Władca marionetek

Lance Armstrong nas oszukał, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Ale to, że dzisiaj ciągle wodzi nas za nos, to już wyłącznie nasza „zasługa”.

Już dawno pogodziłem się z tym, że wielu rzeczy na tym świecie nie ogarniam. Od czasu do czasu zderzam się jednak z sytuacją, w której skala mojego zdumienia dziwnością tego świata mnie samego zaskakuje. Tak jak chociażby w ostatnim tygodniu, kiedy to niemal z każdego kolarskiego profilu atakowało mnie święte oburzenie na pomysł duetu Armstrong & Hincapie, by za ciężkie pieniądze zorganizować rowerową wycieczkę po Majorce.

Wiedziony ciekawością sprawdziłem u źródła o co tak naprawdę jest ten cały hałas i przestałem rozumieć jeszcze bardziej. W krótkiej skądinąd zapowiedzi, zakończonej wezwaniem do kontaktu w celu poznania szczegółów projektu, nie znalazłem ani słowa o tym, że jest to obóz treningowy, albo że ma cokolwiek wspólnego z wyczynowym uprawianiem kolarstwa. Ot, zwykłe zaproszenie na „podziwianie zapierających dech w piersiach widoków” w towarzystwie twórców podcastu „The Move”. O co zatem cały ten hałas?

Moim zdaniem wyłącznie o to, żeby był. Nazwisko Armstronga wciąż elektryzuje tysiące kibiców, choć od dobrych kilku lat powinno być spowite gęstą zasłoną milczenia. I nawet jeśli przez jakiś czas wydawało się, że „Ten, Którego Imienia Się Nie Wymawia” na dobre przestanie być podmiotem lirycznym rozmów w kolarskim światku, to – niestety – znowu okazał się być sprytniejszy od nas. Tym razem jednak nas nie oszukał, ale umiejętnie wykorzystał wszystkie nasze słabości. A zwłaszcza słabość mediów, które dla kliknięć i oglądalności zrobią dzisiaj niemal wszystko, nie bacząc na to, że jednocześnie robią mu gigantyczną darmową reklamę.

Oburzenie na obecną działalność Armstronga z jednej strony mnie bawi, z drugiej – skrajnie irytuje. Bawi, bo niemal doskonale pokazuje, jak łatwo jest nas wodzić za nos. Wystarczy rzucić w eter prostą zapowiedź, że zamierza pojawić się w roli kibica na którymś z większych wyścigów, a portale i telewizje natychmiast wysyłają w tłum swoich reporterów, by wyśledzili, czy na pewno się pojawił i czy przypadkiem nie zrobił sobie zdjęcia na tle roweru.

Irytuje, bo to wszystko jest podszyte trudnym do zniesienia poziomem moralizatorstwa. No bo jak to tak? Facet, który nas wszystkich przez lata oszukiwał i któremu oficjalnie zakazano startów w jakichkolwiek – nawet amatorskich – zawodach sportowych, dziś pojawia się w glorii chwały na wydarzeniu w dyscyplinie, którą skalał swoim oszustwem? Razi mnie w tym wszystkim nieskrywane poczucie wyższości i tani rewanżyzm, że oto my maluczcy i biedni byliśmy przez lata robieni w konia, więc teraz dla równowagi najchętniej widzielibyśmy Armstronga grabiącego piasek na pustyni w Arizonie. I to najlepiej od świtu do zmierzchu, żeby po skończonej pracy nie miał już nawet siły pomyśleć o rowerze.

Problem tylko w tym, że poza wykreśleniem jego nazwiska z listy zwycięzcy wyścigów, poza karą dożywotniej dyskwalifikacji, zakazem startów w zawodach sportowych oraz poza konsekwencjami natury finansowej, Armstrong jest tak naprawdę wolnym człowiekiem. Nikt nie może mu zakazać podróżowania po świecie, stawania przy trasie wyścigu (sam go spotkałem dwa lata temu w hotelu na skraju pustyni Negev podczas izraelskiego startu Giro d’Italia), organizowania wycieczek rowerowych na Majorce, czy w jakimkolwiek innym miejscu. I czy nam się to podoba, czy nie – nikt mu nie odbierze wiedzy o tym jak się jeździ na rowerze i nikt mu nie może zakazać czerpania z tej wiedzy profitów. Czy to w formie podcastu, czy jakiejkolwiek innej.

Lance Armstrong nas oszukał, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Ale to, że dzisiaj ciągle wodzi nas za nos, to już wyłącznie nasza „zasługa”. To my nieustannie czynimy go sławnym i to my – dla popisywania się naszą własną moralną wyższością i nieskazitelnością – wciąż nagradzamy go atencją, na którą nie zasługuje.

Jeśli naprawdę uważamy, że jedynym co mu się od kolarskiego świata należy jest wieczne zapomnienie, to przestańmy do cholery w końcu o nim gadać. W każdym innym przypadku tańczymy do melodii, którą on nam intonuje.

Foto: Jered Gruber / Flickr.com

Niezasłużona sława głupich ludzi.

Za każdym razem, gdy w sporcie pojawia się temat dopingu, odczuwam lekkie przegrzanie systemu. Nie rozumiem bowiem dwóch rzeczy: tego, jak bardzo trzeba być głupim i naiwnym, by wierzyć, że oszustwo prędzej czy później nie wyjdzie na jaw, oraz tego, ile uwagi poświęcamy później ludziom, w gruncie rzeczy niewartym nawet wzmianki.

Oczywiście wiem jak działają media i wiem, że ten temat się „klika”. I w pewnym sensie to dobrze: o takich akcjach, jak ta, zorganizowana przez austriacką policję w Seefeld, powinno się mówić jak najwięcej, żeby każdy mógł sobie na zawsze wbić do łba, że nie ma przestępstw doskonałych. Że w każdym, nawet najlepiej zorganizowanym procederze oszustwa, zawsze znajdzie się jakiś słaby element. O tym powinniśmy trąbić, tego powinniśmy uczyć dzieci w szkołach (o wychowywaniu do uczciwego życia w domach nie wspominając).

Ale tego, że z oszustów robimy ludzi sławnych, nie jestem już w stanie pojąć. Facet, który uczciwie nie zapracował na swoje nazwisko na sportowej arenie, nie powinien od losu dostawać szansy na sławę z powodu oszustwa. I to my powinniśmy o to zadbać, jeśli chcemy faktycznie nagradzać tych, którzy na nagrodę zasługują i piętnować tych, którzy powinni zostać skazani na wieczne zapomnienie. Tymczasem to my: dziennikarze, blogerzy i kibice, często wytrwale pracujemy na ich niezasłużoną sławę, w nieskończoność piłując temat.

Wyniki dopingowiczów powinny być usuwane z annałów po cichu. Wszelki ślad po nich powinien po prostu zniknąć, żadnych skreślanych nazwisk. Jeśli udowodniono ci doping, to tak, jakby cię tam nie było. Chcesz zaistnieć na nowo – proszę bardzo: zrealizuj swoją karę, wróć i zostaw na szosie krew, pot i łzy. Uczciwie zapracuj i wykorzystaj swoją drugą szansę – wielu przecież to zrobiło. Ale nie licz na sławę tylko z tego powodu, że się przyznałeś do swojej głupoty.

Zapomnienie bywa najwyższym wymiarem kary. I takim powinno pozostać. Ludzie nieuczciwi na sportową sławę nie zasługują. Nie powinniśmy im czynić tej przyjemności.

Foto: Flickr / Ian Parker

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Dwa ważne pytania.

Przyznaję się bez bicia, że nieco zaskoczył mnie efekt publikacji poprzedniego wpisu o kibicowaniu. Zaskoczył nie tylko skalą udostępnień i wygenerowanym zasięgiem, choć oglądanie pięciocyfrowych wyników zrobiło mi dobrze na ego;) Zaskoczył mnie przede wszystkim bardzo pozytywnym odbiorem. Zdecydowana większość komentujących zdawała się podzielać pogląd, że kibicowanie sportowcom nie daje kibicowi z automatu prawa do wieszania na nim psów, gdy coś idzie niezgodnie z założeniami – a o to przecież w pierwszym rzędzie chodziło.

Dwie rzeczy budziły wątpliwości. Pierwsza: czy ja przypadkiem nie odbieram kibicom prawa do krytyki? W żadnym wypadku, już pomijając nawet, że mój wpis odnosił się przede wszystkim do powszechnego – niestety – zjawiska hejtu i obrzucania sportowców (czy w ogóle innych ludzi) stekiem wyzwisk. Krytyka i wymiana poglądów w dyskusji między kibicami są naturalnymi elementami całej aktywności, którą nazywamy kibicowaniem i przez myśl by mi nie przeszło, żeby komukolwiek odbierać prawo do dyskusji, albo w jakikolwiek sposób narzucać jej ton. Ale abstrahując od tego, że jakakolwiek dyskusja zakłada przynajmniej minimalną otwartość na argumenty drugiej strony, to powinna się również opierać na fundamencie z faktów, a nie tylko z wyobrażeń i przekonań dyskutujących. Wtedy niestety każda dyskusja szybko zmienia się w festiwal mających luźny związek z rzeczywistością aktów strzelistych, a ponieważ brak faktów skutkuje zwykle brakiem argumentów – chwilę później w zwykłą pyskówkę i obrzucanie się wyzwiskami.

W przypadku Rafała Majki znakomitym przykładem dyskusji, opartych wyłącznie o wyobrażenia, było powielanie poglądu, że Majka skupił się na treningach w górach, zamiast na jeździe w wyścigach. Nawet jeśli ktoś miał na myśli to, że Majka zamiast udziału w Criterium de Dauphine wybrał mniej prestiżowy Tour of Slovenia, i niezbyt precyzyjnie tę myśl sformułował, wyszedł z tego chętnie powielany fake-news, jakoby Majka w wyścigach nie jeździł. A przecież nie jest żadnym wielkim wyzwaniem u końca drugiej dekady XXI wieku taką informację sprawdzić, chociażby na ProCyclingStats (co – nawiasem mówiąc – bardzo polecam). Z twardych danych wynika, że Majka w tym sezonie przejechał nie mniej, niż Thomas, Bardet, Roglić czy choćby Nibali, zanim tego ostatniego jakiś „ostrożny inaczej” kibic wyeliminował z wyścigu.

Drugim wątkiem, który się często przewijał w dyskusjach, była kwestia sponsoringu i roli kibiców, jako ważnego elementu całego sportowego ekosystemu. Jeden z komentujących bez specjalnego owijania w bawełnę raczył był ten problem ująć następująco:

Zrzut ekranu 2018-07-23 21.28.00

Problem polega na tym, że pan lub pani ‚heliheli’ ma rację (podobnie jak inni wypowiadający się w podobny sposób), ale nie do końca. Oczywiście związek między popularnością danej dyscypliny, jej oglądalnością i zainteresowaniem sponsorów jest bezdyskusyjny, ale niestety nie tak prosty, jak się powszechnie wydaje.

Nieporozumienie bierze się głównie z tego, że większość kibiców – na ogół zupełnie nieświadomie – mówiąc o sponsoringu w sporcie popełnia dwa fundamentalne błędy. Po pierwsze: za punkt odniesienia ma zazwyczaj najbardziej popularne dyscypliny i najpopularniejszych sportowców. Mierząc wszystkich sportowców miarą np. Roberta Lewandowskiego tworzymy sobie mocno skrzywiony obraz, w którym każdy sportowiec jest przysypany górą pieniędzy, spod której trudno mu się wygrzebać, żeby pójść na trening. Wystarczy poczytać komentarze, jakie towarzyszyły niezbyt udanemu (że sobie pozwolę na taki eufemizm;) występowi naszych piłkarzy na Mundialu, żeby szybko wyrobić sobie ich obraz jako tłustych, leniwych kotów, myślących o kolejnych kontraktach reklamowych, zamiast o tym, żeby zostawić na boisku krew, pot i łzy, walcząc do upadłego o każdą piłkę i każdy skrawek murawy.

Problem polega na tym, że rzeczywistość mocno odbiega od tych wyobrażeń i nie w każdej dyscyplinie na reprezentanta czeka gruby plik kontraktów i rząd walizek z pieniędzmi. I to bynajmniej nie dlatego, że reprezentują niski poziom, ale na ogół dlatego, że uprawiana przez nich dyscyplina nie jest transmitowana nawet w najbardziej podłym czasie antenowym, więc jej popularność nie mieści się choćby w granicach błędu statystycznego. Daleko nie szukając: przykładem niech będzie Sebastian Kawa, który kilka dni temu po raz 14. zdobył tytuł mistrza świata w szybownictwie (i co jeden z serwisów podał już po dwóch dniach jako… newsa!). Albo Jarosław Olech, który jest obecnie bodaj najbardziej utytułowanym polskim sportowcem, z 16. tytułami mistrza świata na koncie. Tyle, że niestety nie kopie piłki, ani nie skacze na nartach, a uprawia „zwykły” trójbój siłowy. Czy jest przez to gorszym sportowcem od Stocha czy Lewandowskiego? Nie sądzę. Za to mniej popularnym na pewno, bo relacje z trójbojowych mistrzostw świata można w najlepszym wypadku zobaczyć na YouTube, o ile ktoś zainteresowany wie czego w ogóle szukać.

Gdzie więc są ci „pierdzący w kanapę opaśli Janusze z piwem w ręku”, bez których – jak pisze ‚heliheli’ – sportowcy mogliby rywalizować za torbę fistaszków? Ano niestety nadal siedzą na kanapie, a ich rzekome zaangażowanie w sukces sportowców zaczyna się dopiero wtedy, gdy im sport i sportowców podstawić pod nos w formie gotowego dania.

I to jest właśnie drugi błąd, powszechnie popełniany przez wszystkich, którzy patrzą na wynagrodzenia popularnych sportowców przez pryzmat „tu i teraz”. Wielu z nas się wydaje, że talent sportowca z dnia na dzień się objawia i już najdalej w kolejnym tygodniu u progu staje kolejka potencjalnych sponsorów, w których ofertach – niedostępnych zwykłemu śmiertelnikowi – można przebierać bez ograniczeń. Szkoda tylko, że życie się z tą wizją jakoś nieszczególnie lubi, a udział kibiców i sponsorów na wczesnym etapie uprawiania sportu, albo na poziomie mocno lokalnym, jest niestety iluzoryczny. Na imprezach juniorskich kibiców jest jak na lekarstwo, a sponsorzy trafiają tam zwykle tylko wtedy, gdy zgubią drogę.

Pewien jegomość niezadowolonych sportowców zapraszał do pracy w budowlance. Może dla kogoś, kto woli jeździć na rowerze lub biegać na nartach nie jest to szczytem marzeń, ale ma pewną zaletę, której na co dzień, oceniając sportowców, zwyczajnie nie bierzemy pod uwagę: w „normalnej” i równie ciężkiej pracy pierwszą pensję dostaniemy na koniec pierwszego miesiąca naszej pracy. Ile lat musi czekać piłkarz, kolarz, czy skoczek narciarski, zanim zobaczy swój pierwszy kontrakt i pierwsze pieniądze? Kto go utrzymywał, gdy trenował, by osiągnąć mistrzowski poziom? I jak długo ma szansę się z tych kontraktów utrzymać, zważywszy, że szczyt formy minie (i zainteresowanie sponsorów wraz z nim), gdy będzie miał mniej więcej 35 lat (pod warunkiem, że będzie miał dużo szczęścia i mało kontuzji)?

O tych niuansach bardzo często zapominamy, ulegając pokusie krytykowania „niezasłużenie wysokich” wynagrodzeń z tytułu kontraktów sponsorskich lub reklamowych. Ale patrzymy wyłącznie na „tu i teraz”, podobnie jak potencjalny sponsor, który również „tu i teraz” usiłuje zmonetyzować swoją inwestycję w zawodnika lub dyscyplinę.

Warto sobie w takiej sytuacji zadać z pozycji kibica dwa ważne pytania:

Gdzie byli kibice i sponsorzy zanim zawodnik osiągnął poziom, dzięki któremu go oglądamy, wspieramy, formułujemy oczekiwania i krytykujemy, gdy ich nie spełnia?

I gdzie będą, gdy jego kariera przeminie, a na jego miejscu pojawią się kolejne nazwiska?

 

Foto: ASO / Alex Broadway

A może…

A może to jest dobry moment, żeby sobie pewne sprawy jeszcze raz w spokoju przemyśleć?

Przejrzałem sobie kilka tekstów, które popełniłem w kontekście sprawy Froome’a i z pewną gorzką satysfakcją stwierdziłem, że właściwie od pierwszego dnia, gdy ten temat ujrzał światło dzienne byłem orędownikiem chłodnego dystansu i zdrowego rozsądku w podejściu do tego przypadku. O tym, że jako postronni obserwatorzy powinniśmy się wstrzymać z ferowaniem wyroków pisałem już 14 grudnia. O tym, jak polaryzują się poglądy, dotyczące tej sprawy i do jak kuriozalnych sytuacji dochodzi w gronie organizatorów wyścigów, nawiązywałem niespełna dwa miesiące później oraz na okoliczność „studniówki” całego zamieszania. Reakcje ludzi po wygranym przez Froome’a Giro tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że większym problemem od samego dopingu jest tutaj sam kolarz oraz jego zespół. Kiedy więc dziś gdzieś czytam, że 2 lipca okazał się być dniem, w którym ktoś znienawidził kolarstwo, to tylko głęboko wzdycham i myślę sobie, że spoko… ja też kiedyś byłem młody i pełen rewolucyjnego zapału. Z czasem życie nauczyło mnie, że pewne rzeczy muszą się po prostu wydarzyć, żebyśmy sobie je mogli przemyśleć i zacząć to wszystko kleić od nowa.

To, że właściwie od początku się nie myliłem, wcale nie musi z automatu oznaczać, że miałem rację. Być może Froome faktycznie oszukał system, ale pozostał bezkarny, bo wiedział, jak to zrobić. Co prawda nie umiem sobie wciąż logicznie odpowiedzieć na pytanie: „po co właściwie miałby to robić?”, ale dziś to już właściwie nie ma znaczenia. Decyzje (w końcu) zostały podjęte. Na własny użytek czytam je na kilka sposobów.

Z jednej strony czuję jakiś rodzaj satysfakcji i ulgi ze zwycięstwa zasady domniemania niewinności. Mam w sobie głębokie przekonanie, że skoro traktujemy ją – wraz z prawem do obrony i uczciwego procesu – jako jedne z ważniejszych zdobyczy cywilizacyjnych, to nie ma właściwie żadnego powodu, żeby z nich rezygnować w świecie sportu. Tym bardziej, że akurat w tej dziedzinie, poza ewentualnym rozczarowaniem i poczuciem bycia oszukanym, nikt z nas na ogół nie ponosi żadnej innej szkody. Zawsze mnie zadziwiał inkwizycyjny zapał, z jakim podajemy w wątpliwość wyniki sportowców i ferujemy wyroki, nierzadko wyłącznie w oparciu o domniemania i spiskowe teorie.

We wczorajszej dyskusji na TT Marek Bobakowski rzucił argumentem, że cały system powinien być prosty i klarowny, jak podatek liniowy – bez wyjątków od wyjątków i możliwości kombinowania. Chodziło wprawdzie o kwestie, związane ze stosowaniem TUE, ale to podatkowe porównanie przypomniało mi o tym, że przecież jeszcze nie tak dawno cieszyliśmy się z wprowadzenia zasady, uznając ją za „oczywistą oczywistość”, iż wszelkie wątpliwości powinno się rozstrzygać na korzyść podatnika. Dlaczego zatem w sporcie miałoby być inaczej? Mało mamy emocji, że potrzebujemy jeszcze stosów do palenia sportowych czarownic?

A’propos systemu. Druga strona tego medalu jest taka, że UCI i WADA wczorajszą decyzją wybiły zęby systemowej walce z dopingiem w kolarstwie. Niewątpliwie był to system dziurawy, pozostawiający zbyt wiele pola do swobodnej interpretacji. We wczorajszym komentarzu do tej sprawy pisałem o tym, że zawrotną karierę zrobiło tu słowo „prawdopodobnie”. Okazało się być kluczowe, a przecież jeśli chcemy skutecznie walczyć z patologiami, to nie możemy się opierać na prawdopodobieństwie, tylko na pewności.

Jakby tej niespójności w przepisach było komuś za mało, to dziurawy system dobiła dodatkowo polityka. Już od jakiegoś czasu narastały przypuszczenia, że sprawa Froome’a zostanie wykorzystana w przepychance między UCI i ASO. Christian Prudhomme miał wystarczająco dużo czasu na podjęcie decyzji o nie dopuszczeniu Froome’a do startu w Wielkiej Pętli, odkąd użył tej groźby jeszcze bodaj w kwietniu. Ostatecznie zrobił to na kilka dni przed startem imprezy, w praktyce pozbawiając ekipę Sky możliwości skutecznej obrony. (Nawiasem mówiąc: dość blado w tym kontekście wypada argument, że decyzja była motywowana troską o wizerunek wyścigu i dyscypliny). UCI, która jest organizacją słabą i w jakimś sensie uzależnioną od sukcesów ASO, postanowiło udowodnić, że ostatnie słowo i prawo do rozstrzygnięć należy właśnie do niej. Ogłoszenie decyzji zaledwie dzień po zapowiedzi ASO, że Froome’owi odmawia się prawa startu w Tourze, prawdopodobnie miało ośmieszyć Prudhomme. Przy okazji ośmieszyło całą dyscyplinę, a Froome stał się bezwolnym narzędziem w politycznej walce kogutów.

No i właśnie: Chris Froome. Próbowałem sobie swego czasu zrobić drobny „eksperyment myślowy” i podstawić w sytuacji Froome’a jakiegoś innego kolarza, na przykład Michała Kwiatkowskiego. Sympatyczny, uśmiechnięty walczak, były mistrz świata i zwycięzca kilku prestiżowych wyścigów, mający za plecami ten sam Team Sky i tych samych znienawidzonych prawników. Próbowałem sobie wyobrazić ten sam hejt, wylewany na Kwiatka. Biegnących obok niego kibiców, przebranych za inhalator, gwizdy i plucie. Czy reagowalibyśmy na to z takim samym wzruszeniem ramion? Czy po ogłoszeniu oczyszczającej go decyzji wieszczylibyśmy ostateczny upadek kolarstwa? Bardzo w to wątpię. Bo to przecież byłby Kwiato, a nie Froome: brzydko jeżdżący, wiecznie zgarbiony, wożący nieustanny grymas na twarzy tyczkowaty kolarz, który miał czelność postawić się w ekipie wielkiemu i raczej lubianemu Wiggo. Dzień, w którym rozpoczęła się prawdziwa kariera Christophera Froome’a, był jednocześnie dniem jej końca, bo bez względu na to, czego by nie zrobił, kibice zawsze będą kwestionowali jego umiejętności, styl jazdy, a bywa, że i samo prawo do uprawiania tej dyscypliny. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że dla kibiców kolarstwa największym problemem jest obecność w nim Froome’a.

Kolarstwo po sprawie Froome’a się nie skończy. Już w sobotę zasiądziemy przed ekranami i będziemy się emocjonować kolejną Wielką Pętlą. Ja będę trzymał kciuki za Adama Yatesa, ale nie będę szczególnie rozczarowany, gdyby zwyciężył po raz kolejny Froome, bo odrzucając jego nieszczególnie piękny styl jazdy, jest to facet, który najwyraźniej ma dzisiaj jako jedyny papiery na seryjne wygrywanie wielkich tourów. Nie pamiętam zbyt dobrze epoki Bernarda Hinault, którego dziś czcimy jako wielokrotnego zwycięzcę, a przecież też nie grzeszył krystaliczną uczciwością w temacie dopingu. Tym bardziej nie pamiętam epoki Eddy’ego Merckx’sa. Cieszę się zatem, że mam możliwość obserwować i komentować kolarstwo w wykonaniu Christophera Froome’a, choć jego fanem nigdy nie byłem i raczej nie będę. Mimo to szanuję jego jazdę tak samo, jak jazdę każdego z tych 176 kolarzy, którzy staną na starcie w Vendee.

Co będzie, gdy się okaże, że nie wygrał uczciwie? Możliwe, że będzie środa. Lub piątek – to w sumie bez najmniejszego znaczenia. Będzie kolejny, zwykły dzień. Wstanę, zjem śniadanie, spędzę kilka godzin na internetowej dyskusji. Może pogadam z kimś przez telefon i się wyżalę, że źle ulokowałem swoje uczucia. Przyznam się, że się myliłem. Potem pewnie znowu coś zjem i zajmę się swoimi codziennymi sprawami. Może będzie jakiś wyścig, a ja będę znów miał szczęście go komentować?

Jedyne, co naprawdę stracę w sytuacji, gdy któryś z kolarzy znów nas oszuka, to czas. Martwił się będę dopiero wtedy, gdy stracę resztki zdrowego rozsądku.

 

(fota: Froome na Giro d’Italia, Big Start Jerusalem)

Carpe diem!

Czytam sobie komentarze po wczorajszym zwycięstwie Christophera Froome’a i z każdym zdaniem czuję coraz większą niechęć do ludzi. Nie ogarniam skali  bezrozumnego hejtu, jaki wylewa się na tego faceta. Czy naprawdę bycie kibicem i pasjonatem jakiegoś sportu daje nam prawo ferowania wyroków w każdej sprawie, która się z nim wiąże? Po to poświęcamy te godziny na oglądanie transmisji, żeby się później nadymać i udowadniać wszystkim wokół, jacy to jesteśmy mądrzy, bo „przywaliliśmy” człowiekowi, który nawet niespecjalnie może z nami podjąć dyskusję?

Nie, nie stałem się nagle fanem Froome’a. I nie uważam, by jego wczorajszy wyczyn miał moc przykrycia wszystkich wątpliwości, jakie się wiążą z jego startem w Giro. Niezmiennie twierdzę, że bez wyjaśnienia sprawy salbutamolu z Vuelty nie powinien był stawać na starcie tego i innych wyścigów. Ale stanął. Ktoś podjął taką decyzję, ktoś inny ją zaakceptował. W peletonie rozległ się w paru miejscach pomruk niezadowolenia, ale nikt przeciw tej decyzji otwarcie nie zaprotestował.

W naszym inkwizycyjnym zapale często zapominamy o kilku rzeczach. Po pierwsze o tym, że sport to na ogół struktura dość mocno zhierarchizowana, gdzie zawodnik jest tylko jednym z trybów całej maszyny. Może inaczej będzie w przypadku golfa lub szachów, ale wszystkie sporty drużynowe to na ogół spore struktury, w których każdy ma jakieś zadanie do wykonania i inny interes do ugrania. Zawodnicy – wbrew pozorom – nie są tu najważniejsi, bo ich przydatność na rzecz interesów zespołu jest dość mocno ograniczona w czasie. Jeśli kogoś dziwi, że Team Sky dokonuje dziwacznej (i – trzeba to jasno powiedzieć – nie zawsze uczciwej) ekwilibrystyki, w celu wykorzystania talentu Froome’a, to warto przypomnieć, że ma on „już” 33 lata. Jak długo jeszcze będzie się ścigał? Dwa lata? Trzy? Może pięć? A może jeszcze tylko rok, bo Dave Brailsford zadecyduje, że bardziej mu się opłaca inwestować w talent młodego (i tańszego) Bernala? Froome robi dokładnie to, co zrobiłby każdy z nas: łapie okazję, być może jedną z ostatnich. Chwyta dzień. Wczoraj pod Colle delle Finestre zrobił to samo: chwycił swój dzień. Najpiękniej od lat.

Po drugie: zapominamy o tym, że sport dla kibica jest tylko rozrywką. Emocjonującą i angażującą, ale nadal tylko rozrywką. Ważną tak naprawdę tu i teraz i w zdecydowanej większości przypadków nie mającą większego wpływu na nasze życie. Lubię czasem porównywać sport do kina, do którego chodzimy i płacimy za to, by przez jakiś czas dać się oszukać, zabrać w jakiś zupełnie fikcyjny świat, wyrwać nas na moment z nudnej codzienności, czasem rozśmieszyć, czasem przerazić, a czasem (niestety coraz rzadziej) czegoś o życiu nauczyć. W byciu sportowym kibicem nie chodzi o wiele więcej, dlaczego zatem traktujemy to tak śmiertelnie poważnie?

Zastanawiam się czasem, czy nie chodzi przypadkiem o to, że naszych bohaterów chcielibyśmy widzieć takimi, jakimi sami nie jesteśmy. Zabawne jest to, że oczekujemy od sportowców krystalicznej uczciwości, podczas gdy sami dla możliwości oglądania sportu niejednokrotnie naginamy reguły. Ilu jest pracodawców, którzy płacą za to, że w godzinach pracy ukradkiem (albo i całkiem otwarcie) zerkamy na transmisję w playerze? Dopóki nikt nas za to nie zwalnia z roboty, korzystamy z tej możliwości i łapiemy okazję. Chwytamy dzień. Bo ta rozrywka – na której przebieg nie mamy przecież najmniejszego wpływu – ma dla nas znaczenie zazwyczaj tylko tu i teraz. Przeżywamy to najsilniej, gdy oglądamy przekaz na żywo.

Nie, nie lubię poczucia bycia oszukiwanym. Chciałbym wierzyć, że życie wokół mnie toczy się zawsze według jasno ustalonych reguł, ale żyję już dostatecznie długo, by wiedzieć, że tak się po prostu nie dzieje. Nie lubię się na to godzić, ale czuję, że nie mam wielkiego wyboru. Staram się zatem żyć tak, żeby wyciągnąć z tego dla siebie najwięcej – i chyba specjalnie nie różnię się w tym od przeciętnego kibica. Może poza tym, że nie czuję tak silnej potrzeby oceniania innych.

Wybraliśmy sobie trudną do kibicowania dyscyplinę, genetycznie skażoną genem nieuczciwości, i to od samego początku jej istnienia. Ale kiedy czytam w Cyclingtips esej człowieka, który pisze, że boli go życie, gdy ogląda zwycięstwo Froome’a, to jestem bezradny, bo nawet nie mogę mu powiedzieć: „człowieku, zmień dyscyplinę”, bo oszustwo i doping są obecne nawet w szachach i brydżu. Dlaczego akurat od kolarzy mielibyśmy oczekiwać więcej? Przeżyliśmy Armstronga, przeżyjemy Froome’a i Brailsforda. Pozłościmy się chwilę, a potem nam przejdzie. Znajdziemy nowych idoli, ktoś inny nas zachwyci, ktoś inny rozczaruje – jak to w codziennym życiu, które tak naprawdę toczy się z dala od kolarstwa. Chleb z powodu zwycięstwa Froome’a raczej nie podrożeje. I nie potanieje, gdy się okaże, że wygrał nieuczciwie.

Na myśl o wczorajszej jeździe Christophera Froome’a przychodzą mi do głowy tylko te krótkie słowa: chwytaj dzień. To była naprawdę przepiękna jazda, ale jutro to przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Pojutrze zaczniemy oglądać kolejny wyścig. Za miesiąc zaczniemy inną dyskusję. Te wszystkie opublikowane artykuły, wpisy na blogach i zapiski w zeszytach nie będą już miały najmniejszej wartości. Może czasem się do nich uśmiechniemy, może sobie kiedyś powiemy, że byliśmy naiwni i głupi. Ale wtedy będziemy już robić zupełnie coś innego. Po co się mamy tym dzisiaj zadręczać?

 

Foto: Fabio Ferrari – Lapresse / Giro d’Italia

Film.

Obejrzałem sobie film. Nie jest to co prawda jakaś szczególnie nietypowa wiadomość, nawet wziąwszy pod uwagę, że nie jestem zapalonym kinomanem, ale możliwość zobaczenia tego filmu była dość silnie reglamentowana, w trybie przedpremierowym, tajne przez poufne, łamane na nie wiem – więc się zainteresowałem. I obejrzałem sobie ten film w towarzystwie mojej Lepszej Połowy, co zaskakuje nieco bardziej, bo nie był to porywający efektami i dynamiczną akcją thriller science-fiction (a te najczęściej oglądamy razem), ale fabularyzowany dokument o kolarstwie.

Moja recenzja (to prośba o nią leżała u podstaw tej nietypowej sytuacji) cierpliwie czeka na publikację, więc chwilowo nie będę się wdawał w szczegóły. Powiem tylko tyle, że film zrobił na nas duże wrażenie. Mnie to wiadomo: łatwo zachwycić wszystkim, co ma dwa koła i wygiętą kierownicę. Ale moja Lepsza Połowa, której stosunek do kolarstwa określiłbym najtrafniej jako życzliwą tolerancję dla moich nieszkodliwych dziwactw, stwierdziła po emisji, że ten film jest po prostu stworzony z miłości do sportu i ten szacunek oraz specyficzny rodzaj wrażliwości są w nim bardzo wyraźnie wyczuwalne. A to już jest komplement najcięższego kalibru.

Zatem powiem tylko tyle: jak będziecie mieć okazję zobaczyć „Time Trial”, to się nie wahajcie. A ja, gdy tylko moje przemyślenia ukażą się szerszej publice, niezwłocznie się nimi podzielę.

Tymczasem polecam trailer „Time Trial”. Zdradzę mały sekret: to ten przypadek, w którym trailer nie oddaje nawet 1% klimatu całości.

Ciszej nad tą trumną…

Poniższy wpis, inspirowany porażającą lekturą internetowych komentarzy pod tekstami o śmierci młodego belgijskiego kolarza, opublikowany jest również w całości w serwisie Sport.pl   Dziękuję redakcji za wyłączenie komentarzy i usunięcie żenującej dyskusji pod tekstem z informacją o śmierci kolarza. 

 

Śmierć sportowca, tak samo zresztą jak każdego innego człowieka, wiąże się z wielkim smutkiem rodziny, przyjaciół, ekipy i części kibiców. Ale chyba jeszcze bardziej przygnębiająca okazuje się lektura internetowych komentarzy, zamieszczanych pod informacją o tym smutnym zdarzeniu. Skąd się bierze w kibicach ta nieopanowana pokusa do wydawania wyroków bez najmniejszego pojęcia o sprawie?

23-letni kolarz Michael Goolaerts upadł na 100. kilometrze wyścigu Paryż-Roubaix, a ekipy medyczne stwierdziły u niego zatrzymanie akcji serca. Już na drodze podjęto natychmiastową reanimację, po czym sportowca przetransportowano do szpitala w Lille. Walka o jego życie trwała do godziny 22:40. Pół godziny przed północą zespół Veranda’s Willems – Crelan opublikował informację o śmierci swojego zawodnika.

Tyle wiemy. Nie ma na razie informacji o tym, co było przyczyną zatrzymania akcji serca. Nie wiadomo, czy to zasłabnięcie spowodowało upadek, czy wywrotka i na przykład mocne uderzenie w kierownicę wywołało uraz? W tym momencie wciąż tego nie wiemy. Skąd więc wśród kibiców tak głębokie przekonanie, że to wynik dopingu? I skąd potrzeba dzielenia się tą „wiedzą” z innymi?

Śmierć spotyka ludzi w każdym wieku, w każdych okolicznościach i nie ma żadnego racjonalnego powodu, dla którego miałaby omijać młodych sportowców. Jedyna rzecz, która wyróżnia takie przypadki to fakt, że łatwiej się o nich dowiadujemy, bo zazwyczaj lądują na czołówkach serwisów informacyjnych. Ale wnioskowanie na tej podstawie na temat przyczyn jest zwyczajnym nadużyciem. Niczym więcej.

We wrześniu 2013 roku w Amsterdamie odbył się kongres Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Padła na nim między innymi teza, wygłoszona przez dra Sanjaya Sharmę z George’s University of London, który z jednego z dużych projektów badawczych wywnioskował, że intensywny wysiłek fizyczny, na który poświęcamy więcej, niż 1500 godzin w trakcie życia, wiąże się z trzykrotnie większym ryzykiem migotania przedsionków. Zdaniem dra Sharmy masowe uprawianie sportu może spowodować, że napadowe migotanie przedsionków stanie się przyszłości formą choroby cywilizacyjnej i jednym z najpoważniejszych problemów kardiologii.

Na pierwszy rzut oka tezy dra Sharmy wydają się logiczne, zwłaszcza gdy zestawia się je z informacją o „coraz częstszych” przypadkach śmierci wśród młodych sportowców. Tyle tylko, że owa częstotliwość to najczęściej efekt łatwiejszego dostępu do błyskawicznie rozprzestrzeniających się informacji, ale niekoniecznie ma związek z rzeczywistością, co udowodnił to na tym samym kongresie dr Xavier Jouven z paryskiego Centrum Badań Przyczyn Nagłej Śmierci. Przedmiotem jego badań była grupa 786 francuskich kolarzy, którzy wzięli udział w Tour de France pomiędzy 1947 a 2012 rokiem. Śmiertelność wśród wyczynowych sportowców była aż o 41% niższa, niż w całej populacji Francuzów w podobnym do badanej grupy wieku. Co więcej: przypadki śmierci wśród kolarzy, spowodowane problemami z układem krążenia również występowały rzadziej, niż wśród „zwykłych” Francuzów. Cyklistów częściej zabijały nowotwory, niż problemy z sercem. I choć prawda zapewne leży gdzieś pośrodku, trudno w świetle tych badań jednoznacznie wyrokować, że „wyczynowy sport zabija”.

Inna sprawa to kwestia domniemanego dopingu. To prawda, że kolarstwo przez długie lata pracowało na opinię sportu silnie wspomaganego niedozwolonymi środkami, ale wszystko wskazuje na to, że ten ciemny okres historii ma już za sobą. Z raportu WADA (Światowej Organizacji Antydopingowej) za 2016 rok wynika, że potwierdzonych przypadków dopingu w kolarstwie szosowym było niespełna 1,1% (wśród ponad 23 tysięcy przebadanych próbek). Można więc śmiało powiedzieć, że kolarstwo już dawno przestało się wyróżniać pod tym względem na tle innych sportów, a dziś najpoważniejszym problemem, z jakim zmaga się UCI zdaje się być doping mechaniczny. Dopingowa metka wciąż mocno trzyma się kolarstwa (więcej na ten temat można przeczytać tutaj), ale przyklejanie jej młodemu zawodnikowi, który dopiero zaczynał karierę i na którego nigdy nie padł nawet cień podejrzeń, nie znajduje usprawiedliwienia.

Jest dobrym zwyczajem o zmarłych mówić dobrze, lub wcale. Jeszcze do wczoraj nazwisko Michaela Goolaertsa było znane tylko najbardziej wytrwałym tropicielom kolarskich statystyk. Dziś dziesiątki domorosłych znawców tematu wypowiada się o nim tak, jakby każdego ranka mijali go w kolejce po transfuzję krwi, lub zastrzyk z EPO. Tak chyba nie robią kibice.

Jeśli więc nie potraficie powiedzieć o nim nic dobrego – zamilknijcie. Pozwólcie mu spoczywać w pokoju.

______________________

Wypadek (lub nie-wypadek) Michaela Goolaertsa miał miejsce podczas 116. edycji brukowego monumentu Paryż-Roubaix. Wyścig zapowiadał się ekscytująco, a zakończył się kapitalnym zwycięstwem Petera Sagana. Wielka szkoda, że ten piękny dzień zasłoniła ciemna chmura smutku, ale cóż… takie też jest życie.

Ale może to tylko ja jestem już starym cynikiem, który nie widzi w tym nic szczególnie nadzwyczajnego. Co nie znaczy, że nie czuję żalu…

 

PS. Informacje dot. ustaleń kongresu kardiologów zaczerpnąłem z artykułu Margit Kossobudzkiej „Komu skacze ciśnienie”  (artykuł w GW za paywallem)

Foto: Kristof Ramon / Instagram