do mnie nawet starsza pani, jadąca na wiekowym jednośladzie. Tymczasem znajomy opowiadał mi historie o tym, jak w Polsce pozdrowienia od motocyklistów zmieniają się nagle w niezdarne machnięcia ręką, gdy pozdrawiający orientują się, że nie jedzie rasowym ścigaczem, tylko dużym, ale mimo wszystko skuterem. Widać nawet pozdrowień trzeba okazać się „godnym”. (Gdy wróciłem kilka lat temu na rower zaobserwowałem podobną właściwość: kiedy jechałem na szosie i pozdrawiałem kogoś jadącego MTB, w 9 na 10 przypadków nie doczekałem się odpowiedzi. Na szczęście od jakiegoś czasu dość mocno się to zmienia, być może dlatego, że wielu kolarzy uprawia obie odmiany tego sportu i granice się powoli zacierają).

Źródeł tego, że nasze drogi są tak niebezpieczne i nieprzyjazne, można z pewnością wymienić wiele: całkowicie zdeformowana struktura organizacji transportu, która na drogi wepchnęła miliony samochodów, z których większość tak naprawdę wcale jeździć nie musi; podsycana latami moda na zakup samochodu, którego posiadanie stało się swoistym „obowiązkiem” (Polska ma jeden z najwyższych w Europie współczynnik liczby samochodów na 1000 mieszkańców: 571, (wg danych za 2017 rok), z czego duża część do samochody ponad 20-letnie, w co najmniej dyskusyjnym stanie technicznym); fatalny system szkolenia kierowców, nastawiony na szybki zysk i zdawanie egzaminów, a nie na rzeczywistą naukę poruszania się po drogach. I tak dalej, i tak dalej…

Większość Polaków z wszystkich sił wzbrania się przed porzuceniem swojego samochodu i korzystaniem z transportu zbiorowego, tworząc tym samym komunikacyjne błędne koło: tkwiąc w korkach, złorzecząc i wzmagając swoją frustrację, nie robiąc jednocześnie nic, by tę sytuację zmienić. Zupełnie, jakby nie docierała do nas najprostsza w świecie oczywistość, od lat znana i rozpowszechniana w świecie: „Ty nie stoisz w korku. Ty go tworzysz”.

Ale moim zdaniem najpoważniejszą przyczyną tego, co wszyscy wspólnie nazywamy „brakiem kultury na drodze” (choć, niestety, częściej bardziej pasuje określenie „chamstwo”), jest zupełny brak szacunku do drugiego człowieka w ogóle. To, że łatwiej nam przychodzi grać rolę samozwańczego szeryfa, który na własną rękę zaprowadzi porządek i wymierzy sprawiedliwość, niż ustąpić, machnąć ręką i odpuścić. O uśmiechu nawet nie wspominam, no bo jak się tu uśmiechnąć do człowieka, który zmusił mnie do dwóch niewielkich ruchów stopą? Jak obdarować uśmiechem człowieka, który właśnie dokonał śmiertelnego zamachu na nasze ego?

Opowieść o wrocławskim taksówkarzu, goniącym człowieka po parku i na koniec tratującym go, żeby zapamiętał sobie tę lekcję na całe życie (o ile w ogóle przeżyje), a opowieść o kierowcy ciężarówki, zjeżdżającym na drugi pas, żeby nas przypadkiem nie ochlapać wodą, to historie z dwóch zupełnie różnych światów. Dzieli je w linii prostej 900 kilometrów. Ale mentalnie dzielą je lata świetlne.

_______________________________

Większość tego felietonu napisałem, zerkając na zmagania kolarzy podczas wyścigu Liège-Bastogne-Liège. Tak się to dziwnie złożyło, że wygrał go Duńczyk – Jakob Fuglsang. Nie powiem: ucieszyła mnie ta wiadomość. Od dłuższego już czasu czułem do tego narodu – a zwłaszcza do jego filozofii hygge – mnóstwo sympatii. Odkąd poznałem ich nieco bliżej, moje uczucia stały się jeszcze cieplejsze.

Koniecznie jedźcie do Danii na rower! Jest wprawdzie płasko i cholernie wieje, ale frajdę, jaką można czerpać z uprawiania tam kolarstwa, trudno porównać z czymkolwiek innym.

Niby po zdrowie, ale wbrew rozsądkowi…

Uprawianie amatorskiego sportu w Polsce coraz rzadziej jest walką z samym sobą i swoimi ograniczeniami. Coraz częściej to krucjata wszystkich przeciw wszystkim: kolarzy przeciw kierowcom, biegaczy przeciw mieszkańcom, rolkarzy przeciw pieszym. Tylko od normalności zdajemy się być coraz dalej…

No i się zaczęło. Przyszła wiosna, wystartowały pierwsze uliczne biegi, a wraz z nimi licytacja na najbardziej wymyślne obelgi, którymi można obrzucić organizatorów, władze miasta, służby porządkowe, czy wreszcie samych biegaczy. Każdemu się należy, bo każdy w mniejszym lub większym stopniu dołożył się do zrujnowania życiowych planów jakiejś grupie mieszkańców, którym – co też jest prawdą – ktoś na kilka godzin solidnie utrudnił życie.

Problem nie polega na tym, że krytykujący nie mają racji, bo mają. Ale coraz bardziej martwi mnie poziom tej dyskusji, coraz bardziej agresywny język i coraz bardziej absurdalne argumenty, wysuwane na obronę swoich tez. Trudno uwolnić się od wrażenia, że tu w ogóle nie chodzi o szukanie jakichkolwiek rozwiązań, bo w tych dyskusjach właściwie nikt nikogo nie słucha. Zdaje się, że chodzi bardziej o możliwość wyładowania własnej frustracji. Tylko czy aby na pewno jest to właściwy kierunek?

Słowo krytyki należy się tak naprawdę każdemu:

  • Organizatorom, którzy „trafili” z wielką imprezą w jedyną w miesiącu handlową niedzielę, co pewnie bardziej, niż zwykle wzmogło frustrację mieszkańców.
  • Władzom miasta, które od lat nie potrafi stworzyć sensownego i skutecznego sposobu informowania mieszkańców o tego typu wydarzeniach. Publikacja na miejskim profilu na FB jednego posta, i to na pół godziny przed startem imprezy, to czysta kpina z mieszkańców. Nie mówiąc już o tym, że jednym z celów organizacji tego typu imprez, jest promocja miasta. Zaiste, bardzo się miasto przy tej okazji wypromowało…
  • Służbom porządkowym, w tym policji i straży miejskiej, przydatnych w takich okolicznościach jak świni siodło: nic niewiedzących, niezdolnych do jakiejkolwiek pomocy, stojących i robiących dobrą minę do złej gry, bo stać kazali.
  • Mediom, a zwłaszcza tak zwanym „patronom medialnym”, których użyteczność przy tego typu wydarzeniach coraz bardziej mnie zastanawia.

Tu się zatrzymam, bo to poniekąd moja działka. Jakiś czas temu miałem okazję współpracować z takimi „patronami medialnymi” i przyznam, że z każdą chwilą coraz mniej rozumiałem sens nawiązywania tego typu współpracy. Po pierwsze dlatego, że partnerem do rozmowy o tego typu działaniach jest zwykle handlowiec, który ma to w głębokim poważaniu, bo pieniądz z takiej roboty jest żaden, a trochę nachodzić się trzeba. Po drugie dlatego, że redakcja najczęściej też ma na to wylane, zwłaszcza jak musi się zajmować tematem, który ją nieszczególnie interesuje i nie najlepiej się klika. Efekt jest taki, że zwykle trzeba dostarczyć gotowy tekst, który ktoś po prostu wrzuci na stronę i zapomni o sprawie. „Opublikowaliśmy, może wyskoczy wam w raportach mediowych, będziecie mogli wstawić do prezentacji dla sponsora, a poza tym macie nasz logotyp, to sobie przyklejcie i ogrzejcie się w blasku naszej chwały”. Nie twierdzę, że to reguła, ale niestety w przypadku imprez, które nie gromadzą tysięcy kibiców i dużej widowni telewizyjnej, jest to najczęściej przykry standard. Czasem przytrafi się jakiś wyjątek, gdy w redakcji siedzi pasjonat, który się zna na sprawie i potrafi swoich odbiorców zainteresować tematem. Gdy go brakuje, taki artykuł równie dobrze można przysypać liśćmi, byle nie kolidował z niezwykle ważnym newsem o tym, że Lewandowski zjadł śniadanie.

Skutki tej ignorancji wszystkich stron są opłakane i to nie tylko za sprawą sfrustrowanych mieszkańców, ale przede wszystkim tabunów ludzi, którzy bezrefleksyjnie powtarzają swoją mantrę: „biegacze do lasu!”, „cykliści won z miasta!”, „rolkarze do skate-parków!” i tak dalej. Jeśli do tego zmierza promocja amatorskiego sportu w Polsce, to nie wróżę nam zbytnio świetlanej przyszłości, bo uprawianie sportu coraz częściej przestaje być walką z samym sobą i własnymi ograniczeniami, a zaczyna być ustawką wszystkich z wszystkimi: rowerzystów z kierowcami, biegaczy z mieszkańcami, rolkarzy z pieszymi i tak dalej. Człowiek, który zamierza się zająć uprawianiem jakiegoś sportu, coraz częściej zaczyna tę przygodę od pytania o to, z kim będzie musiał dziś walczyć o kawałek przestrzeni dla siebie.

Na całym świecie udaje się jakoś wypracować rozsądne ramy do uprawiania amatorskiego sportu. Często udaje się to w dużych miastach, gdzie ze względu na siedzący na ogół tryb życia jest to sprawa szczególnie istotna. Wielkie imprezy biegowe organizuje się niemal w każdej większej europejskiej stolicy i choć zawsze znajdą również tam jacyś niezadowoleni, nie spotkałem się jeszcze z tak otwartym i bezceremonialnym hejtem. W Polsce mamy tendencję do zamykania się we własnych bańkach i zamiast szukać rozsądnych rozwiązań, szukamy miejsca, w których można postawić kolejne granice. Bo wprawdzie „miasto jest nasze”, ale „twoja wolność kończy się tam, gdzie przekracza granice mojej”.

Wydaje mi się to chore. I – niestety – jestem raczej pesymistą, jeśli idzie o to, czy zmierzamy w kierunku wyzdrowienia…

Foto: Flickr / A T Y

_____________________

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Pchamy!

Są w życiu czasem sprawy ważniejsze, niż sport i dobra zabawa. Czasem trzeba powalczyć o najwyższą stawkę. To właśnie jest taka sytuacja i w tej walce potrzebne jest mocne wsparcie.

W mieście, z którego pochodzę, mieszka Marcin – kolarz amator. To nieduża miejscowość, więc pewnie nie raz dreptaliśmy tymi samymi ścieżkami i zdarzyło nam się objechać te same drogi. Obaj pasjonujemy się kolarstwem i pewnie obaj kibicujemy naszym idolom, którzy sprawiają nam frajdę swoją walką na szosie. I na tym chyba kończy się to, co nas łączy.

Ja spędzałem wczorajszy poranek na śniadaniu m.in. z Rafałem Majką, Pawłem Poljańskim i Maćkiem Bodnarem. Marcin w tym czasie pewnie szukał w sobie siły do tego, żeby wstać i przeżyć bez bólu kolejny dzień. Życie bywa cholernie niesprawiedliwe.

Marcin do walki z rakiem potrzebuje tylko jednego: siły i woli walki. Na co dzień dopingujemy naszych walczaków, możemy dopingować również tego, który walczy o największą stawkę.

Dzięki życzliwości polskiego oddziału Hansgrohe oraz chłopaków mam dla Marcina koszulkę z ich autografami – dotrze do niego zapewne w przyszłym tygodniu. Dorzućcie proszę coś od siebie: dobre słowo, jakąś zachętę, fajną fotkę – cokolwiek, co pomoże mu uwierzyć, że niebawem wsiądzie na swoją Emondę i objedzie kolejną trasę. Tu w komentarzu, na Facebooku, Twitterze – gdziekolwiek. Zróbmy to, co przecież potrafimy robić najlepiej: pchajmy!

Foto otwierające: Flickr / cauldphoto

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Za naszywkę! Czyli po co właściwie bawimy się w Rapha Festive500?

Kiedy mówię o tym znajomym lub wrzucam na profile w social mediach wiadomość, że „zaliczam” kolejne kilometry w wyzwaniu „Rapha #Festive500”, reakcje bywają różne. Jedni mnie dopingują, inni ignorują, czyli robią to, co zwykle robi się w obliczu różnych dziwactw, a jeszcze inni komentują z politowaniem, że do czego to człowiek jest zdolny, byle tylko zdobyć pamiątkową naszywkę.

Różnorodność i obfitość tych reakcji sprowokowały mnie do poszukania odpowiedzi na fundamentalne pytanie: co sprawia, że od Wigilii do Sylwestra ludzie zakładają na siebie kilka warstw, a potem i tak odmrażają sobie wszystko, co jest możliwe do odmrożenia, byle tylko przejechać 500 kilometrów na rowerze? Po co właściwie ludzie to sobie robią?

Po długich poszukiwaniach znalazłem dwie odpowiedzi:
– prostą: „bo mogą”.
– filozoficzną: „bo mogą”.

Cała zabawa zaczęła się w roku 2009, kiedy to Graeme Raeburn, wówczas projektant w produkującej kolarską odzież firmie Rapha, ze świątecznej wizyty u swojej matki postanowił wrócić rowerem. Nie byłoby w tym absolutnie nic dziwnego, gdyby po drodze nie wpadł na pomysł, że skoro już jedzie i marznie, to może tak jechać i marznąć przez 1000 kilometrów. Po co? Zainspirowany lekturą książki Henry’ego Desgrange chciał po prostu zrobić coś, co mógłby do końca życia zapamiętać jako „epickie”. Bo mógł. I po prostu chciał.

Raeburn swój tysiąc kilometrów przejechał i właściwie mógł o sprawie zapomnieć, ale pewnym skutkiem ubocznym długiej i samotnej jazdy na rowerze jest ogrom okazji i czasu do rozmyślań. Wyciągnął więc ze swojej jazdy kilka wniosków, między innymi ten, że 1000 km jest spoko, ale połowa tego dystansu mimo wszystko brzmi rozsądniej, bo wówczas rosną szanse na zaproszenie kogoś do współuczestnictwa w tym wariackim i zupełnie bezcelowym przedsięwzięciu. A ponieważ pochwalił się swoim pomysłem w robocie i sprawa nabrała pewnego rozgłosu, w grudniu 2010 roku znalazła się niespełna setka chętnych, którzy postanowili zmierzyć się z tym wyzwaniem. Później pomysł podchwycił jakiś cwany marketingowiec i… poszło!

Dziś, czyli osiem lat po pierwszym „publicznym” wyzwaniu, potencjalnych chętnych, którzy mają ochotę wyjść na rower między Wigilią a Sylwestrem jest ponad tysiąckrotnie więcej. Na chwilę obecną zarejestrowanych na Stravie jest ponad 95.000 uczestników, choć liczba aktywnie biorących udział w zabawie jest nieco niższa. Kręcących świąteczne kilometry uczestników z Polski jest obecnie blisko 650, a wśród nich można spotkać również kilku „prosów”, z Michałem Kwiatkowskim i Łukaszem Owsianem na czele. Tak, też się w to bawią.

Dla tych, którzy ukończą wyzwanie i przejadą co najmniej 500 kilometrów, przewidziane są sławetne naszywki (ładne i pięknie opakowane, ale poza wartością sentymentalną nieszczególnie drogocenne, o czym najlepiej świadczy fakt, że nie do końca jestem pewien, gdzie posiałem swoją sprzed roku;)

Oczywiście są też tacy, którzy zabawę traktują śmiertelnie poważnie i kręcą grube tysiące kilometrów (choć w #Festive500 nie wszyscy mają równe szanse, bo nie wszyscy muszą się mierzyć z parszywą pogodą, gdy radośnie kręcą np. na Majorce), ale zasadniczo jest to margines. Podobnie jak ci, którzy uciekają się do chytrych sztuczek i montują na rowerach po kilka różnych urządzeń, sumując później uzyskane wyniki (tych Strava na ogół wyłapuje i eliminuje z zabawy).

Po co sam się w to bawię? Oczywiście: bo mogę. Ale nie tylko. #Festive500 jest jednym z tych wyzwań, w których mocno dopinguje mnie moja Lepsza Połowa, a to wystarczy, bym nabrał ochoty na wyjście na rower i odmrożenie sobie siedzenia. Ostatecznie to od niej dostałem mój pierwszy „dorosły” rower i to ona zachęciła mnie słowami: „idź i rób to, co sprawia ci frajdę”.

Zatem robię. Bo w gruncie rzeczy pora roku nie ma większego znaczenia, by jazda na rowerze sprawiała przyjemność. Zawsze jest tak samo dobrze przewietrzyć sobie głowę i wyładować nadmiar energii, dodatkowo skumulowanej czasem, spędzonym przy świątecznym stole. Różnica jest tylko taka, że w grudniu potrzeba nieco fajniejszej zachęty. I tym w istocie jest cała ta zabawa: zachętą. Przynajmniej dla mnie, ale może też dla innych?

Per ora, Sicilia!

Skończyło się rumakowanie, pora wracać do szarej rzeczywistości…

Tymczasem z Sycylią mam kilka spraw do omówienia. I nawet nie chodzi o to, że przywitała nas w pierwszym tygodniu urlopu paskudną pogodą (z tego miejsca serdecznie pozdrawiam wszystkich życzliwych, którzy w chwili, w której woda chlupała mi w butach, radośnie donosili, że w Polsce panuje piękna, złota, ciepła jesień). Większy problem mam na przykład z tym, że muszę dopisać to miejsce do długiej listy „do odwiedzenia ponownie”, a przecież aż taki młody już nie jestem, żeby snuć tak dalekosiężne plany 😉

Polskie Sycylijskie drogi

Leciałem na Sycylię z dużym bagażem przestróg znajomych: „drogi fatalne”, „uważaj, bo wszędzie wąsko”, „jeżdżą jak wariaci”, „jak będziesz wypożyczał samochód, to tylko z pełnym ubezpieczeniem, bo na 100% wrócisz poobijany” i tak dalej. Każdy, kto kiedyś gdzieś tam był i coś tam widział, chętnie dzielił się ze mną mnóstwem ostrzeżeń. Za wszystkie bardzo dziękuję, bo dzięki temu byłem przygotowany na najgorsze. Na szczęście okazało się, że właściwie nikt nie miał racji.

OK, na drogach trzeba uważać, ale to nie jest jakaś szczególnie wyjątkowa sytuacja; powiedziałbym nawet, że kiedy wsiadasz na rower, to jest to coś w rodzaju nadrzędnej zasady, bez względu na miejsce, w którym się znajdujesz. Na północ od Katanii bywa, że jakość dróg rzeczywiście pozostawia sporo do życzenia, ale nie odbiega ona szczególnie daleko od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni na naszych szosach (choć z drugiej strony na tym tle znakomicie widać tempo, w jakim nasza rodzima infrastruktura drogowa zmienia się na lepsze). Ale już odrobinę dalej na południe, w okolicach Syrakuz, drogi są bajeczne zarówno pod względem jakości, jak i oferowanych widoków (o czym nieco dalej).

IMG_5672IMG_5569

Przez kilka pierwszych dni zachowanie sycylijskich kierowców rzeczywiście było dla mnie pewnym źródłem stresu. Do czasu, aż pojąłem zasadę, zgodnie z którą należy się tutaj poruszać: musisz po prostu uważać na to, co dzieje się przed tobą. Strach polskich kierowców przed poruszaniem się samochodami po Sycylii i południowych Włoszech wynika moim zdaniem z jednej podstawowej różnicy: w Polsce pierwszeństwo przejazdu jest swego rodzaju dogmatem, niezbywalnym przywilejem, wynikającym z faktu jazdy drogą wyższej kategorii. Na Sycylii jest wyłącznie sygnałem, że kierowca wyjeżdżający z drogi podporządkowanej powinien zachować większą czujność. Tyle, że jadącego drogą z pierwszeństwem nie zwalnia to w żaden sposób z obowiązku zachowania ostrożności. I tu jest pies pogrzebany. Na początku bardzo mnie irytowało, że gość przede mną jedzie główną drogą, ale zwalnia niemal przed każdym skrzyżowaniem. Tam, gdzie widoczność była ograniczona, dawał znak klaksonem, że się zbliża. Dziwiła mnie reguła, że jak chcesz się włączyć do ruchu, to po prostu wyjeżdżasz na główną drogę – niemal każdy nią jadący zatrzyma się, żeby cię wpuścić (jak chcesz przejść przez ulicę, to też wystarczy, że obrócisz się twarzą w stronę jezdni – zawsze ktoś się zatrzyma i przyjaznym gestem zaprosi cię do przejścia, choćby pasy były 15 metrów dalej). Kilka razy mi się zdarzyło, że dojeżdżałem rowerem do ronda, a jadący przez nie samochód zatrzymywał się, żeby mnie wpuścić. Tak właśnie: samochód na rondzie, z zasady mający bezwzględne pierwszeństwo, zatrzymywał się, żeby przepuścić faceta w lycrze. Nikt na niego nie trąbił, nikt go nie zwymyślał od debili, nikt nie demonstrował mu ostentacyjnie znaków, z których wynikało, że ma pierwszeństwo i powinien jechać, a nie przepuszczać rowerzystę.

Takich „dziwnych” sytuacji obserwowałem tam bez liku: zatrzymywanie się na środku ulicy, żeby wysadzić pasażera – no problem, wszyscy z tyłu spokojnie czekają. Ktoś inny się zatrzymał na wąskiej uliczce, oczekując aż inny samochód odjedzie sprzed sklepu, żeby zająć jego miejsce. Trwało to wszystko dobrych kilka minut i utworzył się spory korek, zanim ktoś się zirytował i zatrąbił. Ba! Przyglądaliśmy się działaniu mobilnego straganu, czyli charakterystycznej, trójkołowej mikrociężarówce Piaggio, z której młody człowiek sprzedawał uroczym starszym paniom świeże warzywa. Zatrzymywał się po prostu na ulicy (bo niby gdzie miałby stanąć?), a wszystkie samochody stały za nim, czekając aż odjedzie. Po dwóch tygodniach obserwowania tych zachowań doszedłem do wniosku, że ich źródło tkwi w dość prostym założeniu: Sycylijczycy swoją wspólnotę traktują serio i po prostu dbają o to, żeby wszyscy czuli się w niej w miarę dobrze. Jeśli ktoś się zatrzymuje na środku drogi, to widocznie ma jakiś powód, więc po co mu utrudniać życie? Załatwi swoją sprawę i odjedzie. Taka zwykła, codzienna życzliwość i otwartość sprawiały, że czułem się tam znakomicie.

Przez chwilę myślałem nawet, że być może te obserwacje są dość naiwne, ale gdy tylko w Berlinie wsiadłem do samochodu i pojechałem z powrotem w stronę Polski, to jeszcze telefon nie zdążył mi się w Świecku przełączyć na polskiego operatora, a już pierwszy z użytkowników autostrady próbował mi światłami dać do zrozumienia, kto tu jest panem i komu należy w te pędy ustąpić pierwszeństwa. Z miejsca, gdzie wszyscy użytkownicy dróg są równi wróciłem prosto w środek drogowego piekła, w którym ten, kto ma lepszą i większą furę, ma z zasady miejsce bliżej kotła. Z miejsca, w którym miały nie obowiązywać żadne zasady doskonale widać, jak wielkimi chamami na drodze jesteśmy u siebie, uważając się przy okazji za wysoce w tej materii cywilizowanych.

Co ciekawe: z tych wszystkich ostrzeżeń i przestróg przed wyjazdem wyłaniał mi się obraz kraju, w którym blacha się gniecie na porządku dziennym, szkło sypie się gęsto, a ludzie jeżdżą starymi i bardzo poobijanymi samochodami. Nic z tych rzeczy. Przez dwa tygodnie widziałem całą jedną niegroźną stłuczkę. Sycylijczycy jeżdżą na ogół w miarę nową, zadbaną i bynajmniej nie poobijaną flotą. Poza tym, że preferują raczej samochody małe, niczym nie różnią się od tego, co spotykamy na polskich drogach.

Oczywiście rzeczywistość nie jest tak różowa, jakby się mogło wydawać z powyższego opisu i bynajmniej nie chcę przez to powiedzieć, że Sycylia jest jakimś motoryzacyjnym rajem. Nic podobnego. Samochodów jest tam przede wszystkim zdecydowanie za dużo, a Sycylijczycy jeżdżą nimi dosłownie wszędzie. Tej sytuacji pod sklepem przyglądałem się z zainteresowaniem nie dlatego, że fascynowała mnie cierpliwość kierowców, ale urzekł mnie sam pomysł oczekiwania na miejsce pod samymi drzwiami marketu, podczas gdy niecałe 20 metrów dalej wolnych miejsc parkingowych było bez liku. OK, właśnie padał deszcz, co być może jest jakimś wyjaśnieniem tej determinacji do parkowania centralnie pod drzwiami, nawet jeśli oznaczało to kilka minut oczekiwania. Ale podejrzewam, że wynika to bardziej z przyzwyczajenia, niż z konieczności.

Drugim problemem jest to, że w tym nadmiarze samochodów przygniatającą większość stanowią diesle, co może nie robi specjalnej różnicy kierowcom, ale dla kogoś, kto usiłuje stojącą w wąskiej uliczce kolumnę wyminąć rowerem, bywa dość dokuczliwe. Piesi też raczej przesadnie nie gustują we wdychaniu spalin, co również jakoś tłumaczy ich ograniczoną aktywność. Tyle, że w tym miejscu tworzy się identyczne komunikacyjne błędne koło, z jakim mamy do czynienia w Polsce: ponieważ poruszanie się pieszo lub korzystanie z transportu publicznego wiąże się z pewnymi niedogodnościami, ludzie wsiadają do własnych samochodów, bo tak jest po prostu wygodniej. Tym samym tworzą warunki, w których alternatywa dla jazdy samochodem staje się jeszcze bardziej nieznośna.

No i w końcu sprawa ostatnia, czyli możliwość jazdy niemal wszędzie. Potok pojazdów, przeciskających się wąskimi uliczkami Taorminy lub Syrakuz, to jak dla mnie gruba przesada. I mowa tutaj rzecz jasna o tych najbardziej turystycznych, teoretycznie przeznaczonych do pieszych spacerów części miasta. Informacja o tym, że piesi mają priorytet jest tu niestety rzeczą tak samo umowną, jak kwestia pierwszeństwa przejazdu. I choć nikt na nikogo nie trąbi i nikt nikogo nie pogania, to mimo wszystko obstawienie niemal każdego skrawka przestrzeni samochodami wykracza poza moje granice rozsądku.

Nie jestem entuzjastą zaliczania atrakcji turystycznych, wędrując od zabytku do zabytku. Zamiast tego wolimy z moją Lepszą Połową wczuć się w klimat miejsca, pooddychać chwilę tym samym powietrzem, co mieszkańcy, zrobić zakupy w tym samym sklepie, usmażyć sobie na obiad taką samą rybę i popić takim samym winem. Od wykwintnych restauracji zdecydowanie wolimy czynne od bladego poranka bary, gdzie podają czarną i kleistą jak smoła kawę i kieliszek sambuki. Lubimy posiedzieć na rozchybotanych krzesłach, powymieniać się uśmiechami z mocno już wiekowymi Sycylijczykami, przychodzącymi tu co rano od dobrych kilku dekad, powdychać zapachy pobliskiego mercato i pescerii, czyli sklepu z rybami i owocami morza. Na urlop jeździmy w takie miejsca, w których na chwilę możemy wtopić się w nieco inny, niż na co dzień, tłum. Sycylia nadaje się do tego znakomicie. Choć ten motoryzacyjny obłęd bywa tam mocno przytłaczający.

Nie tylko Etna.

Na Sycylię przytargałem rower i mnóstwo ambitnych planów, oczywiście z wjazdem na Etnę na pierwszym miejscu. I wjechałem dwa razy. No dobra: tak naprawdę to wjechałem raz, a tym drugim razem się na tę górę wczołgałem, brnąc pod górę przez mgłę, wdychając powietrze, składające się niemal wyłącznie z wilgoci i walcząc z własną słabością (na własny użytek tłumacząc ją sobie przeziębieniem, jakie niewątpliwie złapałem podczas pierwszej, równie deszczowej, choć znacznie przyjemniejszej przejażdżki). Tym, co z obu wycieczek pamiętam najlepiej, był gorący doping ze strony kierowców zjeżdżających z góry autokarów. Tyle uniesionych w górę kciuków i okrzyków „brawo!” widziałem tylko podczas wdrapywania się na Gliczarów podczas Tour de Pologne Amatorów. To było dość zaskakujące i naprawdę przyjemne. Poza tym na szczycie widziałem tylko mgłę i zastygłą lawę (zresztą „szczyt” to w tym wypadku pojęcie dość umowne, bo rowerem szosowym można dojechać tylko do parkingów, położonych mniej więcej w 2/3 wysokości wulkanu, kilkaset metrów pod szczytem). I jeśli idzie o wrażenia z podjazdu, to to by było na tyle – Etnę mam do portfolio, a w statystykach Stravy 1.715 metrów wspinaczki (i pomyśleć, że jeszcze niedawno przejazd przez Kocierz budził we mnie obawy;).

IMG_5561IMG_5572IMG_5574

Prawdziwym przeżyciem był zjazd – zwłaszcza za drugim razem, gdy byłem do cna przemoknięty, temperatura sięgała 7 stopni, wiatr w porywach wiał 8 metrów na sekundę i właśnie rozpadało się jeszcze mocniej. Widziałem wiele relacji z krańcowo trudnych etapów, czytałem też sporo historii o kolarzach, którym dłonie drętwiały z zimna, ale nie mogli się zatrzymać, bo wówczas nie byliby w stanie ruszyć dalej. Pewnie byłem bardzo daleko od tak ekstremalnych warunków, ale sam jeszcze nigdy nie przeżyłem czegoś podobnego i jeszcze nigdy nie zmarzłem tak bardzo. Gdy zjechałem do Nicolosi, wciąż znajdującej się na wysokości ok. 700 m. n.p.m., musiałem się zatrzymać, żeby zdjąć okulary, przez które nie widziałem już nic. I choć wciąż było zimno, to przez kilka ładnych minut po prostu stałem w tych lejących się na mnie strugach wody, bo w porównaniu z tym, co czułem 1000 metrów wyżej, ten deszcz był jak ciepły prysznic. Zanim zjechałem nad morze i dotarłem do apartamentu w Riposto, zdążyłem wyschnąć i zgrzać się jak mysz. Październik jest fajny na jazdę rowerem, ale nie dojdziesz, jak powinieneś się właściwie ubrać. Różnica temperatur między miejscowością, w której mieszkałem, a parkingiem pod Etną wynosiła ponad 20 stopni.

Ale Sycylia to nie tylko Etna. Drugi tydzień, znacznie łaskawszy pod względem pogody, spędziłem w miejscowości Avola, około 25 kilometrów na południe od Syrakuz. Riposto i Avola to dwa zupełnie odmienne światy, choć dzieli je zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. Riposto, położone u podnóża Etny, jest miasteczkiem ciasnym i ciemnym, w którym ulice ułożone są z dużych kostek czarnego, wulkanicznego bazaltu (miałem tam też swoje Roubaix – ponad 3-kilometrowy zjazd przez Giarre i Riposto, po takich właśnie bazaltowych i w dodatku mokrych kostkach, kosztował mnie sporo wysiłku w dłoniach, trzymanych nieustannie na hamulcach). Za to Avola jest jego kompletnym przeciwieństwem: jasne miasteczko, zbudowane na planie sześciokąta, z jednym centralnym i kilkoma mniejszymi placykami oraz szerokimi ulicami i imponującą promenadą, ułożoną z jasnego trawertynu. Ale największą atrakcją Avoli, o której – przyznaję się bez bicia – nigdy wcześniej nie słyszałem, jest położony kilka kilometrów na północny zachód od miasteczka kanion Cavagrande.

Miejsce absolutnie magiczne. Wiedzie do niego niezbyt stromy (średnio 5%), 7,5-kilometrowy podjazd przez Avola Antica – pozostałości dawnej osady Avola i relatywnie nowy przysiółek, zbudowany w okolicy zlokalizowanego na jednym ze szczytów klasztoru (to właśnie ów klasztor widnieje na otwarciowej fotce). Na kolarskie osiągnięcia szanse były zerowe, bo gdy jechałem tamtędy po raz pierwszy, co chwila się zatrzymywałem, żeby robić zdjęcia (zresztą, gdy jechałem tam po raz drugi, robiłem dokładnie to samo;). Mniej więcej 2 kilometry za Avola Antica jest niewielki zjazd do punktu widokowego, z którego można w całej okazałości oglądać kanion i płynącą przez niego rzekę, tworzącą w kilku miejscach niewielkie rozlewiska na kształt miniaturowych jezior. Coś a’la chorwackie Plitvice, co prawda mniej rozległe, ale za to znacznie wyższe. Teoretycznie sam kanion jest zamknięty, ale w sezonie podobno mnóstwo ludzi schodzi na dół, żeby zażyć kąpieli w tych okolicznościach (mam wrażenie, że Sycylijczycy prawo traktują mniej więcej jak Kodeks Piratów – jako zbiór ogólnych wskazówek;).

IMG_5828IMG_5806IMG_5809

Dalej jest jeszcze lepiej: puste, gładkie i szerokie drogi, mnóstwo krótszych i dłuższych podjazdów, trochę krętych (niestety) zjazdów i wszędzie niesamowite widoki. Zjeździłem tam tylko niecałe 700 kilometrów tras na wschodnim wybrzeżu wyspy, a przecież to zaledwie promil tego, co oferuje Sycylia. No i jeszcze ani słowa nie napisałem o jedzeniu, a to przecież był jeden z głównych powodów, dla których targałem tam rower;) Ale to już może w osobnym wpisie, o tej porze i przy tej pogodzie nie każdy zniesie opowieści o półkilogramowym steku z miecznika… Ups!;)

Ale skoro zacząłem od dróg, to może jeszcze kilka słów o tym, jak się po Sycylii poruszać na rowerze. Najprościej mówiąc: najnormalniej w świecie. Po drogach – mimo października, czyli sezonu mocno już nie urlopowego – od rana do wieczora jeździło mnóstwo kolarzy, z czego większość w mocno już podeszłym wieku. W niedzielę na ulicach Avoli widziałem tyle rowerowych ustawek, że Rondo Babka i Gassy razem wzięte dostałyby rumieńców, nawet zebrawszy skład z całego miesiąca. W miasteczku żyje niespełna 35 tysięcy mieszkańców, a od rana do południa przejechało przez nie co najmniej kilkanaście 20 – 40-osobowych peletonów. Na co dzień nie było tak bogato, a na Etnę (przy naprawdę parszywej pogodzie) i do Cavagrande jeździłem sam.

O samochodach, zatrzymujących się na rondzie, żeby mnie przepuścić już pisałem, a to wcale nie były odosobnione przypadki. Nie zdarzyło mi się, żeby ktokolwiek wyprzedził mnie „na trzeciego”, nigdy nie musiałem przed jakimś drogowym szeryfem uciekać na pobocze, nie pamiętam, by ktokolwiek wyprzedzał mnie z mniejszym zapasem, niż mityczne 1,5 metra, a jeśli ktokolwiek zatrąbił, to wyłącznie po to, żeby mnie uprzedzić, że się zbliża. I nigdy mi się nie zdarzyło, żeby ktoś się toczył kilka centymetrów za moim kołem, czekając na moment, w którym będzie mógł mnie w końcu wyprzedzić.

Tak naprawdę zdarzyły mi się dwie sytuacje, które mógłbym określić jako „niebezpieczne” i obie wynikały z tego, że nie zdążyłem jeszcze opanować specyficznych reguł, rządzących ruchem drogowym na Sycylii: raz wyjechał tuż przede mnie pewien starszy jegomość (niby miałem pierwszeństwo, ale później się nauczyłem, że w takich sytuacjach to ja powinienem zwolnić), innym razem wpakowałbym się w bok pojazdu, który zupełnie niespodziewanie postanowił nagle skręcić. I jeśli o cokolwiek miałbym mieć pretensje do sycylijskich kierowców, to chyba właśnie o to, że dość oszczędnie rozporządzają kierunkowskazami.

Jest jedna okoliczność, która mogła mieć wpływ na to nadzwyczaj łagodne traktowanie: byłem chyba jedynym cyklistą na wyspie, który w ciągu dnia używał oświetlenia. Raz nawet dopytywał mnie o to pewien miły, starszy pan, razem z którym przez chwilę jechałem (bardzo chciał ode mnie kupić skarpety „Hasta Luego”, które dostałem w pakiecie startowym na „Wyścigu” Tomka Marczyńskiego – oferował 20 euro i własne skarpety, ale nie dobiliśmy targu;). Niemniej był niezwykle zdziwiony, że używam mrugających lamp w środku dnia i choć usiłowałem go przekonać, że po prostu wydaje mi się to „smart” i „safe”, to on uparcie powtarzał, że „sole”, „giornata” i „niente”. No trudno. Nie dogadaliśmy się, ale pozostałem przy swoim: jeździłem z latarnią, ale za to czułem się na drodze tak bezpiecznie, jak jeszcze w żadnym innym miejscu.

Zrzut ekranu 2018-10-29 o 21.19.50

Bywa, że sama droga jest celem…

Kiedy Kwiato jechał w żółtej koszulce lidera tegorocznego Criterium de Dauphine i na jednym z rond wyłożył się jak długi i dość mocno poobijał, skomentował tę sytuację lakonicznym (i nieco w jego stylu): „Czasem człowiek zrobi jeden obrót korbą za dużo…”. Na ponad trzech tysiącach kilometrów trasy wielkiego touru takich drobnych błędów popełnia się czasami dziesiątki…

Kiedy jakiś czas temu, po bardzo wielu latach abstynencji od wszelkiej aktywności ruchowej wsiadłem ponownie na rower, miałem w metryce lat czterdzieści, a moja waga była już tylko o kilka mrugnięć diodą od wyświetlenia komunikatu: „Proszę wchodzić pojedynczo!”. Szosę na urodziny kupiła mi moja nieoceniona partnerka, ale głównym orędownikiem tego pomysłu był mój kolega z pracy, pod adresem którego skrycie wypowiedziałem bardzo wiele bardzo obraźliwych słów, gdy jakimś cudem udało mi się wrócić z pierwszej przejażdżki. Bolały mnie nawet włosy. Ale następnego dnia ponownie posadziłem mój obolały zad na twardym siodełku i ponownie ruszyłem w drogę. Pierwszą 100-kilometrową rundę przejechałem dwa lub trzy tygodnie później, co zajęło mi grubo ponad 4 godziny, a po powrocie rozważałem, do kogo powinienem zadzwonić w pierwszej kolejności, żeby się pożegnać na zawsze.

Do dziś udało mi się pozbyć prawie 20 kilogramów i całej masy kompleksów, 100-kilometrową przejażdżkę traktuję zwykle jako średnio ciężki trening, a jak na koniec nie mam średniej prędkości powyżej 30 kmh, to jestem niezadowolony i rozważam, czy trening wart jest tego, żeby go upublicznić na Stravie? 😉

I bynajmniej nie piszę tego wszystkiego, żeby się pochwalić, bo ludzi, którzy przeszli podobną drogę (i to o wiele skuteczniej) znam całe tabuny, a ja na równi z powyższym mam też świadomość, że w sferze sportowej nie osiągnąłem i prawdopodobnie już nie osiągnę absolutnie niczego (bo też i niespecjalnie aspiruję). Niemniej pokonując tę drogę od ociężałego zawalidrogi do mniej ociężałego zawalidrogi, dokonałem dwóch „odkryć”, które wydają mi się tyleż banalne, co ważne i to nimi właśnie zamierzam się tu podzielić.

Po pierwsze: można mieć znakomite predyspozycje do uprawiania jakiejś dyscypliny, ale to w najmniejszym stopniu nie zmienia faktu, że sport uprawia się zwykle na przekór czemuś. Czasem jest to tylko jedna drobna przeszkoda, która dzieli cię od doskonałości, a innym razem niekończąca się lista przeciwności, które musisz pokonać, żeby znaleźć się w miejscu, w którym jeszcze nigdy wcześniej nie byłeś. A potem chcesz zrobić krok dalej i ten jeden krok okazuje się nagle trudniejszy, niż wszystko, co zrobiłeś i osiągnąłeś do tej pory. Finisz pochłania najwięcej sił, bez względu na to, jak długa droga do niego prowadzi. Nie mówiąc już o tym, że sport uprawiasz przede wszystkim na przekór innym ludziom, którzy stają obok ciebie na starcie, bynajmniej nie po to, żeby ci drogę do sukcesu usłać różami.

Po drugie: nawet tą samą trasą nigdy nie jedziesz dwa razy tak samo. (Tu mrugam okiem do wszystkich, po raz tysięczny pędzących na Gassy 😉 Za każdym razem jest coś inaczej: inna pogoda, inne ciśnienie, inaczej spałeś, co innego jadłeś i tak dalej. Bywa, że jednego dnia jedzie ci się wspaniale, a ledwie dzień później wykrzykujesz w stronę pobliskiej kukurydzy wiele niecenzuralnych słów, bo miało być fajnie i lekko, ale właśnie jakiś poranny zefirek postanowił ci dmuchnąć prosto w twarz i cały misterny plan… wiadomo.

W sumie banały, ale wydają mi się ważne i przypomina mi się to dosłownie za każdym razem, gdy natrafiam na jakąś dyskusję o dyspozycji naszych kolarzy, czy to teraz na Vuelcie, czy na dowolnym innym wyścigu. „Przecież był już mistrzem świata”. „Przecież był już trzeci w Hiszpanii”. „No jak to nie daje rady pod górę, skoro dwa razy był najlepszym góralem Touru?”. I tak dalej, „argumenty” i pytania można cytować w nieskończoność.

Tyle tylko, że w wyścigu nie jeżdżą statystyki i formuły Excela, a żywi ludzie, którzy każdego dnia przemierzają inną drogę, w innych warunkach, mierząc się z innymi rywalami, inaczej śpiąc, co innego jedząc i kąpiąc się w innej wodzie. To wszystko niestety ma jakieś znaczenie, a oni każdego dnia jadą inną drogą naprzeciw innym przeciwnościom. Na to, że nie udaje im się wygrać, choć często są przecież bardzo blisko, składa się milion drobnych, czasem zupełnie niezauważalnych elementów.

Kiedy Kwiato jechał w żółtej koszulce lidera tegorocznego Criterium de Dauphine i na jednym z ostatnich rond przed metą drugiego etapu wyłożył się jak długi i dość mocno poobijał, skomentował tę sytuację lakonicznym (i nieco w jego stylu): „Czasem człowiek zrobi jeden obrót korbą za dużo…”. Na ponad trzech tysiącach kilometrów trasy wielkiego touru takich drobnych błędów popełnia się czasami dziesiątki, z konsekwencji wielu z nich nawet nie zdając sobie sprawy. Ale to suma tych wszystkich drobnych rzeczy staje się na koniec tym, z czym musisz się zmierzyć, żeby wygrać. Czasem się udaje, znacznie częściej się nie udaje. Jadą na przekór temu wszystkiemu, bo czasem po prostu nie idzie tak bardzo, że samo pokonanie tej drogi staje się celem.

Za to, że wciąż ją pokonują, nieustannie ich podziwiam. A tego, że któryś z nich pokona ją kiedyś jako pierwszy, jestem po prostu pewien. W końcu nawet ja potrafiłem dokonać paru rzeczy na przekór sobie…