Ludzie listy piszą…

Kilka dni temu w rozmowie z jednym z działaczy naszego ulubionego związku sportowego usłyszałem zarzut, że o działaniach zarządu PZKol piszę i mówię wyłącznie negatywnie. W pierwszej chwili odebrałem to jako sugestię, że albo mam mówić dobrze, albo wcale, ale porzuciłem tę myśl, bo raczej nie podejrzewam mojego rozmówcy o tego typu zapędy. Poprosiłem w zamian o podanie przykładu jakiegoś sukcesu związku w ostatnim czasie, na co usłyszałem, że po długiej nieobecności został w związku powołany dyrektor sportowy.

Darowałem sobie cytowanie popularnych w środowisku złośliwości, że w kryteriach konkursowych na to stanowisko chyba tylko przez nieuwagę zabrakło punktu o konieczności posiadania przez kandydata inicjałów ML, więc niech będzie: wybrali. Tyle tylko, że to trochę tak, jak ja bym za swój sukces uznawał fakt, że udaje mi się wstać rano, dojechać do pracy i coś tam zrobić przez 8 godzin. Wybór dyrektora sportowego, jak by nie patrzeć: obowiązek zarządu, zrealizowany po bodaj 7 miesiącach funkcjonowania, trudno zaiste uważać za osiągnięcie. Ale niech będzie.

Pomny jednak uwagi, by w pisaniu o związku koncentrować się na pozytywach, występuję niniejszym z konstruktywnym wnioskiem zaproszenia do rozmów na temat sponsorowania polskiego kolarstwa Poczty Polskiej. I nie chodzi mi bynajmniej o zaskakująco duże podobieństwa w „kulturze organizacyjnej” obu instytucji, ale o to, że PZKol mógłby na takim mariażu podwójnie zyskać: wyjść z kłopotów finansowych i znacznie obniżyć koszty swojego funkcjonowania.

Polskie kolarstwo stoi dzisiaj bowiem głównie pisaniem listów. Być może ta epistolograficzna tradycja jest w tym środowisku głębiej zakorzeniona – nie wiem, nie sprawdzałem. Niemniej faktem jest, że ostatnio działacze nam się nad wyraz w tej materii rozwinęli.

Od kilku tygodni krąży wśród działaczy korespondencja jednego z ich wysoko postawionych kolegów, w której dzieli się on receptą na wybawienie związku z kłopotów, prezentując przy okazji dość rewolucyjne podejście do zasad ekonomii. Z listu wynika, że zależna od PZKol spółka Arena Pruszków posiada wart 70 milionów złotych majątek, który – zdaniem autora tych wynurzeń – powinien co roku przynosić 3% zysk, czyli jakieś 2 miliony z hakiem, które w bliżej nieokreślonej perspektywie czasowej powinny wyprowadzić PZKol na prostą.

Pomijając już tę „drobną” nieścisłość, że spółka Arena zarządza torem, ale go nie „posiada”, trudno doszukać się jakiegoś uzasadnienia dla tych kalkulacji, poza stwierdzeniem, że „zwykle tak jest”.

Rzuciłem sobie z ciekawości okiem na wyniki finansowe spółki PL.2012+, która zarządza PGE Stadionem Narodowym i czytam, że np. w roku 2017 wypracowała ona 7 milionów złotych zysku. Nie jestem pewien aktualnej wartości Stadionu Narodowego, ale podejrzewam, że gigantyczny obiekt w centrum Warszawy jest wart grubo więcej, niż 3,5-krotność toru kolarskiego w Pruszkowie, a tak by – na logikę – wynikało z wyliczeń związkowego ekonoma. A mówimy przecież o obiekcie, który żyje z wynajmu biur, sal konferencyjnych, organizacji targów, koncertów, imprez sportowych od żużla po mistrzostwa w siatkówce, nie wspominając już o takich „drobiazgach”, jak gromadzące blisko 60-tysięczną publiczność mecze reprezentacji w piłce kopanej – jak by nie patrzeć: najpopularniejszej wśród kibiców dyscyplinie w kraju nad Wisłą. Aha! Ma również – last, but not least – sponsora tytularnego, czyli PGE.

Arena ma tymczasem wypracować ponad 2 miliony, organizując wyścigi kolarskie, galę MMA i zawody w badmintona. Bo tak. A działacze powinni w to wierzyć. I niektórzy wierzą, bo jedną z kopii tego listu otrzymałem ze złośliwą uwagą: „czyli jednak jest jakieś rozwiązanie!?”. Taaak…

Żeby było jasne: tor w Pruszkowie potrafi zarabiać. Jeśli mnie pamięć nie myli, to kilka lat temu udało się tam wypracować blisko 400-tysięczny zysk, a ubiegłoroczne mistrzostwa świata przyniosły na plusie połowę tej kwoty. Ale ile się trzeba napracować i jakie środki trzeba zaangażować, żeby to osiągnąć, wiedzą chyba tylko ci, którzy brali w tym udział. Obserwatorom pozostaje snucie teorii. I pisanie listów.

Ale to oczywiście nie koniec rozwoju sztuki epistolarnej na ulicy Andrzeja w Pruszkowie. Z lubością są tam wysyłane listy do pani minister, w których zarząd postuluje rozwiązywanie problemów związku kolejnymi bajpasami. Ostatnio głośno zrobiło się na facebookowym profilu PZKol, gdzie wrzucono najpierw wyłącznie odmowę pani minister, a dopiero po wielu uwagach użytkowników dodano dla jasności opublikowane parę tygodni wcześniej pismo związku (pod linkami można sobie poczytać oba listy)

Nie chcę zarzucać zarządowi złych intencji (pamiętaj Czykier, tylko pozytywy!), choć złośliwa część mojej duszy podpowiada, że tego typu pisma można wysyłać chyba wyłącznie po to, by się później nad sobą użalać po odmowie. No bo kto przy zdrowych zmysłach pisze w oficjalnym wniosku, nie podając żadnych konkretnych propozycji rozwiązania, ale oczekując finansowania „na przykład” przez Okręgowy Związek Kolarski? Który? Nie ma na liście związków kolarskich „na przykład Okręgowego”, więc jakiej odpowiedzi spodziewał się zarząd? Może warto było jeszcze dopisać, że chodzi o kwotę „na oko pół miliona”?

Tak na marginesie (te słowa kieruję do panów z zarządu): jak już domagacie się od dziennikarzy, by pisali o Was tylko dobrze, to byłoby w sumie całkiem zasadne, żebyście sami zaczęli to robić. Pisanie w kółko o „krytycznej sytuacji finansowej związku” to nie jest pozytywny komunikat. Tym bardziej, że nie doprowadziła do niego nagła burza, która zerwała dach na torze, tylko niefrasobliwość i nieudolność konkretnych ludzi, którzy dopuścili do zadłużenia instytucji. Środowisko, zamiast epatować „krytyczną sytuacją” i słać kolejne błagalne pisma o pomoc, powinno się w pierwszej kolejności uderzyć we własne piersi i rozliczyć samo z sobą.

Nie musi to być łatwe zadanie, bo okazuje się, że i „środowisk kolarskich” w Polsce jest co najmniej kilka. Jedno z nich też ostatnio napisało do pani minister, zaczynając – jakżeby inaczej – od informacji o dramatycznej sytuacji i niewydolności organizacyjnej PZKol, a kończąc swoją epistołę uroczym stwierdzeniem, że „obecne władze PZKol nie chcą podjąć dialogu z własnym środowiskiem”.

Aż się chce zapytać: a kto Wam te obecne władze wybrał, Panowie? Hę?

Trochę współczuję pani minister. Raz, że trudno się już zorientować w mnogości kolarskich środowisk, a tym bardziej zdecydować, z którym z nich należy rozmawiać; dwa: poczułbym się na jej miejscu trochę dotknięty tonem tej korespondencji, albowiem w żadnej nie ma nawet śladu pomysłu na konstruktywne rozwiązanie problemu, jest za to nieustanne błaganie o litość. Jakoś niespecjalnie kojarzę podobny wydźwięk w rozmowach z ministrem Bańką. Chodzi o to, że obecna minister jest kobietą? Ma się nad Wami zlitować? Pochylić się nad związkiem z matczyną troską? No Panowie… miejcież chociaż odrobinę honoru i jaj…

Nie znam w tym kraju dziennikarza czy blogera, któremu pisanie lub mówienie o bieżącej sytuacji w związku sprawia przyjemność. Zarzut, że chcemy o związku mówić tylko negatywnie, jest grubo chybiony. Jak kania dżdżu wyczekuję chwili, w której będę mógł napisać, że ktoś w końcu opracował jakiś realny i konstruktywny plan wyprowadzenia tej instytucji na prostą. Napiszę o tym z nieskrywaną radością.

Na razie czytam te krążące tu i ówdzie listy i załamuję ręce, bo są namacalnym dowodem na bezradność całego środowiska (tudzież kilku środowisk, bo już nie sposób się w tym połapać). Tym sposobem szansy mówienia tylko dobrze o kolarstwie w Polsce możemy się niestety nie doczekać. Byłoby naprawdę szkoda.

Ale jak chcecie to kiedyś osiągnąć, Panowie, to niestety musicie najpierw zacząć od siebie.

A tak zupełnie na marginesie: nie wszystkim udział pocztowców w kolarstwie kojarzy się dobrze, ale są też pozytywne przykłady. Duńczycy na przykład ze swoją rodzimą instytucją pocztową żyją bardzo dobrze, co dla kolarstwa oznacza sporo profitów. Na serio bym ten mariaż z Pocztą Polską rozważył 😉

Pewnego razu w Tyrolu…

Z kronikarskiego obowiązku (skoro już od czasu do czasu ktoś tutaj zabłądzi…;)

Ponieważ trwają właśnie mistrzostwa świata w kolarstwie szosowym, które w miarę na bieżąco staram się relacjonować dla Sport.pl, postaram się również i tutaj na bieżąco wrzucać i aktualizować kolejne materiały.

Zatem…

Tutaj znajdziesz wstęp, czyli kilka słów o tym, co, kto, gdzie i po co? Oraz kiedy i gdzie można to zobaczyć?

Dzień 1 – drużynowa jazda na czas. Trochę szkoda, że ostatnia. Akurat drużynowe czasówki wydają mi się dość interesujące (w odróżnieniu od indywidualnych, które bywają ważne dla rozstrzygnięć wyścigów, ale same w sobie są emocjonujące jak wyprawa na ryby…)

Dzień 2 i 3 – indywidualne jazdy na czas. Nie wiem, czym na co dzień zajmują się kobiety w Holandii, ale musi to być coś wspaniałego, że mają jeszcze tyle czasu na rower. A potem leją resztę świata i nie biorą jeńców. Bardzo mi się to podoba. Panowie są może trochę bardziej demokratyczni, jeśli idzie o podział miejsc na podium, ale za to Evenepoel zrobił to tak, że był on, a potem długo, długo nikt. Aż żałuję, że nie mam na co dzień czasu i okazji oglądać juniorskiego ścigania…

Dzień 4 – czyli czasówka elity mężczyzn. I Rohan Dennis, który jechał, jakby jutra nie było. Kwiato znakomicie, choć do pudła nieco zabrakło. Za to Bodi… szkoda gadać. Coś poszło mocno nie tak…

Dzień 5 i 6 gdzieś się zapodział w publikacji (tekst wysłałem, ale chyba zaginął w nawale siatkarskich newsów ;). A szkoda, bo juniorzy i młodzieżowcy pokazali kawał naprawdę solidnego ścigania. Niestety – bez oszałamiających sukcesów naszych kolarzy, choć dla Marty Jaskulskiej brawa za 17. miejsce w juniorkach. Jako jedyna dojechała w czubie. Panowie się pokazali (Szymon Tracz w ucieczce), ale to by było na tyle. Do mety dojechali daleko.

Dzień 7 – wyścig elity kobiet. Kłaniam się nisko Gosi Jasińskiej, bo pokazała taki pazur i taką jazdę, że się chciało, aby ten wyścig trwał i trwał (choć pewnie dziewczyny nie byłyby szczególnie zachwycone 😉

No i w końcu finał w wykonaniu elity mężczyzn. Bardzo liczyłem na Kwiato, ale okazało się, że jednak nie jest niezniszczalny (może to i lepiej). Więcej siły zachował Majka, ale z „Piekłem” ledwie się przywitał. To nie był dzień naszych chłopaków. Ale był to z pewnością dzień Valverde. Przy tej okazji oczywiście powróciły zwyczajowe dyskusje o tym, że dawno temu facet był umoczony w jakieś dopingowe niejasności, z których nigdy się nie wytłumaczył, ale to temat na inną opowieść…

Fajne były to mistrzostwa…

 

 

Przydatne linki:
Oficjalna strona mistrzostw:  https://www.innsbruck-tirol2018.com/en/
Twitter: @ibk_tirol2018  hasztag: #InnsbruckTirol2018
Live timming:  http://tissottiming.com/2018/crdwch/pl-pl/

 

Foto: Innsbruck-Tirol 2018 / Jan Hetfleisch

Rafał, pracuj! Nie uciekaj!

Roli bycia liderem, a nie pełnienia funkcji lidera, musi się Rafał nauczyć. Swój autorytet przywódcy musi sobie wypracować. Bez tych umiejętności nie ma większego znaczenia, w jakiej drużynie będzie jeździł.

Rzadko się odnoszę do tego, co piszą inni dziennikarze, bo wychodzę z założenia, że każdy ma swój rozum, swoje poglądy i swoją odpowiedzialność za to, co głosi. Ale przeczytałem wczoraj poświęcony Rafałowi Majce tekst Dawida Gruntkowskiego w naszosie.pl i gdzieś głęboko pod czaszką zaczęło mi chrobotać, czy aby nie za bardzo upraszczamy rzeczywistość i z tymi podpowiedziami dla kolarzy nie idziemy za daleko?

Bo czy naprawdę zmiana zespołu i trenera jest jedynym skutecznym remedium na słabsze występy Rafała? Moim zdaniem nie bardzo, a przełomowy w karierze Majki wcale nie wydaje mi się upadek na trasie ubiegłorocznego Touru, po którym nastąpił przecież bardzo dobrze przejechany – jeszcze z niezagojonymi ranami – Tour de Pologne (przegrany przede wszystkim w Szczyrku, gdzie kolarze BORA-hansgrohe zlekceważyli Teunsa i pozwolili mu zgarnąć etap i bonifikaty), a jeszcze później wcale nie najgorsza, choć przecież przechorowana w pierwszej części Vuelta. Sam Patxi Villa też nie pojawił się nagle, żeby wszystko popsuć, bo – jeśli mnie pamięć nie zawodzi – był już dyrektorem sportowym w drużynie Tinkoff w 2015 i 2016 roku, czyli wtedy, gdy Rafał sięgał po drugą koszulę w grochy i olimpijski brąz.

W moim przekonaniu przełom nastąpił w chwili, w której Rafał zajął miejsce lidera zespołu, ale nie wszedł w jego rolę. Zaczął jeździć na pozycji Contadora, ale nie stał się nowym Contadorem – i bynajmniej nie mam tu na myśli jego umiejętności i listy sukcesów, ale rolę lidera, który nie tylko jest elementem strategii na dany wyścig, ale który staje się osią działań całego zespołu i to na wielu poziomach: od taktycznego, po wizerunkowy i komunikacyjny. Tę rolę w drużynie Bory przejął Peter Sagan, Rafał Majka pozostał na uboczu. Wystarczy spojrzeć na fotografie ekipy: czy to z wyścigów, czy z mniej lub bardziej oficjalnych okoliczności. Gdzie stał Majka podczas grudniowej prezentacji składu i nowych strojów? W drugim rzędzie. Bynajmniej nie dlatego, że jest dużo wyższy od Pawła Poljańskiego.

Bora_pres

Roli bycia liderem, a nie pełnienia funkcji lidera, musi się Rafał nauczyć. Swój autorytet przywódcy musi sobie wypracować. Bez tych umiejętności nie ma większego znaczenia, w jakiej drużynie będzie jeździł – problem pozostanie, jego pozycja będzie nieustannie słaba. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że bez wykształcenia w sobie cech lidera, Majka może mieć w przyszłości problem ze zmianą zespołu, bo żadna aspirująca ekipa nie powierzy roli lidera facetowi, który nie potrafi wokół siebie skoncentrować zaangażowania pozostałych członków zespołu.

Problem z przywództwem w ekipie Bory występuje moim zdaniem na wielu poziomach. Ralph Denk również nie jest tak silną osobowością, jaką był Oleg Tinkov, co też wydaje mi się jedną z przyczyn, leżących u podstaw słabszych rezultatów Rafała. Ciemną stroną luźnej atmosfery i dużej swobody, z których cieszą się kolarze Bory i co często podkreślają, może być też (choć nie musi) obniżony poziom motywacji. Być może stąd tak często powtarzane w przypadku niepowodzeń „nie udało się, no trudno”. Może metody Tinkova nie były szczególnie eleganckie (jeśli się nie mylę, to Rafał wciąż jeszcze nie jeździ obiecanym mu Astonem), ale w jakimś stopniu były skuteczne. Fakt, że nikt nie wiedział, czego się po ekscentrycznym szefie spodziewać, działał na wielu kolarzy mobilizująco.

Jeśli spojrzeć na najbardziej w tym sezonie utytułowane ekipy Team Sky i Quick-Step, to są one zarządzane przez ludzi o silnych osobowościach (Dave Brailsford, Patrick Lefevere). Może to tylko zbieg okoliczności, ale nie wydaje mi się zupełnym przypadkiem, że do momentu śmierci Andy’ego Rihsa również BMC notowało lepsze rezultaty. Pewnie trzeba by pogmerać głębiej, ale wydaje mi się, że te dwa czynniki w dużym stopniu determinują sukcesy drużyn: silny lider i silny menedżer. Jeśli jeden z nich okazuje się słabszy – drugi siłą rzeczy musi być silniejszy. A ponieważ nie tak łatwo zmienić sobie szefa, Rafałowi pozostaje ciężka praca nad wykształceniem własnych umiejętności przywódczych.

Ucieczka nie jest żadnym rozwiązaniem. Ciężka praca – owszem.

Rafał, pracuj! W tym Ci będę najmocniej kibicował.

Foto otwierające: Rafał po czasówce w Dusseldorfie, TDF 2017 (c) ja 😉
To drugie foto: Rafał (drugi rząd, czwarty od prawej) na prezentacji strojów (c) BORA-hansgrohe

Teoria światów równoległych.

Lubię sobie czasem poczytać komentarze pod moimi tekstami na Sport.pl. Budzi to co prawda pewne podejrzenia o jakieś masochistyczne skłonności, bo zwykle nie jest to lektura przyjemna, a czasami można się i o sobie dowiedzieć dość interesujących rzeczy. Ale mimo wszystko wzdrygam się i rzucam tam okiem.

Miałem to szczęście w życiu (lub nieszczęście – zależy jak na to patrzeć), że dość aktywnie uczestniczyłem w procesie tworzenia się internetowych społeczności w Polsce, jeszcze pod koniec ubiegłego stulecia (uwielbiam kombatanckie brzmienie tego zdania;)). Może nieszczególnie pochłaniały mnie aktywności w Usenecie, na IRC-u lub późniejszym Gadu-Gadu, ale gdy w 2000 roku zostałem zaangażowany do projektu tworzenia Gazety.pl, to poza rozwojem usług biznesowych, za które byłem w pierwszym rzędzie odpowiedzialny, dość mocno pochłonęły mnie działania na czacie i forum Gazety. I choć gazetowa czatownia świata raczej nie podbiła (za to w moim prywatnym życiu namieszała sporo – dość powiedzieć, że szczęśliwie dzielę dziś metraż z poznaną tam wówczas moją Zdecydowanie Lepszą Połową;), to dla odmiany fora wybuchły w sposób nie dający się wówczas przewidzieć.

Ten przydługi wstęp zamieszczam w sumie tylko po to, żeby zarysować tło do wypowiedzenia zdania, że od prawie dwóch dekad nie jestem w stanie zrozumieć ludzkiej potrzeby napisania pod pseudonimem kilku słów zupełnie bezwartościowego i nie budującego żadnej wiedzy komentarza, np. „wyścigi koksiarzy!”. Być może piszący takie słowa czują jakiś rodzaj ulgi, jaką ja czuję na przykład wtedy, gdy sobie głęboko westchnę (albo siarczyście przeklnę) – nie wiem. Faktem jest, że tego typu „spostrzeżeń” fora i komentarze pod niemal wszystkimi tekstami są niezliczone ilości. I pewnie w ogóle nie powinno się na nie zwracać uwagę, ale ich wieczna tam obecność nieustannie budzi moje zaciekawienie.

No ale w sumie niezupełnie o tym chciałem. Raczej o tym, że pod moimi tekstami udziela się szczególnie dwóch jegomości, którzy zawsze mają zdanie na każdy temat i praktycznie zawsze korzystają z okazji do przekonania pozostałych czytelników, że Czykier się notorycznie myli, nic nie wie o kolarstwie, niepotrzebnie pompuje balon i popada w nieuzasadnioną emfazę, opisując wyczyny naszych kolarzy, które przecież – ich zdaniem – niemal zawsze są żenujące, niewarte choćby wzmianki, a poza tym pracują przecież dla Niemca, Brytola, czy – Panie Boże przebacz – dla jakichś bezbożnych Arabów.

Szczególnie mnie urzeka wytrwałość jednego z tych adwersarzy w głoszeniu teorii, jakoby polscy kolarze, których uparcie nazywa „wyrobnikami” lub „outsiderami”, jechali w czymś, co nazywa „wyścigiem równoległym”. W skrócie chodzi o to, że w takim na przykład Tour de France (Giro, Vuelcie, Tour de Pologne, mistrzostwach świata – niepotrzebne skreślić) jedzie wyścig główny, w którym biorą udział liderzy, walczący o podium, natomiast pozostali jeżdżą w „wyścigach outsiderów”, gdzie nagrodą pocieszenia jest zwycięstwo etapowe, punkty do klasyfikacji, lub koszulka w grochy.

Podobnych teorii można stworzyć wiele, wychodząc na przykład od tego, że każda klasyfikacja jest wyłącznie sposobem na wyciągnięcie dodatkowych pieniędzy od sponsorów. I w pewnym sensie wszystkie te teorie są uprawnione, a część nawet zgodna z rzeczywistością. Ale rzecz wygląda zupełnie inaczej, kiedy zaczniemy sobie zdawać sprawę z tego, że kolarze na drodze nie są tym samym, co bezwolne pionki na planszy, a tak zdaje się ich postrzegać bardzo wielu kibiców.

Patrząc w ekran telewizora nie słyszymy nieustannego szumu wiatru w uszach, nie szczypią nas oczy, zalewane potem, nie pali nas słońce i nie boli każdy fragment ciała, bo przecież podczas jazdy na rowerze ciężko pracują nie tylko nogi. Nie rozglądamy się za motocyklem, żeby sięgnąć po bidon i nie słyszymy w uchu głosu dyrektora wyścigu, który krzyczy: „szybciej, szybciej!”, podczas gdy my nie jesteśmy już w stanie zakręcić korbą ani odrobinę szybciej, bo za chwilę nagły skurcz, łapiący jednocześnie obie nogi, sparaliżuje nas do tego stopnia, że trudno jest nawet zsiąść z roweru (przeżyłem – nikomu nie polecam; podobno jest na to metoda, pozwalająca oszukać mózg, ale jej nie polecam jeszcze bardziej).

Piszę o tym wszystkim bez większej nadziei na zrozumienie po stronie moich niestrudzonych komentatorów, ale warto zdawać sobie sprawę z tego, że w ten sposób – niestety – myśli bardzo wielu kibiców, z których – na szczęście – tylko niektórzy czują potrzebę dzielenia się swoimi „przemyśleniami” ze światem. Bo do napisania, że zwycięstwo etapowe jest „tylko nagrodą pocieszenia w wyścigu outsiderów”, gdy jest to na przykład już 18. etap i kolarze w nogach mają ponad 3.000 kilometrów codziennej jazdy, trzeba nie tylko nie mieć wyobraźni i choćby minimalnego pojęcia o komentowanej dyscyplinie, ale wydaje mi się, że trzeba też mieć w sobie olbrzymie pokłady pogardy dla sportowców, czy też w ogóle do innych ludzi.

Nie dotyka mnie osobiście krytyka moich tekstów. Nie twierdzę bynajmniej, że o kolarstwie wiem wszystko, choć każdego dnia staram się pogłębiać swoją wiedzę, czytając niezliczone rozmowy z ludźmi z kolarskiego świata, rozmawiając z nimi samemu i samemu również jeżdżąc. Może przejechane co roku kilka tysięcy kilometrów na szosie to wciąż za mało, żeby móc się uznać za człowieka, znającego dyscyplinę – nie przeczę i nie wykluczam takiej możliwości.

Dotyka mnie natomiast do żywego beztroskie deprecjonowanie tytanicznej pracy, jaką wykonuje tych stu kilkudziesięciu facetów, stających na trasie wyścigu. Robią to między innymi po to, żeby dostarczyć nam odrobinę emocji i rozrywki. Nazywanie ich „outsiderami” to policzek, na który nie zasłużyli. Trudno mi się z tym pogodzić.

Swego czasu zgrzeszyłem naiwnością i próbowałem z tymi mądralami dyskutować. Facetowi od teorii wyścigów równoległych zaproponowałem wspólną przejażdżkę na 50 kilometrów i dyskusję przy piwie o kolarstwie. „Z różnych powodów” zmuszony był odmówić. Z dyskusjami dałem sobie spokój.

I teoretycznie to w ogóle nie powinno być tematem do rozważań, ale doświadczenie pracy w mediach podpowiada mi, że każda tego typu opinia prędzej czy później trafia do jakiejś grupy odbiorców. Być może znajdzie się w niej ktoś, kto dopiero zaczął się interesować kolarstwem. Nie chciałbym, żeby swoją przygodę z kolarstwem zaczął od zgłębiania teorii wyścigów równoległych. Ona z kolarstwem ma niewiele wspólnego. Nawiasem mówiąc: z normalnym życiem również.

 

Foto: ASO / Alex Broadway

Dwa ważne pytania.

Przyznaję się bez bicia, że nieco zaskoczył mnie efekt publikacji poprzedniego wpisu o kibicowaniu. Zaskoczył nie tylko skalą udostępnień i wygenerowanym zasięgiem, choć oglądanie pięciocyfrowych wyników zrobiło mi dobrze na ego;) Zaskoczył mnie przede wszystkim bardzo pozytywnym odbiorem. Zdecydowana większość komentujących zdawała się podzielać pogląd, że kibicowanie sportowcom nie daje kibicowi z automatu prawa do wieszania na nim psów, gdy coś idzie niezgodnie z założeniami – a o to przecież w pierwszym rzędzie chodziło.

Dwie rzeczy budziły wątpliwości. Pierwsza: czy ja przypadkiem nie odbieram kibicom prawa do krytyki? W żadnym wypadku, już pomijając nawet, że mój wpis odnosił się przede wszystkim do powszechnego – niestety – zjawiska hejtu i obrzucania sportowców (czy w ogóle innych ludzi) stekiem wyzwisk. Krytyka i wymiana poglądów w dyskusji między kibicami są naturalnymi elementami całej aktywności, którą nazywamy kibicowaniem i przez myśl by mi nie przeszło, żeby komukolwiek odbierać prawo do dyskusji, albo w jakikolwiek sposób narzucać jej ton. Ale abstrahując od tego, że jakakolwiek dyskusja zakłada przynajmniej minimalną otwartość na argumenty drugiej strony, to powinna się również opierać na fundamencie z faktów, a nie tylko z wyobrażeń i przekonań dyskutujących. Wtedy niestety każda dyskusja szybko zmienia się w festiwal mających luźny związek z rzeczywistością aktów strzelistych, a ponieważ brak faktów skutkuje zwykle brakiem argumentów – chwilę później w zwykłą pyskówkę i obrzucanie się wyzwiskami.

W przypadku Rafała Majki znakomitym przykładem dyskusji, opartych wyłącznie o wyobrażenia, było powielanie poglądu, że Majka skupił się na treningach w górach, zamiast na jeździe w wyścigach. Nawet jeśli ktoś miał na myśli to, że Majka zamiast udziału w Criterium de Dauphine wybrał mniej prestiżowy Tour of Slovenia, i niezbyt precyzyjnie tę myśl sformułował, wyszedł z tego chętnie powielany fake-news, jakoby Majka w wyścigach nie jeździł. A przecież nie jest żadnym wielkim wyzwaniem u końca drugiej dekady XXI wieku taką informację sprawdzić, chociażby na ProCyclingStats (co – nawiasem mówiąc – bardzo polecam). Z twardych danych wynika, że Majka w tym sezonie przejechał nie mniej, niż Thomas, Bardet, Roglić czy choćby Nibali, zanim tego ostatniego jakiś „ostrożny inaczej” kibic wyeliminował z wyścigu.

Drugim wątkiem, który się często przewijał w dyskusjach, była kwestia sponsoringu i roli kibiców, jako ważnego elementu całego sportowego ekosystemu. Jeden z komentujących bez specjalnego owijania w bawełnę raczył był ten problem ująć następująco:

Zrzut ekranu 2018-07-23 21.28.00

Problem polega na tym, że pan lub pani ‚heliheli’ ma rację (podobnie jak inni wypowiadający się w podobny sposób), ale nie do końca. Oczywiście związek między popularnością danej dyscypliny, jej oglądalnością i zainteresowaniem sponsorów jest bezdyskusyjny, ale niestety nie tak prosty, jak się powszechnie wydaje.

Nieporozumienie bierze się głównie z tego, że większość kibiców – na ogół zupełnie nieświadomie – mówiąc o sponsoringu w sporcie popełnia dwa fundamentalne błędy. Po pierwsze: za punkt odniesienia ma zazwyczaj najbardziej popularne dyscypliny i najpopularniejszych sportowców. Mierząc wszystkich sportowców miarą np. Roberta Lewandowskiego tworzymy sobie mocno skrzywiony obraz, w którym każdy sportowiec jest przysypany górą pieniędzy, spod której trudno mu się wygrzebać, żeby pójść na trening. Wystarczy poczytać komentarze, jakie towarzyszyły niezbyt udanemu (że sobie pozwolę na taki eufemizm;) występowi naszych piłkarzy na Mundialu, żeby szybko wyrobić sobie ich obraz jako tłustych, leniwych kotów, myślących o kolejnych kontraktach reklamowych, zamiast o tym, żeby zostawić na boisku krew, pot i łzy, walcząc do upadłego o każdą piłkę i każdy skrawek murawy.

Problem polega na tym, że rzeczywistość mocno odbiega od tych wyobrażeń i nie w każdej dyscyplinie na reprezentanta czeka gruby plik kontraktów i rząd walizek z pieniędzmi. I to bynajmniej nie dlatego, że reprezentują niski poziom, ale na ogół dlatego, że uprawiana przez nich dyscyplina nie jest transmitowana nawet w najbardziej podłym czasie antenowym, więc jej popularność nie mieści się choćby w granicach błędu statystycznego. Daleko nie szukając: przykładem niech będzie Sebastian Kawa, który kilka dni temu po raz 14. zdobył tytuł mistrza świata w szybownictwie (i co jeden z serwisów podał już po dwóch dniach jako… newsa!). Albo Jarosław Olech, który jest obecnie bodaj najbardziej utytułowanym polskim sportowcem, z 16. tytułami mistrza świata na koncie. Tyle, że niestety nie kopie piłki, ani nie skacze na nartach, a uprawia „zwykły” trójbój siłowy. Czy jest przez to gorszym sportowcem od Stocha czy Lewandowskiego? Nie sądzę. Za to mniej popularnym na pewno, bo relacje z trójbojowych mistrzostw świata można w najlepszym wypadku zobaczyć na YouTube, o ile ktoś zainteresowany wie czego w ogóle szukać.

Gdzie więc są ci „pierdzący w kanapę opaśli Janusze z piwem w ręku”, bez których – jak pisze ‚heliheli’ – sportowcy mogliby rywalizować za torbę fistaszków? Ano niestety nadal siedzą na kanapie, a ich rzekome zaangażowanie w sukces sportowców zaczyna się dopiero wtedy, gdy im sport i sportowców podstawić pod nos w formie gotowego dania.

I to jest właśnie drugi błąd, powszechnie popełniany przez wszystkich, którzy patrzą na wynagrodzenia popularnych sportowców przez pryzmat „tu i teraz”. Wielu z nas się wydaje, że talent sportowca z dnia na dzień się objawia i już najdalej w kolejnym tygodniu u progu staje kolejka potencjalnych sponsorów, w których ofertach – niedostępnych zwykłemu śmiertelnikowi – można przebierać bez ograniczeń. Szkoda tylko, że życie się z tą wizją jakoś nieszczególnie lubi, a udział kibiców i sponsorów na wczesnym etapie uprawiania sportu, albo na poziomie mocno lokalnym, jest niestety iluzoryczny. Na imprezach juniorskich kibiców jest jak na lekarstwo, a sponsorzy trafiają tam zwykle tylko wtedy, gdy zgubią drogę.

Pewien jegomość niezadowolonych sportowców zapraszał do pracy w budowlance. Może dla kogoś, kto woli jeździć na rowerze lub biegać na nartach nie jest to szczytem marzeń, ale ma pewną zaletę, której na co dzień, oceniając sportowców, zwyczajnie nie bierzemy pod uwagę: w „normalnej” i równie ciężkiej pracy pierwszą pensję dostaniemy na koniec pierwszego miesiąca naszej pracy. Ile lat musi czekać piłkarz, kolarz, czy skoczek narciarski, zanim zobaczy swój pierwszy kontrakt i pierwsze pieniądze? Kto go utrzymywał, gdy trenował, by osiągnąć mistrzowski poziom? I jak długo ma szansę się z tych kontraktów utrzymać, zważywszy, że szczyt formy minie (i zainteresowanie sponsorów wraz z nim), gdy będzie miał mniej więcej 35 lat (pod warunkiem, że będzie miał dużo szczęścia i mało kontuzji)?

O tych niuansach bardzo często zapominamy, ulegając pokusie krytykowania „niezasłużenie wysokich” wynagrodzeń z tytułu kontraktów sponsorskich lub reklamowych. Ale patrzymy wyłącznie na „tu i teraz”, podobnie jak potencjalny sponsor, który również „tu i teraz” usiłuje zmonetyzować swoją inwestycję w zawodnika lub dyscyplinę.

Warto sobie w takiej sytuacji zadać z pozycji kibica dwa ważne pytania:

Gdzie byli kibice i sponsorzy zanim zawodnik osiągnął poziom, dzięki któremu go oglądamy, wspieramy, formułujemy oczekiwania i krytykujemy, gdy ich nie spełnia?

I gdzie będą, gdy jego kariera przeminie, a na jego miejscu pojawią się kolejne nazwiska?

 

Foto: ASO / Alex Broadway

Nauka jazdy.

22 kwietnia ubiegłego roku okazał się być dniem bardzo smutnym. Wiadomość o śmierci Michele Scarponiego wstrząsnęła kolarskim światem, a fakt, że zginął podczas treningu, nieopodal własnego domu, wywołał wiele dyskusji na temat bezpieczeństwa rowerzystów na drodze. Czy przez ostatni rok coś się zmieniło? Z mojej perspektywy – a przejechałem od tamtej pory ładnych kilka tysięcy kilometrów – niewiele.

Żeby nie było: to nie jest tak, że za brak poczucia bezpieczeństwa podczas kolarskich treningów i przejażdżek odpowiadają tylko kierowcy. Nie dalej jak w sobotę widziałem „kolarza”, pomykającego sobie drogą ekspresową (sic!) między Szydłowcem a Skarżyskiem-Kamienną. Rozumiem, że jazda wąskimi i nierzadko wciąż dziurawymi bocznymi drogami (choć tu akurat na korzyść zmieniło się bardzo wiele) nie musi należeć do najprzyjemniejszych, ale na drodze ekspresowej facet na rowerze zwyczajnie nie miał prawa się znaleźć. I to nie jedyny przypadek, bo niedawno całą grupkę niedzielnych książąt szos widziano na estakadzie S8, na wysokości Targówka. Trzeba naprawdę nie mieć wyobraźni.

Tak samo, jak w przypadku jazdy ze słuchawkami w uszach, albo bez żadnego oświetlenia. Jak słyszę „argument”, że dwie małe lampki stanowią zbędne obciążenie za ciężkie pieniądze odchudzanego roweru – mam ochotę przegryźć karbon i wypluć go delikwentowi wprost pod nogi. Spoko – jak jedziesz w „wyścigu”  to może nie jest najlepszym pomysłem miganie wszystkim jadącym za tobą czerwonym światełkiem (dlaczego „wyścig” w cudzysłowie doskonale wyjaśnia wpis u Przemka Zawady – bardzo polecam, bo też jest o bezpieczeństwie). Ale jak jedziesz samotny trening, albo kręcisz w jakiejś małej grupce po drodze wojewódzkiej, to warto wziąć pod uwagę, że może się trafić taki moment, kiedy ty będziesz centralnie pod słońce, a jakiś Janusz, palący fajki w swoim seicento, który na pomysł przetarcia szyby od wewnątrz być może wpadnie dopiero przy próbie sprzedaży (a i to nie na pewno), przez mgłę, którą wytwarza może cię zwyczajnie nie zauważyć. I to nie będzie wyłącznie jego wina, bo bycie widocznym na drodze to obowiązek wszystkich uczestników ruchu – również faceta, który na swoim rowerze wykręca setki watów. Na masce seicento będzie wyglądał średnio powabnie.

Ale druga strona tego medalu jest taka, że większość kierowców tematu ludzi na rowerach nie ogarnia w ząb. Co prawda liczba tych, którzy rowerzystów w ogóle nie uważają za uczestników ruchu regularnie maleje, a pełne irytacji trąbienie słyszy się coraz rzadziej (choć wciąż jest spotykane), to mimo wszystko do poczucia bezpieczeństwa droga jest jeszcze daleka.

Z moich doświadczeń i obserwacji wynika, że najpoważniejszym problemem polskich kierowców jest umiejętność oceny odległości i prędkości, z jaką porusza się inny obiekt. Wymuszanie pierwszeństwa, zwłaszcza przez wyjeżdżających z podporządkowanej drogi, jest praktycznie na porządku dziennym. Mało kierowców zdaje sobie sprawę, że 30-40 kmh, a na ogół na płaskich odcinkach większość szosowców mniej więcej z taką prędkością się porusza, to mimo wszystko jest dość szybko. To około 10 metrów na sekundę. A to znaczy, że jak kierowca widzi mnie w odległości 50 metrów od siebie i dopiero zaczyna szukać biegu żeby ruszyć, to nie ma szans, żeby on zdążył to zrobić, a ja nie musiał ugniatać klamek. Wielu kierowcom się wydaje, że rower – najbardziej ułomny pojazd, jaki się może znaleźć na drodze – nie ma prawa jechać tak szybko. I pół biedy, kiedy jeszcze wyjeżdżając przetnie mi drogę i pojedzie w innym kierunku. Ja nagminnie spotykam takich, którzy wyjeżdżają tuż przede mnie, ale przyspieszają w takim tempie, że zanim zostanę poczęstowany solidnym wyziewem z rury wydechowej, zdążę jeszcze policzyć wszystkie ślady nieudanego parkowania, pozostawione na zderzaku…

Druga grupa to ci, którzy mają ewidentny problem z wyprzedzaniem rowerzystów. Przyznaję, że nie kumam tej techniki: lekkie odbicie w lewo, zrównanie się z kolarzem, delikatne przyspieszenie i but w podłogę, gdy już jest się daleko z przodu. Jeśli idzie o to, żeby mnie nie przestraszyć, to udaje się średnio, bo moment, w którym czuję się najmniej pewnie to ten, w którym taki Caruso szos powoli przesuwa się wzdłuż mojej lewej nogi. Wtedy mam ciarki i to bynajmniej nie z podniety. Jak do tego się zdarzy, że na horyzoncie pojawi się jakiś samochód, jadący z naprzeciwka – sprawa robi się jeszcze poważniejsza, bo ponad tonowa maszyna zaczyna już wkraczać w moją strefę intymną.

Drogi kierowco: jak już widzisz przede mną trochę miejsca dla siebie, włącz kierunkowskaz, daj półtora metra w lewo i depcz ten pedał gazu, żeby przede mną się znaleźć jak najszybciej – na tym polega ta prosta sztuka. Nawiasem mówiąc: zgodna z przepisami, które wyraźnie mówią, że manewr wyprzedzania ma być możliwie najkrótszy.

Jest jeszcze jedna grupa mistrzów kierownicy, szczególnie często spotykana w okolicach Krakowa (gdzie indziej widuję ten fenomen dużo rzadziej): skręcanie w taki sposób, jakby się ciągnęło 7,5-metrową przyczepę kempingową. Żeby to sobie zwizualizować, wystarczy wyobrazić sobie na przykład Toyotę Yaris, która włącza kierunkowskaz w lewo, po czym nie zjeżdża do osi jezdni, ale odbija w prawo, dopóki nie przywita się z poboczem i dopiero wtedy rozpoczyna manewr skrętu w lewo. Gdy coś jedzie z naprzeciwka, to w tym miejscu Yaris się zatrzymuje. I stoi sobie taka sierota niemal całkowicie w poprzek drogi i żadnym sposobem nie można jej ominąć, bez zwiedzania pobliskiego rowu. Nawet rowerem! W drugą stronę wygląda to analogicznie, choć tutaj jeszcze można ryzykować ominięcie takiego delikwenta z lewej strony, o ile oczywiście nic nie jedzie z naprzeciwka.

Prawda jest taka, że wypadki zdarzają się wszędzie. Scarponi zginął we Włoszech, Tomek Marczyński wpadł na wyjeżdżający z bocznej uliczki samochód w Hiszpanii, na Petra Vakoca i Laurensa de Plus najechała z tyłu ciężarówka w RPA. Nawet na Majorce, w świątyni treningów kolarskich zdarzają się wypadki. To, że w Polsce nie słyszymy o tego typu zdarzeniach nie oznacza, że jest ich mniej, lub wręcz nie występują. Po prostu u nas trenuje zbyt mało znanych kolarzy. Na szczęście. Zdarzało mi się jeździć na rowerze w różnych krajach i nigdzie nie czułem się tak niepewnie, jak na polskich drogach. Tutaj rower na drodze wciąż jest przeszkodą, a nie oczywistością. Ale – paradoksalnie – jedyna recepta, która wydaje mi się skuteczna w zakresie zmiany tej sytuacji, brzmi po prostu: jeździć więcej. Tylko w ten sposób będziemy w stanie doprowadzić do sytuacji, w której rower na drodze tą oczywistością się stanie.

 

Foto: Smedley Smoots / Flickr