Underdog – czyli jak dobrze zrobić przeciętny (niestety) film.

Raczej nie powinienem pozować na krytyka filmowego, bo znam się na tej robocie jak przeciętny Polak (czyli jestem fachowcem, bo od czasu do czasu czytuję Tomasza Raczka). Zresztą… nie ma co ukrywać, że na MMA znam się podobnie. Ale skoro trafiła mi się okazja pojawienia się na premierze „Underdog”, to postanowiłem podzielić się kilkoma wrażeniami, nie tak oczywistymi, jeśli wziąć pod uwagę, że na ogół marudzę prawie na wszystko.

Mając na względzie, że jest to w bardzo wielu obszarach absolutny debiut producentów, to jest to całkiem dobrze zrobiony film. Przede wszystkim: znakomicie zagrany. Tu niskie ukłony i dla Eryka Lubosa, który jest zdecydowanie najlepszym, co spotkało tę produkcję, i dla Janusza Chabiora, który nagle pojawia się zupełnie nie wiadomo skąd i natychmiast odmienia klimat obrazu, i dla Aleksandry Popławskiej, która… jest. I to wystarczy, by na ekranie zrobiło się cieplej. Mamed Chalidow też jest i w gruncie rzeczy najbardziej jest sobą, co można uznać za udany eksperyment. Gdyby próbował grać, to… ujmę to tak: Tomaszowi Kotowi jeszcze nie zagraża 😉

Zdjęcia również są świetne, a cały film jest bardzo dynamicznie zmontowany oraz – co w naszych warunkach dość nietypowe – całkiem dobrze udźwiękowiony. Nie mam pojęcia z czego to wynika, ale ilekroć jestem w kinie na polskim filmie, mam ochotę krzyknąć, żeby ktoś włączył napisy, bo zupełnie nie rozumiem, co ci ludzie na ekranie do siebie mówią. Tutaj pod tym względem jest całkiem dobrze.

Lepiej niż dobrze jest za to pod względem muzyki i tutaj duże brawa za odwagę, bo ścieżka dźwiękowa wcale nie jest oczywista. Czyli niekoniecznie tak, że małe polskie miasteczko, to od razu hip-hop, bit i niewyraźne rymy o przegranym życiu i szansie, która odjechała ostatnim pekaesem. Nic z tych rzeczy. Można tu usłyszeć nawet Ludovico Einaudi, czyli faceta, który skomponował kilka fragmentów muzyki do genialnych „Nietykalnych” z Omarem Sy. I co najlepsze: całość się świetnie broni.

Ale to by było na tyle, bo film ma też jedną, ale za to dość poważną wadę: potwornie słaby scenariusz. Ja wiem, że oczywiście najbardziej lubimy te melodie, które już znamy, ale niektóre sceny były niemal żyletką wycięte z „Rocky’ego”, podlane obficie Jackiem Danielsem i polską wódką, a następnie wklejone w mazurski krajobraz. Gdyby do ratusza w Ełku wiodły długie schody jak w Filadelfii, to jestem pewien, że filmowy „Kosa” wbiegłby po nich i na szczycie uniósł w górę dłonie.

Takich kalek z innych produkcji jest niestety więcej, ale trudno je nawet wszystkie przywołać, żeby niechcący nie opowiedzieć całej fabuły. W efekcie całość jest przewidywalna jak rozkład jazdy PKP: wiesz, że pociąg będzie opóźniony, tylko nie wiesz jak bardzo. Na element zaskoczenia raczej bym tu nie liczył.

Czy zatem warto? Można. Jak ktoś chce w dość łagodny sposób zetknąć się ze światem MMA, to jest to okoliczność atrakcyjniejsza, niż oglądanie bez odpowiedniego przygotowania walk w Polsacie. Głównie ze względu na Aleksandrę Popławską, która… jest. No i grę Lubosa, która jest bardzo.

No chyba, że walki w telewizji relacjonuje inny zestaw komentatorów, niż ci panowie, którzy robili to w filmie. W takim wypadku lepszy będzie Polsat, bo o tak drewniany komentarz (to zresztą również jedna ze scenariuszowych kalek) trudno nawet na zawodach w smażeniu jajecznicy.

Film od piątku w kinach. Przed premierą pojawiła się pewna aluzja do frekwencji na „Klerze”. Tak ją tutaj tylko zostawię, żeby nie zapomnieć, że padła 😉

Foto: YouTube

Film.

Obejrzałem sobie film. Nie jest to co prawda jakaś szczególnie nietypowa wiadomość, nawet wziąwszy pod uwagę, że nie jestem zapalonym kinomanem, ale możliwość zobaczenia tego filmu była dość silnie reglamentowana, w trybie przedpremierowym, tajne przez poufne, łamane na nie wiem – więc się zainteresowałem. I obejrzałem sobie ten film w towarzystwie mojej Lepszej Połowy, co zaskakuje nieco bardziej, bo nie był to porywający efektami i dynamiczną akcją thriller science-fiction (a te najczęściej oglądamy razem), ale fabularyzowany dokument o kolarstwie.

Moja recenzja (to prośba o nią leżała u podstaw tej nietypowej sytuacji) cierpliwie czeka na publikację, więc chwilowo nie będę się wdawał w szczegóły. Powiem tylko tyle, że film zrobił na nas duże wrażenie. Mnie to wiadomo: łatwo zachwycić wszystkim, co ma dwa koła i wygiętą kierownicę. Ale moja Lepsza Połowa, której stosunek do kolarstwa określiłbym najtrafniej jako życzliwą tolerancję dla moich nieszkodliwych dziwactw, stwierdziła po emisji, że ten film jest po prostu stworzony z miłości do sportu i ten szacunek oraz specyficzny rodzaj wrażliwości są w nim bardzo wyraźnie wyczuwalne. A to już jest komplement najcięższego kalibru.

Zatem powiem tylko tyle: jak będziecie mieć okazję zobaczyć „Time Trial”, to się nie wahajcie. A ja, gdy tylko moje przemyślenia ukażą się szerszej publice, niezwłocznie się nimi podzielę.

Tymczasem polecam trailer „Time Trial”. Zdradzę mały sekret: to ten przypadek, w którym trailer nie oddaje nawet 1% klimatu całości.