Tour de France 2020. Znamy zwycięzcę!

Thibaut Pinot wygrał 107. edycję Wielkiej Pętli! A nie, czekaj… Przecież dopiero ogłoszono jej trasę! Najwyraźniej nie przeszkadza to jednak dziesiątkom komentatorów porozdzielać tytuły blisko 9 miesięcy przed finałem imprezy. Lubię to! Tym bardziej, że już dawno chciałem sprawdzić, jak w rzeczywistości działa taki clickbajtowy tytuł, a nie miałem na niego dobrego pomysłu. Manna z nieba! 😉

No dobra. Ponabijałem się trochę z kolegów, ale mam nadzieję, że mi wybaczą te drobne złośliwości, choć tak po prawdzie to zupełnie nie rozumiem czemu takie wróżenie z fusów ma dziś służyć. Jasne, pokusa trafnego wytypowania zwycięzcy Tour de France od zawsze była i jest pociągająca, ale już teza, że trasa została ułożona pod konkretnego kolarza, bo Francuzi wciąż czekają na zwycięstwo w swoim najważniejszym wyścigu, wydaje mi się mocno naciągana, jeśli nie wręcz szkodliwa dla dyscypliny. Tym bardziej, że całkiem spora grupa ludzi, która dzisiaj wieszczy długo wyczekiwaną francuską wiktorię, zupełnie niedawno twierdziła z nie mniejszym przekonaniem, że trasa Tour de France układana jest pod Team Sky i Christophera Froome’a. Czy to oznacza, że Francuzi zmienili zdanie, bo Chrisowi od dwóch lat nie poszło? Nie sądzę.

Christian Prudhomme przez kilka ostatnich lat musiał się mierzyć z potężną krytyką swojego wyścigu, ale bynajmniej nie z tego powodu, że nie wygrywali Francuzi, ale przede wszystkim dlatego, że Tour de France bywał do niedawna śmiertelnie nudny i bardzo przewidywalny. Team Sky (dziś Ineos) znalazł w tej nudzie sposób na wygrywanie, ale stało się tak głównie dlatego, że bardzo chciał go znaleźć, o co w sumie nietrudno, jeśli się ten jeden wyścig w roku traktuje jako cel nadrzędny i wszystko mu podporządkowuje. Gdyby wcześniej zaczęły to robić również inne drużyny (albo gdyby robiły to nieco umiejętniej – tu piję np. do Movistaru), hegemonia Brytyjczyków już dawno zostałaby przełamana. Tyle, że wyścig nie zrobiłby się od tego wiele ciekawszy.

Tegoroczna edycja Tour de France była swoistym eksperymentem, a podczas jej prezentacji w październiku 2018 roku nastroje były – delikatnie mówiąc – mieszane. Dominowała rzecz jasna radość, że w końcu wyścig będzie bardziej urozmaicony, co pozwoli wreszcie przerwać panowanie Team Sky, ale nie brakowało również głosów, że zaplanowanie na trasie tak wielu trudnych etapów wcale nie oznacza tego, że będzie ciekawiej, bo niewykluczone, że faworyci pojadą bardziej zachowawczo. Wtedy również prognozowano zwycięzcę, którego zadziwiająco wielu widziało w Nairo Quintanie, a z newsfeedów w social mediach przez długie tygodnie nie schodziła dyskusja, czy tym razem znowu wygra Froome, czy może jednak koszulkę obroni Geraint Thomas.

Jak jednak mawiał Woody Allen: „jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach”. Froome nawiązał bliską znajomość ze ścianą pewnego budynku i start TDF obejrzał w telewizorze, G. okazał się na tyle zdeterminowany, że zdarzyło mu się (bez efektu) gonić Egana Bernala, a Quintana… no cóż. Jedyne, co się w tej układance na koniec zgadzało, to zwycięstwo jakiegoś Kolumbijczyka, który – nawiasem mówiąc – miał przed tym sezonem zupełnie inne plany. Ale najważniejsze, że wyścig od samego początku do końca był niezwykle interesujący, choć to nie tylko zasługa samej trasy, ale również mocno nastawionych na walkę kolarzy, na czele z Julianem Alaphilippe, który uczynił ten wyścig szalenie pasjonującym.

Nic więc dziwnego, że organizatorzy postanowili pójść za ciosem i na 2020 rok zaproponowali trasę, przy której nawet tegoroczna Vuelta dostaje rumieńców. Nie sądzę, by motywowała ich chęć zrobienia przyjemności Pinotowi, choć ten nie ukrywa, że profil trasy bardzo mu się podoba. Ale ciekawa i trudna trasa nie daje mimo wszystko żadnej gwarancji, że francuski kolarz nie znajdzie sposobu na kolejną spektakularną porażkę, co piszę nieco złośliwie, ale spluwając przez lewe ramię, bo akurat jazdę Pinota cenię sobie wysoko i we wszelkich przewidywaniach widzę go zawsze w roli faworyta. Los chce, że zwykle niestety dość pechowego.

Za typowanie faworytów przyszłorocznej Wielkiej Pętli zabiorę się nie wcześniej, niż na kilka dni przed startem wyścigu, bo dopiero wtedy będą znane przynajmniej przybliżone składy i dopiero wtedy będziemy mieli jako takie pojęcie o formie poszczególnych zawodników. Gdybym jednak miał dziś powiedzieć cokolwiek o tym, gdzie wypatrywać potencjalnego zwycięzcy Tour de France 2020, to odpowiedziałbym, że po prostu w najsilniejszej drużynie. Bo można się cieszyć widokiem tej trasy razem z Pinotem, albo można się na jej widok srodze zmartwić, co stało się przedmiotem żartów z Toma Dumoulina, ale nie zmienia to faktu, że zanim przyszłoroczny wyścig stanie u podnóża La Planche des Belles Filles, gdzie rozegrana zostanie 36-kilometrowa jazda na czas pod górę, trzeba tam będzie dojechać. A do tego trzeba będzie mieć piekielnie silny zespół, który będzie w stanie kontrolować wyścig od pierwszego do ostatniego etapu.

Nie spodziewam się wożenia liderów „w futerale”, spodziewam się za to wielu niestandardowych rozstrzygnięć i fantastycznej potyczki co najmniej kilku ekip. Już w tym roku chłopaki z Jumbo-Visma pokazali, że mają całkiem sprawnie działający patent na Wielkie Toury, wprowadzając swoich kolarzy na podium wszystkich, a jeden w cuglach wygrywając. A przecież to nie jedyny zespół, który będzie chętny do nawiązania walki z Team Ineos. Bo na przykład dlaczegoż nie miałaby tego zrobić nieźle na przyszły sezon uzbrojona ekipa Trek-Segafredo? I dlaczego – że tak prowokacyjnie zapytam – na dobry występ nie miałby mieć szans na przykład Giulio Ciccone?

Nie mam pojęcia kto wygra przyszłoroczną edycję Tour de France. I – prawdę powiedziawszy – nie chcę tego wiedzieć przed 19 lipca 2020 roku. Ten sport i ta zabawa polegają dla mnie między innymi na tym, żeby dać się codziennie zaskakiwać. Dopiero wtedy wydaje mi się to naprawdę ciekawe.

Foto: ASO / Thomas Colpaert

A gdybym był Brailsfordem…

Bardzo lubię po etapach Tour de France przeglądać sobie Twittera i czytać pojawiające się tam opinie na temat tego, co się wydarzyło. Jednym z dominujących w tej przestrzeni tematem jest wewnętrzna rywalizacja w Team INEOS między Eganem Bernalem a Geraintem Thomasem. Moim zdaniem rzekoma, ale do tego za moment dojdziemy.

Takie etapy, jak dzisiejszy, tylko tę dyskusję nakręcają, a ponieważ każdy może w tej przestrzeni snuć własne wizje, to pozwolę sobie na swoją. A rzeczona wizja (która już jutro może się okazać funta kłaków warta) nosi tytuł: „nie sądzę…”.

Zacznijmy od didaskaliów: od początku maja Team INEOS ma nowego sponsora, a Sir Dave Brailsford, przedstawiając go światu deklarował wszem i wobec, że poza napisem na koszulkach w filozofii zespołu nic się nie zmieni, a najważniejszym celem w sezonie jest wygrana w Tour de France. Nie mieliśmy powodu nie wierzyć mu wtedy i nie mamy zbyt wiele powodów, żeby powątpiewać w to teraz. Wprawdzie po drodze sytuacja trochę się pokomplikowała, bo kontuzje wyeliminowały z walki kolarzy, którzy mieli grać pierwsze skrzypce podczas Giro (Bernal) i Touru (Froome), ale nie bez powodu w ekipie jest prawie 30 chłopa. Jest zatem w czym wybierać.

O ile kontuzja Bernala przydarzyła się niemal w ostatniej chwili i na Giro wystawiono skład, który śmiało można nazwać eksperymentalnym (choć byli i tacy, którzy interpretowali go wprost jako demonstrację stosunku do włoskiego wyścigu i wzmocnienie deklaracji, że Wielka Pętla jest celem numer 1), o tyle w przypadku Tour de France wypadek Froome’a w pewnym sensie rozwiązał Brailsfordowi problem klęski urodzaju, jeśli idzie o liderów na TDF. Od dawna było wiadomo, że będzie nim Geraint Thomas. I choć do końca nie było wiadomo, w jakiej „G” jest dyspozycji, bo jeździł niewiele, a po drodze zdarzyło mu się wywracać (co w jego przypadku nie jest niczym szczególnie zaskakującym), to jestem więcej niż pewien, że planująca każde posunięcie z aptekarską dokładnością ekipa INEOS nie certyfikowała by go na lidera, gdyby nie miała pewności, że sobie poradzi.

W odwodzie cały czas był Egan Bernal, ale od samego początku było jasne, że powierzenie mu roli lidera po raz pierwszy w karierze na najważniejszym wyścigu w kalendarzu, to zagranie bardziej pod publiczność, która lubuje się w tego typu wewnętrznych „porachunkach”. I jak widać od początku Touru: sporo ryb złapało tę przynętę i wije się na haczykach.

Niemal od samego początku tego wyścigu, aż do czasówki w Pau (etap 13.) tych dwóch kolarzy dzieliło kilka sekund. Najpierw prowadził Bernal, a na La Planche des Belles Filles wyprzedził go Thomas. Różnica była w gruncie rzeczy dokładnie taka sama: 5 sekund w jedną, 4 sekundy w drugą. Plan (bo w moim przekonaniu jest to element planu) posypał się dopiero na czasówce, która Bernalowi poszła umiarkowanie i stracił do Thomasa około półtorej minuty. Odkąd wyścig wjechał w góry, Bernal te stracone minuty odrabia, ale nie rzuca się w jakieś szalone ataki, tylko skubie sobie po kawałku: trochę pod Tourmalet, trochę pod d’Albis i trochę pod Galibier.

Z pozoru wygląda to jak wewnętrzna rywalizacja, ale moim zdaniem jest to element zmyślnego planu i nie byłbym szczególnie zdziwiony, gdyby się okazało, że „słabość” Thomasa była również precyzyjnie wykalkulowana. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że w INEOS coś się posypało, jak to się zdarza w Movistarze. W INEOS – jak pamiętamy – zmienił się tylko napis na koszulkach. I gdybym był Dave’m Brailsfordem albo Nicolasem Portalem, robiłbym właśnie wszystko, żeby tuż przed decydującymi momentami tego wyścigu mieć dokładnie taką sytuację, jaką ma teraz: dwóch kolarzy, których dzieli ledwie kilka sekund.

Dlaczego? Bo gdybym był Kruijswijkiem, Pinotem, albo Alaphilippem, miałbym teraz nielichą zagadkę do rozwiązania: „Mam w czołówce dwóch kolarzy z jednej ekipy, których dzieli kilka sekund w GC. Każdy z nich może w dowolnym momencie stanąć w korbach i odjechać. Na atak którego z nich powinienem odpowiedzieć?”

____________________________

Foto: A.S.O. / Alex Broadway

A może…

A może to jest dobry moment, żeby sobie pewne sprawy jeszcze raz w spokoju przemyśleć?

Przejrzałem sobie kilka tekstów, które popełniłem w kontekście sprawy Froome’a i z pewną gorzką satysfakcją stwierdziłem, że właściwie od pierwszego dnia, gdy ten temat ujrzał światło dzienne byłem orędownikiem chłodnego dystansu i zdrowego rozsądku w podejściu do tego przypadku. O tym, że jako postronni obserwatorzy powinniśmy się wstrzymać z ferowaniem wyroków pisałem już 14 grudnia. O tym, jak polaryzują się poglądy, dotyczące tej sprawy i do jak kuriozalnych sytuacji dochodzi w gronie organizatorów wyścigów, nawiązywałem niespełna dwa miesiące później oraz na okoliczność „studniówki” całego zamieszania. Reakcje ludzi po wygranym przez Froome’a Giro tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że większym problemem od samego dopingu jest tutaj sam kolarz oraz jego zespół. Kiedy więc dziś gdzieś czytam, że 2 lipca okazał się być dniem, w którym ktoś znienawidził kolarstwo, to tylko głęboko wzdycham i myślę sobie, że spoko… ja też kiedyś byłem młody i pełen rewolucyjnego zapału. Z czasem życie nauczyło mnie, że pewne rzeczy muszą się po prostu wydarzyć, żebyśmy sobie je mogli przemyśleć i zacząć to wszystko kleić od nowa.

To, że właściwie od początku się nie myliłem, wcale nie musi z automatu oznaczać, że miałem rację. Być może Froome faktycznie oszukał system, ale pozostał bezkarny, bo wiedział, jak to zrobić. Co prawda nie umiem sobie wciąż logicznie odpowiedzieć na pytanie: „po co właściwie miałby to robić?”, ale dziś to już właściwie nie ma znaczenia. Decyzje (w końcu) zostały podjęte. Na własny użytek czytam je na kilka sposobów.

Z jednej strony czuję jakiś rodzaj satysfakcji i ulgi ze zwycięstwa zasady domniemania niewinności. Mam w sobie głębokie przekonanie, że skoro traktujemy ją – wraz z prawem do obrony i uczciwego procesu – jako jedne z ważniejszych zdobyczy cywilizacyjnych, to nie ma właściwie żadnego powodu, żeby z nich rezygnować w świecie sportu. Tym bardziej, że akurat w tej dziedzinie, poza ewentualnym rozczarowaniem i poczuciem bycia oszukanym, nikt z nas na ogół nie ponosi żadnej innej szkody. Zawsze mnie zadziwiał inkwizycyjny zapał, z jakim podajemy w wątpliwość wyniki sportowców i ferujemy wyroki, nierzadko wyłącznie w oparciu o domniemania i spiskowe teorie.

We wczorajszej dyskusji na TT Marek Bobakowski rzucił argumentem, że cały system powinien być prosty i klarowny, jak podatek liniowy – bez wyjątków od wyjątków i możliwości kombinowania. Chodziło wprawdzie o kwestie, związane ze stosowaniem TUE, ale to podatkowe porównanie przypomniało mi o tym, że przecież jeszcze nie tak dawno cieszyliśmy się z wprowadzenia zasady, uznając ją za „oczywistą oczywistość”, iż wszelkie wątpliwości powinno się rozstrzygać na korzyść podatnika. Dlaczego zatem w sporcie miałoby być inaczej? Mało mamy emocji, że potrzebujemy jeszcze stosów do palenia sportowych czarownic?

A’propos systemu. Druga strona tego medalu jest taka, że UCI i WADA wczorajszą decyzją wybiły zęby systemowej walce z dopingiem w kolarstwie. Niewątpliwie był to system dziurawy, pozostawiający zbyt wiele pola do swobodnej interpretacji. We wczorajszym komentarzu do tej sprawy pisałem o tym, że zawrotną karierę zrobiło tu słowo „prawdopodobnie”. Okazało się być kluczowe, a przecież jeśli chcemy skutecznie walczyć z patologiami, to nie możemy się opierać na prawdopodobieństwie, tylko na pewności.

Jakby tej niespójności w przepisach było komuś za mało, to dziurawy system dobiła dodatkowo polityka. Już od jakiegoś czasu narastały przypuszczenia, że sprawa Froome’a zostanie wykorzystana w przepychance między UCI i ASO. Christian Prudhomme miał wystarczająco dużo czasu na podjęcie decyzji o nie dopuszczeniu Froome’a do startu w Wielkiej Pętli, odkąd użył tej groźby jeszcze bodaj w kwietniu. Ostatecznie zrobił to na kilka dni przed startem imprezy, w praktyce pozbawiając ekipę Sky możliwości skutecznej obrony. (Nawiasem mówiąc: dość blado w tym kontekście wypada argument, że decyzja była motywowana troską o wizerunek wyścigu i dyscypliny). UCI, która jest organizacją słabą i w jakimś sensie uzależnioną od sukcesów ASO, postanowiło udowodnić, że ostatnie słowo i prawo do rozstrzygnięć należy właśnie do niej. Ogłoszenie decyzji zaledwie dzień po zapowiedzi ASO, że Froome’owi odmawia się prawa startu w Tourze, prawdopodobnie miało ośmieszyć Prudhomme. Przy okazji ośmieszyło całą dyscyplinę, a Froome stał się bezwolnym narzędziem w politycznej walce kogutów.

No i właśnie: Chris Froome. Próbowałem sobie swego czasu zrobić drobny „eksperyment myślowy” i podstawić w sytuacji Froome’a jakiegoś innego kolarza, na przykład Michała Kwiatkowskiego. Sympatyczny, uśmiechnięty walczak, były mistrz świata i zwycięzca kilku prestiżowych wyścigów, mający za plecami ten sam Team Sky i tych samych znienawidzonych prawników. Próbowałem sobie wyobrazić ten sam hejt, wylewany na Kwiatka. Biegnących obok niego kibiców, przebranych za inhalator, gwizdy i plucie. Czy reagowalibyśmy na to z takim samym wzruszeniem ramion? Czy po ogłoszeniu oczyszczającej go decyzji wieszczylibyśmy ostateczny upadek kolarstwa? Bardzo w to wątpię. Bo to przecież byłby Kwiato, a nie Froome: brzydko jeżdżący, wiecznie zgarbiony, wożący nieustanny grymas na twarzy tyczkowaty kolarz, który miał czelność postawić się w ekipie wielkiemu i raczej lubianemu Wiggo. Dzień, w którym rozpoczęła się prawdziwa kariera Christophera Froome’a, był jednocześnie dniem jej końca, bo bez względu na to, czego by nie zrobił, kibice zawsze będą kwestionowali jego umiejętności, styl jazdy, a bywa, że i samo prawo do uprawiania tej dyscypliny. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że dla kibiców kolarstwa największym problemem jest obecność w nim Froome’a.

Kolarstwo po sprawie Froome’a się nie skończy. Już w sobotę zasiądziemy przed ekranami i będziemy się emocjonować kolejną Wielką Pętlą. Ja będę trzymał kciuki za Adama Yatesa, ale nie będę szczególnie rozczarowany, gdyby zwyciężył po raz kolejny Froome, bo odrzucając jego nieszczególnie piękny styl jazdy, jest to facet, który najwyraźniej ma dzisiaj jako jedyny papiery na seryjne wygrywanie wielkich tourów. Nie pamiętam zbyt dobrze epoki Bernarda Hinault, którego dziś czcimy jako wielokrotnego zwycięzcę, a przecież też nie grzeszył krystaliczną uczciwością w temacie dopingu. Tym bardziej nie pamiętam epoki Eddy’ego Merckx’sa. Cieszę się zatem, że mam możliwość obserwować i komentować kolarstwo w wykonaniu Christophera Froome’a, choć jego fanem nigdy nie byłem i raczej nie będę. Mimo to szanuję jego jazdę tak samo, jak jazdę każdego z tych 176 kolarzy, którzy staną na starcie w Vendee.

Co będzie, gdy się okaże, że nie wygrał uczciwie? Możliwe, że będzie środa. Lub piątek – to w sumie bez najmniejszego znaczenia. Będzie kolejny, zwykły dzień. Wstanę, zjem śniadanie, spędzę kilka godzin na internetowej dyskusji. Może pogadam z kimś przez telefon i się wyżalę, że źle ulokowałem swoje uczucia. Przyznam się, że się myliłem. Potem pewnie znowu coś zjem i zajmę się swoimi codziennymi sprawami. Może będzie jakiś wyścig, a ja będę znów miał szczęście go komentować?

Jedyne, co naprawdę stracę w sytuacji, gdy któryś z kolarzy znów nas oszuka, to czas. Martwił się będę dopiero wtedy, gdy stracę resztki zdrowego rozsądku.

 

(fota: Froome na Giro d’Italia, Big Start Jerusalem)

Carpe diem!

Czytam sobie komentarze po wczorajszym zwycięstwie Christophera Froome’a i z każdym zdaniem czuję coraz większą niechęć do ludzi. Nie ogarniam skali  bezrozumnego hejtu, jaki wylewa się na tego faceta. Czy naprawdę bycie kibicem i pasjonatem jakiegoś sportu daje nam prawo ferowania wyroków w każdej sprawie, która się z nim wiąże? Po to poświęcamy te godziny na oglądanie transmisji, żeby się później nadymać i udowadniać wszystkim wokół, jacy to jesteśmy mądrzy, bo „przywaliliśmy” człowiekowi, który nawet niespecjalnie może z nami podjąć dyskusję?

Nie, nie stałem się nagle fanem Froome’a. I nie uważam, by jego wczorajszy wyczyn miał moc przykrycia wszystkich wątpliwości, jakie się wiążą z jego startem w Giro. Niezmiennie twierdzę, że bez wyjaśnienia sprawy salbutamolu z Vuelty nie powinien był stawać na starcie tego i innych wyścigów. Ale stanął. Ktoś podjął taką decyzję, ktoś inny ją zaakceptował. W peletonie rozległ się w paru miejscach pomruk niezadowolenia, ale nikt przeciw tej decyzji otwarcie nie zaprotestował.

W naszym inkwizycyjnym zapale często zapominamy o kilku rzeczach. Po pierwsze o tym, że sport to na ogół struktura dość mocno zhierarchizowana, gdzie zawodnik jest tylko jednym z trybów całej maszyny. Może inaczej będzie w przypadku golfa lub szachów, ale wszystkie sporty drużynowe to na ogół spore struktury, w których każdy ma jakieś zadanie do wykonania i inny interes do ugrania. Zawodnicy – wbrew pozorom – nie są tu najważniejsi, bo ich przydatność na rzecz interesów zespołu jest dość mocno ograniczona w czasie. Jeśli kogoś dziwi, że Team Sky dokonuje dziwacznej (i – trzeba to jasno powiedzieć – nie zawsze uczciwej) ekwilibrystyki, w celu wykorzystania talentu Froome’a, to warto przypomnieć, że ma on „już” 33 lata. Jak długo jeszcze będzie się ścigał? Dwa lata? Trzy? Może pięć? A może jeszcze tylko rok, bo Dave Brailsford zadecyduje, że bardziej mu się opłaca inwestować w talent młodego (i tańszego) Bernala? Froome robi dokładnie to, co zrobiłby każdy z nas: łapie okazję, być może jedną z ostatnich. Chwyta dzień. Wczoraj pod Colle delle Finestre zrobił to samo: chwycił swój dzień. Najpiękniej od lat.

Po drugie: zapominamy o tym, że sport dla kibica jest tylko rozrywką. Emocjonującą i angażującą, ale nadal tylko rozrywką. Ważną tak naprawdę tu i teraz i w zdecydowanej większości przypadków nie mającą większego wpływu na nasze życie. Lubię czasem porównywać sport do kina, do którego chodzimy i płacimy za to, by przez jakiś czas dać się oszukać, zabrać w jakiś zupełnie fikcyjny świat, wyrwać nas na moment z nudnej codzienności, czasem rozśmieszyć, czasem przerazić, a czasem (niestety coraz rzadziej) czegoś o życiu nauczyć. W byciu sportowym kibicem nie chodzi o wiele więcej, dlaczego zatem traktujemy to tak śmiertelnie poważnie?

Zastanawiam się czasem, czy nie chodzi przypadkiem o to, że naszych bohaterów chcielibyśmy widzieć takimi, jakimi sami nie jesteśmy. Zabawne jest to, że oczekujemy od sportowców krystalicznej uczciwości, podczas gdy sami dla możliwości oglądania sportu niejednokrotnie naginamy reguły. Ilu jest pracodawców, którzy płacą za to, że w godzinach pracy ukradkiem (albo i całkiem otwarcie) zerkamy na transmisję w playerze? Dopóki nikt nas za to nie zwalnia z roboty, korzystamy z tej możliwości i łapiemy okazję. Chwytamy dzień. Bo ta rozrywka – na której przebieg nie mamy przecież najmniejszego wpływu – ma dla nas znaczenie zazwyczaj tylko tu i teraz. Przeżywamy to najsilniej, gdy oglądamy przekaz na żywo.

Nie, nie lubię poczucia bycia oszukiwanym. Chciałbym wierzyć, że życie wokół mnie toczy się zawsze według jasno ustalonych reguł, ale żyję już dostatecznie długo, by wiedzieć, że tak się po prostu nie dzieje. Nie lubię się na to godzić, ale czuję, że nie mam wielkiego wyboru. Staram się zatem żyć tak, żeby wyciągnąć z tego dla siebie najwięcej – i chyba specjalnie nie różnię się w tym od przeciętnego kibica. Może poza tym, że nie czuję tak silnej potrzeby oceniania innych.

Wybraliśmy sobie trudną do kibicowania dyscyplinę, genetycznie skażoną genem nieuczciwości, i to od samego początku jej istnienia. Ale kiedy czytam w Cyclingtips esej człowieka, który pisze, że boli go życie, gdy ogląda zwycięstwo Froome’a, to jestem bezradny, bo nawet nie mogę mu powiedzieć: „człowieku, zmień dyscyplinę”, bo oszustwo i doping są obecne nawet w szachach i brydżu. Dlaczego akurat od kolarzy mielibyśmy oczekiwać więcej? Przeżyliśmy Armstronga, przeżyjemy Froome’a i Brailsforda. Pozłościmy się chwilę, a potem nam przejdzie. Znajdziemy nowych idoli, ktoś inny nas zachwyci, ktoś inny rozczaruje – jak to w codziennym życiu, które tak naprawdę toczy się z dala od kolarstwa. Chleb z powodu zwycięstwa Froome’a raczej nie podrożeje. I nie potanieje, gdy się okaże, że wygrał nieuczciwie.

Na myśl o wczorajszej jeździe Christophera Froome’a przychodzą mi do głowy tylko te krótkie słowa: chwytaj dzień. To była naprawdę przepiękna jazda, ale jutro to przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Pojutrze zaczniemy oglądać kolejny wyścig. Za miesiąc zaczniemy inną dyskusję. Te wszystkie opublikowane artykuły, wpisy na blogach i zapiski w zeszytach nie będą już miały najmniejszej wartości. Może czasem się do nich uśmiechniemy, może sobie kiedyś powiemy, że byliśmy naiwni i głupi. Ale wtedy będziemy już robić zupełnie coś innego. Po co się mamy tym dzisiaj zadręczać?

 

Foto: Fabio Ferrari – Lapresse / Giro d’Italia

Wiosenne resume ;)

Zbierałem się do jakiejś próby małego podsumowania tego, co się wydarzyło tej kolarskiej wiosny, ale przed majówką i wyjazdem do Izraela na start Giro d’Italia kumulacja różnych zadań okazała się tak duża, że trudno mi się było zebrać. Ale właśnie wtedy zadzwonił Adam Probosz z propozycją pogadania o tym we „Wjechało” na Weszło.FM i „problem” rozwiązał się sam.

Było więc trochę o klasykach i Quick-Stepie, było trochę o Michale Kwiatkowskim, o Froomie i Team Sky, o Giro, kolarstwie jako takim i nawet o wydłubywaniu żwiru z różnych części ciała. Były też kolarskie wspomnienia Mamy Adama. Zatem… można się częstować!

 

A już po weekendzie… będzie różowo i gorąco 😉 Start Giro d’Italia w Izraelu to ciekawy pomysł. Z wielu powodów, które mam nadzieję jakoś poskładać w sensowną całość… 😉

Zaległości.

Z kronikarskiego obowiązku, bo w sumie dzieje się sporo, a jestem trochę zarobiony, a nawet jak czegoś nie robię, to albo jeżdżę na rowerze, albo szperam po różnych źródłach, coby przed Giro posklejać kilka fajnych historii, bo przecież nie zabierają mnie tam za frajer.

Z wyścigów rozstrzygniętych ostatnio mieliśmy Amstel Gold Race, który w opcji bez podjazdu na Cauberg tuż przed metą jakoś mnie do siebie nie przekonał. Miało niby być bardziej nieprzewidywalnie, a wyszła z tego chyba najmniej pasjonująca końcówka z wszystkich wiosennych klasyków, jakie do tej pory zobaczyliśmy. Jedyna zmiana jest taka, że chłopaki z Astany krzyknęli do reszty coś w rodzaju „TKM” i ni z tego, ni z owego zaczęli nagle dzień po dniu wygrywać. Na mecie w Valkenburgu piwa napił się Michael Valgren, czego zapewne by nie dokonał bez znakomitej roboty swojego rodaka Jakoba Fuglsanga.

I poszło! W dawnym Giro del Trentino (lubiłem tę nazwę), zwanym dzisiaj Tour of the Alps też się nagle na czele zrobiło błękitno. Na pierwszym etapie plecy pokazał wszystkim Pello Bilbao, kilka sekund po nim wjechał Leon Luis Sanchez, a dzień później potworny podjazd pod Pampeago najszybciej pokonał Miguel Angel Lopez. Oczywiście wszyscy z Astany. Ale i tak najlepiej na tym wyszedł prawie nikomu wcześniej nie znany Ivan Ramiro Sosa z równie mało znanego zespołu Androni-Sidermec-Bottecchia, który jak dotąd dwa razy był trzeci i prosto znikąd wskoczył nagle na podium, gdzie go przebrano w koszulkę lidera i zabrano na konferencję prasową, którą w większości przesiedział ze zdziwioną miną 😉

Tour of the Alps jest wyścigiem ciekawym (dla mnie) z dwóch powodów: pierwszy jest taki, że wiedzie przez miejsca, które znam niemal na pamięć, ale – wstyd się przyznać – zjeździłem je wzdłuż i wszerz na nartach, ale nigdy na rowerze. Muszę to kiedyś nadrobić, bo wiosenne Dolomity to jest jeden z najpiękniejszych kawałków planety.

Drugi powód jest mniej więcej mojego wzrostu i 2/3 mojej wagi, ma na imię Christopher i wywołuje mniej więcej takie reakcje, jak bardzo ważny gość na kolacji, o którym wiadomo, że beka przy stole: niby wszyscy się cieszą, że przyszedł, ale niekoniecznie wiadomo, jak się w tej sytuacji zachować.

Z Chrisem jest tego rodzaju problem, że z dużym prawdopodobieństwem zaprzyjaźnił się trochę zbyt blisko z inhalatorem i ziuknął sobie salbutamolu nieco więcej, niż był powinien. W każdym razie tak wynika z tego, co później wysikał. Kłopot w tym, że takich przypadkach przedawkowanie to domniemanie, a mili panowie z UCI woleliby mieć 100% pewności. Koniec końców wyszła z tego wielka awantura, której finału nie widać. Tymczasem Giro za pasem. Na szczęście w Tour of the Alps, choć jest w czołówce, to furory na razie nie robi i – jeśli o mnie idzie – niech tak zostanie przynajmniej do 27 maja.

Tymczasem lepsze rzeczy dzieją się na naszym rodzimym podwórku, gdzie Polski Związek Kolarski szuka Sekretarza Generalnego. W sumie nie byłoby w tym nic szczególnie poruszającego, gdyby nie pewien drobiazg, przezornie umieszczony na samym końcu długiej listy oczekiwań wobec potencjalnego kandydata:

„PZKol informuje wszystkich kandydatów na stanowisko Sekretarza Generalnego, że wynagrodzenie za pracę będzie wypłacone dopiero w momencie podpisania porozumienia dotyczącego finansowania Polskiego Związku Kolarskiego przez Ministerstwo Sportu i Turystyki.”

Trzeba przyznać, że jak na wolontariat, to nikt się tu nie ograniczał w wymaganiach 😉

No a jutro Walońska Strzała, czyli wyścig Valverde i 174 rozbójników. Będzie się działo!

Foto: Gregory Ienko / Flickr