A jeśli to właśnie Lang ma rację?

Wiele razy krytykowałem Tour de Pologne. Za wizerunkową przaśność, za patos, za nieprzystające do końca drugiej dekady XXI wieku traktowanie hostess. Ale czym dłużej o tym myślę i czym bardziej rozglądam się wokół siebie, zadaję sobie pytanie: a może to jednak Lang ma rację? Może po prostu właśnie tacy jesteśmy?

A teraz mnie bawcie! – zdaje się mówić przeciętny polski fan kolarstwa, zasiadając wygodnie przed ekranem. Koniecznie z laptopem na kolanach lub telefonem w dłoni, by nie stracić nawet sekundy, gdy tylko nadarzy się okazja do krytyki. A przy okazji Tour de Pologne przyczepić się można do wszystkiego: do niewystarczająco atrakcyjnej trasy, do pokazywanych z helikoptera obrazków blokowisk, do patetycznych porównań do Ligi Mistrzów, a nawet do uśmiechu jego organizatora.

Trochę się dziwię, że wytrzymywał tak długo, zanim w końcu stracił cierpliwość i rzucił wyzwanie niezłomnym krytykantom.

– Do wszystkich ekspertów kieruję propozycję: rozpiszmy konkurs na nową trasę. Niech się ludzie wypowiedzą. Zbierzemy wszystkie opinie i zastanowimy się nad nimi. Niech się zgłaszają miasta chętne do organizacji etapów. Zdajmy się na konkurs – powiedział w poniedziałek w rozmowie z Polską Agencją Prasową, określając jednocześnie zarys zadania: siedem zróżnicowanych etapów średnio po 180 km, maksymalnie dwie godziny transferu dziennie oraz starty i mety w miastach skłonnych zaangażować się organizacyjnie i finansowo.

„A dlaczego mamy szukać panu Langowi samorządów chętnych do płacenia za jego wyścig? – rozległo się niemal natychmiast w odpowiedzi. „A ile to wszystko kosztuje?” – zainteresowało się nagle kilka osób, choć nie przypominam sobie, by ktokolwiek zadawał to pytanie, gdy wieszano na Langu psy za „kręcenie się wokół komina” albo „Tour de Małopolska i Śląsk”. Nagle się okazało, że kreślenie flamastrami po mapie i rysowanie swojej „trasy marzeń”, to zaledwie początek zabawy. Raczej z tych łatwiejszych.

Ciekaw jestem naprawdę tych pomysłów i bardzo liczę, że znajdą się wśród nich i takie, które okażą się możliwe do zrealizowania. Ale jestem głęboko przekonany, że będzie ich raczej niewiele. Kilka kropel wobec całego morza hejtu, który z roku na rok się wylewa na organizatorów Tour de Pologne.

Nie twierdzę, że Czesław Lang jest nieomylny. Zresztą wiele razy sam krytykowałem TdP. Za wizerunkową przaśność, która była może atrakcyjna w połowie lat ’90, ale już dawno przestała pasować do coraz bardziej nowoczesnych i zadbanych centrów miast i miasteczek. Za nieprzystające do końca drugiej dekady XXI wieku traktowanie hostess, przeganianych jak na wystawie przed oczyma rozbawionej gawiedzi. Za przesadny patos i często natrętne poszukiwanie dodatkowej symboliki, jakby za mało było w tym wszystkim emocji sportowych i trzeba było na siłę szukać innych.

Ale z drugiej strony… rozglądam się też wokół siebie i poza centrami miast widzę dokładnie taką samą feerię atakujących mnie zewsząd reklam. Ten sam przesadnie demonstracyjny patriotyzm, tak samo nachalną i pozbawioną głębszego znaczenia symbolikę.

I czym dłużej o tym myślę, tym częściej zadaję sobie pytanie: a co, jeśli to jednak Lang ma rację? Jeśli po prostu tacy właśnie jesteśmy? Jeśli to do takiego „ogółu” adresowana jest jego impreza? W imię czego mam się domagać, żeby zaczął ją lepić na moją modłę? Jeśli to właśnie ta metoda się sprawdza, to dlaczego miałby ją zmieniać pod wpływem mojej krytyki?

Wysłuchuje tych samych lamentów dokładnie co roku, bo każdy rości sobie prawo do podzielenia się ze światem własnymi przemyśleniami na temat Tour de Pologne, na ogół nie zdając sobie sprawy nawet z ułamka problemów, jakie są po drodze do ogarnięcia. Od zawierającej wiele zer w obcej walucie kwoty za wpis do kalendarza UCI, po wynagrodzenie ochrony pilnującej parkingu dla autokarów drużyn. Od zorganizowania w szczycie sezonu urlopowego blisko tysiąca miejsc w hotelach, po toaletę dla ekipy, która montuje barierki. Od dziesiątek pozwoleń na przejazd po publicznych drogach, po zapewnienie w karetce ekipy, która w razie takiego wypadku, jaki zdarzył się na mecie w Katowicach, niezwłocznie znajdzie się tam gdzie trzeba i stanie na wysokości zadania.

A my siedzimy w wygodnych fotelach i kolejny rok z rzędu bijemy pianę o to, że niewystarczająco nas usatysfakcjonował zakreślając trasę na mapie.

Zapominamy przy tym wszystkim o tym, że Tour de Pologne to w pierwszej kolejności wydarzenie sportowe, a jako takie broni się lepiej niż dobrze. Tylko że sport nas już niespecjalnie w tym wszystkim interesuje.

Bardzo mnie ubawiło, gdy wśród „nowych” pomysłów na „trasę marzeń” TdP ponownie ujrzałem Bukowinę. Okazuje się bowiem, że to co jedni zawzięcie krytykują, inni na swój sposób wysoko cenią. Nie można więc wykluczyć, że pomysł Czesława okaże się w istocie znacznie prostszy, niż się wydaje. Będzie całkiem zabawnie, gdy w wyniku „konkursu” otrzymamy całkiem podobną do dzisiejszej trasę, tylko będącą „pomysłem” internautów.

Tylko czy krytyka ucichnie, gdy się okaże, że jednak miał rację?

Sukces. Największy polski problem.

Jeden z moich znajomych na Twitterze napisał dzisiaj rano: „Jest jakiś gen destrukcji w narodzie. Im gorzej, tym lepiej…”.

Trudno o lepsze podsumowanie wszystkich dyskusji, jakie tradycyjnie rozpętały się po zakończeniu Tour de Pologne. I choć właściwie sam chciałbym również ten temat jakoś zamknąć, korci mnie, żeby jeszcze o kilku rzeczach – być może banalnych – przypomnieć.

Po pierwsze: ten wyścig jest nie tylko dla nas: dziennikarzy, blogerów, kolarskich freaków, znawców tematu – tych, którzy kolarstwa dotykają z bliska i tych, którzy je znają przez zasiedzenie przed telewizorem. Czasem odnoszę wrażenie, że próbujemy kolarstwo zawłaszczyć i za wszelką cenę ulepić je na obraz i podobieństwo tego, co sami chcielibyśmy oglądać. To w sumie zacna idea, ale chyba też powinniśmy się trochę rozejrzeć wokół siebie i z pokorą przyznać, że gdyby nas wszystkich zebrać w jednym miejscu wzdłuż trasy, to prawdopodobnie nie zapełnilibyśmy nawet kilometra. A Tour de Pologne przemierza ich ponad tysiąc.

Trochę pokory, panowie. Może z tych dyskusji od czasu do czasu uda się wyłuskać jakiś dobry pomysł, ale powiedzmy sobie otwarcie: wiele do kolarstwa w ten sposób nie wniesiemy. Zamiast zapalać do jego uprawiania nasze dzieci, spędzamy długie godziny nad klawiaturą lub ekranem smartfona i z uporem maniaka klepiemy długie mantry, że to wszystko do bani, trasa ciągle ta sama, nikt nie traktuje wyścigu poważnie, a Kwiato wygrał, bo w końcu musiał. Dość to żałosne, nieprawdaż?

Ten wyścig jest dla ludzi. Dla tych dziesiątek, czy setek tysięcy, którzy wychodzą na trasę, żeby przez kilka minut popatrzeć na przejeżdżających kolarzy. Dla tych dzieciaków, proszących o bidony. Owszem, znajdą się wśród nich i tacy, którzy o te nieszczęsne bidony będą walczyć, a na trasie pojawią się tylko po to, by się załapać na czapkę z daszkiem lub parasol od sponsora. Ale ci, którzy dzisiaj wsiadają na rower i dają nam tyle frajdy, w większości sami kiedyś stawali przy drodze i sami prosili innych kolarzy o bidony. Wątpię, by którykolwiek z nich został kolarzem dlatego, że przeczytał w internecie dyskusję o tym, jak bardzo do dupy był wyścig, który właśnie oglądał. Nie znam przypadku sportowca, którego stworzyła krytyka.

Po drugie: można się z tym zgadzać lub nie, ale moim zdaniem w sporcie chodzi przede wszystkim o emocje, a nie tylko o statystyki i zapisy w annałach sportowej historii. Tymczasem coraz częściej odnoszę wrażenie, że emocje najmniej w tym wszystkim nas interesują. Chcielibyśmy mieć epicki wyścig nie po to, by kogokolwiek bardziej niż dzisiaj interesował, ale żeby mieć więcej tematów do dyskusji o niczym: o prędkości wspinania, porównaniu generowanej mocy i dziesiątkach innych rzeczy.

Wracałem wczoraj z mety wyścigu, mijając po drodze przemokniętych ludzi i przysłuchując się ich rozmowom. Wielu nie potrafiło nawet dokładnie opisać tego, co widzieli, co nie przeszkadzało im dzielić się ze sobą emocjami. Mijałem kobietę, która rozentuzjazmowana opowiadała komuś przez telefon, że „to było niesamowite i do końca nie wiedzieliśmy czy Kwiatkowski wygra!”. Co byśmy chcieli, drodzy Panowie fachowcy, powiedzieć jej sprzed naszych ekranów? Że brała udział w czymś bezwartościowym, bo podjazdy były za krótkie i przejechał je peleton, a nie pojedynczy kolarze? To miałaby być ta promocja kolarstwa, na której niedostatek wiecznie utyskujemy?

I po trzecie wreszcie: chciałbym, żeby Tour de Pologne miało status Giro. Ale mam też świadomość, że Giro i mnóstwo innych kultowych wyścigów powstało w atmosferze bardzo silnej konkurencji, a swój status wykuwały przez lata. Lang tymczasem wskrzesił trupa. Wykupił i ożywił upadły wyścig, o długiej co prawda historii, ale zerowej renomie. Zabrał się za wyścig przez długie lata sztucznie tłumiony państwową propagandą, realizującą swój Wyścig Pokoju, a gdy w końcu trafił w prywatne ręce, to akurat w momencie, gdy kolarstwo szosowe w Polsce na długie lata schodziło ze sceny, ustępując miejsca popularności MTB – kolarstwa dla wszystkich i możliwego do uprawiania dosłownie wszędzie, a w dodatku nie skażonego dopingowym odium, jakie zawisło nad szosą. Ożywił i utrzymywał przy życiu wyścig przez ponad dwie dekady, wprowadzając do WorldTouru i cierpliwie czekając na ponowny wybuch popularności kolarstwa szosowego, który na dobrą sprawę nastąpił dopiero wtedy, gdy na scenę weszli Majka z Kwiatkowskim.

Cztery lata. To jest realna perspektywa czasowa, w jakiej powinniśmy mierzyć sukces Tour de Pologne. A my mu zarzucamy powtarzalność trasy i marketing, w którym porównuje się z Ligą Mistrzów, jakby to był najważniejszy problem polskiego kolarstwa. W każdym innym kraju i w każdych innych okolicznościach Lang już dawno zostałby określony mianem „wizjonera”. W Polsce jego komercyjny sukces większość ludzi zwyczajnie szczypie w oczy. Bo tutaj każdy sukces jest strupem na ranie wiecznych niepowodzeń i trzeba go natychmiast zdrapać. A ranę jak najszybciej posypać solą. Bo jeszcze – nie daj Boże – przywykniemy do czegoś w miarę dobrego.

Spróbować czegoś innego.

Tak tu tylko położę, żeby się nie zgubiło, bo ostatecznie nie codziennie mam okazję usiąść wygodnie w fotelu i spędzić dłuższą chwilę na rozmowie z jednym z najlepszych kolarzy na świecie. Zwłaszcza, że te nieliczne okazje trafiają się głównie na wyścigach, a wtedy większość zawodników skupiona jest na swojej robocie. W pewnym więc sensie szczęśliwym okazał się pomysł Czesława Langa z rozgrywaniem niektórych etapów Tour de Pologne późnym popołudniem, bo dzięki temu czasu przed etapem było nieco więcej.

Najważniejsze, że się udało i mogłem Michałowi Kwiatkowskiemu zadać kilka pytań, na które odpowiedzi – tak mi się przynajmniej wydaje – mogły być interesujące dla wielu kibiców kolarstwa. Zwłaszcza tych, którzy nie śledzą dyscypliny zbyt wnikliwie, a z obserwacji kilku największych wyścigów łatwo jest wyciągać błędne wnioski.

I chyba się udało, bo na jednej z facebookowych grup, gdzie dość powszechna jest krytyka wszystkich i wszystkiego, komentarze do tej rozmowy są w większości bardzo pozytywne.

Zatem… zapraszam do lektury.

Ladies and gentleman: mistrz świata z Ponferrady, aktualny lider i zwycięzca dwóch etapów Tour de Pologne 2018 – Michał Kwiatkowski!

 

P.S. Nasza rozmowa miała miejsce 6 sierpnia 2018, przed startem trzeciego etapu Tour de Pologne. Dzień później Kwiato wygrał etap w Szczyrku. Kolejnego dnia powtórzył ten wyczyn w Bielsku-Białej

Fota: znowu ja.

Bardzo słaba galeria ze startu pewnego wyścigu…

Nie znoszę robić zdjęć telefonem, bo nie dość, że jakość bywa dyskusyjna, to wciąż mam wrażenie, że jestem trochę jak ta babcia, która ustawia wnuczkę na tle wozu technicznego jednej z kolarskich ekip, choć w gruncie rzeczy żadna z nich do końca nie wie po co. No, ale są kolarze, to fotkę trzeba strzelić. Więc skoro już się tam kręciłem podczas prezentacji i startu, to też sobie trochę strzeliłem, a co mi tam… 😉

 

Wszystkie foty: niestety ja.

Cesare.

Giro! – ucieszył się, zanim jeszcze na dobre zaczęliśmy rozmowę, a ja wspomniałem mimochodem, że miałem przyjemność oglądania z bliska izraelskiego startu – Giro było piękne! Zresztą zawsze uważałem Giro za piękniejszy wyścig od Tour de France. Tour jest medialnie dobrze sprzedany, ale jako zawodnik zawsze wolałem Giro. Zwłaszcza tę włoską gościnność i serdeczność, podobne trochę do tych u nas w Polsce. A Francuzi? Trochę jak w klatce: tu możesz być, tu nie możesz. Jak przyjechałem na Tour pierwszy raz: mam badania lekarskie, wszystko co potrzeba, w końcu jestem zawodnikiem, a oni mnie wysyłają na komisję medyczną, jak w wojsku. Każdy się musiał rozbierać, komisja siedziała, zawodnik wchodził i słyszał tylko: przodem, tyłem, kaszlnąć, następny. Gdzie ja jestem!? To jest wyścig, czy Legia Cudzoziemska?

I tak właśnie zaczęła się moja rozmowa z Czesławem Langiem, choć układałem ją sobie w głowie nieco inaczej… Sporo ciekawych wątków, trochę o zmianach w TdP, o czym do czasu wczorajszej konferencji napisać nie mogłem, trochę o tym, co temu facetowi wciąż daje siłę do działania.

Zresztą… poczytajcie sami 🙂

Podziękowania dla Tissot za zaproszenie do tej przygody 🙂

IMG_4045

Uwięziona Niepodległa.

Mój szef ostatnio coraz częściej narzeka, że jakość mojego client service znacząco się obniżyła, bo przestałem ważyć słowa i zacząłem bez ogródek wytykać klientom ich zaniechania i popełniane błędy. Pewnie ma rację, kariery w dyplomacji to ja raczej nie zrobię. Ale z drugiej strony w ciągu kilku ostatnich lat pogrzebałem już tylu zadowolonych z siebie i przekonanych o własnej zajebistości klientów, że w którymś momencie przestałem ich liczyć. Przy okazji, niesiony ich wiarą, pogrzebałem też własną działalność, więc – pardon maj frencz – dyplomację mam gdzieś. Kiedy więc oglądam trasę tegorocznego Tour de Pologne i widzę na mapkach takie twory, jak „Premia SPEC. Premia Niepodległa Lotos”, to dziękuję losowi, że nie postawił na mojej drodze człowieka, który to wymyślił, bo pewnie zanim zdążyłbym się z nim przywitać, skończyłyby mi się przekleństwa.

Drogi sponsorze, panie i władco budżetu. Jeśli decydujesz się na finansowe wsparcie sportowego wydarzenia, to rób to – bardzo proszę – w taki sposób, żeby nie czynić go więźniem twojego braku wyobraźni. Jeśli stawiasz organizatorowi warunki, których jedynym celem jest wskazanie w raporcie do przełożonych, że zapewniłeś ekspozycję swojej marki na poziomie zyliona impresji i o miliardowym ekwiwalencie, to, przepraszam bardzo, ale twoja wiedza o marketingu jest na poziomie faceta, rozklejającego na przystankach i latarniach kartki z ogłoszeniami. I obawiam się, że jest on w swym działaniu skuteczniejszy, bo koniec końców sprzeda tę swoją kanapę, a ty nadal pozostaniesz człowiekiem bez wyobraźni na odpowiedzialnym stanowisku.

Sponsoring sportu to dość skomplikowana gra w win-win. Tyle, że są aż cztery strony, biorące udział w tej zabawie: organizator, uczestnicy, widzowie i sponsorzy. Każdy z tego dealu powinien wyjść zadowolony. Ale jeżeli jedna strona usiłuje zdominować pozostałe, to z dobrej imprezy i miłych wrażeń robi się ponury seans BDSM, w którym tylko jeden podmiot dobrze się bawi, a reszta usiłuje ukryć zażenowanie.

Tour de Pologne to dobra impreza, z potencjałem na świetną. Można marudzić, że trasa ciągle jest prawie taka sama, ale nie można zapominać, że to jest tylko siedmiodniowy wyścig, a nie trzytygodniowy tour. No i dysponujemy takimi górami, jakie mamy i taką infrastrukturą, jaką mamy. Fajnie, jakby Tour de Pologne mogło jechać od Bałtyku po Tatry, ale obawiam się, że niewiele jest miejsc, w których ten cały wyścigowy majdan i obsługę, liczoną w setkach osób, można by pomieścić na noclegi. Podobno jakiś czas temu jedna z ekip worldtourowych (bodaj Team Sky, ale nie dam się za to pokroić), rzuciła pomysłem, żeby się przesiąść do kamperów, uwalniając tym samym od hoteli i transferów, ale póki co pomysł zmaterializował się wyłącznie w formie zapisu na serwetce, więc jest jak jest.

Mamy zatem dobry i profesjonalnie zorganizowany wyścig, na który często przyjeżdża bardzo dobra obsada. Tu się kłaniam w pas Czesławowi Langowi i jego ekipie, bo naprawdę niewiele jest w tym kraju ludzi, którzy z taką determinacją od 25 lat inwestują swoją energię w sport, który po długim czasie posuchy ledwie kilka lat temu zaczął na nowo mościć się w świadomości kibiców. Tych ostatnich zresztą też mamy z roku na rok więcej i coraz bardziej zaangażowanych, choć wciąż warto szeptać ciche modlitwy o przyjazd Sagana, bo wtedy nasi południowi sąsiedzi przyjeżdżają tu liczniej i robią jeszcze lepszą robotę. W całym tym sportowym miksie jest tylko jeden element, który tym wszystkim wysiłkom z uporem maniaka obniża rangę, a całą imprezę zwyczajnie ośmiesza: sponsorzy.

To, że o naszym narodowym wyścigu od lat się mówi „tour de balon” nie jest – zakładam – pomysłem Czesława, tylko wynikiem finansowego szantażu i presji, wywieranej na nim przez „specjalistów” od marketingu. Z jednej strony nie ma się czemu dziwić, zdecydowana większość polskiego rynku reklamy działa wedle prostej reguły: „logo większe i na środek”. Ma być dużo i ma być tanio – aż dziw bierze, że ludzie potrzebują kilku lat studiów, żeby zrozumieć tylko to jedno krótkie zdanie. Większość ma na wizytówkach napisane „specjalista ds. komunikacji”, ale z pojęciem „komunikacja” nie kojarzy się im dialog, tylko jednostronne głoszenie: „my, my, my i tylko my”. Jest na naszym rynku kilka wyjątków, którzy odnajdują się w sponsoringu wydarzeń sportowych i potrafią na nim budować swoją wartość (Orlen, PZU, Lotto, 4F, Oshee i może kilka innych), ale cała reszta to marketingowe przedszkole specjalnej troski. Co gorsza: na ogół kompletnie pozbawione zdolności uczenia się od innych, choć nie trzeba przecież wielkiego wysiłku, żeby zobaczyć, jak na kolarstwie buduje swoją markę na przykład Skoda (żeby już nie sięgać po przykłady bardziej odległe, jak Movistar, LCL, Cofidis i wiele, wiele innych).

Kluczem do sukcesu w sponsoringu sportu jest dbałość o to, żeby wspierana impreza była postrzegana możliwie najlepiej. Pomysł, by tegoroczna edycja nawiązywała do rocznicy odzyskania niepodległości i opierała się o markę Niepodległa uważam za bardzo dobry – jest to przynajmniej jakaś opowieść, której tej ta impreza potrzebuje, by się mocniej zakorzenić w świadomości kibiców. Ale „Niepodległa Lotos”? Co to do cholery jest? Gramatycznie koszmarny bełkot, który psuje cały wizerunek i ośmiesza przekaz.

Sponsorzy imprez sportowych często lubią się nazywać „partnerami”. To, z czym mamy do czynienia, to niestety nie jest partnerstwo, tylko mało wyrafinowana forma ekonomicznej przemocy. Gwałt na organizatorze, na języku i na kibicach. Czy na pewno, drogi sponsorze, taki efekt zamierzałeś osiągnąć?