Nie uwierzysz…

„Wisłę oczywiście wszyscy kochają. Tak się jednak składa, że niemal każdy pragnie przeliczyć tę miłość na pieniądze”. I tylko rachunek, jaki na koniec przyszło klubowi za tę miłość zapłacić, okazał się być wyjątkowo słony…

Wyobraź sobie, że ktoś opowiada ci jakąś zupełnie nieprawdopodobną historię. Taką, w którą mimo najszczerszych chęci nie jesteś w stanie uwierzyć, a po jej wysłuchaniu odwracasz się od opowiadającego, wywracasz oczami i kreślisz palcem kółka w okolicy skroni. Każdy z nas kiedyś miał z czymś takim do czynienia.

Szymon Jadczak opowiada właśnie taką historię. Z tą różnicą, że jeszcze zanim zabierzesz się za jej lekturę, wiesz już, że jest prawdziwa. To wszystko wydarzyło się naprawdę, tuż obok ciebie. Niewykluczone, że nie raz mijałeś jej bohaterów gdzieś na ulicach Krakowa.

W gruncie rzeczy mogłaby to być pouczająca opowieść o siedmiu grzechach głównych, bo mamy je tutaj wszystkie w komplecie. Ale to nie wyczerpuje tematu. Ten katalog jest bogatszy o porażającą głupotę, brak wyobraźni i totalną niemoc, która dotknęła tutaj niemal wszystkich: władze klubu, kibiców, polityków, miasto, biznes, policję i inne służby. Nie ominęła również piłkarzy, choć w gruncie rzeczy oni są tutaj największymi ofiarami. Nie licząc rzecz jasna tych ofiar, które w tej wojnie straciły pieniądze, zdrowie, a niektórzy również życie (choć część z nich poniekąd na własne życzenie).

Nie przesadzę, jeśli napiszę, że „Wisła w ogniu” Jadczaka powinna być lekturą obowiązkową. Nie tylko dla tych, którzy marzą o zrobieniu kariery jako sportowi menedżerowie. To powinien być przewodnik dla wszystkich służb i urzędników, dla prokuratorów, sędziów, nauczycieli, rodziców, ale również dla wielu młodych ludzi, których kusi atrakcyjna wizja beztroskiego życia w stadionowej bandyterce. Bo wbrew pozorom jest to historia z morałem: prędzej czy później każdy bandyta objawi swój czuły punkt, prędzej czy później pęknie lub popełni błąd, prędzej czy później każda organizacja się rozsypie. Na końcu każdej, nawet najbardziej bezczelnej i nieprawdopodobnej historii, górę wezmą zwyczajne ludzkie słabości, które położą kres nawet najśmielszym planom.

Jadczak snuje swoją opowieść w formie obszernego reportażu. Pisze lekko, ze swadą, czasem ironizując, a czasem sprawiając wrażenie, że sam nie dowierza w opisywany przez siebie splot wydarzeń. Czyta się szybko, ale w głowie z każdą chwilą wyrzyna się wielki znak zapytania: jak to wszystko było możliwe?

Nie zdradzę, czy pada odpowiedź…

_________

Nie byłbym też sobą, gdybym w tym miejscu nie wbił osobistej szpili. Otóż ta historia mogła się zasadniczo wydarzyć wszędzie, ale nie bez powodu wydarzyła się właśnie w Krakowie. Wszędzie istnieją bandyckie subkultury, zgromadzone wokół piłkarskich klubów. Wszędzie rywalizują o wpływy i wszędzie toczą walki z innymi bojówkami. Ale tylko w Krakowie udało im się przejąć na własność wielki klub. Dlaczego?

Szymon pisze o Krakowie, że to wielkie miasto z małomiasteczkową mentalnością. To prawda, ale nie jedyna. Kiedy ponad 3,5 roku temu przeprowadziłem się do Krakowa (wciąż mam nadzieję, że tylko na chwilę), szybko zrozumiałem, co mnie w tym miejscu irytuje najbardziej: fasada. Tutaj wszystko jest na pokaz, jak rodowe srebra, wystawione w przeszklonym kredensie.

Życie w Krakowie jest łatwe, jeśli potrafisz zrobić wrażenie. Nic więc dziwnego, że nikt tu specjalnie nie sprawdzał potencjalnych inwestorów Wisły, z których jeden przyjechał drogim samochodem z Warszawy, a drugi – rekomendowany przez robiącego w UK biznesy Szweda – samolotem z Kambodży. Obaj zrobili wrażenie. To wystarczyło, by ich umówić na spotkanie z prezydentem miasta. I by dwukrotnie (!) przy okazji tych wizyt go skompromitować.

Kraków jest czymś na kształt wielkanocnej pisanki: pięknie zdobionej, kolorowej, o której często pisze się w kolorowych magazynach i którą obsypuje się gradem rozmaitych nagród. Ale w środku jest pusta. To jest miasto dla turystów, ma tylko zrobić wrażenie. Przez dzień, dwa, może trzy – potem wyjadą. Oni uwierzą, że mamy tutaj wspaniałe teatry i znakomitych aktorów, ale oni nie jeżdżą tramwajami, w których nazwy przystanków czyta syntezator mowy, głosem tak sztucznym i beznamiętnym, że po kwadransie jazdy masz ochotę wysiąść i rzucić się pod koła.

Tylko tutaj to było możliwe. I tutaj właśnie to wszystko się wydarzyło, choć tak naprawdę wciąż nie sposób w to uwierzyć.

Foto otwierające: Flick / bobita79; okładka: empik.com

Umarł Tour, niech żyje Tour!

Tour de France 2019 przeszedł wczoraj do historii, więc przez najbliższe kilka dni będziemy zapewne obrastać w rozmaite podsumowania. Ja sam mam za sobą już bardzo miłą – choć krótką – wizytę w Polskim Radiu 24, w zacnym towarzystwie Czesława Langa oraz tradycyjne podsumowanie dla Sport.pl. I na pewno nie jest to ostatnie słowo, bo jeszcze dziś biegnę do Eurosportu, prowadzić program „Best of TDF”, w czwartek zapewne spotkamy się w Weszło.FM na tradycyjnym dziennikarskim „sabacie”, a kto wie, co jeszcze wydarzy się po drodze…

Ta klęska urodzaju nie pojawiła się bez przyczyny, bo powiedzenie, że tegoroczny Tour de France był najciekawszym z Wielkich Tourów ostatnich lat, powoli staje się już truizmem. Bez wątpienia wielka w tym zasługa znakomicie zaprojektowanej trasy, która nawet na moment nie pozwalała się nudzić i niemal każdego dnia otwierała wyścig na nowe scenariusze. Swoje trzy grosze dorzuciła też pogoda, przez pierwszą połowę oferujące niemal perfekcyjne warunki do ścigania, ale na koniec serwująca jak nie upał, to nawałnice, konieczność neutralizowania etapu i skracania kolejnego. Ale nie zmienia to faktu, że ten wyścig pięknym i ciekawym zrobili przede wszystkim kolarze.

W niektórych komentarzach pojawia się stwierdzenie, że Team INEOS pojechał gorzej, niż się spodziewano. Nie do końca się z tym zgadzam, moim zdaniem zespół Brailsforda pojechał tak, jak zwykle (pomijając znacznie gorszą dyspozycję Michała Kwiatkowskiego i Gianniego Moscona, zwłaszcza w drugiej połowie wyścigu). Ale wydaje mi się, że na obraz wyścigu wpłynęło przede wszystkim to, że inne ekipy przygotowały się do tego Touru znacznie lepiej, wyciągając wnioski z wcześniejszych edycji.

W tym kontekście szczególnie mocno wybija się Team Jumbo-Visma, który – poza INEOS – jest chyba największym wygranym tegorocznego Touru. Cztery wygrane etapy i trzecie miejsce Kruijswijka robią wrażenie, a kto wie, jak by się to skończyło, gdyby Wout Van Aert nie rozbił się na czasówce (martwi to, że jego kontuzja okazuje się znacznie poważniejsza, niż się na początku wydawało) i gdyby 19. etap dojechał do mety zgodnie z planem? Ale nawet bez tego gdybania można sobie powiedzieć jasno, że holenderski zespół ma z każdym wyścigiem coraz mocniejsze papiery do walki w Wielkich Tourach o najwyższe cele.

Mitchelton-Scott, chociaż postawił na złego konia (Adam Yates był na tym wyścigu kompletnie bez formy), również pokazał, że słaba postawa lidera to nie powód do składania broni i zgranął cztery etapowe skalpy. W pewnym sensie zupełnie inaczej, niż Astana, która startowała w bardzo silnym składzie, ale po fatalnym upadku Fuglsanga już na pierwszym etapie, zupełnie się rozsypała i nie pozbierała do samego końca. I tak dalej, i tak dalej…

Bardzo jestem ciekaw jakie wnioski z tegorocznej Wielkiej Pętli wyciągnie Patrick Lefevere? Czy nadal będzie się dogmatycznie trzymał linii, że liczą się tylko klasyki i zwycięstwa etapowe? Przedłużenie kontraktu z Julianem Alaphilippe okazało się doskonałą inwestycją, ale czy fakt, że przez moment wielu ludzi skłonnych było wierzyć, że może on nawet wygrać Tour de France, nie poruszył tej struny również w głowie Lefevere? Zobaczymy pewnie za jakiś czas…

Do budowy dramaturgii tego Touru dorzucili się również kolarze CCC Team, z nieustępliwym Gregiem Van Avermaetem na czele. Wprawdzie sukces jest wciąż przed nimi, ale na jazdę GVA, Michaela Schära, Simona Geschke, Joya Roskopfa, Serge’a Pauwelsa i Łukasza Wiśniowskiego patrzyło się często z dużą przyjemnością. Szkoda, że tak wcześnie stracili Patricka Bevina i że do wycofania się po koszmarnej kraksie został zmuszony kapitalnie jeżdżący Alessandro De Marchi. Jeśli krążące po rynku plotki transferowe się potwierdzą, można się spodziewać, że na kolejnym TDF polska ekipa będzie miała szansę zagrać znacznie mocniejszymi kartami.

Ale jest jeszcze jeden element, który w tym roku zwrócił moją szczególną uwagę: kibice. Może to wynik tego, że w wyścigu nie jechał nieszczególnie lubiany Chris Froome, a może również tego, że tak fantastycznie jechali Francuzi, z Julianem Alaphilippem na czele, może po części fantastycznej pogody, ale odniosłem wrażenie, że atmosfera wzdłuż trasy od początku do końca przypominała niekończące się święto. Szczególnie ujęło mnie to, że nawet po wycofaniu się Thibauta Pinot, wciąż mnóstwo ludzi na drodze do Paryża machało transparentami z jego nazwiskiem.

Nikt nie przekonał się lepiej o tym, jak cenne jest to wsparcie kibiców na dobre i na złe, niż Egan Bernal. Ponad trzy dekady trwał marsz Kolumbijczyków po zwycięstwo w Tour de France. Wielu było blisko, ale dopiero Bernalowi się udało, niemniej przez te wszystkie lata i wszystkie wyścigi kibice z Kolumbii zawsze byli obecni na trasie, zawsze tworzyli fantastyczny klimat i ani na moment nie zwątpili w to, że pewnego dnia doczekają się swojego hymnu na Polach Elizejskich.

Chciałbym poczuć chociaż część tej wiary i część tego entuzjazmu nad Wisłą. Wierzę, że kiedyś też się doczekam.

Foto: A.S.O. / Pauline Ballet

Kibice sukcesu.

Eurovision Sport i A.S.O. podały wczoraj wyniki oglądalności wybranych etapów tegorocznej edycji Tour de France. Duńczycy pozamiatali: kanał, w którym transmitowano etap na Tourmalet, osiągnął 66,6% udział w rynku (czyli w pewnym uproszczeniu: dwóch na trzech Duńczyków kibicowało w sobotę Fuglsangowi i spółce). Podobnie było w Belgii (59,4%) i Holandii (56%). A u nas? Hmm…

Ktoś przytomnie zauważył, że skoki narciarskie uprawia w Polsce może 300 osób, a oglądają miliony. Z kolarstwem jest dokładnie na odwrót. I nawet, jeśli jest w tym stwierdzeniu sporo przesady, to mimo wszystko trend jest właśnie mniej więcej taki.

Rozumiem oczywiście, że sukcesy budują zainteresowanie, choć to również nie jest reguła. Sukcesy Roberta Korzeniowskiego nie spowodowały, że ludzie zaczęli masowo uprawiać chód sportowy. Olimpijskie złota Renaty Mauer czy Pawła Nastuli nie zagnały milionów ludzi na strzelnice czy tatami. Mnóstwo dyscyplin, w których Polacy zdobywają medale, to sporty absolutnie niszowe, w których przeżycie bywa większym sukcesem, niż zdobycie złotego krążka. Czyli to jednak nie zawsze tak działa. OK, do popularności skoków z całą pewnością przyczyniła się organizacja zawodów w Zakopanem i Wiśle, ale przecież kolarzy z World Touru również możemy oglądać na naszych drogach. Gdzie więc tkwi źródło problemu?

Wnioskując z ostatnich dyskusji i komentarzy największym zmartwieniem polskiego kibica jest to, że Polacy w Wielkich Tourach nie osiągają znaczących sukcesów, więc nie ma się czym emocjonować. „Nie ma komu kibicować” – czytam niemal na każdym kroku, choć to akurat pierwszy Tour de France od ładnych paru lat, w którym występuje tylko dwóch Polaków (co zresztą nie jest wynikiem jakiejś wyjątkowo słabej formy pozostałych, ale decyzji odnośnie wyboru imprez, podjętych już dawno temu, bo nie sposób przecież startować we wszystkich wyścigach z puchnącego z roku na rok kalendarza UCI). Można odnieść wrażenie, że 4 etapowe zwycięstwa Majki i Bodnara na Wielkiej Pętli, zwycięstwa Tomka Marczyńskiego i podium Rafała w Vuelcie, mistrzostwo świata Kwiatkowskiego – a to wszystko w ostatnich 5 latach – rozochociły nas tak bardzo, że teraz miejsce w czołówce należy nam się przez zasiedzenie i jak nie jadą biało-czerwoni, to dyscyplina kuleje i nie jest warta oglądania.

Mnie ten argument smuci i bawi zarazem. I wydaje mi się mocno naciągany. Zanim wybuchła „małyszomania” przed długie lata w polskich skokach działo się raczej niewiele. Urodziłem się kilka lat po sukcesie Wojciecha Fortuny, więc nie mogę pamiętać tamtej euforii. A mimo to przez całe lata 80. żywo interesowałem się skokami, kibicując Nykaenenowi, Weissflogowi i innym. Pamiętam występy Piotra Fijasa, a po nich długo, długo nic, aż do czasu, gdy skakać zaczął Małysz.

W kolarstwie dla odmiany sukcesów mieliśmy zawsze dużo więcej, a możliwość jego oglądania ograniczoną niemal wyłącznie do relacji z Wyścigu Pokoju. Później jego legenda przygasła, a dla kolarstwa szosowego w Polsce nadszedł długi okres posuchy, z rzadka pokrapianej radością z sukcesów Halupczoka czy Jaskuły. Od kilku lat na brak sukcesów narzekać nie możemy, ale oczekiwania widzów najwyraźniej rosną jeszcze szybciej, a jak już się kibicom znudzi wyzywanie naszych kolarzy od „wyrobników” i planowanie na nowo ich karier, to dostaje się też Eurosportowi, że relacje są za długie i nudne (jakby istniał jakiś nakaz oglądania ich od początku do końca).

Martwi mnie to o tyle, że dotychczas postrzegałem kibiców kolarstwa jako ludzi ciekawych świata, szanujących i bezinteresownie nagradzających wysiłek sportowców. Dziś zmienia się to w niepokojącym kierunku: również w tej dyscyplinie kibicowanie zaczyna być podszyte zaściankowością i ksenofobią: jak inni pracują dla naszego kolarza – wszystko jest w porządku, ale jak nasz pracuje dla innych – to wyrobnik, który dał się kupić za zachodnie srebrniki. Zgrabnie to podsumował Sebastian Parfjanowicz, odpowiadając na Twitterze jednemu z uczestników dyskusji o Michale Kwiatkowskim: „Pan nie jest kibicem Michała, tylko kibicem sukcesów Michała”. I w tym kierunku niestety coraz częściej to zmierza: coraz częściej jesteśmy wyłącznie kibicami sukcesu.

Zastanawia mnie w tym kontekście jeszcze jedno: skąd w takim razie u nas tylu kibiców Barcelony? Przecież z Messim i spółką nie gra żaden Polak!? A może chodzi o to, że mecze Barcelony warto oglądać dla samego widowiska? Ale dlaczego w takim razie Tour de France już nie? Tutaj się liczy wyłącznie tabela wyników?

Zazdroszczę Duńczykom, Belgom, Holendrom tego zainteresowania i życzliwości, z jakimi spotyka się kolarstwo w ich krajach (choć niestety wszędzie zdarzają się i tacy, którzy malują penisy na szosie). Polskich wyników oglądalności jeszcze nie znam, ale jak patrzę na to, co się dzieje, to nie wiem, czy nie wolałbym, żeby zostały na raczej niskim poziomie. Bo jeśli miałoby to iść w tę stronę, którą właśnie obserwuję, to nie wiem, czy jestem na to gotowy. Bo do zwykłego kibolstwa droga stąd nieszczególnie daleka.

Foto: A.S.O. / Alex Broadway

Jedno małe marzenie…

Wiecie, za co najbardziej podziwiam Rafała Majkę?

Za to, że codziennie wsiada na rower i jedzie dalej.

Za to, że mimo wszystko ciągle mu się chce, nawet kiedy czuje, że coś tu nie działa jak powinno, coś nie wychodzi i to wszystko nie tak miało być.

Za to, że codziennie widzi, jak cel mu ucieka i robi się coraz bardziej niewyraźny, a on nic nie może zrobić, ale mimo to każdego dnia daje z siebie wszystko.

Za to, że nie rezygnuje, mając świadomość, że spora grupa internetowych znawców wszystkiego już go skreśliła i zatruwa pozostałych swoim odwiecznym „a nie mówiłem?”. Raczej na pewno tego nie czyta, ale jestem pewien, że ma tę świadomość.

Za to podziwiam go najbardziej. Za to podziwiam wszystkich sportowców.

Mam tylko jedno małe marzenie: niech każdy z nas zrobi codziennie chociaż jedną rzecz z takim samym zaangażowaniem, z jakim Rafał walczy o to uciekające mu Giro.

Tylko tyle.

Jestem pewien, że świat stanie się wtedy znacznie piękniejszy.

______________________________

Foto: Fabio Ferrari / La Presse

The show must go on…

Obowiązkowym wyposażeniem kibica kolarstwa powinien być kubeł zimnej wody, stojący gdzieś zawsze na podorędziu. W ogóle idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby jego użycie było warunkiem zalogowania się na forum czy grupę dyskusyjną: wpisz login, hasło, potwierdź, że nie jesteś robotem i załącz aktualny filmik ze studzenia parującej czupryny. Trudno o inne wnioski, gdy się czyta płomienne akty strzeliste kipiących świętym oburzeniem kibiców. Jak choćby te wczorajsze, po wycofaniu się z Giro d’Italia Caleba Ewana i Elii Vivianiego.

Czytam sobie te pomysły i czuję, jak zaczyna mi brakować RAM-u do wyobrażenia sobie tych dwóch zbłąkanych neutronów, które połączyły się w ideę anulowania wcześniejszych wyników tych kolarzy, którzy wycofują się z wyścigu przed jego zakończeniem. Serio można w ogóle wpaść na taki pomysł? No to wyobraźmy sobie, jak by to mogło wyglądać.

Załóżmy, że etap 1. wygrywa kolarz z numerem 101. Ten z numerem 102 jest drugi, 103 – trzeci i tak dalej. Kolejne etapy wygrywa ta sama trójka, ale w różnych konfiguracjach, jak Frapporti, Maestri i Cima na lotnych finiszach. Aż przychodzi trudniejsza część wyścigu i kolarz z numerem 101 się wycofuje. Zatem bierzemy swoje kajety i kreślimy: pierwszego etapu już nie wygrał kolarz 101, tylko 102. Na drugim 102 był drugi, a nie trzeci, a na trzecim drugi był 103, który wcześniej był trzeci.

Kolejnego dnia wycofuje się ten z numerem 102, więc kreślimy od nowa: pierwszy etap wygrał 103, drugi też 103 i wychodzi na to, że trzeci też 103, bo przecież 101 i 102 już nie jadą. Potem wycofuje się kolarz z numerem 103, a my bierzemy nowy zeszyt, bo w tym starym nie ogarniamy już wszystkich wcześniejszych zmian. Potem bierzemy na kolana wnuka, którego próbujemy zarazić naszą pasją i idziemy sobie zaparzyć melisę, bo wkurza nas, że on nie rozumie, dlaczego kolarz, który przyjechał na metę jako trzeci, tydzień później wygrał ten sam etap w wyniku kilku skreśleń w notatniku.

Koronnym argumentem zwolenników teorii anulowania wyników wycofujących się kolarzy jest ich „niesportowe zachowanie”. Rzucam sobie okiem na powyższą łamigłówkę: no faktycznie, sport jak diabli. Kiedyś grałem w coś podobnego. Nazywało się „statki”.

Sięgam zatem po kubeł z zimną wodą i próbuję sobie przypomnieć o co w tym wszystkim chodzi i – nie chce być inaczej – wychodzi mi na to, że o zabawę i show. To nie jest nowy wynalazek Mauro Vegni, czy Christiana Prudhomme. W kolarstwie od samego początku chodziło wyłącznie o show, a wielkie wyścigi już grubo ponad sto lat temu służyły jednemu bogu: mamonie. Tour de France promował L’Auto, Giro – La Gazetta dello Sport, Paryż-Roubaix – tor kolarski, a belgijskie klasyki ich lokalną prasę i biznesy. Nic się w tej materii nie zmieniło. Sport jest tu narzędziem, a nie celem samym w sobie i choćbym nie wiem jak się obrażał na rzeczywistość, już tego nie zmienię. Zresztą… rzecz dotyczy nie tylko kolarstwa, ale generalnie wszystkich dyscyplin, których uprawianie jest sposobem życia jednych i metodą na zarabianie pieniędzy przez innych.

Zgoda, mało w tym romantyzmu i szlachetnej wizji Pierre’a De Coubertin, ale takie jest życie. Gdybym tego nie akceptował, prawdopodobnie interesowałbym się bardziej hodowlą winniczków, niż kręcącymi nogami facetami w lycrze. Tymczasem życie Wielkich Tourów jest poukładane w taki sposób, że najpierw jest areną dla sprinterów, którzy ku uciesze gawiedzi, tłumnie zgromadzonej na ulicach i placach miast dają popis nieprawdopodobnego szaleństwa, rozpędzając się ramię w ramię do 70 kmh i walcząc o każdy centymetr drogi. Potem sprinterzy ustępują miejsca góralom, którzy to trzytygodniowe show rozstrzygają na swoją korzyść.

Udział w wyścigu to nie przymus, ale umowa między zawodnikiem, a jego drużyną, organizatorem imprezy i sponsorami. Jeśli ta umowa dopuszcza możliwość wycofania się z rywalizacji, przyjmuję ją jako element rozgrywki i traktuję jako rozwiązanie taktyczne, którym w istocie jest, bo zmienia priorytety pracy całego zespołu i pozwala mu się skoncentrować na realizacji innych zadań w drugiej części wyścigu.

Inna sprawa, że etapy sprinterskie bywają nużące i źle się je ogląda w telewizji. Tegoroczne Giro w pierwszej części też jest pod względem emocji dość mocno rozczarowujące. Ale nie przypominam sobie takiego wyroku, który by skazywał kogokolwiek na siedzenie pięć godzin przed telewizorem. Nudzi Ci się? Idź na rower! Po co masz zatruwać życie sobie i innym, narzekając, że to wszystko nie tak i że zrobiłbyś to inaczej. Kalendarz kolarskich imprez jest bogaty – znajdź coś dla siebie i tym się ciesz, zamiast odbierać frajdę sobie i innym.

Sport to rozrywka i mam nadzieję, że nią pozostanie. Z etapu walk niewolników ludzkość już szczęśliwie wyrosła.

Foto Gian Mattia D’Alberto – LaPresse

Wojna postu z karnawałem.

Jakiś czas temu, zmęczony niekończącymi się dyskusjami na temat zgodności z kanonami różnego rodzaju produkcji filmowych i biadoleniem, że reżyser siedemnastej mutacji ósmej serii Gwiezdnych Wojen pominął jakiś niezmiernie ważny – z punktu widzenia fanów rzecz jasna – wątek, w zamian nadmiernie eksponując jakiś zupełnie nieistotny, wypracowałem sobie swoisty mechanizm obronny. Otóż wychodząc z kina zadaję sobie tylko jedno pytanie: w jakim świecie spędziłem ostatnie dwie lub trzy godziny? Jeśli w świecie, który chcieli mi pokazać twórcy filmu – to znaczy, że wykonali dobrą robotę. Ale jeśli siedząc w kinie bardziej od fabuły zajmował mnie jakiś problem, który mam do rozwiązania jutro lub pojutrze w pracy, to znaczy, że film nie był wystarczająco interesujący, żeby mnie wyrwać z codzienności. Bo co do zasady właśnie po to chodzę do kina, żeby się chociaż na chwilę znaleźć w innej rzeczywistości.

Ze sportem mam podobnie. W ogóle, jeśli spróbować na kibicowanie spojrzeć racjonalnie, to całe to działanie nie ma najmniejszego sensu: angażujemy mnóstwo własnego czasu, energii i emocji w to, na co nie mamy najmniejszego wpływu. Choćbyśmy nie wiem, jak głośno krzyczeli do telewizora – ci spoceni ludzie, których widzimy na ekranie, nie mają prawa tego usłyszeć. A mimo wszystko się w to angażujemy. „Pchamy” tego nieszczęsnego Majkę w górę, a on nie jedzie od tego ani odrobinę szybciej.

Nie wiem, co kieruje innymi kibicami, ale ja oczekuję w tym przypadku mniej więcej tego samego, co w kinie: zabrania mnie w chwilową podróż do jakiejś innej rzeczywistości, w której bohater, któremu kibicuję, znajdzie w sobie jeszcze trochę siły na kilka mocniejszych pociągnięć, które doprowadzą go do zwycięstwa, a moja irracjonalna wiara w jego sukces okaże się silniejsza, niż banalne prawa fizyki, które mówią, że aby przepchnąć ciało o masie m z punktu A do punktu B z prędkością v, trzeba przyłożyć siłę F, którą delikwent w danym momencie najwyraźniej nie dysponuje. A ja mimo wszystko wierzę, że mu się uda i krzyczę o tym do niego w monitor. Kompletnie bez sensu.

Po kilku dyskusjach na temat tego, czy zakończony przed dwoma dniami Tour de France był lepszy od poprzednich edycji, czy też nie (subiektywną oceną wyścigu podzieliłem się z moimi czytelnikami jeszcze przed ostatnim etapem, co jest już moją pewnego rodzaju tradycją) uświadomiłem sobie, że wszelkie wartościowanie również większego sensu nie ma. Każdemu podoba się (lub nie podoba) coś innego, każdy zwraca uwagę na inne drobiazgi. Nie istnieje żaden sprawdzony i powtarzalny wzorzec, który moglibyśmy przyłożyć do każdej imprezy i zawyrokować, że była lepsza lub gorsza od innych.

Nie jestem kolekcjonerem kolarskich statystyk. Owszem, bywają interesujące, ale traktowanie ich jako bazy do jakichkolwiek porównań jest zwodnicze. Bo jaka wiedza wynika na przykład z faktu, że tegoroczna edycja Touru była o 1,35 kmh wolniejsza od tej z 2005 roku, skoro wyścig prowadził zupełnie innymi trasami?

Jestem za to kolekcjonerem emocji i wydaje mi się, że to one w największym stopniu determinują ocenę danego wydarzenia. Tegoroczne Giro będę wspominał nie tylko z powodu dramaturgii 19. etapu, ale również z powodu oglądanej na własne oczy izraelskiej części, w tym przejazdem przez Pustynię Negev – dla większości telewidzów kojarzącym się z potworną nudą, dla mnie – z niezwykłym doświadczeniem absolutnej ciszy, którego nie potrafię porównać z niczym innym.

Podczas tegorocznego Touru – co uświadomiłem sobie właściwie dopiero podczas sobotniej czasówki – jedną z najsilniej odczuwanych przeze mnie emocji był zupełnie irracjonalny lęk o pozycję Thomasa. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że nie ma właściwie żadnego dobrego powodu, dla którego Froome miałby zaatakować swojego kolegę z drużyny, ale mimo wszystko aż do ostatniego etapu podświadomie czekałem, aż to się wydarzy. Nic takiego oczywiście nie nastąpiło, a mimo wszystko ten Tour w mojej świadomości jest w jakiś sposób naznaczony walką, której nie było. Czy długo to będę pamiętał? Nie mam pojęcia. Być może dziś zakrzywia to w jakiś sposób moją ocenę wyścigu, ale wciąż uważam go za jedno z ciekawszych wydarzeń ostatnich lat.

Wiem, że wciąż będą trwały dyskusje o tym, że były przecież wyścigi bardziej emocjonujące, pełne dramatycznych zwrotów akcji, szalonych ataków, niespodziewanych porażek itd. Niech trwają. Być może za jakiś czas, gdy nabiorę do tego odpowiedniego dystansu, zmienię również i moje zdanie na ten temat. Niemniej w dalszym ciągu będę zapewne uważał, że próba obiektywnej oceny zawsze sprowadza się do dyskusji o wyższości Bożego Narodzenia nad Wielkanocą. Do nieustającej wojny postu z karnawałem.

Niech te dyskusje trwają. Dla mnie oglądanie wyścigów będzie przyjemnością dopóty, dopóki choć na chwilę będzie mnie wyrywać z szarej codzienności. Jak seans w kinie.

 

Foto: ASO / Pauline Ballet

Teoria światów równoległych.

Lubię sobie czasem poczytać komentarze pod moimi tekstami na Sport.pl. Budzi to co prawda pewne podejrzenia o jakieś masochistyczne skłonności, bo zwykle nie jest to lektura przyjemna, a czasami można się i o sobie dowiedzieć dość interesujących rzeczy. Ale mimo wszystko wzdrygam się i rzucam tam okiem.

Miałem to szczęście w życiu (lub nieszczęście – zależy jak na to patrzeć), że dość aktywnie uczestniczyłem w procesie tworzenia się internetowych społeczności w Polsce, jeszcze pod koniec ubiegłego stulecia (uwielbiam kombatanckie brzmienie tego zdania;)). Może nieszczególnie pochłaniały mnie aktywności w Usenecie, na IRC-u lub późniejszym Gadu-Gadu, ale gdy w 2000 roku zostałem zaangażowany do projektu tworzenia Gazety.pl, to poza rozwojem usług biznesowych, za które byłem w pierwszym rzędzie odpowiedzialny, dość mocno pochłonęły mnie działania na czacie i forum Gazety. I choć gazetowa czatownia świata raczej nie podbiła (za to w moim prywatnym życiu namieszała sporo – dość powiedzieć, że szczęśliwie dzielę dziś metraż z poznaną tam wówczas moją Zdecydowanie Lepszą Połową;), to dla odmiany fora wybuchły w sposób nie dający się wówczas przewidzieć.

Ten przydługi wstęp zamieszczam w sumie tylko po to, żeby zarysować tło do wypowiedzenia zdania, że od prawie dwóch dekad nie jestem w stanie zrozumieć ludzkiej potrzeby napisania pod pseudonimem kilku słów zupełnie bezwartościowego i nie budującego żadnej wiedzy komentarza, np. „wyścigi koksiarzy!”. Być może piszący takie słowa czują jakiś rodzaj ulgi, jaką ja czuję na przykład wtedy, gdy sobie głęboko westchnę (albo siarczyście przeklnę) – nie wiem. Faktem jest, że tego typu „spostrzeżeń” fora i komentarze pod niemal wszystkimi tekstami są niezliczone ilości. I pewnie w ogóle nie powinno się na nie zwracać uwagę, ale ich wieczna tam obecność nieustannie budzi moje zaciekawienie.

No ale w sumie niezupełnie o tym chciałem. Raczej o tym, że pod moimi tekstami udziela się szczególnie dwóch jegomości, którzy zawsze mają zdanie na każdy temat i praktycznie zawsze korzystają z okazji do przekonania pozostałych czytelników, że Czykier się notorycznie myli, nic nie wie o kolarstwie, niepotrzebnie pompuje balon i popada w nieuzasadnioną emfazę, opisując wyczyny naszych kolarzy, które przecież – ich zdaniem – niemal zawsze są żenujące, niewarte choćby wzmianki, a poza tym pracują przecież dla Niemca, Brytola, czy – Panie Boże przebacz – dla jakichś bezbożnych Arabów.

Szczególnie mnie urzeka wytrwałość jednego z tych adwersarzy w głoszeniu teorii, jakoby polscy kolarze, których uparcie nazywa „wyrobnikami” lub „outsiderami”, jechali w czymś, co nazywa „wyścigiem równoległym”. W skrócie chodzi o to, że w takim na przykład Tour de France (Giro, Vuelcie, Tour de Pologne, mistrzostwach świata – niepotrzebne skreślić) jedzie wyścig główny, w którym biorą udział liderzy, walczący o podium, natomiast pozostali jeżdżą w „wyścigach outsiderów”, gdzie nagrodą pocieszenia jest zwycięstwo etapowe, punkty do klasyfikacji, lub koszulka w grochy.

Podobnych teorii można stworzyć wiele, wychodząc na przykład od tego, że każda klasyfikacja jest wyłącznie sposobem na wyciągnięcie dodatkowych pieniędzy od sponsorów. I w pewnym sensie wszystkie te teorie są uprawnione, a część nawet zgodna z rzeczywistością. Ale rzecz wygląda zupełnie inaczej, kiedy zaczniemy sobie zdawać sprawę z tego, że kolarze na drodze nie są tym samym, co bezwolne pionki na planszy, a tak zdaje się ich postrzegać bardzo wielu kibiców.

Patrząc w ekran telewizora nie słyszymy nieustannego szumu wiatru w uszach, nie szczypią nas oczy, zalewane potem, nie pali nas słońce i nie boli każdy fragment ciała, bo przecież podczas jazdy na rowerze ciężko pracują nie tylko nogi. Nie rozglądamy się za motocyklem, żeby sięgnąć po bidon i nie słyszymy w uchu głosu dyrektora wyścigu, który krzyczy: „szybciej, szybciej!”, podczas gdy my nie jesteśmy już w stanie zakręcić korbą ani odrobinę szybciej, bo za chwilę nagły skurcz, łapiący jednocześnie obie nogi, sparaliżuje nas do tego stopnia, że trudno jest nawet zsiąść z roweru (przeżyłem – nikomu nie polecam; podobno jest na to metoda, pozwalająca oszukać mózg, ale jej nie polecam jeszcze bardziej).

Piszę o tym wszystkim bez większej nadziei na zrozumienie po stronie moich niestrudzonych komentatorów, ale warto zdawać sobie sprawę z tego, że w ten sposób – niestety – myśli bardzo wielu kibiców, z których – na szczęście – tylko niektórzy czują potrzebę dzielenia się swoimi „przemyśleniami” ze światem. Bo do napisania, że zwycięstwo etapowe jest „tylko nagrodą pocieszenia w wyścigu outsiderów”, gdy jest to na przykład już 18. etap i kolarze w nogach mają ponad 3.000 kilometrów codziennej jazdy, trzeba nie tylko nie mieć wyobraźni i choćby minimalnego pojęcia o komentowanej dyscyplinie, ale wydaje mi się, że trzeba też mieć w sobie olbrzymie pokłady pogardy dla sportowców, czy też w ogóle do innych ludzi.

Nie dotyka mnie osobiście krytyka moich tekstów. Nie twierdzę bynajmniej, że o kolarstwie wiem wszystko, choć każdego dnia staram się pogłębiać swoją wiedzę, czytając niezliczone rozmowy z ludźmi z kolarskiego świata, rozmawiając z nimi samemu i samemu również jeżdżąc. Może przejechane co roku kilka tysięcy kilometrów na szosie to wciąż za mało, żeby móc się uznać za człowieka, znającego dyscyplinę – nie przeczę i nie wykluczam takiej możliwości.

Dotyka mnie natomiast do żywego beztroskie deprecjonowanie tytanicznej pracy, jaką wykonuje tych stu kilkudziesięciu facetów, stających na trasie wyścigu. Robią to między innymi po to, żeby dostarczyć nam odrobinę emocji i rozrywki. Nazywanie ich „outsiderami” to policzek, na który nie zasłużyli. Trudno mi się z tym pogodzić.

Swego czasu zgrzeszyłem naiwnością i próbowałem z tymi mądralami dyskutować. Facetowi od teorii wyścigów równoległych zaproponowałem wspólną przejażdżkę na 50 kilometrów i dyskusję przy piwie o kolarstwie. „Z różnych powodów” zmuszony był odmówić. Z dyskusjami dałem sobie spokój.

I teoretycznie to w ogóle nie powinno być tematem do rozważań, ale doświadczenie pracy w mediach podpowiada mi, że każda tego typu opinia prędzej czy później trafia do jakiejś grupy odbiorców. Być może znajdzie się w niej ktoś, kto dopiero zaczął się interesować kolarstwem. Nie chciałbym, żeby swoją przygodę z kolarstwem zaczął od zgłębiania teorii wyścigów równoległych. Ona z kolarstwem ma niewiele wspólnego. Nawiasem mówiąc: z normalnym życiem również.

 

Foto: ASO / Alex Broadway