Umarł Tour, niech żyje Tour!

Tour de France 2019 przeszedł wczoraj do historii, więc przez najbliższe kilka dni będziemy zapewne obrastać w rozmaite podsumowania. Ja sam mam za sobą już bardzo miłą – choć krótką – wizytę w Polskim Radiu 24, w zacnym towarzystwie Czesława Langa oraz tradycyjne podsumowanie dla Sport.pl. I na pewno nie jest to ostatnie słowo, bo jeszcze dziś biegnę do Eurosportu, prowadzić program „Best of TDF”, w czwartek zapewne spotkamy się w Weszło.FM na tradycyjnym dziennikarskim „sabacie”, a kto wie, co jeszcze wydarzy się po drodze…

Ta klęska urodzaju nie pojawiła się bez przyczyny, bo powiedzenie, że tegoroczny Tour de France był najciekawszym z Wielkich Tourów ostatnich lat, powoli staje się już truizmem. Bez wątpienia wielka w tym zasługa znakomicie zaprojektowanej trasy, która nawet na moment nie pozwalała się nudzić i niemal każdego dnia otwierała wyścig na nowe scenariusze. Swoje trzy grosze dorzuciła też pogoda, przez pierwszą połowę oferujące niemal perfekcyjne warunki do ścigania, ale na koniec serwująca jak nie upał, to nawałnice, konieczność neutralizowania etapu i skracania kolejnego. Ale nie zmienia to faktu, że ten wyścig pięknym i ciekawym zrobili przede wszystkim kolarze.

W niektórych komentarzach pojawia się stwierdzenie, że Team INEOS pojechał gorzej, niż się spodziewano. Nie do końca się z tym zgadzam, moim zdaniem zespół Brailsforda pojechał tak, jak zwykle (pomijając znacznie gorszą dyspozycję Michała Kwiatkowskiego i Gianniego Moscona, zwłaszcza w drugiej połowie wyścigu). Ale wydaje mi się, że na obraz wyścigu wpłynęło przede wszystkim to, że inne ekipy przygotowały się do tego Touru znacznie lepiej, wyciągając wnioski z wcześniejszych edycji.

W tym kontekście szczególnie mocno wybija się Team Jumbo-Visma, który – poza INEOS – jest chyba największym wygranym tegorocznego Touru. Cztery wygrane etapy i trzecie miejsce Kruijswijka robią wrażenie, a kto wie, jak by się to skończyło, gdyby Wout Van Aert nie rozbił się na czasówce (martwi to, że jego kontuzja okazuje się znacznie poważniejsza, niż się na początku wydawało) i gdyby 19. etap dojechał do mety zgodnie z planem? Ale nawet bez tego gdybania można sobie powiedzieć jasno, że holenderski zespół ma z każdym wyścigiem coraz mocniejsze papiery do walki w Wielkich Tourach o najwyższe cele.

Mitchelton-Scott, chociaż postawił na złego konia (Adam Yates był na tym wyścigu kompletnie bez formy), również pokazał, że słaba postawa lidera to nie powód do składania broni i zgranął cztery etapowe skalpy. W pewnym sensie zupełnie inaczej, niż Astana, która startowała w bardzo silnym składzie, ale po fatalnym upadku Fuglsanga już na pierwszym etapie, zupełnie się rozsypała i nie pozbierała do samego końca. I tak dalej, i tak dalej…

Bardzo jestem ciekaw jakie wnioski z tegorocznej Wielkiej Pętli wyciągnie Patrick Lefevere? Czy nadal będzie się dogmatycznie trzymał linii, że liczą się tylko klasyki i zwycięstwa etapowe? Przedłużenie kontraktu z Julianem Alaphilippe okazało się doskonałą inwestycją, ale czy fakt, że przez moment wielu ludzi skłonnych było wierzyć, że może on nawet wygrać Tour de France, nie poruszył tej struny również w głowie Lefevere? Zobaczymy pewnie za jakiś czas…

Do budowy dramaturgii tego Touru dorzucili się również kolarze CCC Team, z nieustępliwym Gregiem Van Avermaetem na czele. Wprawdzie sukces jest wciąż przed nimi, ale na jazdę GVA, Michaela Schära, Simona Geschke, Joya Roskopfa, Serge’a Pauwelsa i Łukasza Wiśniowskiego patrzyło się często z dużą przyjemnością. Szkoda, że tak wcześnie stracili Patricka Bevina i że do wycofania się po koszmarnej kraksie został zmuszony kapitalnie jeżdżący Alessandro De Marchi. Jeśli krążące po rynku plotki transferowe się potwierdzą, można się spodziewać, że na kolejnym TDF polska ekipa będzie miała szansę zagrać znacznie mocniejszymi kartami.

Ale jest jeszcze jeden element, który w tym roku zwrócił moją szczególną uwagę: kibice. Może to wynik tego, że w wyścigu nie jechał nieszczególnie lubiany Chris Froome, a może również tego, że tak fantastycznie jechali Francuzi, z Julianem Alaphilippem na czele, może po części fantastycznej pogody, ale odniosłem wrażenie, że atmosfera wzdłuż trasy od początku do końca przypominała niekończące się święto. Szczególnie ujęło mnie to, że nawet po wycofaniu się Thibauta Pinot, wciąż mnóstwo ludzi na drodze do Paryża machało transparentami z jego nazwiskiem.

Nikt nie przekonał się lepiej o tym, jak cenne jest to wsparcie kibiców na dobre i na złe, niż Egan Bernal. Ponad trzy dekady trwał marsz Kolumbijczyków po zwycięstwo w Tour de France. Wielu było blisko, ale dopiero Bernalowi się udało, niemniej przez te wszystkie lata i wszystkie wyścigi kibice z Kolumbii zawsze byli obecni na trasie, zawsze tworzyli fantastyczny klimat i ani na moment nie zwątpili w to, że pewnego dnia doczekają się swojego hymnu na Polach Elizejskich.

Chciałbym poczuć chociaż część tej wiary i część tego entuzjazmu nad Wisłą. Wierzę, że kiedyś też się doczekam.

Foto: A.S.O. / Pauline Ballet

Pod wiatr do słońca

Po cichu uśmiecham się do wspomnienia ostatniej soboty, bo od czasu do czasu nachodzi mnie taka refleksja, że choćbyśmy nie wiem jak dokładnie sobie wszystko planowali, to bywa, że życie nam się plecie całkowicie nieprzewidywalnie. Wystarczy dać się mu ponieść.

Ale w sumie ja nie o tym…

Otóż spędziłem sobie sobotnie popołudnie, czekając w studiu Eurosportu na „mój” program i oglądając w tym czasie końcówkę Strade Bianche, w towarzystwie Krzysztofa Wyrzykowskiego. I tak sobie gawędziliśmy, trochę o tym, czy Alaphilippe ogra na finiszu Fuglsanga (ograł), czy Van Aert dojdzie uciekającą dwójkę (doszedł) oraz o tym, jakie atrakcje czekają nas na trasie wyścigu Paryż – Nicea.

„Podobno ma padać – mówił Krzysztof – Tak zapowiadają i tam niemal zawsze o tej porze roku leje. Mogłoby w końcu solidnie popadać na Paryż – Roubaix, przynajmniej byłoby ciekawie, ale jak będzie lało w drodze do Nicei, to może być potwornie nudno.”

No cóż… Tu znów wypada mrugnąć okiem do tego, jak się ma rzeczywistość do naszych przewidywań. Na razie na szczęście raczej nie pada, ale za to solidnie wieje. I zamiast nudnej przejażdżki w deszczu zrobił nam się arcyciekawy wyścig, w którym – na razie – wygrywa wprawdzie Groenewegen, ale karty rozdaje Team Sky, z Michałem Kwiatkowskim na czele.

Przyznam, że nie pamiętam, kiedy Kwiato jechał tak aktywnie i z tak wyraźną wolą zwycięstwa? Może na ubiegłorocznych mistrzostwach Polski? A może aż w Ponferradzie? W wygranym przed rokiem Tirreno-Adriatico złapał nadarzającą się po defekcie Thomasa okazję. W Volta ao Algarve właściwie było podobnie. W Tour de France harował jak wół, ale de facto jechał dla innych. San Remo? E3? Amstel? Strade Bianche? Wszędzie tam był w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie, ale wydaje mi się, że to jednak trochę nie to samo. A tutaj po prostu stara się kontrolować ten wyścig od początku do końca.

Jazda na rantach przy silnym wietrze bywa loterią, ale częściej jest pokazem determinacji i taktyki. Trzeba mieć naprawdę znakomity przegląd sytuacji w peletonie, żeby wiedzieć kiedy zaatakować i rozerwać grupę, nie marnując niepotrzebnie sił, dając się złapać kilka kilometrów dalej. Ekipa Sky, z Kwiatkiem na czele, realizuje ten program doskonale. I zdają się im zupełnie nie przeszkadzać drobne defekty, przytrafiające się kilkanaście kilometrów przed metą. „Never give up!” – mówi wtedy Michał i goni peleton. A potem jeszcze łączy grupy, wychodzi na czoło i finiszuje w końcówce.

Jakby tego było mało, łapie sekundy na każdym możliwym lotnym finiszu, doskonale zdając sobie sprawę, że nad większością rywali będzie miał wprawdzie przewagę w czasówce, ale właśnie zaczynają się góry, więc na wszelki wypadek ta zaliczka powinna być nieco większa. To, co mnie osobiście wydaje się w tym wyścigu nieco inne, niż zwykle, to fakt, że Kwiatkowski się nie kryguje, tylko wysyła rywalom bardzo czytelny sygnał: „Zamierzam tu wygrać!”.

Z dwóch wiosennych etapówek: Paryż – Nicea i Tirreno – Adriatico, zawsze wolałem ten drugi, nieco lżejszy i bardziej fantazyjny. Zresztą… w ogóle włoskie ściganie wydaje mi się pod wieloma względami atrakcyjniejsze i mniej „nadęte” od francuskich bitew. Ale tegoroczna jazda Sky i Michała sprawiła, że śledzę wyścig „Ku Słońcu” z wypiekami na twarzy. Oby tak dalej, do niedzieli!

Foto: Alex Broadway / ASO

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

A może…

A może to jest dobry moment, żeby sobie pewne sprawy jeszcze raz w spokoju przemyśleć?

Przejrzałem sobie kilka tekstów, które popełniłem w kontekście sprawy Froome’a i z pewną gorzką satysfakcją stwierdziłem, że właściwie od pierwszego dnia, gdy ten temat ujrzał światło dzienne byłem orędownikiem chłodnego dystansu i zdrowego rozsądku w podejściu do tego przypadku. O tym, że jako postronni obserwatorzy powinniśmy się wstrzymać z ferowaniem wyroków pisałem już 14 grudnia. O tym, jak polaryzują się poglądy, dotyczące tej sprawy i do jak kuriozalnych sytuacji dochodzi w gronie organizatorów wyścigów, nawiązywałem niespełna dwa miesiące później oraz na okoliczność „studniówki” całego zamieszania. Reakcje ludzi po wygranym przez Froome’a Giro tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że większym problemem od samego dopingu jest tutaj sam kolarz oraz jego zespół. Kiedy więc dziś gdzieś czytam, że 2 lipca okazał się być dniem, w którym ktoś znienawidził kolarstwo, to tylko głęboko wzdycham i myślę sobie, że spoko… ja też kiedyś byłem młody i pełen rewolucyjnego zapału. Z czasem życie nauczyło mnie, że pewne rzeczy muszą się po prostu wydarzyć, żebyśmy sobie je mogli przemyśleć i zacząć to wszystko kleić od nowa.

To, że właściwie od początku się nie myliłem, wcale nie musi z automatu oznaczać, że miałem rację. Być może Froome faktycznie oszukał system, ale pozostał bezkarny, bo wiedział, jak to zrobić. Co prawda nie umiem sobie wciąż logicznie odpowiedzieć na pytanie: „po co właściwie miałby to robić?”, ale dziś to już właściwie nie ma znaczenia. Decyzje (w końcu) zostały podjęte. Na własny użytek czytam je na kilka sposobów.

Z jednej strony czuję jakiś rodzaj satysfakcji i ulgi ze zwycięstwa zasady domniemania niewinności. Mam w sobie głębokie przekonanie, że skoro traktujemy ją – wraz z prawem do obrony i uczciwego procesu – jako jedne z ważniejszych zdobyczy cywilizacyjnych, to nie ma właściwie żadnego powodu, żeby z nich rezygnować w świecie sportu. Tym bardziej, że akurat w tej dziedzinie, poza ewentualnym rozczarowaniem i poczuciem bycia oszukanym, nikt z nas na ogół nie ponosi żadnej innej szkody. Zawsze mnie zadziwiał inkwizycyjny zapał, z jakim podajemy w wątpliwość wyniki sportowców i ferujemy wyroki, nierzadko wyłącznie w oparciu o domniemania i spiskowe teorie.

We wczorajszej dyskusji na TT Marek Bobakowski rzucił argumentem, że cały system powinien być prosty i klarowny, jak podatek liniowy – bez wyjątków od wyjątków i możliwości kombinowania. Chodziło wprawdzie o kwestie, związane ze stosowaniem TUE, ale to podatkowe porównanie przypomniało mi o tym, że przecież jeszcze nie tak dawno cieszyliśmy się z wprowadzenia zasady, uznając ją za „oczywistą oczywistość”, iż wszelkie wątpliwości powinno się rozstrzygać na korzyść podatnika. Dlaczego zatem w sporcie miałoby być inaczej? Mało mamy emocji, że potrzebujemy jeszcze stosów do palenia sportowych czarownic?

A’propos systemu. Druga strona tego medalu jest taka, że UCI i WADA wczorajszą decyzją wybiły zęby systemowej walce z dopingiem w kolarstwie. Niewątpliwie był to system dziurawy, pozostawiający zbyt wiele pola do swobodnej interpretacji. We wczorajszym komentarzu do tej sprawy pisałem o tym, że zawrotną karierę zrobiło tu słowo „prawdopodobnie”. Okazało się być kluczowe, a przecież jeśli chcemy skutecznie walczyć z patologiami, to nie możemy się opierać na prawdopodobieństwie, tylko na pewności.

Jakby tej niespójności w przepisach było komuś za mało, to dziurawy system dobiła dodatkowo polityka. Już od jakiegoś czasu narastały przypuszczenia, że sprawa Froome’a zostanie wykorzystana w przepychance między UCI i ASO. Christian Prudhomme miał wystarczająco dużo czasu na podjęcie decyzji o nie dopuszczeniu Froome’a do startu w Wielkiej Pętli, odkąd użył tej groźby jeszcze bodaj w kwietniu. Ostatecznie zrobił to na kilka dni przed startem imprezy, w praktyce pozbawiając ekipę Sky możliwości skutecznej obrony. (Nawiasem mówiąc: dość blado w tym kontekście wypada argument, że decyzja była motywowana troską o wizerunek wyścigu i dyscypliny). UCI, która jest organizacją słabą i w jakimś sensie uzależnioną od sukcesów ASO, postanowiło udowodnić, że ostatnie słowo i prawo do rozstrzygnięć należy właśnie do niej. Ogłoszenie decyzji zaledwie dzień po zapowiedzi ASO, że Froome’owi odmawia się prawa startu w Tourze, prawdopodobnie miało ośmieszyć Prudhomme. Przy okazji ośmieszyło całą dyscyplinę, a Froome stał się bezwolnym narzędziem w politycznej walce kogutów.

No i właśnie: Chris Froome. Próbowałem sobie swego czasu zrobić drobny „eksperyment myślowy” i podstawić w sytuacji Froome’a jakiegoś innego kolarza, na przykład Michała Kwiatkowskiego. Sympatyczny, uśmiechnięty walczak, były mistrz świata i zwycięzca kilku prestiżowych wyścigów, mający za plecami ten sam Team Sky i tych samych znienawidzonych prawników. Próbowałem sobie wyobrazić ten sam hejt, wylewany na Kwiatka. Biegnących obok niego kibiców, przebranych za inhalator, gwizdy i plucie. Czy reagowalibyśmy na to z takim samym wzruszeniem ramion? Czy po ogłoszeniu oczyszczającej go decyzji wieszczylibyśmy ostateczny upadek kolarstwa? Bardzo w to wątpię. Bo to przecież byłby Kwiato, a nie Froome: brzydko jeżdżący, wiecznie zgarbiony, wożący nieustanny grymas na twarzy tyczkowaty kolarz, który miał czelność postawić się w ekipie wielkiemu i raczej lubianemu Wiggo. Dzień, w którym rozpoczęła się prawdziwa kariera Christophera Froome’a, był jednocześnie dniem jej końca, bo bez względu na to, czego by nie zrobił, kibice zawsze będą kwestionowali jego umiejętności, styl jazdy, a bywa, że i samo prawo do uprawiania tej dyscypliny. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że dla kibiców kolarstwa największym problemem jest obecność w nim Froome’a.

Kolarstwo po sprawie Froome’a się nie skończy. Już w sobotę zasiądziemy przed ekranami i będziemy się emocjonować kolejną Wielką Pętlą. Ja będę trzymał kciuki za Adama Yatesa, ale nie będę szczególnie rozczarowany, gdyby zwyciężył po raz kolejny Froome, bo odrzucając jego nieszczególnie piękny styl jazdy, jest to facet, który najwyraźniej ma dzisiaj jako jedyny papiery na seryjne wygrywanie wielkich tourów. Nie pamiętam zbyt dobrze epoki Bernarda Hinault, którego dziś czcimy jako wielokrotnego zwycięzcę, a przecież też nie grzeszył krystaliczną uczciwością w temacie dopingu. Tym bardziej nie pamiętam epoki Eddy’ego Merckx’sa. Cieszę się zatem, że mam możliwość obserwować i komentować kolarstwo w wykonaniu Christophera Froome’a, choć jego fanem nigdy nie byłem i raczej nie będę. Mimo to szanuję jego jazdę tak samo, jak jazdę każdego z tych 176 kolarzy, którzy staną na starcie w Vendee.

Co będzie, gdy się okaże, że nie wygrał uczciwie? Możliwe, że będzie środa. Lub piątek – to w sumie bez najmniejszego znaczenia. Będzie kolejny, zwykły dzień. Wstanę, zjem śniadanie, spędzę kilka godzin na internetowej dyskusji. Może pogadam z kimś przez telefon i się wyżalę, że źle ulokowałem swoje uczucia. Przyznam się, że się myliłem. Potem pewnie znowu coś zjem i zajmę się swoimi codziennymi sprawami. Może będzie jakiś wyścig, a ja będę znów miał szczęście go komentować?

Jedyne, co naprawdę stracę w sytuacji, gdy któryś z kolarzy znów nas oszuka, to czas. Martwił się będę dopiero wtedy, gdy stracę resztki zdrowego rozsądku.

 

(fota: Froome na Giro d’Italia, Big Start Jerusalem)