Prawo do milczenia

Tak się złożyło, że w poniedziałek miałem dyżur wideo, więc obraz płaczącej Igi Świątek przewinął mi się przez monitor co najmniej kilka razy. Patrzyłem, jak na długie minuty chowa w ręczniku twarz, a w uszach brzmiał mi genialny komentarz Marka Furiana o samotności sportowca.

Marek mówił o tenisie, że jest sportem przegranych, bo po turniejowych drabinkach wspina się wiele zawodniczek i zawodników, ale miejsce na szczycie jest tylko jedno. Ale tak jest przecież niemal w każdym sporcie. I każdy sportowiec ma tę świadomość, że wygrana to raczej rzadki przywilej niż oczywistość. A mimo to staje na starcie kolejnych zawodów i za każdym razem od początku zaczyna tę samą drogę. I pokonuje ją najczęściej niemal całkiem samotnie, walcząc nie tylko z rywalami, ale przede wszystkim z samym sobą.

Kilka dni temu Justyna Kowalczyk-Tekieli napisała kapitalny felieton o tym, jak dziś podchodzi do sportu i igrzysk oraz w jaki sposób traktowała je wcześniej. Napisała w nim m.in. „nie każdy jest stworzony do wygrywania, ale każdy na igrzyskach powinien przesunąć swoją granicę możliwości”.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że głównym powodem łez Igi było właśnie to, że nie zdołała przekroczyć tej granicy, którą sama sobie określiła i osiągnąć tego celu, który dla niej samej był najważniejszy. I z tym żalem została na koniec całkiem sama.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że to samo czuli Michał Kwiatkowski, Rafał Majka, Ania Plichta, Kasia Niewiadoma i każdy inny sportowiec, który poświęcił długie miesiące przygotowań, podporządkowując swoje życie tylko jednemu celowi, by na koniec nie móc go osiągnąć. Nie mówiąc już o takich pechowcach jak Mathieu van der Poel, któremu przez idiotyczny błąd sztabowców nie było dane nawet sprawdzić, czy jest w stanie zbliżyć się do granicy swoich możliwości. Wszyscy na koniec byli rozgoryczeni. I wszyscy z tą goryczą zostali w praktyce całkiem sami.

Sport, mimo dziesiątek kamer i milionów ludzi przed telewizorami, okazuje się bowiem na koniec dnia jedną z najbardziej samotnych aktywności człowieka.

Ktoś mi kiedyś zarzucił, że toczę jakąś krucjatę przeciw kibicom, a to przecież dla nich ten cały wysiłek. To oni „robią” oglądalność, za którą idą sponsorzy, to oni dają pracę dziennikarzom, a poza tym sport bez kibiców w ogóle nie ma większego sensu. Mają więc owi kibice pełne prawo mieć oczekiwania i obficie korzystać z prawa do krytyki, gdy „ich” sportowcy tym oczekiwaniom nie sprostają.

Żadna to krucjata. Jednak nie potrafię przejść obojętnie wobec traktowania sportu przez niektórych kibiców jak przez księgowego, który w księgach widzi tylko stronę „winien”.

Pasjami uwielbiam niekończące się dyskusje o tym, że od sportowców należy wymagać, bo przecież „mają sponsorów i kontrakty”. Gdyby się dłużej poskrobać w czuprynę można by z czasem dojść do pytania, co musieli zrobić, żeby owe kontrakty podpisać a sponsorów pozyskać, ale przeciętny sportowy kibic aż tak daleko w przeszłość nie wybiega.

Historia Kwiatkowskiego jako dzieciaka zasuwającego latami, by w przyszłości stać się znakomitym kolarzem, kanapowego widza zupełnie nie interesuje. Wcześniejsze dokonania też nie mają większego znaczenia. Widz ma przecież oczekiwania tu i teraz, zatem nawet jeśli sportowiec przed laty wywalczył jakieś tytuły, które rozpierały wówczas kibicowską dumę, winien te sukcesy regularnie powtarzać. Duma przecież nie boli tylko wtedy, gdy człowiek od niej aktualnie puchnie. Zaś głównym celem sportowca, jak przekonywał mnie niedawno jeden z dyskutantów, jest „przejście do historii”.

Kibica nieszczególnie interesuje czas spędzony przez sportowca na przygotowaniach. Chce startować – musi trenować, prosta sprawa. W końcu to jego praca, chociaż akurat ten argument również bywa zwodniczy, by gdy sportowiec wykonuje pracę zleconą mu przez przełożonych, to się również wcale kibicom nie musi podobać. Wtedy byłego mistrza świata bez cienia zażenowania nazywają „woziwodą”.

„Jak byś się nie obrócił, dupa zawsze z tyłu” – jak mawiał mój znajomy. Widz ma prawa, sportowiec ma obowiązki. Ma startować, ma wygrywać i najlepiej, żeby robił to w sposób przekonujący, upokarzając największych rywali. Wtedy się z dumy puchnie najszybciej. A! No i koniecznie przed 18:30, bo później szanowny pan kibic ma już inne plany.

Ktoś w tym miejscu pewnie powie, że przesadzam, ale historia nas uczy, że nieuprawniona krytyka, która pozostaje bez reakcji, z czasem przekształca się w otwartą nienawiść i fizyczną agresję. Na ogół tylko z tego powodu, że ktoś nie sprostał oczekiwaniom widzów. Fizyczne ataki na sportowców nie należą już niestety do rzadkości.

W dużej mierze „zasługą” kibiców jest też sytuacja, w której nazwisko psychologa staje się niemal na równi rozpoznawalne z nazwiskiem sportowca, którym się opiekuje, a gros czasu poświęconego na przygotowania do najważniejszych imprez to w dzisiejszych czasach tzw. trening mentalny, w którym pracuje się m.in. nad radzeniem sobie z presją i oczekiwaniami. Niczego nie odbierając rzecz jasna Darii Abramowicz, która jest doskonała w tym co robi i przed której życiową mądrością i wiedzą w pokorze chylę czoła, ale nie wydaje mi się zupełnie normalną sytuacja, w której sportowiec, by sięgnąć po upragnione trofeum, musi się odciąć od kontaktów z całym światem, by go nie dosięgły „życzliwe rady” i „krytyka” kibiców.

Rezygnacje nawet najlepszych sportowców z udziału w najważniejszych imprezach właśnie z powodów problemów mentalnych są dziś coraz częstsze. I jakoś wciąż nie skłaniają do refleksji, za to znacznie częściej wywołują głupawe uśmiechy na twarzach i kolejne komentarze, że „w głowach się już poprzewracało”.

Wolność wypowiedzi i prawo do krytyki nie są wartościami, które nie podlegają żadnym regułom. Czasem po prostu trzeba jeszcze wiedzieć, kiedy i co wypada powiedzieć.

Gdy we wtorek rano Adam Probosz w przepięknej przemowie dziękował Mai Włoszczowskiej za długie lata wspaniałych emocji, jakich nam wszystkim dostarczyła, na kolarskiej grupie krzykliwa garstka „znawców tematu” dzieliła się ze światem przemyśleniami, że do Tokio pojechała wyłącznie za zasługi (a to tylko jedno z bardziej życzliwych stwierdzeń).

I jasne, można to wszystko zbyć wzruszeniem ramion, że to wyłącznie tyrady życiowych przegrywów, którzy sami niczego nie osiągnęli. Najczęściej jednak jedna durna wypowiedź pociąga za sobą kolejne. Jeden z najbardziej wzruszających momentów tych igrzysk, zamykających okres wspaniałej sportowej kariery dwukrotnej medalistki, jakiejś grupie ludzi będzie się kojarzył z internetową defekacją, bo ktoś akurat w tej chwili poczuł silne pragnienie, aby „mieć rację”.

Jeśli nie zaczniemy na takie sytuacje reagować, wkrótce zostanie nam do oglądania wyłącznie symulacja sportu, bo ci, wobec których dziś czujemy się „w obowiązku” dzielić dobrymi radami, wkrótce skończą jako fizyczne i psychiczne wraki. Nie da się przecież bez końca tkwić w bańce. Pewnego dnia ten internetowy wyrzyg w końcu do sportowca dotrze.

Kto wtedy pospieszy z „dobrą radą”, by go zachęcić po raz kolejny do walki? I dla kogo właściwie będzie miał walczyć? Dla ludzi, którzy nie potrafili skorzystać z prawa do milczenia? Którzy nie czując smaku jego potu i trudności ze złapaniem oddechu przyznali sobie prawo do kategorycznych ocen? Którzy na koniec stwierdzą, że nie bawił ich w wystarczająco satysfakcjonujący sposób?

„Wam, drodzy kibice, życzę i wyrozumiałości, i powodów do łez radości!” – zakończyła swój felieton Justyna Kowalczyk-Tekieli.

Obiema rękoma się pod tym podpisuję, choć mam wrażenie, że nad tą „wyrozumiałością” czekają nas lata ciężkiej pracy. I jeśli dzisiaj nie zaczniemy, cieszyć się sportem z każdym kolejnym dniem będzie nam coraz trudniej.

Dziewczyny na rowery! Sport, który nienawidzi kobiet.

Dobre wiadomości są takie, że Katarzyna Niewiadoma w znakomitym stylu wygrała niedzielny wyścig Trofeo Alfredo Binda i dzięki temu zwycięstwu oraz drugiemu miejscu w epickiej edycji Strade Bianche objęła prowadzenie w klasyfikacji kobiecego World Touru. I to jest naprawdę duże osiągnięcie.

Złe wiadomości są takie, że poza garstką zapaleńców, interesujących się kolarstwem, tak naprawdę niewiele osób się o tym dowie. Nie znajdziemy jutro tej informacji na pierwszych stronach gazet, nie będzie jej na największych portalach, bo Kryształowa Kula Stocha, bo Wisła spuściła lanie Legii, bo Neymar ma nową fryzurę i tak dalej. Bo smutna prawda jest taka, że poza tenisem, narciarstwem, lekkoatletyką i kilkoma dyscyplinami zespołowymi, sport tak naprawdę kobiet raczej nie lubi.

Złapałem się ostatnio na tym, że z poczuciem satysfakcji udostępniam informacje o tym, że kolejni organizatorzy kobiecych wyścigów postanowili wyrównać wysokość nagród w imprezach dla mężczyzn i kobiet. A potem sobie myślę, że to jest jednak potwornie smutne, że pod koniec drugiej dekady XXI wieku wysyła się taką informację jako radosny komunikat dla mediów i robi się z tego wydarzenie, zamiast ze wstydem i spuszczoną głową przyznać, że te praktyki to w dzisiejszych czasach coś absolutnie niegodnego i nigdy nie powinno mieć miejsca. Bo w męskim świecie „prawdziwego” sportu zwykliśmy kobiety widzieć raczej w roli maskotek, niż ciężko trenujących na swój sukces i mizerne uposażenie zawodniczek. O mężczyznach, przekraczających swoje fizyczne i psychiczne ograniczenia mówimy „herosi”, półbogowie. Dla kobiet język sportu nie wykształcił nawet żeńskiego odpowiednika tego słowa.

Po lekturze tekstu Wolfganga Brylla „Kolarskie sufrażystki” w najnowszej SZOSIE (gorąco polecam, z zawodowego obowiązku oczywiście w wersji cyfrowej, do znalezienia tutaj) dobre samopoczucie opuściło mnie definitywnie. Świadomość tego, jak wiele się mówi, a jak mało robi, jest porażająca. Być może pamięć mnie już zawodzi, ale ilekroć usiłuję sobie przypomnieć jakieś kolarskie (i nie tylko) zawody dla amatorów, to nagrody były tam wręczane w takiej kolejności, że najpierw wszystkie kategorie: od najmłodszych po elitę, były wręczane dziewczynkom i kobietom, a dopiero później chłopcom i mężczyznom. A ponieważ w powszechnym odbiorze hierarchia budowana jest według zasady „od mniej ważnych do najważniejszych”, to wrażenie pozostawało takie, że elita kobiet jest w tej hierarchii mniej istotna od juniorów młodszych płci męskiej. Być może to się już zmieniło, albo tylko ja miałem pecha na takie imprezy trafiać, ale szczerze wątpię. Jeśli nie – to właśnie od takich drobnych, ale w gruncie rzeczy fundamentalnych zmian powinniśmy zacząć.

Oczywistym jest, że powinniśmy o tym więcej pisać. Tu się biję we własne piersi i przyznaję, że wciąż o kobiecym kolarstwie wiem zdecydowanie za mało. Tylko jak opisywać zdarzenia i jak dzielić się emocjami, skoro oglądanie kobiecych wyścigów to zabawa dla super wytrwałych, a i to nie zawsze się udaje? Znamienna dla tego obrazu rzeczywistości była sytuacja w Strade Bianche, gdy pod koniec kobiecego wyścigu motocykle z kamerami zawrócono, bo jechali już mężczyźni.

W męskim peletonie znamy niemal wszystkich: tych, którzy prowadzą i tych, którzy zostają po bidony. Taktykę poszczególnych ekip na dobrą sprawę moglibyśmy rozrysować na serwetce, obudzeni w środku nocy. O kobiecym peletonie wiemy tylko tyle, że wystartował w wyścigu, wygrała taka zawodniczka i miała taką przewagę na mecie. Ale co się działo na 130-kilometrowej trasie? Tajemnica.

Po lekturze tekstu w SZOSIE mam wrażenie, że zmienić by to mogły bardziej zdecydowane działania ze strony UCI, ale ta się jakoś nie kwapi. Wciąż w kobiecym kolarstwie za mało jest sponsorów, a ci się nie garną, za co trudno ich winić, bo to inwestycja bez szans zwrotu, kiedy logotypy mają szansę być zauważone właściwie tylko przez garstkę kibiców przy trasie i drugą, pochyloną nad laptopami i kiepskiej jakości streamingiem. Błędne koło się zamyka i ktoś musi je przerwać. Ale kto? Pojęcia nie mam…

Ufam tylko, że skoro tenis był w stanie wypracować miksta, a biathlon sztafetę mieszaną, to może i w kolarskim świecie uda się odnaleźć w końcu właściwą formułę do pokazywania kobiet. Może zacznijmy od mieszanej jazdy drużynowej na czas w mistrzostwach Europy lub świata?

Strade Bianche na zdjęciach

Niezbyt dobrze umiem w Instagram. Czasem wrzucę tam jakąś fotę z mojej rowerowej męki, czasem coś, co mnie zachwyci i uda mi się (lub częściej nie uda) uchwycić to telefonem. Ale lubię tam czasem zajrzeć z tej prostej przyczyny, że swoje prace publikuje w jednym miejscu wielu utalentowanych fotografów (a nierzadko równie utalentowanych noobów), którzy czasem pokazują takie rzeczy, że buty spadają. Zwłaszcza, gdy się przytrafia taka okoliczność, jak wczorajszy wyścig Strade Bianche, który dla kolarzy okazał się prawdziwym piekłem, a dla fotografów przedsionkiem raju. Wybrałem więc kilka perełek.

1. Wout Van Aert, upadający przed ostatnim zakrętem. Tu krótkie info dla niezorientowanych: ten 23-latek jest kolarzem i to znakomitym, co potwierdził, zdobywając trzykrotnie koszulkę mistrza świata. Tyle, że w innej specjalności: w kolarstwie przełajowym. Na szosie tak naprawdę dopiero zaczyna. I chociaż wczorajsze warunki na drogach Toskanii faktycznie bardziej przypominały trasę crossową, to jednak do przejechania były aż 184 kilometry, co w przełajach się zwyczajnie nie zdarza. Van Aert zajął tutaj trzecie miejsce. Czapki z głów.

I tenże sam Wout Van Aert na mecie. Nic dodać, nic ująć…

https://www.instagram.com/p/Bf5HYXiHW7r/

 

2. Romain Bardet na trasie. To ten w środku, z czymś (zapewne ze zrywką od żelu) w zębach. Najpierw przeskoczył z tyłu rozerwanego peletonu do przodu, potem nacisnął jeszcze mocniej i na 40 km przed metą urwał się grupie liderów. Jego koło złapał tylko Van Aert i gnali razem przez większość dystansu. Ostatecznie skończył drugi, choć prawdopodobnie mało kto na niego stawiał. Od czasu przegranej jazdy na czas w Marsylii, podczas ubiegłorocznego Tour de France, wciąż próbuje udowadniać, że jest pełnokrwistym walczakiem. Jeśli o mnie idzie: nie przepadam za nim, ale niezmiernie szanuję.

View this post on Instagram

Epic race! #stradebianche 📸@ypmedias

A post shared by Clément (@clementventurini) on

3. Tiesj Benoot. Ledwie o nim wspomniałem w przedwyścigowych wyliczankach faworytów, ale głównie dlatego, że liderował grupie Lotto-Soudal, a pomagać miał mu Tomasz Marczyński (o ile w ogóle w Strade Bianche można mówić o drużynowej pracy, bo z pewnością jest to jeden z tych wyścigów, gdzie kolarze są zdani niemal wyłącznie na siebie). Ale nie ja jeden popełniłem to zaniechanie, bo skok Benoot’a zignorowali też faworyci, przez co odjechał im wyścig. Tiesj najpierw wyrwał się do przodu, ciągnąc za sobą kilkunastu zawodników, ale współpraca się jakoś nieszczególnie kleiła, więc prawdopodobnie w którymś momencie rzucił „no to siema” i pojechał swoje, po największe osiągnięcie w karierze. Podobno we Flandrii ukuło się już nowe słowo: Fan-Tas-Tiesj 😉

BTW. Tiesj wygląda na tej focie na niezłego chojraka, bo warto pamiętać, że wczoraj było coś między 7 a 9 stopni Celsiusza i na dodatek dosyć mokro. Ale może to właśnie warstwa ochronna z błota była tą receptą na sukces?

https://www.instagram.com/p/Bf3ZD_uAeNM/

4. A’propos Tomka Marczyńskiego, to wydaje mi się jedną z najbardziej fotogenicznych postaci w peletonie, co wczoraj po raz kolejny potwierdził 😉

Kolarza z AG2R, widocznego na drugiej fotografii w secie rozpoznać nie sposób.

5. Faworyci wczoraj nie błysnęli na finiszu, ale to nie znaczy, że się solidnie nie ujechali. Dość powiedzieć, że wyścig ukończyło 53 ze 147 startujących. To również świadczy o tym, z czym musieli się zmierzyć.

Głowy nie dam, ale ten gość na zdjęciu poniżej przypomina Grega Van Avermaeta.

View this post on Instagram

Maschere di fango "II" #StradeBianche

A post shared by Ciclismo Ignorante (@ciclismoignorante) on

Tu na pierwszym planie Peter Sagan

https://www.instagram.com/p/Bf38hCFHZDh/

A tutaj w secie Peter Sagan, Wout Van Aert, wspomniany wyżej Greg Van Avermaet, Tiesj Benoot i Gianni Moscon.

Ten nietypowo pucułowaty jegomość na drugim planie, to nie kto inny, jak oblepiony błotem Michał Kwiatkowski. Swoją drogą, ta fota z dużym prawdopodobieństwem stanie się jedną z ikon Strade Bianche i kolarstwa w ogóle. Oto szosowy debiutant ogląda się na takich wyjadaczy, jak Kwiatkowski, Valverde, Dumoulin. Chapeaux.

W tym secie również jest kilka wspaniałych fotek.

Na deser jeszcze kilka ciekawych ujęć. Daniel Oss

https://www.instagram.com/p/Bf5pUofnC1j/

Tom Dumoulin

Robert Power, marnotrawiący płyny 😉

Marcus Burghardt

View this post on Instagram

Maschere di fango "I" #StradeBianche

A post shared by Ciclismo Ignorante (@ciclismoignorante) on

Czy takie tam landszafciki z trasy 😉

https://www.instagram.com/p/Bf3_FfHjsCv/

Ale żeby nie odnieść mylnego wrażenia, że taplanie się na rowerze w błocie to jest jakaś nietypowa rozrywka garstki panów, od czego mamy dżęder? 😉 Chwilę wcześniej toskańskie błocko rozjeżdżały również panie.

W tym nasza nieoceniona Kasia Niewiadoma, która po raz trzeci z rzędu na rynku w Sienie zameldowała się na drugim miejscu. Konsekwentna bestia 😉

Elisa Longo Borghini była wczoraj trzecia

A wygrała niesamowita Anna van der Breggen

Swoją drogą… odnoszę wrażenie, że panie jednak mimo wszystko brudzą się jakoś mniej? 😉

I jeszcze jedna ważna rzecz na koniec: po tegorocznej edycji Strade Bianche można odnieść wrażenie, że Toskania to jakaś paskudna, błotnista kraina. Nic bardziej mylnego: Toskania jest piękna. I mam w planach wybrać się tam na rower.

O takie kolarstwo tęskniłem ;)

 

Czegóż tam nie było?! Chłód, deszcz, potworne błoto, umazane po czubek kasku postaci, których czasami nie sposób było rozpoznać. I kapitalna walka. Bez kalkulowania, bez tworzenia misternych strategii, bez widocznego ostatnio tak bardzo układania zawodników na trasie dyspozycjami z wozów technicznych. Efekt? Faworyci, zostawieni sami sobie, zaszachowali się tak bardzo, że wyścig im odjechał.

Choć może zwyczajnie nie mieli już siły? Nie wiadomo. Wiadomo, że 12. edycja Strade Bianche na pewno przejdzie do historii. I dla Kasi Niewiadomej, która po raz trzeci z rzędu zameldowała się na drugim miejscu i moim zdaniem zasługuje co najmniej na jakiś mały obelisk przy tej drodze 😉

I dla Wouta Van Aerta, który w wyścigach klasycznych ledwie debiutuje, choć z pewnością dzisiejsza trasa premiowała jego przełajowe umiejętności.

I dla Tiesja Benoot’a, który w 100% zrealizował strategię swojego rodaka i pokazał, że wie, co to znaczy „sometimes you just need big balls”. Ograł dziś wszystkich wielkich.

I dla wszystkich innych, którzy przejechali to toskańskie piekło.

Tak się zapowiadało:

 

I tak się skończyło 🙂

Za takim wyścigiem tęskniłem! Czekam na więcej!

Tradycyjne podsumowanie tutaj:  http://www.sport.pl/kolarstwo/56,64993,23095641,kolarstwo-niewiadoma-druga-kwiatkowski-poza-pierwsza-dziesiatka.html

Foto za: http://strade-bianche.it

Kwiato na Białych Drogach

Od zwycięstwa w Strade Bianche w 2014 roku zwykło się datować początek wspaniałej kariery Michała Kwiatkowskiego w zawodowym peletonie. W ubiegłym roku na przepiękny rynek w Sienie ponownie wjechał jako triumfator, a w najbliższą sobotę pojedzie po trzecie zwycięstwo, które może umocnić jego trwałe miejsce w historii kolarstwa. Ale łatwo nie będzie, bo ‚Białe Drogi’ na razie są białe podwójnie: na szutrowym białym pyle leży jeszcze śnieg.

Plan Michała Kwiatkowskiego na sezon 2018 jest prosty: wygrać wszystko, co jest do wygrania w wiosennych wyścigach klasycznych, a później wykonać swoją robotę jako pomocnik lidera zespołu w Wielkiej Pętli. Na deser może jeszcze Clasica San Sebastian, być może udział w Vuelta a Espana, no i oczywiście wrześniowe mistrzostwa świata, o których na razie nie mówi głośno, bo do imprezy w Innsbrucku daleko, ale kibice już ostrzą sobie apetyty. Tymczasem jesteśmy u progu najważniejszej dla Kwiatkowskiego części sezonu.

O formę Michała martwić się raczej nie powinniśmy. Niespełna dwa tygodnie temu wygrał – po raz drugi w karierze – pięciodniowy wyścig Volta ao Algarve w Portugalii. Najpierw jego łupem padł 2. etap, gdzie popisał się świetnym finiszem na wzniesieniu Fóia, później zanotował znakomity, czwarty rezultat w indywidualnej czasówce, a na koniec zaatakował na podjeździe pod Malhão, samotnie wygrywając etap i cały wyścig. Wszystko wskazuje więc na to, że Kwiato solidnie przepracował krótką zimową przerwę i jest gotowy do realizacji swoich wiosennych celów.

Tym, co może mu najbardziej pokrzyżować plany, jest pogoda. Już podczas rozgrywanego na początku lutego 5-etapowego wyścigu Volta a la Comunitat Valenciana w Hiszpanii, nagły atak zimy tak mocno utrudnił rywalizację kolarzom, że organizatorzy postanowili etap drużynowej jazdy na czas rozegrać, ale nie zaliczać do klasyfikacji generalnej. Wiele wskazuje na to, że warunki panujące w Toskanii również mogą być bardzo trudne. Wprawdzie na czas wyścigu przewidywana jest dodatnia temperatura, ale może padać deszcz, a porywy wiatru dochodzić mogą do 40 kmh. Dla kolarza, myślącego o zwycięstwie w wyścigu, oznacza to konieczność jazdy od samego startu na początku stawki, żeby uniknąć jazdy po rozjeżdżonym żwirze oraz rozerwania peletonu przez wiatr i ewentualne kraksy, o które w tych warunkach nie będzie trudno. Tymczasem jeszcze wczoraj toskańskie drogi wyglądały tak:

Ciekawostką jest to, jak szybko Strade Bianche zadomowiło się w kolarskim kalendarzu i zdobyło serca kibiców. Wyścig po raz pierwszy rozegrano w październiku 2007 roku, pod nazwą Monte Paschi Eroica. Pierwsza edycja miała niską kategorię i nie była szczególnie silnie obsadzona, ale niezwykle malownicza i technicznie bardzo trudna trasa, inspirowana wyścigami Paryż – Roubaix i Ronde van Vlaanderen (z tą różnicą, że odcinki asfaltowe przeplatane są nie brukiem, ale fragmentami dróg piaskowo-żwirowych) sprawiła, że już w kolejnym sezonie wyścig został przeniesiony na początek marca, a na starcie zaczęli się pojawiać kolarze z wyższych dywizji. Pierwszym zwycięzcą wiosennej edycji wyścigu został Fabian Cancellara, który powtórzył później ten wyczyn jeszcze dwukrotnie i którego osiągnięcia próbuje właśnie wyrównać Kwiatkowski. W 2010 roku w nazwie wyścigu pojawiło się określenie „Strade Bianche”, które od siódmej edycji stanowi oficjalną nazwę pierwszego wiosennego klasyku.

Tegoroczna trasa mierzy 184 kilometry, z czego aż 63 wiedzie po 11 odcinkach „Białych Dróg”. Start w Sienie, skąd peleton pojedzie na południe. Pierwsze emocje czekają już na 18. kilometrze, gdzie zaczyna się pierwszy szutrowy sektor, przez ponad 2 kilometry prowadzący w dół. Tu się zacznie pierwszy kolarski rollercoaster w tym sezonie. Dwa najdłuższe odcinki szutru zlokalizowane są między 76. a 97. kilometrem, gdzie do przejechania po rozjeżdżonym błocie będzie blisko 20 kilometrów, z czego spore fragmenty również ostro w dół. Potem jeszcze ponad 80 kilometrów mocno pofałdowanego terenu, z dwoma dłuższymi (9,5 oraz 11,5 km.) i trzema krótkimi odcinkami żwiru, a na sam koniec ostry, sięgający 16% przewyższenia podjazd brukowanymi uliczkami Sieny. I meta na przepięknym rynku Piazza del Campo. Jeśli wyścig Paryż – Roubaix nazywany jest „piekłem północy”, to Strade Bianche z całą pewnością jest jego południowym przedsionkiem. Michał Kwiatkowski zdobył go już dwukrotnie. Czy uda się po raz kolejny?

StradeBianche15_alt

Kwiato na starcie stanie z numerem 1, a wspierać go będzie bardzo silny skład Team Sky, z Giannim Mosconem, Michałem Gołasiem i Łukaszem Wiśniowskim, który kilka dni temu potwierdził świetną formę, zajmując znakomite drugie miejsce w wyścigu Omloop Het Nieuwsblad. Jego głównym rywalem będzie z pewnością Belg Greg Van Avermaet (BMC), specjalista od wyścigów klasycznych, ubiegłoroczny triumfator Paryż – Roubaix, pokonany przez Kwiatkowskiego w Strade Bianche. Dwukrotnie był tutaj drugi i z pewnością będzie mocnym pretendentem do zwycięstwa. Podobnie jak Peter Sagan (BORA-hansgrohe), którego wspierać będzie Maciej Bodnar. Aktualny, trzykrotny mistrz świata również został w Sienie dwukrotnie ograny na finiszu: w 2014 roku przez Kwiatkowskiego, rok wcześniej przez Moreno Mosera. Ten ostatni kolarz, startujący w barwach Astany, również oczekiwany jest na starcie tegorocznej edycji Strade Bianche. Będzie również Vincenzo Nibali (Bahrain-Merida), będzie Philippe Gilbert (Quick-Step), zobaczymy również Tomasza Marczyńskiego (Lotto-Soudal), wspierającego start Tiesja Benoota. Prawdopodobnie zabraknie Alejandro Valverde (Movistar), który po bardzo udanym powrocie po ubiegłorocznej kontuzji (zaliczył koszmarny upadek na otwierającej Tour de France, mokrej jeździe na czas w Dusseldorfie), zmaga się z poważnymi problemami żołądkowymi. Trochę szkoda, bo udział będącego w znakomitej dyspozycji Hiszpana (wygrał wyścigi dookoła Walencji oraz Abu Dhabi) z całą pewnością podniósłby dodatkowo temperaturę wyścigu w Toskanii.

Mimo to mamy bardzo mocno obsadzony wyścig i niepewną pogodę, a to jest gwarancją pewnych emocji w sobotnie popołudnie.

Niejedynych zresztą. Chwilę wcześniej, na podobnej (nieco krótszej) trasie rywalizować będą kobiety. Wyścig pań, rozgrywany od 2015 roku, będzie mierzyć 136 kilometrów i prowadzić przez 8 odcinków szutrowych. Na trasie zobaczymy Katarzynę Niewiadomą (Canyon-SRAM Racing), która w dwóch poprzednich edycjach toskańskiego wyścigu zajmowała drugie miejsce. Sezon 2018 rozpoczyna w nowym, znacznie silniejszym zespole, z którym ma szanse powalczyć o najwyższe cele w kobiecym peletonie.

Trzymamy kciuki za Kasię Niewiadomą, trzymamy za Michała Kwiatkowskiego i choć tak naprawdę sezon wyścigowy wystartował już w połowie stycznia, to teraz można ogłosić już oficjalnie: kolarska wiosna rusza na pełnym gazie!

 

EDIT: UAE-Team Emirates potwierdziło również udział w Strade Bianche Przemysława Niemca. Na starcie zobaczymy zatem aż sześciu Polaków. Zacnie 🙂

Do przeczytania również tutaj:  http://www.sport.pl/kolarstwo/56,64993,23085893,kolarstwo-kwiato-na-bialych-drogach.html

Foto otwierające: cyclingnews.com