Sparing.

Jeśli nie macie pod ręką zapasu popcornu, dobrze jest się zaopatrzyć. Nie za wiele i z Netflixa chyba też bym jeszcze nie rezygnował, bo na długi serial raczej się nie zanosi. Raczej na epizod. Niemniej ci, których choć trochę interesuje polskie kolarstwo, a zainteresowania te nie ograniczają się wyłącznie do spazmatycznych aktów strzelistych na temat błędów Majki i Kwiatkowskiego w zarządzaniu karierami, powinni nieco baczniej przyjrzeć się temu, co zapowiada się w Pruszkowie. A tamże zaczęło się coś DZIAĆ, bo zarząd naszego umiłowanego związku najwyraźniej postanowił wyzwać na ubitą ziemię ministra sportu.

Ruch dość odważny, choć mam pewne wątpliwości, czy właściwie przemyślany, więc gdybym miał obstawiać wynik tego sparingu, to prawdopodobnie postawiłbym na techniczne KO w pierwszej rundzie (o ile w ogóle do niej dojdzie). Przy czym piszę niniejsze słowa bez cienia satysfakcji, bo to tak naprawdę nie oznacza nic dobrego dla kolarstwa. Ale o tym, dlaczego tak uważam i skąd w ogóle te moje kasandryczne przewidywania, poniżej. Najpierw tło i wyjaśnienie kilku nieporozumień, które funkcjonują w powszechnym obiegu jako prawdy objawione.

Historię tego, skąd właściwie wziął się przedmiot sporu, czyli osławiony dług, opisałem dość obszernie tutaj, więc jeśli ktoś jest zainteresowany szerszą perspektywą – zapraszam. Long story short: dług wobec Mostostalu Puławy, opiewający dzisiaj na grubo ponad 9 milionów złotych, powstał w chwili, gdy ówczesny zarząd podjął decyzję o zleceniu wykonawcy dodatkowych prac przy ciągnącej się w nieskończoność budowie toru, bez uprzedniego uzyskania na ten wydatek wyraźnej zgody ministerstwa, które budowę cierpliwie finansowało. Innymi słowy: zadziałano standardowo: „Wicie-rozumicie, przecież bez tych instalacji nie mogą się odbyć mistrzostwa świata, a na to minister dać pieniądze musi”. Sęk w tym, że nie musiał, a od chwili, w której jakiś wyjątkowo skrupulatny księgowy w Banku Gospodarstwa Krajowego zaraportował, że te prace nie były wcześniej ujęte w kosztorysie, już nie tyle nie musiał, ile nie mógł.

Tu wracamy do wspomnianych wyżej nieporozumień. Niemal w każdej dyskusji na ten temat wraca jak bumerang przekonanie, że minister sportu jest jedyną osobą, która ma narzędzia do rozwiązania tego problemu. Tłumacząc z polskiego na nasze: może po prostu wyjąć kasę z tylnej kieszeni w spodniach, spłacić dług i zapomnieć o sprawie, a odtąd wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie, zdobywając wszystkie medale na wszystkich olimpiadach.

Tu zła wiadomość: otóż z kilku powodów nie może.

Po pierwsze dlatego, że Ministerstwo Sportu i Turystyki również jest wierzycielem związku, który jest winny budżetowi państwa niemały pieniądz z tytułu kar za wydatkowanie środków niezgodnie z przeznaczeniem. A to oznacza, że gdyby minister wpłacił do kasy związku jakieś pieniądze, które chwilę później zabrałby komornik i temu samemu ministrowi oddał, potrąciwszy sobie należną prowizję, to z dużym prawdopodobieństwem pewien znany dyrektor sportowy zyskałby pod celą nobliwe towarzystwo do długich wieczornych pogawędek.

Zupełnie osobnym tematem jest kwestia tego, że minister żadnych pieniędzy na spłatę długów przelać związkowi nie może, nawet gdyby bardzo chciał. Tu bierzemy do ręki pomoc naukową w postaci ustawy o sporcie i szukamy, na co też minister może wydawać (skądinąd nasze) pieniądze. I widzimy: szkolenia, stypendia, nagrody, koszty udziału w zawodach sportowych, zakup sprzętu i mnóstwo innych rzeczy. O spłacie długów związku sportowego nie ma w ustawie ani słowa.

Kolejna, będąca źródłem wielu nieporozumień miejska legenda głosi, że minister może przejąć zarządzanie związkiem, wprowadzić tam komisarza, poukładać wszystko po swojemu, spłacić długi, a potem znowu będziemy żyli długo i szczęśliwie, opływali w medale i należny nam splendor (w końcu jest nas 38 milionów, więc należy nam się bardziej, niż Słoweńcom – też uwielbiam ten „argument”). Tymczasem w tejże samej ustawie czytamy, że minister nad związkami sportowymi sprawuje jedynie nadzór i posiada uprawnienia kontrolne, a w razie braku możliwości zarządzania związkiem przez wybrany przez delegatów zarząd, może złożyć do sądu wniosek o odwołanie tegoż zarządu i wprowadzenie do związku komisarza, którego jedynym zadaniem jest rozpisanie nowych wyborów. Nic mniej, nic więcej. W praktyce oznacza to tylko tyle, że może z tego uprawnienia skorzystać w gruncie rzeczy wyłącznie w przypadku pomoru lub masowych aresztowań, bo wystarczy, że zarząd ogłosi termin nowych wyborów, by sąd się w ogóle wnioskiem ministra nie zainteresował. O zarządzaniu związkiem sportowym, a tym bardziej regulowaniu przez ministra jego zobowiązań mowy więc być nie może.

Tyle rzeczywistość, opisana w kodeksach, pora zatem spojrzeć na tę alternatywną i spróbować rozkminić, w co gra zarząd PZKol, który wespół ze swoim największym wierzycielem (sic!) zwołał na środę konferencję prasową, na której zamierza przedstawić bieżącą sytuację. (Sądząc z czasu, jaki przeznaczono na poszczególne referaty, zbyt wiele do powiedzenia nie ma, ale nie uprzedzajmy wypadków).

Jedną z furtek, możliwych do wykorzystania (jeśli nie jedyną), jest możliwość przejęcia pruszkowskiego toru przez Centralny Ośrodek Sportu. Przywołana wyżej ustawa mówi bowiem o tym, że minister może – za pomocą jednostki budżetowej, jaką jest właśnie COS – inwestować w budowę i utrzymanie obiektów sportowych. Taka wizja jest kusząca, ale żeby mogła się ziścić, COS musiałby się stać właścicielem obiektu. I ta wizja dość mocno rozpala głowy ludzi w PZKol, bo oznaczałaby prawdziwe wyzwolenie z kłopotów: długi można byłoby spłacić, utrzymaniem toru przestać się przejmować, a jednocześnie nadal z niego korzystać, bo tor jest zasadniczo zbudowany tak, że wiele więcej poza jazdą w kółko na rowerze dziać się tam nie może, więc ryzyko, że przejmą go np. łyżwiarze figurowi jest stosunkowo niewielkie.

Z tego, co udało mi się już jakiś czas temu ustalić (choć 100% pewności nie mam), w zarządzie związku ta myśl idzie nieco dalej, bo przecież tor ma jakąś określoną wartość, znacząco przekraczającą wysokość długu wobec Mostostalu. W świecie idealnym możnaby więc tor sprzedać, nadal z niego korzystać, a za pieniądze z nadwyżki żyć długo i szczęśliwie, opływając w medale i czyniąc „dobro polskiego kolarstwa”.

Jest jednak pewien haczyk: COS jest jednostką budżetową, a państwo już raz za budowę tego toru zapłaciło (skądinąd naszymi pieniędzmi). Nie powinna więc nikogo dziwić wstrzemięźliwość w podejmowaniu decyzji o ponownym wyłożeniu kasy na ten zakup, bo trudno się w tym doszukiwać przesadnej gospodarności, a jej brak oznacza wiadomo co: długie wieczorne rozmowy o życiu i reglamentowane spacery. Jedyną racjonalną z punktu widzenia interesów budżetu drogą jest licytacja komornicza, ale to procedura, która dosyć długo trwa (bo nikt się raczej nie spodziewa szczęśliwego zakończenia po pierwszej licytacji), a ponadto robi się z czasem dość ryzykowna, bo może się okazać, że jakiś cwany deweloper będzie miał mniej cierpliwości i więcej pieniędzy, żeby wykupić obiekt i zbudować w jego miejscu urocze osiedle na skraju Pruszkowa.

Po co więc jutrzejsza konferencja? Moim zdaniem (choć zastrzegam, że to wyłącznie moje domysły) powody mogą być dwa:

Pierwszy (racjonalny): chęć wywarcia presji na ministra i COS w celu przyspieszenia działań, związanych z ewentualnym nabyciem toru. Ten pośpiech może się opłacać nie tylko prezesowi Mostostalu, który traci już cierpliwość, nie mogąc się doczekać słusznie należnych mu pieniędzy, ale również zarządowi, którego kadencja kończy się w przyszłym roku. Ocalenie toru, spłata długu, spora gotówka na koncie, a może jeszcze jakiś medal, wywalczony przez kolarzy w Tokio – i można sobie spokojnie meblować gabinet na najbliższe 4 lata.

Drugi (mniej racjonalny, ale nie mniej prawdopodobny): wiara w to, że minister w końcu „zrozumie swój błąd” i wiedziony głęboką troską o „dobro polskiego kolarstwa” zdecyduje się na szybkie rozwiązanie sprawy (tu patrz: powód pierwszy). A ponieważ wiadomo, że urzędujący minister niebawem kończy swoją pracę i oddelegowuje się do WADA, można to wykorzystać jako argument za tym, że się nie interesuje losem kolarzy i zasadniczo ma to wszystko gdzieś. I nawet, jeśli na obecnym ministrze nie zrobi to większego wrażenia, to kolejny rozpocznie swoje urzędowanie pod presją i z potrzebą „naprawiania błędów poprzednika”. Podejrzewam, że właśnie w tę stronę zostanie wyprowadzony „cios” przez PZKol.

Jakkolwiek idiotycznie by powyższe nie brzmiało, mam powody sądzić, że przekonanie o „winie” ministerstwa jest w zarządzie silne jak Moc w młodym Skywalkerze. Pamiętam jedną z rozmów, jaką podczas startu Tour de Pologne przeprowadziłem z jednym z członków obecnego zarządu i wypowiedziane przez niego słowa, które wprowadziły mnie wówczas w osłupienie: „Wszystko już jest tak, jak chciał minister: jest nowy zarząd, złożony wyłącznie z ludzi, których wcześniej nie było. Nastąpił oczekiwany reset, więc teraz czekamy, aż nam minister odda pieniądze„. A tu zonk, bo minister się ociąga.

Mam uzasadnione obawy, że jeszcze trochę związek będzie musiał poczekać, a jutrzejszy sparing skończy się dla niego raczej bolesną lekcją. W przeciwieństwie bowiem do związku, minister ma nieco więcej kart, którymi może zagrać. Przede wszystkim ma do dyspozycji program „Team 100”, którym może objąć znacznie większą liczbę zawodników, a ponieważ środki na szkolenie i tak przekazywane są przez resort za pośrednictwem PKOl, mogą być spożytkowane w inny sposób, niż to sobie wyobraża kolarska centrala. Nawet, gdyby trzeba było torowców na czas przygotowań do IO osiedlić w Mińsku czy Apeldoorn – nic nie stoi na przeszkodzie. Mam obawę, że związek, który próbuje ustawić pod ścianą ministerstwo, lada moment sam się pod nią znajdzie.

Problem w tym, że to wcale nie jest dobra wiadomość dla kolarstwa, zwłaszcza tego, które rozgrywa się nieco dalej od Pruszkowa. PZKol sprawia wrażenie, jakby już dawno skupił się wyłącznie na jednym oczku w głowie, tracąc z pola widzenia wszystkie inne dyscypliny poza torem. Teraz, wywołując wojenkę z ministerstwem, może osiągnąć taki efekt, że wszyscy przypomną sobie zapis artykułu 7. pkt. 1 ustawy o sporcie, który brzmi: „W celu organizowania i prowadzenia współzawodnictwa w danym sporcie może być utworzony polski związek sportowy”.

„MOŻE”. Czyli wcale nie musi.

Foto: Flickr / Ruud van der Lubben