Kraj szeryfów.

Wróciłem wczoraj z 10-dniowego urlopu i choć w jego trakcie od czasu do czasu zerkałem w telefon, żeby być mniej więcej na bieżąco, to po powrocie jedną z pierwszych ujrzanych przeze mnie wiadomości była ta o celowym potrąceniu rowerzysty przez wrocławskiego taksówkarza.

Daruję sobie wszystkie wulgaryzmy, jakie w pierwszej chwili przyszły mi do głowy, ograniczając się do retorycznego pytania: „co się, do cholery, z nami dzieje?”.

Tymczasem ja ostatnie półtora tygodnia spędziłem w Danii. 90 minut lotu lub kilka godzin jazdy samochodem, a człowiek ma wrażenie, jakby się nagle znalazł w jakiejś zupełnie innej rzeczywistości. W świecie, w którym nie ma płotów, zasłon w oknach, ludzie wywieszają flagi na znak, że są w domu, a drewno do kominka leży sobie spakowane w przydrożnej szopce. Obok skarbonki, do której wrzuca się pieniądze. I tak sobie leżą, i skarbonka, i polana…

Dziwne miejsce: nikt tu niczego nie pilnuje, a mimo to nic magicznie nie znika…

Ale przede wszystkim jest to miejsce, w którym człowiek na rowerze może się czuć naprawdę bezpiecznie. Nie tylko dlatego, że rowerzyści mają tu mnóstwo doskonałych ścieżek rowerowych: szerokich, asfaltowych i doskonale utrzymanych. Również dlatego, że tam, gdzie ich nie ma, człowiek na rowerze czuje się po prostu szanowany przez innych uczestników ruchu. Najważniejsze jest jednak to, że to poczucie bezpieczeństwa nie wynika z jakiegoś szczególnego nakazu traktowania rowerzystów dobrze, ale przede wszystkim z tego, że ludzie tam po prostu szanują siebie nawzajem.

Przedostatniego dnia urlopu wracaliśmy rowerami z pobliskiej miejscowości w czasie deszczu. Jadąca z naprzeciwka ciężarówka najpierw zwolniła, a gdy nas mijała, zjechała na przeciwległy pas, żeby nas przypadkiem nie ochlapać. Nie, nie było tam żadnej głębokiej kałuży, a my jechaliśmy ścieżką rowerową, którą – jak na zdjęciu poniżej – od szosy oddzielał co najmniej 2-metrowy pas zieleni. Kierowca tej ciężarówki mógł po prostu jechać przed siebie, niczym się nie przejmując. Manewr, który wykonał, nie kosztował go zupełnie nic. Zupełnie za darmo zyskał nasz podziw i wdzięczność.

Drogi dla rowerów. Najczęściej wyglądają właśnie tak, czasami są to dwa jednokierunkowe pasy, biegnące po obu stronach szosy.

Na większości dróg publicznych poza terenem zabudowanym obowiązuje ograniczenie prędkości do 80 kmh. I – dziwna sprawa – wszyscy jeżdżą te nieszczęsne 80 kmh. Najwyraźniej ludzie tu już dawno odkryli tę dziwaczną prawidłowość, że równomierna, płynna i bezpieczna jazda również prowadzi do celu. Według statystyk Komisji Europejskiej w 2017 roku na drogach Danii zginęły 32 osoby na milion mieszkańców. W Polsce – 75 (w tej niechlubnej statystyce wyprzedzają nas tylko Bułgaria, Rumunia i Chorwacja, choć w przypadku tej ostatniej mam poważne wątpliwości, czy my również nie dorzucamy się do tych danych; nie pamiętam wyjazdu do Chorwacji, w trakcie którego nie natknąłbym się na jakiś mniej lub bardziej poważny incydent z udziałem samochodu na polskich blachach, a Bałkany swego czasu odwiedzałem dość często…).

Inna sprawa, że w Danii, a w każdym razie w tym rejonie Jutlandii Środkowej, po którym się kręciłem przez ostatni tydzień, ruch w dzień powszedni jest kilkukrotnie mniejszy, niż w niehandlową niedzielę w Polsce. Przede wszystkim po duńskich drogach jeździ o wiele mniej ciężarówek, co prawdopodobnie jest jednym z powodów, dla których udaje im się utrzymać drogi w doskonałym stanie. Po prostu nie rozjeżdża ich nieustannie ciężki sprzęt. Kilka razy jechałem rowerem drogą, łączącą portowe miasteczko Thyborøn i gminę Lemvig z resztą kraju (odpowiednik naszej drogi krajowej) – na kilkudziesięciu kilometrach minęło mnie ledwie kilka ciężarówek, w większości cystern, dostarczających paliwo do pobliskich stacji benzynowych. Większość transportu odbywa się koleją (gdyby ktoś był ciekaw w jaki sposób w Polsce systemowo zniszczono transport publiczny i wypuszczono na drogi o miliony za dużo samochodów, gorąco polecam tę rozmowę – zaręczam, że wielu z Was spojrzy po niej na polskie drogi zupełnie inaczej…)

Duńczycy za to jeżdżą w zdecydowanej większości samochodami klasy średniej, za które zapinają przyczepki i raz na tydzień lub dwa zasuwają do większego marketu po większe sprawunki. Pomysł, żeby wsiadać do samochodu i jechać do sklepu tylko po to, żeby kupić kilka drobnych rzeczy, a jutro całą czynność powtórzyć, nie mieści się w granicach duńskiego pojęcia hygge, bo zakupy to z zasady czynność nieszczególnie wygodna, o wiele przyjemniejsze jest siedzenie na tarasie domu lub łowienie ryb. Kiedy raz podjechałem rowerem do pobliskiego sklepu, żeby nabyć dwa wina i kawę, sprzedawczyni trzykrotnie upewniała się, czy to na pewno wszystko, żebym nie musiał następnego dnia przyjeżdżać jeszcze raz.

Trzeba było jednak z tego raju wrócić nad Wisłę i natychmiast zderzyć się z codziennością, przytoczoną w pierwszym akapicie. Skąd się w nas bierze ta agresja i skłonność do nieustannego wymierzania „sprawiedliwości” na własną rękę? Mam kilka teorii na ten temat.

Pierwsza wynika z naszego podejścia do prawa i obowiązujących w społeczeństwie reguł. Ten dysonans, który się rzuca w oczy natychmiast po przekroczeniu naszej zachodniej granicy, wynika przede wszystkim z faktu, że w większości europejskich krajów obowiązujące prawo jest traktowane jak rodzaj umowy między ludźmi, a nie zbioru pułapek, zastawianych na obywateli przez władzę. Duńczycy jeżdżą 80 kmh nie dlatego, że ktoś im „kazał”, tylko dlatego, że tak się między sobą umówili. Nie kradną sąsiadom mebli z ogrodu (nikt tu ich nie chowa, wyjeżdżając), bo się umówili, że będą szanować swoją własność. Nie rzucają śmieci gdzie popadnie, bo się umówili, że będą utrzymywać czystość, bo to jest tańsze i o wiele skuteczniejsze, niż utrzymywanie służb, zatrudnianych do podnoszenia papierków z chodnika. Schylić się po papierek może każdy Duńczyk, ale znacznie wygodniej i przyjemniej (znów hygge) jest go po prostu od razu wrzucić do kosza. Koszt żaden, przyjemność wielka (vide: powyższy przykład z ciężarówką).

Mandaty za nieprzestrzeganie tych wszystkich umów są bardzo wysokie, choć nie podejrzewam (pewności nie mam), by stanowiły jakąś istotną pozycję w dochodach państwa i by ktokolwiek zawracał sobie głowę ujmowaniem takiej pozycji w budżecie. Ich cel jest przede wszystkim wychowawczy: Duńczyk łamiący prawo musi mieć świadomość, że złamał przede wszystkim umowę ze swoimi sąsiadami. (Daleko nie szukając: dokładnie tak samo jest w Niemczech. Gdy kiedyś przyjechawszy do znajomych zaparkowałem po lewej stronie jezdni, natychmiast zwrócono mi uwagę, że jak chcę wykorzystać to miejsce, to muszę zawrócić i stanąć poprawnie, bo Niemcy się umówili, że na drogach dwukierunkowych parkują wyłącznie po prawej stronie, bo to oznacza mniejsze ryzyko kolizji w momencie wyjeżdżania z miejsca parkingowego: z fotela kierowcy widać więcej, gdy jest bliżej osi jezdni, niż chodnika).

W Polsce prawo, pisane często na kolanie i uchwalane nocą, by załatwić doraźne cele władzy, jest na ogół zbiorem nakazów i zakazów, zupełnie niezrozumiałych dla przeciętnego obywatela. Prawo o ruchu drogowym nie jest pod tym względem żadnym wyjątkiem. Przeciętny kierowca, który egzamin na prawo jazdy zdał 20 lub 30 lat temu, na ogół nie ma pojęcia o zmianach, jakie w międzyczasie zaszły, a jeśli już się o nich dowiaduje, to na ogół „wieścią gminną”, przy niedzielnym obiedzie i od kogoś, kto też nie jest do końca pewien, jak jest naprawdę, ale „coś o tym słyszał”. Najczęściej dotyczy to właśnie zasad korzystania z dróg publicznych przez rowerzystów: trąbienie, wygrażanie pięściami i obrzucanie stekiem wyzwisk kolarzy, którzy – zgodnie z przepisami – jadą obok siebie, są u nas na porządku dziennym. Konieczność ustąpienia pierwszeństwa rowerzyście, gdy ścieżka rowerowa przecina drogę, w którą kierowca chce skręcić, to koszmarny sen większości kierowców. (Inna sprawa, że to również zmora urzędników, którzy na ogół wytyczają te przejazdy w tak bezmyślny sposób, że trudno sobie wyobrazić coś bardziej absurdalnego. W większości przypadków wystarczyłoby przesunąć przejazd dla rowerów za przejście dla pieszych, co i zmusiłoby rowerzystów do zmniejszenia prędkości, i do większej ostrożności w manewrowaniu, i pozwoliłoby im jednocześnie wyjechać z martwego pola w lusterku pojazdu, a kierującemu dałoby więcej czasu na reakcję. Byłoby to racjonalne i logiczne, ale to kosztuje trochę więcej farby, więc po co sobie zawracać głowę logiką?)

Można sobie oczywiście na milion sposobów tłumaczyć, że przez 45 lat byliśmy uzależnieni od zewnętrznych wpływów i narzucanych nam z góry idiotycznych przepisów, w których omijaniu skutecznie się przez te lata ćwiczyliśmy. Ale prawda jest taka, że od 30 lat możemy już stanowić sami o sobie, a nadal bezrefleksyjnie brniemy w manię regulowania każdego, nawet najmniejszego aspektu naszej codzienności. Wychodzi nam – delikatnie mówiąc – średnio, co nie powinno dziwić, bo całej złożoności codziennego życia nie sposób skodyfikować nawet w najbardziej opasłych tomiszczach kodeksów. Ale co szkodzi politykom marnować czas na próby?

Druga przyczyna tkwi bardzo głęboko w nas i naszym nieposkromionym egoizmie. Podczas jednej z dyskusji o tym, dlaczego wciąż nie udaje nam się osiągnąć poziomu życia, porównywalnego z krajami zachodu, mimo iż przecież jesteśmy niejednokrotnie bardziej przedsiębiorczy i więcej pracujemy, pozwoliłem sobie na uwagę, że tym, co nas najmocniej tłumi, jest nasz własny egoizm. Śmiem wręcz twierdzić, że nie jesteśmy społeczeństwem, tylko po prostu zbiorem jednostek, których łączy paszport i kalendarz świąt. Nic więcej, bo jeśli tylko pojawia się okazja do wybicia się ponad innych, natychmiast ją wykorzystujemy. Najczęściej ze szkodą dla „ogółu”.

Koronnym dowodem na to, że nie potrafimy na rzeczywistość spojrzeć inaczej, niż wyłącznie przez pryzmat własnych korzyści, jest zdanie „miejsce na twoją reklamę” – zmora polskiego krajobrazu, która doprowadziła do jego zawłaszczenia przez tych, którzy własny interes stawiają ponad wspólne dobro i bezpieczeństwo. Takiego widoku, jak na zdjęciu poniżej, ze świecą szukać za naszą zachodnią granicą, gdzie środowisko i widoki są dobrami wspólnymi. A przecież takie „widoki” towarzyszą nam na każdym kroku, na przedmieściach każdego miasteczka. I nic z tym nie robimy.

Własność stała się w Polsce świętością, posiadanie urosło do rangi religii, posiadający mianowali się bogami, a stan posiadania stał się narzędziem wyrafinowanej przemocy wobec tych, którzy posiadają mniej. Najwyraźniej jest to widoczne właśnie na drogach, gdzie pewność siebie kierowcy statystycznie rośnie wraz z wartością pojazdu (nie zawsze obiektywną, bo często wystarczy tylko przekonanie właściciela o wyjątkowości jego maszyny). Ale zasada jest dość czytelna: na czym więcej mnie stać, albo czym większą furą jadę, tym bardziej rosną moje pretensje do panowania na drodze. Nader często te roszczenia rozciągają się również na panowanie nad prawami fizyki, czego skutki na ogół są opłakane.

Na naszych drogach utworzył się swoisty łańcuch pokarmowy: rowerzyści próbują zdominować pieszych, kierowcy – rowerzystów, kierowcy ciężarówek – kierowców osobówek i tak dalej. Do tego dochodzą trudne do zrozumienia zachowania subkulturowe.

Podziwialiśmy w Danii wzajemną życzliwość zwykłych ludzi. Gdy szliśmy na spacer – pozdrawiali nas ludzie, siedzący na tarasach. Na rowerze odwzajemniałem pozdrowienia od wszystkich rowerzystów – ręką machała do mnie nawet starsza pani, jadąca na wiekowym jednośladzie. Tymczasem znajomy opowiadał mi historie o tym, jak w Polsce pozdrowienia od motocyklistów zmieniają się nagle w niezdarne machnięcia ręką, gdy pozdrawiający orientują się, że nie jedzie rasowym ścigaczem, tylko dużym, ale mimo wszystko skuterem. Widać nawet pozdrowień trzeba okazać się „godnym”. (Gdy wróciłem kilka lat temu na rower zaobserwowałem podobną właściwość: kiedy jechałem na szosie i pozdrawiałem kogoś jadącego MTB, w 9 na 10 przypadków nie doczekałem się odpowiedzi. Na szczęście od jakiegoś czasu dość mocno się to zmienia, być może dlatego, że wielu kolarzy uprawia obie odmiany tego sportu i granice się powoli zacierają).

Źródeł tego, że nasze drogi są tak niebezpieczne i nieprzyjazne, można z pewnością wymienić wiele: całkowicie zdeformowana struktura organizacji transportu, która na drogi wepchnęła miliony samochodów, z których większość tak naprawdę wcale jeździć nie musi; podsycana latami moda na zakup samochodu, którego posiadanie stało się swoistym „obowiązkiem” (Polska ma jeden z najwyższych w Europie współczynnik liczby samochodów na 1000 mieszkańców: 571, (wg danych za 2017 rok), z czego duża część do samochody ponad 20-letnie, w co najmniej dyskusyjnym stanie technicznym); fatalny system szkolenia kierowców, nastawiony na szybki zysk i zdawanie egzaminów, a nie na rzeczywistą naukę poruszania się po drogach. I tak dalej, i tak dalej…

Większość Polaków z wszystkich sił wzbrania się przed porzuceniem swojego samochodu i korzystaniem z transportu zbiorowego, tworząc tym samym komunikacyjne błędne koło: tkwiąc w korkach, złorzecząc i wzmagając swoją frustrację, nie robiąc jednocześnie nic, by tę sytuację zmienić. Zupełnie, jakby nie docierała do nas najprostsza w świecie oczywistość, od lat znana i rozpowszechniana w świecie: „Ty nie stoisz w korku. Ty go tworzysz”.

Ale moim zdaniem najpoważniejszą przyczyną tego, co wszyscy wspólnie nazywamy „brakiem kultury na drodze” (choć, niestety, częściej bardziej pasuje określenie „chamstwo”), jest zupełny brak szacunku do drugiego człowieka w ogóle. To, że łatwiej nam przychodzi grać rolę samozwańczego szeryfa, który na własną rękę zaprowadzi porządek i wymierzy sprawiedliwość, niż ustąpić, machnąć ręką i odpuścić. O uśmiechu nawet nie wspominam, no bo jak się tu uśmiechnąć do człowieka, który zmusił mnie do dwóch niewielkich ruchów stopą? Jak obdarować uśmiechem człowieka, który właśnie dokonał śmiertelnego zamachu na nasze ego?

Opowieść o wrocławskim taksówkarzu, goniącym człowieka po parku i na koniec tratującym go, żeby zapamiętał sobie tę lekcję na całe życie (o ile w ogóle przeżyje), a opowieść o kierowcy ciężarówki, zjeżdżającym na drugi pas, żeby nas przypadkiem nie ochlapać wodą, to historie z dwóch zupełnie różnych światów. Dzieli je w linii prostej 900 kilometrów. Ale mentalnie dzielą je lata świetlne.

_______________________________

Większość tego felietonu napisałem, zerkając na zmagania kolarzy podczas wyścigu Liège-Bastogne-Liège. Tak się to dziwnie złożyło, że wygrał go Duńczyk – Jakob Fuglsang. Nie powiem: ucieszyła mnie ta wiadomość. Od dłuższego już czasu czułem do tego narodu – a zwłaszcza do jego filozofii hygge – mnóstwo sympatii. Odkąd poznałem ich nieco bliżej, moje uczucia stały się jeszcze cieplejsze.

Koniecznie jedźcie do Danii na rower! Jest wprawdzie płasko i cholernie wieje, ale frajdę, jaką można czerpać z uprawiania tam kolarstwa, trudno porównać z czymkolwiek innym.

Nauka jazdy.

22 kwietnia ubiegłego roku okazał się być dniem bardzo smutnym. Wiadomość o śmierci Michele Scarponiego wstrząsnęła kolarskim światem, a fakt, że zginął podczas treningu, nieopodal własnego domu, wywołał wiele dyskusji na temat bezpieczeństwa rowerzystów na drodze. Czy przez ostatni rok coś się zmieniło? Z mojej perspektywy – a przejechałem od tamtej pory ładnych kilka tysięcy kilometrów – niewiele.

Żeby nie było: to nie jest tak, że za brak poczucia bezpieczeństwa podczas kolarskich treningów i przejażdżek odpowiadają tylko kierowcy. Nie dalej jak w sobotę widziałem „kolarza”, pomykającego sobie drogą ekspresową (sic!) między Szydłowcem a Skarżyskiem-Kamienną. Rozumiem, że jazda wąskimi i nierzadko wciąż dziurawymi bocznymi drogami (choć tu akurat na korzyść zmieniło się bardzo wiele) nie musi należeć do najprzyjemniejszych, ale na drodze ekspresowej facet na rowerze zwyczajnie nie miał prawa się znaleźć. I to nie jedyny przypadek, bo niedawno całą grupkę niedzielnych książąt szos widziano na estakadzie S8, na wysokości Targówka. Trzeba naprawdę nie mieć wyobraźni.

Tak samo, jak w przypadku jazdy ze słuchawkami w uszach, albo bez żadnego oświetlenia. Jak słyszę „argument”, że dwie małe lampki stanowią zbędne obciążenie za ciężkie pieniądze odchudzanego roweru – mam ochotę przegryźć karbon i wypluć go delikwentowi wprost pod nogi. Spoko – jak jedziesz w „wyścigu”  to może nie jest najlepszym pomysłem miganie wszystkim jadącym za tobą czerwonym światełkiem (dlaczego „wyścig” w cudzysłowie doskonale wyjaśnia wpis u Przemka Zawady – bardzo polecam, bo też jest o bezpieczeństwie). Ale jak jedziesz samotny trening, albo kręcisz w jakiejś małej grupce po drodze wojewódzkiej, to warto wziąć pod uwagę, że może się trafić taki moment, kiedy ty będziesz centralnie pod słońce, a jakiś Janusz, palący fajki w swoim seicento, który na pomysł przetarcia szyby od wewnątrz być może wpadnie dopiero przy próbie sprzedaży (a i to nie na pewno), przez mgłę, którą wytwarza może cię zwyczajnie nie zauważyć. I to nie będzie wyłącznie jego wina, bo bycie widocznym na drodze to obowiązek wszystkich uczestników ruchu – również faceta, który na swoim rowerze wykręca setki watów. Na masce seicento będzie wyglądał średnio powabnie.

Ale druga strona tego medalu jest taka, że większość kierowców tematu ludzi na rowerach nie ogarnia w ząb. Co prawda liczba tych, którzy rowerzystów w ogóle nie uważają za uczestników ruchu regularnie maleje, a pełne irytacji trąbienie słyszy się coraz rzadziej (choć wciąż jest spotykane), to mimo wszystko do poczucia bezpieczeństwa droga jest jeszcze daleka.

Z moich doświadczeń i obserwacji wynika, że najpoważniejszym problemem polskich kierowców jest umiejętność oceny odległości i prędkości, z jaką porusza się inny obiekt. Wymuszanie pierwszeństwa, zwłaszcza przez wyjeżdżających z podporządkowanej drogi, jest praktycznie na porządku dziennym. Mało kierowców zdaje sobie sprawę, że 30-40 kmh, a na ogół na płaskich odcinkach większość szosowców mniej więcej z taką prędkością się porusza, to mimo wszystko jest dość szybko. To około 10 metrów na sekundę. A to znaczy, że jak kierowca widzi mnie w odległości 50 metrów od siebie i dopiero zaczyna szukać biegu żeby ruszyć, to nie ma szans, żeby on zdążył to zrobić, a ja nie musiał ugniatać klamek. Wielu kierowcom się wydaje, że rower – najbardziej ułomny pojazd, jaki się może znaleźć na drodze – nie ma prawa jechać tak szybko. I pół biedy, kiedy jeszcze wyjeżdżając przetnie mi drogę i pojedzie w innym kierunku. Ja nagminnie spotykam takich, którzy wyjeżdżają tuż przede mnie, ale przyspieszają w takim tempie, że zanim zostanę poczęstowany solidnym wyziewem z rury wydechowej, zdążę jeszcze policzyć wszystkie ślady nieudanego parkowania, pozostawione na zderzaku…

Druga grupa to ci, którzy mają ewidentny problem z wyprzedzaniem rowerzystów. Przyznaję, że nie kumam tej techniki: lekkie odbicie w lewo, zrównanie się z kolarzem, delikatne przyspieszenie i but w podłogę, gdy już jest się daleko z przodu. Jeśli idzie o to, żeby mnie nie przestraszyć, to udaje się średnio, bo moment, w którym czuję się najmniej pewnie to ten, w którym taki Caruso szos powoli przesuwa się wzdłuż mojej lewej nogi. Wtedy mam ciarki i to bynajmniej nie z podniety. Jak do tego się zdarzy, że na horyzoncie pojawi się jakiś samochód, jadący z naprzeciwka – sprawa robi się jeszcze poważniejsza, bo ponad tonowa maszyna zaczyna już wkraczać w moją strefę intymną.

Drogi kierowco: jak już widzisz przede mną trochę miejsca dla siebie, włącz kierunkowskaz, daj półtora metra w lewo i depcz ten pedał gazu, żeby przede mną się znaleźć jak najszybciej – na tym polega ta prosta sztuka. Nawiasem mówiąc: zgodna z przepisami, które wyraźnie mówią, że manewr wyprzedzania ma być możliwie najkrótszy.

Jest jeszcze jedna grupa mistrzów kierownicy, szczególnie często spotykana w okolicach Krakowa (gdzie indziej widuję ten fenomen dużo rzadziej): skręcanie w taki sposób, jakby się ciągnęło 7,5-metrową przyczepę kempingową. Żeby to sobie zwizualizować, wystarczy wyobrazić sobie na przykład Toyotę Yaris, która włącza kierunkowskaz w lewo, po czym nie zjeżdża do osi jezdni, ale odbija w prawo, dopóki nie przywita się z poboczem i dopiero wtedy rozpoczyna manewr skrętu w lewo. Gdy coś jedzie z naprzeciwka, to w tym miejscu Yaris się zatrzymuje. I stoi sobie taka sierota niemal całkowicie w poprzek drogi i żadnym sposobem nie można jej ominąć, bez zwiedzania pobliskiego rowu. Nawet rowerem! W drugą stronę wygląda to analogicznie, choć tutaj jeszcze można ryzykować ominięcie takiego delikwenta z lewej strony, o ile oczywiście nic nie jedzie z naprzeciwka.

Prawda jest taka, że wypadki zdarzają się wszędzie. Scarponi zginął we Włoszech, Tomek Marczyński wpadł na wyjeżdżający z bocznej uliczki samochód w Hiszpanii, na Petra Vakoca i Laurensa de Plus najechała z tyłu ciężarówka w RPA. Nawet na Majorce, w świątyni treningów kolarskich zdarzają się wypadki. To, że w Polsce nie słyszymy o tego typu zdarzeniach nie oznacza, że jest ich mniej, lub wręcz nie występują. Po prostu u nas trenuje zbyt mało znanych kolarzy. Na szczęście. Zdarzało mi się jeździć na rowerze w różnych krajach i nigdzie nie czułem się tak niepewnie, jak na polskich drogach. Tutaj rower na drodze wciąż jest przeszkodą, a nie oczywistością. Ale – paradoksalnie – jedyna recepta, która wydaje mi się skuteczna w zakresie zmiany tej sytuacji, brzmi po prostu: jeździć więcej. Tylko w ten sposób będziemy w stanie doprowadzić do sytuacji, w której rower na drodze tą oczywistością się stanie.

 

Foto: Smedley Smoots / Flickr