Tour de France 2020. Znamy zwycięzcę!

Thibaut Pinot wygrał 107. edycję Wielkiej Pętli! A nie, czekaj… Przecież dopiero ogłoszono jej trasę! Najwyraźniej nie przeszkadza to jednak dziesiątkom komentatorów porozdzielać tytuły blisko 9 miesięcy przed finałem imprezy. Lubię to! Tym bardziej, że już dawno chciałem sprawdzić, jak w rzeczywistości działa taki clickbajtowy tytuł, a nie miałem na niego dobrego pomysłu. Manna z nieba! 😉

No dobra. Ponabijałem się trochę z kolegów, ale mam nadzieję, że mi wybaczą te drobne złośliwości, choć tak po prawdzie to zupełnie nie rozumiem czemu takie wróżenie z fusów ma dziś służyć. Jasne, pokusa trafnego wytypowania zwycięzcy Tour de France od zawsze była i jest pociągająca, ale już teza, że trasa została ułożona pod konkretnego kolarza, bo Francuzi wciąż czekają na zwycięstwo w swoim najważniejszym wyścigu, wydaje mi się mocno naciągana, jeśli nie wręcz szkodliwa dla dyscypliny. Tym bardziej, że całkiem spora grupa ludzi, która dzisiaj wieszczy długo wyczekiwaną francuską wiktorię, zupełnie niedawno twierdziła z nie mniejszym przekonaniem, że trasa Tour de France układana jest pod Team Sky i Christophera Froome’a. Czy to oznacza, że Francuzi zmienili zdanie, bo Chrisowi od dwóch lat nie poszło? Nie sądzę.

Christian Prudhomme przez kilka ostatnich lat musiał się mierzyć z potężną krytyką swojego wyścigu, ale bynajmniej nie z tego powodu, że nie wygrywali Francuzi, ale przede wszystkim dlatego, że Tour de France bywał do niedawna śmiertelnie nudny i bardzo przewidywalny. Team Sky (dziś Ineos) znalazł w tej nudzie sposób na wygrywanie, ale stało się tak głównie dlatego, że bardzo chciał go znaleźć, o co w sumie nietrudno, jeśli się ten jeden wyścig w roku traktuje jako cel nadrzędny i wszystko mu podporządkowuje. Gdyby wcześniej zaczęły to robić również inne drużyny (albo gdyby robiły to nieco umiejętniej – tu piję np. do Movistaru), hegemonia Brytyjczyków już dawno zostałaby przełamana. Tyle, że wyścig nie zrobiłby się od tego wiele ciekawszy.

Tegoroczna edycja Tour de France była swoistym eksperymentem, a podczas jej prezentacji w październiku 2018 roku nastroje były – delikatnie mówiąc – mieszane. Dominowała rzecz jasna radość, że w końcu wyścig będzie bardziej urozmaicony, co pozwoli wreszcie przerwać panowanie Team Sky, ale nie brakowało również głosów, że zaplanowanie na trasie tak wielu trudnych etapów wcale nie oznacza tego, że będzie ciekawiej, bo niewykluczone, że faworyci pojadą bardziej zachowawczo. Wtedy również prognozowano zwycięzcę, którego zadziwiająco wielu widziało w Nairo Quintanie, a z newsfeedów w social mediach przez długie tygodnie nie schodziła dyskusja, czy tym razem znowu wygra Froome, czy może jednak koszulkę obroni Geraint Thomas.

Jak jednak mawiał Woody Allen: „jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach”. Froome nawiązał bliską znajomość ze ścianą pewnego budynku i start TDF obejrzał w telewizorze, G. okazał się na tyle zdeterminowany, że zdarzyło mu się (bez efektu) gonić Egana Bernala, a Quintana… no cóż. Jedyne, co się w tej układance na koniec zgadzało, to zwycięstwo jakiegoś Kolumbijczyka, który – nawiasem mówiąc – miał przed tym sezonem zupełnie inne plany. Ale najważniejsze, że wyścig od samego początku do końca był niezwykle interesujący, choć to nie tylko zasługa samej trasy, ale również mocno nastawionych na walkę kolarzy, na czele z Julianem Alaphilippe, który uczynił ten wyścig szalenie pasjonującym.

Nic więc dziwnego, że organizatorzy postanowili pójść za ciosem i na 2020 rok zaproponowali trasę, przy której nawet tegoroczna Vuelta dostaje rumieńców. Nie sądzę, by motywowała ich chęć zrobienia przyjemności Pinotowi, choć ten nie ukrywa, że profil trasy bardzo mu się podoba. Ale ciekawa i trudna trasa nie daje mimo wszystko żadnej gwarancji, że francuski kolarz nie znajdzie sposobu na kolejną spektakularną porażkę, co piszę nieco złośliwie, ale spluwając przez lewe ramię, bo akurat jazdę Pinota cenię sobie wysoko i we wszelkich przewidywaniach widzę go zawsze w roli faworyta. Los chce, że zwykle niestety dość pechowego.

Za typowanie faworytów przyszłorocznej Wielkiej Pętli zabiorę się nie wcześniej, niż na kilka dni przed startem wyścigu, bo dopiero wtedy będą znane przynajmniej przybliżone składy i dopiero wtedy będziemy mieli jako takie pojęcie o formie poszczególnych zawodników. Gdybym jednak miał dziś powiedzieć cokolwiek o tym, gdzie wypatrywać potencjalnego zwycięzcy Tour de France 2020, to odpowiedziałbym, że po prostu w najsilniejszej drużynie. Bo można się cieszyć widokiem tej trasy razem z Pinotem, albo można się na jej widok srodze zmartwić, co stało się przedmiotem żartów z Toma Dumoulina, ale nie zmienia to faktu, że zanim przyszłoroczny wyścig stanie u podnóża La Planche des Belles Filles, gdzie rozegrana zostanie 36-kilometrowa jazda na czas pod górę, trzeba tam będzie dojechać. A do tego trzeba będzie mieć piekielnie silny zespół, który będzie w stanie kontrolować wyścig od pierwszego do ostatniego etapu.

Nie spodziewam się wożenia liderów „w futerale”, spodziewam się za to wielu niestandardowych rozstrzygnięć i fantastycznej potyczki co najmniej kilku ekip. Już w tym roku chłopaki z Jumbo-Visma pokazali, że mają całkiem sprawnie działający patent na Wielkie Toury, wprowadzając swoich kolarzy na podium wszystkich, a jeden w cuglach wygrywając. A przecież to nie jedyny zespół, który będzie chętny do nawiązania walki z Team Ineos. Bo na przykład dlaczegoż nie miałaby tego zrobić nieźle na przyszły sezon uzbrojona ekipa Trek-Segafredo? I dlaczego – że tak prowokacyjnie zapytam – na dobry występ nie miałby mieć szans na przykład Giulio Ciccone?

Nie mam pojęcia kto wygra przyszłoroczną edycję Tour de France. I – prawdę powiedziawszy – nie chcę tego wiedzieć przed 19 lipca 2020 roku. Ten sport i ta zabawa polegają dla mnie między innymi na tym, żeby dać się codziennie zaskakiwać. Dopiero wtedy wydaje mi się to naprawdę ciekawe.

Foto: ASO / Thomas Colpaert

Siła fantazji, klęska kalkulacji.

Rozmawiałem kilka dni temu z Piotrem Wadeckim i nagle rozmowa zeszła nam na Remco Evenepoela. Czekam jeszcze na autoryzację, więc nie mogę odesłać do pełnego tekstu, ale padło tam takie zdanie, że tym, co wyróżnia młodego Belga spośród wszystkich innych kolarzy, jest brak maniery kalkulowania i oszczędzania sił na ostatni atak. Jeśli czuje, że ma siłę – daje z siebie wszystko.

I tak sobie patrzę teraz na zwycięzców ostatnich wyścigów i etapów: Bernal w Tour de France (22 lata), wspomniany wyżej Evenepoel (19 lat) w San Sebastian i we wczorajszej czasówce na ME, Jonas Vingegaard (22 lata) na etapie TDP w Kościelisku, za plecami którego przyjechali Pawel Sivakow (również 22 lata) i Ian Hindley (23). Dzisiejszy zwycięzca etapu, Matej Mohorič to też raczej młodziak (24 lata), który popisał się kapitalną ucieczką i niesamowitą siłą woli do końca.

OK – ktoś powie, że nikt go nie gonił, bo nie liczył się w generalce. Ale mimo wszystko z tyłu toczyła się jakaś walka, a on jechał, nie oddając ani sekundy z uzyskanej przewagi. Przecież nie potrzebował na mecie aż blisko minuty, mógł odpuścić i nie wycinać się tak mocno.

Patrzę sobie na to wszystko i budzi się we mnie jakaś nadzieja, że może ci młodzi kolarze wniosą do peletonu nie tylko świeżą krew, ale przede wszystkim nieco fantazji, ambicji i szaleństwa. Może nie zawsze się to będzie opłacało, no ale z drugiej strony: czy opłaca się to liczenie na ostatni, decydujący atak, który wcale nie musi nastąpić?

Śmiesznie brzmiały tłumaczenia Kruijswijka, niezadowolonego z neutralizacji 19. etapu Tour de France, bo przecież on miał w planach decydujący atak właśnie na tym ostatnim podjeździe, którego nie było. Dziwnie było patrzeć na Vincenzo Nibalego, który podczas Giro zlekceważył Richarda Carapaza (26 lat, więc też jeszcze nie weteran), bo przecież niemożliwe, żeby się taki wyścig rozstrzygał już na 14 etapie. A jednak! Pawel Sivakow też nie czekał na ostatni podjazd, tylko zaatakował na 6. etapie Tour de Pologne i to dzięki temu wygrał wyścig. Co ryzykował? Tylko ewentualną walkę z Vingegaardem i Hindleyem. Wobec reszty musiał już tylko pilnować, by mu nie odjechali.

Przed startem Tour de Pologne spędziłem długą chwilę na rozmowie z Krzysztofem Wyrzykowskim. Pewnie wszyscy znają zdanie Krzysztofa na temat słuchawek w World Tourze. W pewnym sensie się z tym zgadzam, ale gdzieś z tyłu głowy zawsze miałem kwestie bezpieczeństwa. Wydawało mi się, że gdyby peleton zrezygnował ze słuchawek, to musiałby jednocześnie nieco zwolnić. Nawet sprawdziłem przy jakiejś okazji, o ile wzrosła średnia prędkość na Tour de France od początku lat ’90, kiedy w peletonie zaczęły się pojawiać radia: ponad 3 kmh! Niewiele? Przy 90-godzinnym wyścigu to jest prawie 300 kilometrów, czyli dwa etapy różnicy! (Co oczywiście nie jest zasługą wyłącznie radia, ale to bez wątpienia jeden z wielu elementów tej zmiany).

Kiedy dzisiaj patrzę na tych młodych kolarzy, atakujących wtedy, gdy czują, że „mają pod nogą” i dzięki temu wygrywają wyścigi, albo gdy widzę, jak niektórzy w decydujących momentach wyrywają sobie słuchawki z ucha, zastanawiam się, czy to aby przypadkiem nie jest dobra metoda na ożywienie wyścigów? Na to, by skończyć z tymi kalkulacjami i zdalnym sterowaniem z wozu technicznego. Masz pod nogą? Jedź! Potrzebujesz pomocy? Dogadaj się! Chcesz zaryzykować? Ryzykuj!

Kolarstwo jest sportem, w którym strategia jest niezmiernie ważna. Ale strategia, pozbawiona odrobiny fantazji i ryzyka, strasznie ten sport wyjaławia. I trochę dziwię się Rafałowi Majce, że po doświadczeniach sprzed dwóch lat, gdy przegrał wyścig już w Szczyrku (choć nieco „pomógł” mu w tym Peter Sagan), próbował wygrać tegoroczny Tour de Pologne jednym atakiem, przeprowadzonym 40 kilometrów przed metą ostatniego etapu.

Rozumiem, że mógł nie mieć siły na więcej. Szanuję to, bo wiem, jak ciężka to jest robota. Ale jako kibic czuję się trochę zawiedziony. Nie brakiem zwycięstwa. Brakiem fantazji i determinacji, które prawdopodobnie wynikały z kolejnych kalkulacji: oszczędzania sił na Vueltę.

Oby się opłaciło, choć śmiem podejrzewać, że Vueltę również wygra kolarz, który w decydującym momencie wyrwie sobie słuchawkę z ucha i zda się na instynkt. Kimkolwiek będzie – jemu będę kibicował.

Foto: Szymon Gruchalski / Tour de Pologne

Umarł Tour, niech żyje Tour!

Tour de France 2019 przeszedł wczoraj do historii, więc przez najbliższe kilka dni będziemy zapewne obrastać w rozmaite podsumowania. Ja sam mam za sobą już bardzo miłą – choć krótką – wizytę w Polskim Radiu 24, w zacnym towarzystwie Czesława Langa oraz tradycyjne podsumowanie dla Sport.pl. I na pewno nie jest to ostatnie słowo, bo jeszcze dziś biegnę do Eurosportu, prowadzić program „Best of TDF”, w czwartek zapewne spotkamy się w Weszło.FM na tradycyjnym dziennikarskim „sabacie”, a kto wie, co jeszcze wydarzy się po drodze…

Ta klęska urodzaju nie pojawiła się bez przyczyny, bo powiedzenie, że tegoroczny Tour de France był najciekawszym z Wielkich Tourów ostatnich lat, powoli staje się już truizmem. Bez wątpienia wielka w tym zasługa znakomicie zaprojektowanej trasy, która nawet na moment nie pozwalała się nudzić i niemal każdego dnia otwierała wyścig na nowe scenariusze. Swoje trzy grosze dorzuciła też pogoda, przez pierwszą połowę oferujące niemal perfekcyjne warunki do ścigania, ale na koniec serwująca jak nie upał, to nawałnice, konieczność neutralizowania etapu i skracania kolejnego. Ale nie zmienia to faktu, że ten wyścig pięknym i ciekawym zrobili przede wszystkim kolarze.

W niektórych komentarzach pojawia się stwierdzenie, że Team INEOS pojechał gorzej, niż się spodziewano. Nie do końca się z tym zgadzam, moim zdaniem zespół Brailsforda pojechał tak, jak zwykle (pomijając znacznie gorszą dyspozycję Michała Kwiatkowskiego i Gianniego Moscona, zwłaszcza w drugiej połowie wyścigu). Ale wydaje mi się, że na obraz wyścigu wpłynęło przede wszystkim to, że inne ekipy przygotowały się do tego Touru znacznie lepiej, wyciągając wnioski z wcześniejszych edycji.

W tym kontekście szczególnie mocno wybija się Team Jumbo-Visma, który – poza INEOS – jest chyba największym wygranym tegorocznego Touru. Cztery wygrane etapy i trzecie miejsce Kruijswijka robią wrażenie, a kto wie, jak by się to skończyło, gdyby Wout Van Aert nie rozbił się na czasówce (martwi to, że jego kontuzja okazuje się znacznie poważniejsza, niż się na początku wydawało) i gdyby 19. etap dojechał do mety zgodnie z planem? Ale nawet bez tego gdybania można sobie powiedzieć jasno, że holenderski zespół ma z każdym wyścigiem coraz mocniejsze papiery do walki w Wielkich Tourach o najwyższe cele.

Mitchelton-Scott, chociaż postawił na złego konia (Adam Yates był na tym wyścigu kompletnie bez formy), również pokazał, że słaba postawa lidera to nie powód do składania broni i zgranął cztery etapowe skalpy. W pewnym sensie zupełnie inaczej, niż Astana, która startowała w bardzo silnym składzie, ale po fatalnym upadku Fuglsanga już na pierwszym etapie, zupełnie się rozsypała i nie pozbierała do samego końca. I tak dalej, i tak dalej…

Bardzo jestem ciekaw jakie wnioski z tegorocznej Wielkiej Pętli wyciągnie Patrick Lefevere? Czy nadal będzie się dogmatycznie trzymał linii, że liczą się tylko klasyki i zwycięstwa etapowe? Przedłużenie kontraktu z Julianem Alaphilippe okazało się doskonałą inwestycją, ale czy fakt, że przez moment wielu ludzi skłonnych było wierzyć, że może on nawet wygrać Tour de France, nie poruszył tej struny również w głowie Lefevere? Zobaczymy pewnie za jakiś czas…

Do budowy dramaturgii tego Touru dorzucili się również kolarze CCC Team, z nieustępliwym Gregiem Van Avermaetem na czele. Wprawdzie sukces jest wciąż przed nimi, ale na jazdę GVA, Michaela Schära, Simona Geschke, Joya Roskopfa, Serge’a Pauwelsa i Łukasza Wiśniowskiego patrzyło się często z dużą przyjemnością. Szkoda, że tak wcześnie stracili Patricka Bevina i że do wycofania się po koszmarnej kraksie został zmuszony kapitalnie jeżdżący Alessandro De Marchi. Jeśli krążące po rynku plotki transferowe się potwierdzą, można się spodziewać, że na kolejnym TDF polska ekipa będzie miała szansę zagrać znacznie mocniejszymi kartami.

Ale jest jeszcze jeden element, który w tym roku zwrócił moją szczególną uwagę: kibice. Może to wynik tego, że w wyścigu nie jechał nieszczególnie lubiany Chris Froome, a może również tego, że tak fantastycznie jechali Francuzi, z Julianem Alaphilippem na czele, może po części fantastycznej pogody, ale odniosłem wrażenie, że atmosfera wzdłuż trasy od początku do końca przypominała niekończące się święto. Szczególnie ujęło mnie to, że nawet po wycofaniu się Thibauta Pinot, wciąż mnóstwo ludzi na drodze do Paryża machało transparentami z jego nazwiskiem.

Nikt nie przekonał się lepiej o tym, jak cenne jest to wsparcie kibiców na dobre i na złe, niż Egan Bernal. Ponad trzy dekady trwał marsz Kolumbijczyków po zwycięstwo w Tour de France. Wielu było blisko, ale dopiero Bernalowi się udało, niemniej przez te wszystkie lata i wszystkie wyścigi kibice z Kolumbii zawsze byli obecni na trasie, zawsze tworzyli fantastyczny klimat i ani na moment nie zwątpili w to, że pewnego dnia doczekają się swojego hymnu na Polach Elizejskich.

Chciałbym poczuć chociaż część tej wiary i część tego entuzjazmu nad Wisłą. Wierzę, że kiedyś też się doczekam.

Foto: A.S.O. / Pauline Ballet

A gdybym był Brailsfordem…

Bardzo lubię po etapach Tour de France przeglądać sobie Twittera i czytać pojawiające się tam opinie na temat tego, co się wydarzyło. Jednym z dominujących w tej przestrzeni tematem jest wewnętrzna rywalizacja w Team INEOS między Eganem Bernalem a Geraintem Thomasem. Moim zdaniem rzekoma, ale do tego za moment dojdziemy.

Takie etapy, jak dzisiejszy, tylko tę dyskusję nakręcają, a ponieważ każdy może w tej przestrzeni snuć własne wizje, to pozwolę sobie na swoją. A rzeczona wizja (która już jutro może się okazać funta kłaków warta) nosi tytuł: „nie sądzę…”.

Zacznijmy od didaskaliów: od początku maja Team INEOS ma nowego sponsora, a Sir Dave Brailsford, przedstawiając go światu deklarował wszem i wobec, że poza napisem na koszulkach w filozofii zespołu nic się nie zmieni, a najważniejszym celem w sezonie jest wygrana w Tour de France. Nie mieliśmy powodu nie wierzyć mu wtedy i nie mamy zbyt wiele powodów, żeby powątpiewać w to teraz. Wprawdzie po drodze sytuacja trochę się pokomplikowała, bo kontuzje wyeliminowały z walki kolarzy, którzy mieli grać pierwsze skrzypce podczas Giro (Bernal) i Touru (Froome), ale nie bez powodu w ekipie jest prawie 30 chłopa. Jest zatem w czym wybierać.

O ile kontuzja Bernala przydarzyła się niemal w ostatniej chwili i na Giro wystawiono skład, który śmiało można nazwać eksperymentalnym (choć byli i tacy, którzy interpretowali go wprost jako demonstrację stosunku do włoskiego wyścigu i wzmocnienie deklaracji, że Wielka Pętla jest celem numer 1), o tyle w przypadku Tour de France wypadek Froome’a w pewnym sensie rozwiązał Brailsfordowi problem klęski urodzaju, jeśli idzie o liderów na TDF. Od dawna było wiadomo, że będzie nim Geraint Thomas. I choć do końca nie było wiadomo, w jakiej „G” jest dyspozycji, bo jeździł niewiele, a po drodze zdarzyło mu się wywracać (co w jego przypadku nie jest niczym szczególnie zaskakującym), to jestem więcej niż pewien, że planująca każde posunięcie z aptekarską dokładnością ekipa INEOS nie certyfikowała by go na lidera, gdyby nie miała pewności, że sobie poradzi.

W odwodzie cały czas był Egan Bernal, ale od samego początku było jasne, że powierzenie mu roli lidera po raz pierwszy w karierze na najważniejszym wyścigu w kalendarzu, to zagranie bardziej pod publiczność, która lubuje się w tego typu wewnętrznych „porachunkach”. I jak widać od początku Touru: sporo ryb złapało tę przynętę i wije się na haczykach.

Niemal od samego początku tego wyścigu, aż do czasówki w Pau (etap 13.) tych dwóch kolarzy dzieliło kilka sekund. Najpierw prowadził Bernal, a na La Planche des Belles Filles wyprzedził go Thomas. Różnica była w gruncie rzeczy dokładnie taka sama: 5 sekund w jedną, 4 sekundy w drugą. Plan (bo w moim przekonaniu jest to element planu) posypał się dopiero na czasówce, która Bernalowi poszła umiarkowanie i stracił do Thomasa około półtorej minuty. Odkąd wyścig wjechał w góry, Bernal te stracone minuty odrabia, ale nie rzuca się w jakieś szalone ataki, tylko skubie sobie po kawałku: trochę pod Tourmalet, trochę pod d’Albis i trochę pod Galibier.

Z pozoru wygląda to jak wewnętrzna rywalizacja, ale moim zdaniem jest to element zmyślnego planu i nie byłbym szczególnie zdziwiony, gdyby się okazało, że „słabość” Thomasa była również precyzyjnie wykalkulowana. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że w INEOS coś się posypało, jak to się zdarza w Movistarze. W INEOS – jak pamiętamy – zmienił się tylko napis na koszulkach. I gdybym był Dave’m Brailsfordem albo Nicolasem Portalem, robiłbym właśnie wszystko, żeby tuż przed decydującymi momentami tego wyścigu mieć dokładnie taką sytuację, jaką ma teraz: dwóch kolarzy, których dzieli ledwie kilka sekund.

Dlaczego? Bo gdybym był Kruijswijkiem, Pinotem, albo Alaphilippem, miałbym teraz nielichą zagadkę do rozwiązania: „Mam w czołówce dwóch kolarzy z jednej ekipy, których dzieli kilka sekund w GC. Każdy z nich może w dowolnym momencie stanąć w korbach i odjechać. Na atak którego z nich powinienem odpowiedzieć?”

____________________________

Foto: A.S.O. / Alex Broadway

Lekcja taktyki. Lekcja pokory.

Gdybyśmy tylko jako kibice potrafili się na chwilę uwolnić od dogmatycznego kibicowania Polakom, odebralibyśmy 7. etap wyścigu Paryż – Nicea jako kapitalną lekcję kolarskiej taktyki, którą zafundowała nam ekipa Team Sky. Ale nie potrafimy, co na swój sposób jest urocze, ale o kolarstwie uczy nas niewiele. Kwiato stracił żółtą koszulkę lidera, co dla wielu z nas jest symbolem porażki i niezrozumiałej strategii zespołu, który ma Polaka głęboko gdzieś i nie wiedzieć dlaczego stawia na kolumbijskiego młokosa, Egana Bernala. Tymczasem w rzeczywistości Sky zrobiło dziś coś zupełnie innego.

Zaczęło się od tego, że na 40. kilometrze poszła z peletonu duża, 38-osobowa ucieczka. W większości zupełnie niegroźna, ale w jej składzie był również Philippe Gilbert, tracący przed 7. etapem 2:01 do lidera, Michała Kwiatkowskiego. Odjazd przez większość etapu miał około 5 minut przewagi, a pogoń za nim cieszyła się umiarkowanym zainteresowaniem większości drużyn, bo tak naprawdę widmo znaczących strat wisiało wyłącznie nad Team Sky, okupującym dwa pierwsze miejsca w generalce.

U podnóża Col de Turini, ostatniego, 20-kilometrowego podjazdu, sytuacja nie uległa większym zmianom, a Gilbert był wirtualnym liderem, z blisko 4-minutową przewagą nad Kwiatkowskim. Tymczasem Team Sky jechał wprawdzie na czele peletonu, ale bynajmniej nie dyktował przesadnie forsownego tempa. Najpierw peleton prowadził Sebastian Henao, później Teo Geoghegan Hart, a rzeź zaczęła się niespełna 5 kilometrów przed szczytem, gdy na czoło wyszedł Ivan Ramiro Sosa. Ugotował niemal wszystkich, z Michałem Kwiatkowskim włącznie, a jego tempo wytrzymali tylko Egan Bernal i Nairo Quintana.

Dlaczego taka taktyka? Przecież od samego dołu dobrze wiedzieli, jaką przewagę ma Gilbert i że słabnie, choć trzyma się ciągle jednej z grup. Wystarczyłoby kilka obrotów korbą na minutę więcej, żeby wszyscy dojechali do Gilberta przed metą, zachowując przedetapowe status quo.

No właśnie: wszyscy. Słowo – klucz do zrozumienia taktyki Sky. Bo „wszyscy” oznaczałoby, że i Leon Luis Sanchez (trzeci w generalce, tylko 22 sekundy za Kwiatkiem), i czwarty Wilco Kelderman (minuta straty), i piąty Bob Jungels, również z minutą w plecy. Ale oni wszyscy ciągle byliby groźni na ostatnim etapie, krążącym po pagórkach wokół Nicei, z charakterystyką znaną z wyścigów klasycznych. I to ich należało z rywalizacji wyeliminować, co Sosa z Bernalem zrealizowali koncertowo, doprowadzając wszystkich możliwie wysoko, a później narzucając tempo, które wytrzymał wyłącznie Quintana – w jutrzejszej rozgrywce praktycznie niegroźny. A przynajmniej nie na tyle, by zakładać, że będzie w stanie wypracować sobie na trudnej technicznie trasie 46 sekund przewagi nad Bernalem.

Jaką cenę zapłaciło za to Sky? Z punktu widzenia interesów drużyny: żadną. Nadal mają liderów klasyfikacji: generalnej, młodzieżowej, punktowej i drużynowej. I jeśli na ostatnim etapie wszystko pójdzie po ich myśli, na podium wpuszczą prawdopodobnie tylko Thomasa De Gendta, który jest najbliżej wygrania koszuli w grochy.

Jasne: szkoda, że Bernal, a nie Kwiato. Nasz patriotyzm wystawiany jest przez Team Sky na kolejną próbę. Ale wystarczy spojrzeć na to, co po etapie publikuje sam Michał, żeby zrozumieć, że siła jego i jego zespołu opiera się na tym, że są monolitem i swoje zadania realizują, mając na uwadze w pierwszej kolejności interes zespołu. Bo to on ich na koniec dnia wynagradza za wyniki.

Foto: Alex Broadway / ASO

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!