Status quo

Po ostatnim wpisie sporo się o sobie dowiedziałem i dotarło do mnie trochę „życzliwych” komentarzy. Ponieważ jednak od ponad ćwierćwiecza istnienia internetu w Polsce nie słyszałem jeszcze o przypadku zmiany zdania pod wpływem hejtu, postanowiłem nie psuć tych statystyk.

Za to cierpliwie i ze spokojem wyjaśniam, dlaczego uparte posługiwanie się naciąganą interpretacją o uprawianiu sportu jako „niezbędnej życiowej potrzebie” uważam za egoizm.

Otóż nie, to nie jest przejaw paniki i lęku o to, że złapię kaszel. Z dużym prawdopodobieństwem ewentualne zakażenie przeszedłbym raczej bezboleśnie, bo jak dotąd jedyną poważną dolegliwością, jaką zdiagnozowano w moim życiu, były wrzody na żołądku. Ich objawy zresztą ustąpiły dokładnie tego samego dnia, w którym do książeczki wojskowej wbito mi pieczątkę „przeniesiono do rezerwy”. A to było już dość dawno temu.

Nie jest to również obawa przed mandatem, choć akurat znam kilka lepszych i przyjemniejszych sposobów na przepuszczanie kasy.

Powód jest zupełnie inny, a żeby go dokładnie zobrazować, pozwolę sobie posłużyć się kilkoma cytatami:

„Nie możemy oczekiwać, że przebieg pandemii będzie u nas taki jak w Chinach, nie podejmując równie drastycznych środków, jakie podjęły Chiny. To jest myślenie magiczne”.

„Z naszych szacunków wynika, że Chińczycy ograniczyli liczbę kontaktów 30-krotnie. (…) Siedzieli w domach przez dwa miesiące, nie chodzili do pracy, jedna osoba z rodziny mogła wyjść raz na dwa-trzy dni, i to tylko po to, żeby zrobić zakupy. Wszyscy w maskach.”

Tyle profesor Tomasz Lipniacki, który jest autorem matematycznego modelu rozprzestrzeniania się koronawirusa. Polecam zresztą całą rozmowę człowiekiem, któremu trudno zarzucić demagogię i manipulację, bo wnioskuje z liczb. Do przeczytania tutaj, naprawdę warto. Zwłaszcza, że z jego obliczeń wynika między innymi to, że utrzymując obecny model ograniczania tempa rozwoju epidemii, kwarantanna może potrwać nawet… osiem miesięcy.

A teraz zamknijmy oczy, zapomnijmy na chwilę o pięknej pogodzie i przypomnijmy sobie o tych wszystkich ludziach, którzy od kilku lub kilkunastu dni wołają o pomoc, bo ich zamknięte zakłady fryzjerskie, kawiarnie, restauracje lub sklepy z ciuchami w większości nie przetrwają kolejnych dwóch tygodni. Ile takich postów udostępniliśmy w ostatnim czasie na Facebooku?

Nie do końca potrafię sobie wyobrazić, że patrzę w oczy takiemu człowiekowi, mówiąc: „No wiesz, stary… ja rozumiem, że jest ci ciężko, bo rząd zamknął twój interes. Wrzuć na fejsa jakiś apel o pomoc, to go udostępnię. Ale ja idę na rower, bo mogę”.

Może są na to jakieś bardziej precyzyjne określenia, ale ja to po prostu nazywam zwykłym egoizmem. Ci, którym się ten pogląd nie podoba, określają go mianem „krucjaty przeciw rowerzystom”, gry pod publiczkę, histerii, paniki etc.

Zostańmy zatem przy tym staus quo, choć wydaje mi się to jakimś gigantycznym nieporozumieniem. U mnie też jest właśnie piękna pogoda. I też bym sobie chętnie poszedł przewietrzyć głowę.

Nie robię tego nie dlatego, że się boję. Nie robię tego, bo nie chcę spędzić w domu kolejnych kilku miesięcy. A bez żelaznej dyscypliny w tym zakresie wydaje mi się to zwyczajnie nieuniknione. I nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo chciałbym się teraz mylić.

Tymczasem patrzę sobie na statystyki zakażeń, z których na razie nie wynika, żebyśmy tę walkę wygrywali…

______________

Fotę otwierającą ukradłem z Instagrama marki Bianchi. Tu w całości:

Rzucanie patyka

Drogi kolarzu-amatorze. Nie mam ci za złe, że szukasz sposobu, żeby już wyjść z domu. Nie mam pretensji, że chcesz iść na trening. Nie mam żalu, że chcesz o siebie zadbać. Chociaż szkoda, że chcesz zadbać wyłącznie o siebie. Szkoda, że jesteś takim egoistą.

Obiecałem sobie kiedyś, że będę unikał tutaj tematów politycznych, ale w obecnej sytuacji nie sposób od tego daleko uciec. Nie będę się jednak koncentrował na politykach, bo jak się dobrze zastanowić, to trudno mieć do nich pretensje, że robią to, co przynosi efekty, albo przynajmniej sprawia takie wrażenie.

Oczywiście wolałbym, żeby moim krajem zamiast magików od Power Pointa rządzili jacyś ludzie z jajami. Na przykład jak pani premier Nowej Zelandii Jacinda Arden, która się nie obcyndalała w tańcu i zamykanie granic rozpoczęła już na początku lutego. A to niejedyny dowód na stalowe cojones nowozelandzkiej szefowej rządu. Znana jest ona między innymi z tego, że nie owija w bawełnę i o trudnych sprawach mówi wprost. I tak na przykład swoim rodakom zaserwowała proste i zrozumiałe zalecenie: „zachowujcie się tak, jakbyście wszyscy byli zakażeni”.

Można? Można. W Nowej Zelandii – kraju skądinąd żyjącym z turystyki – do dzisiaj odnotowano zaledwie 205 przypadków choroby. Nikt tam z powodu wirusa dotąd (odpukać) nie umarł.

U nas natomiast najpierw odbyła się konferencja prasowa, na której premier i minister zdrowia wymienili się uprzejmościami i wydukali wobec siebie zdawkową listę pobożnych życzeń. Potem na stronach rządowych ukazała się interpretacja przepisów, które ktoś gdzieś dopiero przygotowywał, po czym się owa interpretacja dobrych kilka razy zmieniła. A na koniec dnia opublikowano rozporządzenie, którego ten kilkunastogodzinny cyrk dotyczył.

W normalnym kraju po takich polityków już dawno pojechałaby delegacja z taczkami, nie bacząc specjalnie na ograniczenia w ruchu. Ale nie u nas. Dlaczego? Bo w sumie wszyscy dostali to, czego chcieli. Rząd nam znowu rzucił patyk, a my jak szczenięta znów za nim pobiegliśmy, bo w głębi duszy tak naprawdę uwielbiamy tę zabawę.

Rządzący zrobili zatroskane miny i nagrali kilka minut materiału dla Wiadomości TVP, normalni ludzie dostali poczucie, że coś poważnego się robi, a kolarze-amatorzy i biegacze mieli zajęcie na długie godziny, bo przecież teraz trzeba rozkminić, czy według tychże obostrzeń można, czy jednak nie można pójść na trening? Jakby nie było w tej chwili ważniejszej sprawy na świecie.

W tym miejscu zapewne się wielu zaperzy i w słusznym gniewie zakrzyknie: „przecież jak nie chcesz, to nie musisz jeździć!”.

Pełna zgoda. Nie chcę i nie jeżdżę. A ciebie zachęcam do tego, żebyś przeczytał to zdanie również w drugą stronę i w końcu zrozumiał, że jak nie musisz, to nie powinieneś również chcieć. Bo to nie są normalne okoliczności, w których możemy robić wszystko, na co mamy ochotę.

Przytoczę w tym miejscu ponownie cytat z Antypodów, bo tam – jak się wydaje – najszybciej zrozumiano istotę problemu. „Wciąż szeroki jest margines naszej niewiedzy, jeśli chodzi o sposób, w jaki wirus jest przekazywany, co sprawia, że musimy zachować szczególną ostrożność”.

To zdanie również padło niemal dwa miesiące temu. Od tej pory wiemy o koronawirusie znacznie więcej, ale wciąż wolimy biegać za rzuconym patykiem i trzymać się tego, co nam się wydaje, że jeszcze wolno robić.

Kilka dni temu jedna z grup kolarskich opublikowała na Facebooku zaproszenie na wspólną jazdę, która miała się odbyć 29 marca. Gdy część ludzi słusznie zwróciła uwagę na idiotyzm tej propozycji, admin grupy zaczął się bronić, że przecież to tylko informacja, a poza tym do 29 marca jest jeszcze dużo czasu, więc sytuacja się może wyjaśnić. No i faktycznie, wyjaśniła się…

Wymieniłem wówczas sporo zdań z facetem, który próbował mnie przekonać, że skoro rząd przewidział ograniczenia do 25 marca, to już dzień później wirus powinien odjechać ostatnim pociągiem, jak armia rosyjska z Bornego Sulinowa. W końcu dałem sobie spokój i uznałem, że nie ma sensu dyskusja z człowiekiem, który całą wiedzę o świecie czerpie najpewniej z Garmina.

Otóż nie, drogi kolarzu – amatorze, z którym być może czasem mijam się na szosie. Nie mam ci za złe, że szukasz możliwości wyjścia z domu. Mnie też już nosi. I nie mam pretensji, że szukasz nadziei w niechlujnych interpretacjach równie niechlujnych przepisów (choć poniekąd podziwiam twoją ufność, bo o wartości takich interpretacji wiele ciepłych słów mogliby powiedzieć przedsiębiorcy, walczący ze skarbówką). Nie mam do ciebie pretensji o to, że chcesz w tych trudnych czasach zadbać o swoją formę. Szanuję to.

Mam do ciebie pretensje o to, że jesteś w tym wszystkim takim cholernym egoistą. I że tak naprawdę niewiele wiedząc o zagrożeniu, starasz się je ignorować, uważając, że problem ciebie nie dotyczy. Że twoja przyjemność przesłania ci ryzyko, jakie niesie z sobą nawet przypadkowe spotkanie z przypadkowym człowiekiem.

Dziwi i wkurza mnie to tym bardziej, że przecież jesteś kolarzem i jeździsz po polskich drogach. Rozejrzyj się czasem na boki. Zobaczysz tam wiele krzyży. To w większości pamiątki po ludziach, którzy też uważali, że ryzyko ich nie dotyczy.

Foto: Flickr / Dianne Vallier