Niby po zdrowie, ale wbrew rozsądkowi…

Uprawianie amatorskiego sportu w Polsce coraz rzadziej jest walką z samym sobą i swoimi ograniczeniami. Coraz częściej to krucjata wszystkich przeciw wszystkim: kolarzy przeciw kierowcom, biegaczy przeciw mieszkańcom, rolkarzy przeciw pieszym. Tylko od normalności zdajemy się być coraz dalej…

No i się zaczęło. Przyszła wiosna, wystartowały pierwsze uliczne biegi, a wraz z nimi licytacja na najbardziej wymyślne obelgi, którymi można obrzucić organizatorów, władze miasta, służby porządkowe, czy wreszcie samych biegaczy. Każdemu się należy, bo każdy w mniejszym lub większym stopniu dołożył się do zrujnowania życiowych planów jakiejś grupie mieszkańców, którym – co też jest prawdą – ktoś na kilka godzin solidnie utrudnił życie.

Problem nie polega na tym, że krytykujący nie mają racji, bo mają. Ale coraz bardziej martwi mnie poziom tej dyskusji, coraz bardziej agresywny język i coraz bardziej absurdalne argumenty, wysuwane na obronę swoich tez. Trudno uwolnić się od wrażenia, że tu w ogóle nie chodzi o szukanie jakichkolwiek rozwiązań, bo w tych dyskusjach właściwie nikt nikogo nie słucha. Zdaje się, że chodzi bardziej o możliwość wyładowania własnej frustracji. Tylko czy aby na pewno jest to właściwy kierunek?

Słowo krytyki należy się tak naprawdę każdemu:

  • Organizatorom, którzy „trafili” z wielką imprezą w jedyną w miesiącu handlową niedzielę, co pewnie bardziej, niż zwykle wzmogło frustrację mieszkańców.
  • Władzom miasta, które od lat nie potrafi stworzyć sensownego i skutecznego sposobu informowania mieszkańców o tego typu wydarzeniach. Publikacja na miejskim profilu na FB jednego posta, i to na pół godziny przed startem imprezy, to czysta kpina z mieszkańców. Nie mówiąc już o tym, że jednym z celów organizacji tego typu imprez, jest promocja miasta. Zaiste, bardzo się miasto przy tej okazji wypromowało…
  • Służbom porządkowym, w tym policji i straży miejskiej, przydatnych w takich okolicznościach jak świni siodło: nic niewiedzących, niezdolnych do jakiejkolwiek pomocy, stojących i robiących dobrą minę do złej gry, bo stać kazali.
  • Mediom, a zwłaszcza tak zwanym „patronom medialnym”, których użyteczność przy tego typu wydarzeniach coraz bardziej mnie zastanawia.

Tu się zatrzymam, bo to poniekąd moja działka. Jakiś czas temu miałem okazję współpracować z takimi „patronami medialnymi” i przyznam, że z każdą chwilą coraz mniej rozumiałem sens nawiązywania tego typu współpracy. Po pierwsze dlatego, że partnerem do rozmowy o tego typu działaniach jest zwykle handlowiec, który ma to w głębokim poważaniu, bo pieniądz z takiej roboty jest żaden, a trochę nachodzić się trzeba. Po drugie dlatego, że redakcja najczęściej też ma na to wylane, zwłaszcza jak musi się zajmować tematem, który ją nieszczególnie interesuje i nie najlepiej się klika. Efekt jest taki, że zwykle trzeba dostarczyć gotowy tekst, który ktoś po prostu wrzuci na stronę i zapomni o sprawie. „Opublikowaliśmy, może wyskoczy wam w raportach mediowych, będziecie mogli wstawić do prezentacji dla sponsora, a poza tym macie nasz logotyp, to sobie przyklejcie i ogrzejcie się w blasku naszej chwały”. Nie twierdzę, że to reguła, ale niestety w przypadku imprez, które nie gromadzą tysięcy kibiców i dużej widowni telewizyjnej, jest to najczęściej przykry standard. Czasem przytrafi się jakiś wyjątek, gdy w redakcji siedzi pasjonat, który się zna na sprawie i potrafi swoich odbiorców zainteresować tematem. Gdy go brakuje, taki artykuł równie dobrze można przysypać liśćmi, byle nie kolidował z niezwykle ważnym newsem o tym, że Lewandowski zjadł śniadanie.

Skutki tej ignorancji wszystkich stron są opłakane i to nie tylko za sprawą sfrustrowanych mieszkańców, ale przede wszystkim tabunów ludzi, którzy bezrefleksyjnie powtarzają swoją mantrę: „biegacze do lasu!”, „cykliści won z miasta!”, „rolkarze do skate-parków!” i tak dalej. Jeśli do tego zmierza promocja amatorskiego sportu w Polsce, to nie wróżę nam zbytnio świetlanej przyszłości, bo uprawianie sportu coraz częściej przestaje być walką z samym sobą i własnymi ograniczeniami, a zaczyna być ustawką wszystkich z wszystkimi: rowerzystów z kierowcami, biegaczy z mieszkańcami, rolkarzy z pieszymi i tak dalej. Człowiek, który zamierza się zająć uprawianiem jakiegoś sportu, coraz częściej zaczyna tę przygodę od pytania o to, z kim będzie musiał dziś walczyć o kawałek przestrzeni dla siebie.

Na całym świecie udaje się jakoś wypracować rozsądne ramy do uprawiania amatorskiego sportu. Często udaje się to w dużych miastach, gdzie ze względu na siedzący na ogół tryb życia jest to sprawa szczególnie istotna. Wielkie imprezy biegowe organizuje się niemal w każdej większej europejskiej stolicy i choć zawsze znajdą również tam jacyś niezadowoleni, nie spotkałem się jeszcze z tak otwartym i bezceremonialnym hejtem. W Polsce mamy tendencję do zamykania się we własnych bańkach i zamiast szukać rozsądnych rozwiązań, szukamy miejsca, w których można postawić kolejne granice. Bo wprawdzie „miasto jest nasze”, ale „twoja wolność kończy się tam, gdzie przekracza granice mojej”.

Wydaje mi się to chore. I – niestety – jestem raczej pesymistą, jeśli idzie o to, czy zmierzamy w kierunku wyzdrowienia…

Foto: Flickr / A T Y

_____________________

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Najpierw jajko, potem kura. Złote jajka na samym końcu…

Kilka miesięcy temu jeden z moich znajomych zwrócił się do mnie z prośbą o pomoc w stworzeniu oferty sponsorskiej dla małego, lokalnego klubu, w którym trenuje jego syn. Sprawa nie wygląda najgorzej, bo klub jest, boisko jest, trener jest i nawet od czasu do czasu zdarza się chłopakom gdzieś wyjechać na mecz. Nawet dresy chyba mają klubowe i jakiś sprzęt do ćwiczeń. Ale już na przykład masażystę to widzieli tylko w telewizorze, przy okazji Ligi Mistrzów, a w temacie odżywek i suplementów nie są do końca pewni, czy jak widzą w Żabce baton z napisem „protein bar”, to może być? Może nie są to zupełnie podstawowe rzeczy, ale skoro chłopaki się w tę zabawę angażują, to w sumie co im szkodzi mieć?

Spoko, nie ma sprawy, tylko potrzymaj mi kota i powiedz, co też ja takiemu potencjalnemu sponsorowi – poza ewentualną fakturą – mógłbym zaproponować w ramach jego sponsorskich świadczeń? Nie wiedział, więc odesłał mnie do właściciela klubu.

Dzwonię, przedstawiam się, mówię w czym rzecz i kto mnie przysłał, a po drugiej stronie słyszę sapanie, że no tak, to prawda, tylko on nie jest do końca pewien, czy mamy o czym rozmawiać, bo z tymi rodzicami to tak jest, że teraz im zależy, ale za chwilę dzieciak skończy szkołę, pójdzie sobie gdzieś indziej i rodzicowi będzie już zależało na czymś innym. Oczywiście, jak mam ochotę dostarczyć mu trochę gotówki, to on chętnie przyjmie i coś mi za to zaproponuje, może jakąś bandę na boisku, albo coś, ale teraz to on nie wie, bo się nigdy nad tym nie zastanawiał. O, w sumie jak już chcę, to mogę mu zrobić taką ofertę, jak ma jeden klub z miasta X, bo to się mu podoba, a oni to chyba nawet mają dedykowanego do takich zadań człowieka.

Obejrzałem sobie stronę rzeczonego klubu z miasta X, a później jeszcze kilkadziesiąt innych i na dobrą sprawę wszystkie one miały dwa elementy wspólne: na niemal wszystkich była imponująca galeria nikomu nie znanych sław, których noga miała szczęście w owym klubie stanąć. I na żadnej z nich nie było ani słowa o przyszłości, misji, celu działania – nic z tych rzeczy. Wrażenie miałem mniej więcej takie, jak po wejściu na przydrożny cmentarz – równie pełen nazwisk, które postronnemu nic nie mówią i równie jałowy w nadzieję na lepsze jutro.

I tu jest – nomen omen – pies pogrzebany. To, co mnie najmocniej uderzyło w tej rozmowie, to perspektywa jutra, która kończy się z chwilą opuszczenia przez dzieciaka szkoły.

Jak się dobrze zastanowić, to dokładnie w ten sposób funkcjonuje to na wszystkich poziomach: liczy się wyłącznie tu i teraz, a inwestowanie w przyszłość nie ma większego sensu, bo ta przyszłość najprawdopodobniej zmaterializuje się już w innym miejscu, więc nie ma najmniejszego sensu robić innym dobrze. A stąd już bardzo blisko do konkluzji, że pojawienie się w takim lokalnym klubie jakiegoś talentu to w gruncie rzeczy problem, bo trzeba w jego rozwój więcej inwestować, a on na koniec i tak pójdzie gdzieś indziej, w najlepszym razie zasilając listę znanych wychowanków, którymi klub się chwali w internecie. I tu historia zatacza koło.

Bardzo mi się podoba inicjatywa ministra sportu, który wdrożył w życie program nagradzania pierwszych trenerów, ale umówmy się: to zaledwie kropla w morzu potrzeb i to tylko jeden z wielu drobnych elementów, który może wpłynąć na poprawę sytuacji w polskim sporcie. Takich programów powinno być znacznie więcej, z systemem wynagradzania lokalnym klubom kosztów łowienia i rozwijania talentów na czele.

W Żywcu, z którego pochodzę, swego czasu rozbłysł talent Piotrka Haczka, jednego z naszych „złotych” czterystumetrowców. Jakimś sobie tylko znanym sposobem w chuderlawym i szczerbatym „Ziupie”, jak go nazywaliśmy w drużynie harcerskiej, Bogusław Wyleciał zobaczył potencjał na lekkoatletę. Dziś już nawet nie pamiętam, co to był za klub, prawdopodobnie któryś MKS (Międzyszkolny Klub Sportowy) – postpeerelowski relikt, w które obfitowała wówczas cała sportowa Polska. Trener miał nosa, zawodnik osiągnął szczyty, ale dla lokalnej społeczności skończyło się to zasadniczo niczym. Wszystko, co zostało po Piotrku w Żywcu, to kilka emocjonujących chwil przed telewizorami i pewnie kilka dyplomów. Nikt nie pociągnął za jego przykładem młodych ludzi, nikt nie zbudował wokół lekkoatletyki choćby najmniejszej lokalnej społeczności. Dla niej wybudowano pływalnię – czynną cały rok i współfinansowaną przez UE. I to by było na tyle, jeśli idzie o lokalne benefity z wychowania – jakby nie patrzeć – światowego formatu sportowej gwiazdy. (Na marginesie: dziś Piotrek rozwija lekkoatletykę w… Danii).

Czasem mam wrażenie, że „reset”, którego minister oczekuje od Polskiego Związku Kolarskiego, przydałby się tak naprawdę we wszystkich związkach i we wszystkich dyscyplinach. Kiedyś sobie tłumaczyliśmy, że starsze pokolenie, które nie odnajduje się w nowej rzeczywistości, w naturalny sposób musi odejść, żeby zmieniło się w Polsce myślenie o sporcie. I faktycznie: z jednej strony zmieniło się sporo: ludzie dostrzegli w końcu korzyści, płynące z aktywności fizycznej i biegający po parkowych alejkach, albo kręcący na rowerze na szosie przestali już wzbudzać niezdrową sensację. Ale na poziomie organizacyjnym polski sport zrobił moim zdaniem krok wstecz i poza kilkoma aktami strzelistymi w postaci imprez biegowych (głównie z inicjatywy sponsorów) i coraz większą liczbą imprez kolarskich (często z inicjatywy byłych kolarzy oraz paru zapaleńców), na poziomie lokalnym nie dzieje się właściwie nic więcej. A i tutaj, gdzie się coś dzieje, częściej zamiast integrować lokalną społeczność, budzi dyskusje i spory o zamykanie ulic. Tymczasem bez zmiany mentalności na poziomie lokalnej społeczności w polskim sporcie nie zmieni się zupełnie nic. Tylko w tym celu trzeba jednak przestać odkurzać dawne dyplomy i spojrzeć w kierunku przyszłości. Bez tego medale będą się nam nadal tylko przytrafiać, a my nadal będziemy wylewać swoje frustracje na Twitterze. I tak bez końca.

No dobra. Pora kończyć to marudzenie, bo poza tym, że sobie trochę obniżę ciśnienie, niewiele to zmieni. Czas wracać do kolarstwa, bo nasze chłopaki ze Sky i BORA-hansgrohe napierają, a już za niespełna tydzień Strade Bianche, czyli sezon na pełnej petardzie 😉