Wyjątkowo zimny maj.

Trochę tu zarasta kurzem, ale tegoroczny maj jest nie dość, że wściekle zimny, to jeszcze wyjątkowo pracowity. Bynajmniej nie narzekam, bo bardzo lubię tę robotę, ale trudno pominąć fakt, że czasu jest mało, a stres spory.

Dość późno się zabrałem za przygotowywanie zapowiedzi Giro d’Italia w Sport.pl, więc wysłałem materiał w ostatniej chwili i nie za bardzo miałem możliwość sprawdzenia, co się z nim dzieje. A podziało się sporo, bo z oryginalnego tytułu „Niekończąca się opowieść” specjaliści od SEO zrobili jakiegoś potworka. No trudno. Nie nadążam za tymi wymogami „nowoczesnego” dziennikarstwa. Abstrahując więc od tego nieszczęsnego tytułu, cała reszta jest chyba zjadliwa, więc jak ktoś ma ochotę (lepiej późno, niż wcale), to można się częstować tutaj.

A na co dzień, przez całe trzy tygodnie wyścigu, mam do realizacji codzienne wydania Giro Extra w Eurosporcie. Bardzo mnie cieszy zdobywanie nowych doświadczeń, ale przyznaję się bez bicia, że stres jest ogromny i po tych 20-30 minutach wychodzę ze studia całkowicie wypompowany. Nie wdając się specjalnie w szczegóły kuchni, dość powiedzieć, że o tym, co zobaczę za moment na ekranie, dowiaduję się zazwyczaj kilka sekund wcześniej. A ponieważ nie jest to typowa relacja na żywo, ale zestaw migawek z fragmentami etapu, który skończył się kilka chwil wcześniej, przeplatanych rozmowami na żywo z tymi, których się właśnie uda złapać, trzeba być czujnym jak ważka, żeby nie dać się niczym zaskoczyć. Wychodzi mi raz lepiej, raz gorzej, czasem ten komentarz jest potwornie drewniany, ale cóż… robię to w sumie po raz pierwszy, więc mam nadzieję, że zanim wyścig się skończy, uda mi się tę nieokiełznaną materię jakoś opanować…

Tak czy inaczej trzymajcie kciuki. I zapraszam codziennie, kilka minut po relacji z każdego etapu Giro – te oglądajcie koniecznie, bo tam się naprawdę pięknie dzieje i będzie działo.

A’propos: o tym, co się może zadziać w Corsa Rosa porozmawiałem sobie też krótką chwilę z Andrzejem Grabowskim na antenie Polskiego Radia 24. Też zapraszam, tu mnie jeszcze nie było 😉

Nie sprzedawaj łodzi. Ucz tęsknoty za bezkresnym oceanem.

„Wolności słońce pieści lazur,
łódź nasza płynie w świata dal,
z okrętu dumnie polska flaga
uśmiecha się do złotych fal.”

Hymn do Bałtyku, słowa: S. Rybka, muzyka: F. Nowowiejski

Czy jest na sali ktoś, kto wie ile jachtów płynie aktualnie w rejs dookoła świata? Ja niestety nie mam pojęcia. Wiem, że wciąż trwa rywalizacja w regatach Volvo Ocean Race, ale gdyby ktoś obudził mnie w środku nocy i zapytał o narodowość skipperów, to prawdopodobnie nie byłbym w stanie nawet wpaść na pomysł, do kogo zadzwonić z prośbą o koło ratunkowe. Nawiasem mówiąc: w dzień również nie, ale pewnie w mgnieniu oka bym sobie wyguglał.

Mógłbym sobie też odpalić aplikację do śledzenia obiektów pływających (taki morski odpowiednik Flight Radar) i być może po tygodniu wpatrywania się w ekran i przeczesywania łzawiącymi z bólu oczyma bezkresów znalazłbym kilka jednostek, płynących z Unknown do Unknown, więc ani chybi wokół ziemi!

IMG_A9EB8A208688-1

Tyle tylko, że pewnie zrobiłbym to wyłącznie z czystej ciekawości, ale bynajmniej nie dlatego, że gdzieś w dalekiej na ten przykład Nowej Zelandii jakiś minister wpadł na pomysł promowania swego kraju jednym (słownie: jednym) używanym jachtem, płynącym w rejs dookoła świata.

Być może moja wiara w narodowo-promocyjną misję Kusznierewicza byłaby większa, gdyby ta wyprawa była realizowana na jakiejś innowacyjnej polskiej konstrukcji (mamy przecież niemało znakomitych projektantów), z wykorzystaniem nie mniej innowacyjnych technologii (skądinąd słyniemy przecież na pół świata z produkcji doskonałych laminatów), albo przynajmniej na jednostce, zbudowanej w jednej z nie mniej znamienitych jachtowych stoczni. Ale niestety tak się nie stanie, bo polska tam będzie tylko załoga i duma narodowa. Miejmy nadzieję, że może chociaż żagle uszyje ktoś nad Wisłą, choć i tu pewności chyba nie ma.

W pozostałych kwestiach sprawa niestety wygląda tak, że żeglarstwo do promocji kraju nadaje się zwyczajnie słabo (no chyba, że mówimy o Pucharze Ameryki). Nawet zakładając optymistyczny scenariusz, że uda się z wielkim hukiem wystartować i – oby szczęśliwie – powrócić, to będzie to oznaczało, że dwukrotnie w ciągu dwóch lat będziemy mieli okazję podziwiania biało-czerwonej łajby na ekranach telewizorów. I to tyle, bo z żeglarstwem morskim jest ten drobny problem, że na morzach i oceanach nie jest łatwo o widownię, a jacht płynący po oceanie widziany z bliska wygląda mniej więcej tak:

Zrzut ekranu 2018-03-27 08.46.46

Nawet przekazy live, jeśli okoliczności pozwolą, będą nadawane z pokładu jachtu, bo taka jest natura tego sportu, że nie jest prostą rzeczą w dowolnym miejscu wysiąść i strzelić uroczy landszafcik biało-czerwonego kadłuba na tle zachodzącego słońca. A nawet, gdyby to się jakimś sposobem udało (ostatecznie mamy drony i koniec drugiej dekady XXI wieku), to wciąż nie bardzo rozumiem, skąd się bierze przekonanie pomysłodawców tego projektu, że spotka się on z życzliwym zainteresowaniem reszty świata? W każdym porcie, do którego ów jacht zawinie, największe zainteresowanie spotka go ze strony bosmanatu, który życzliwie wystawi rachunek za cumowanie i słodką wodę. W sprzyjających okolicznościach przyrody garstka gapiów zrobi sobie kilka zdjęć. Tak samo, jak robią je w marinie w Gdańsku, w Sopocie, Świnoujściu, czy gdziekolwiek indziej. W żadnym kraju na świecie – nie miejmy co do tego złudzeń – nie ogłoszą dnia wolnego, by powitać wchodzącego do portu Kusznierewicza. Kolejki biznesmenów z uściskami dłoni i grubymi portfelami, pragnącymi ulgi w związku z inwestycją w Polsce również bym się nie spodziewał…

I właściwie to mógłbym powiedzieć, że jest mi z tego powodu bardzo wszystko jedno, choć oczywiście szkoda mi tych grubych milionów, wydanych na przygodę Pana Mateusza. Może ktoś uznał, że mu się należało – nie będę zdziwiony i nie będę mu zazdrościł. Ale niestety zobaczyłem w internetach wypowiedź pana z PFN, który klarował, że to wszystko po to, żeby wyprostować na świecie opinię o Polsce jako kraju, który nie przestrzega prawa i zrobiło mi się słabo.

Bo jeśli po to mamy przez dwa lata żeglować wokół świata, to w gruncie rzeczy równie dobrze moglibyśmy grać w ping-ponga na leczenie raka. Albo jeździć na rowerze dla poprawy zbiorów wiśni. Lub żuć gumę dla zwiększenia PKB.

Jeśli za innymi decyzjami miłościwie nam panujących stoją równie silne argumenty, to nasz koniec jest nieuchronny i bliski.

Fota: moja i już.

Siedem dni na międzymorzu.

Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało w środę, to był to zupełnie szalony tydzień. Właściwie to nawet półtora tygodnia, bo przecież zabawa z Paryż-Nicea zaczęła się wcześniej. Ale z tych dwóch równoległych wyścigów: „w stronę słońca” i „od morza do morza”, zdecydowanie wolę ten drugi (niestety nie zawsze jest możliwość, żeby oglądać oba). Tirreno-Adriatico wydaje mi się znacznie radośniejszy, bardziej żywiołowy i nieco lepiej obsadzony, bo przez wielu kolarzy jest traktowany jako ostateczny sprawdzian przed serią wiosennych klasyków. No i jechało w nim więcej „naszych”. I to nie byle kto, bo właściwie prawie wszyscy aktualnie jeżdżący zwycięzcy etapów na wielkich tourach: Bodnar, Majka, Marczyński (zabrakło tylko Przemka Niemca) oraz zdobywca najcenniejszego skalpu: mistrz świata z Ponferrady – Michał Kwiatkowski. Słowem: crème de la crème.

Wiele ostatnio można powiedzieć o Team Sky i nie zawsze są to słowa przyjemne. Ale nie można odmówić im jednego: naprawdę potrafią w nowoczesne kolarstwo. I jest to pewna zmiana na plus, którą widzę od tego sezonu: mam wrażenie (być może mocno subiektywne), że zerwali z dogmatem obrony lidera za wszelką cenę. Tak było w Volta ao Algarve, gdzie Kwiato okazał się w końcówce mocniejszy od Thomasa i pojechał po swoje. I tak było i na podjeździe pod Sarnano Sassotetto, gdzie na ostatnich kilometrach „G” odmówił współpracy rower, więc do przodu pognano Kwiatkowskiego, żeby pilnował zdobyczy zespołu. Tego wcześniej – mam wrażenie – nie oglądałem. Prędzej spodziewałbym się scenariusza, w którym spadającego z roweru lidera Kwiato wnosi na górę na własnych ramionach, bo tak zakładała strategia zespołu.

Strategia się zmieniła i dostosowała do rzeczywistości, dzięki czemu Kwiatkowski sięgnął po kolejny z wielkich sukcesów w karierze, przez co lista jego osiągnięć już dziś wygląda imponująco:

Zrzut ekranu 2018-03-14 01.14.03

A przecież sezon, na który Michał postawił sobie wielkie cele, dopiero się zaczyna.

Piękny to był wyścig, wielkie emocje do samego końca i wspaniałe zwycięstwo Michała. Tutaj piszę o tym nieco więcej (choć z paroma błędami, ale pisane w emocjach, więc sam sobie wybaczam 😉

No i zapewne między innymi o tym sobie jutro porozmawiamy z Adamem Proboszem w audycji #Wjechało na Weszło.fm – zapraszam, choć pojęcia nie mam, co Adam szykuje? 🙂

Screenshot kradziony od @kona_konovsky 😉

Najpierw jajko, potem kura. Złote jajka na samym końcu…

Kilka miesięcy temu jeden z moich znajomych zwrócił się do mnie z prośbą o pomoc w stworzeniu oferty sponsorskiej dla małego, lokalnego klubu, w którym trenuje jego syn. Sprawa nie wygląda najgorzej, bo klub jest, boisko jest, trener jest i nawet od czasu do czasu zdarza się chłopakom gdzieś wyjechać na mecz. Nawet dresy chyba mają klubowe i jakiś sprzęt do ćwiczeń. Ale już na przykład masażystę to widzieli tylko w telewizorze, przy okazji Ligi Mistrzów, a w temacie odżywek i suplementów nie są do końca pewni, czy jak widzą w Żabce baton z napisem „protein bar”, to może być? Może nie są to zupełnie podstawowe rzeczy, ale skoro chłopaki się w tę zabawę angażują, to w sumie co im szkodzi mieć?

Spoko, nie ma sprawy, tylko potrzymaj mi kota i powiedz, co też ja takiemu potencjalnemu sponsorowi – poza ewentualną fakturą – mógłbym zaproponować w ramach jego sponsorskich świadczeń? Nie wiedział, więc odesłał mnie do właściciela klubu.

Dzwonię, przedstawiam się, mówię w czym rzecz i kto mnie przysłał, a po drugiej stronie słyszę sapanie, że no tak, to prawda, tylko on nie jest do końca pewien, czy mamy o czym rozmawiać, bo z tymi rodzicami to tak jest, że teraz im zależy, ale za chwilę dzieciak skończy szkołę, pójdzie sobie gdzieś indziej i rodzicowi będzie już zależało na czymś innym. Oczywiście, jak mam ochotę dostarczyć mu trochę gotówki, to on chętnie przyjmie i coś mi za to zaproponuje, może jakąś bandę na boisku, albo coś, ale teraz to on nie wie, bo się nigdy nad tym nie zastanawiał. O, w sumie jak już chcę, to mogę mu zrobić taką ofertę, jak ma jeden klub z miasta X, bo to się mu podoba, a oni to chyba nawet mają dedykowanego do takich zadań człowieka.

Obejrzałem sobie stronę rzeczonego klubu z miasta X, a później jeszcze kilkadziesiąt innych i na dobrą sprawę wszystkie one miały dwa elementy wspólne: na niemal wszystkich była imponująca galeria nikomu nie znanych sław, których noga miała szczęście w owym klubie stanąć. I na żadnej z nich nie było ani słowa o przyszłości, misji, celu działania – nic z tych rzeczy. Wrażenie miałem mniej więcej takie, jak po wejściu na przydrożny cmentarz – równie pełen nazwisk, które postronnemu nic nie mówią i równie jałowy w nadzieję na lepsze jutro.

I tu jest – nomen omen – pies pogrzebany. To, co mnie najmocniej uderzyło w tej rozmowie, to perspektywa jutra, która kończy się z chwilą opuszczenia przez dzieciaka szkoły.

Jak się dobrze zastanowić, to dokładnie w ten sposób funkcjonuje to na wszystkich poziomach: liczy się wyłącznie tu i teraz, a inwestowanie w przyszłość nie ma większego sensu, bo ta przyszłość najprawdopodobniej zmaterializuje się już w innym miejscu, więc nie ma najmniejszego sensu robić innym dobrze. A stąd już bardzo blisko do konkluzji, że pojawienie się w takim lokalnym klubie jakiegoś talentu to w gruncie rzeczy problem, bo trzeba w jego rozwój więcej inwestować, a on na koniec i tak pójdzie gdzieś indziej, w najlepszym razie zasilając listę znanych wychowanków, którymi klub się chwali w internecie. I tu historia zatacza koło.

Bardzo mi się podoba inicjatywa ministra sportu, który wdrożył w życie program nagradzania pierwszych trenerów, ale umówmy się: to zaledwie kropla w morzu potrzeb i to tylko jeden z wielu drobnych elementów, który może wpłynąć na poprawę sytuacji w polskim sporcie. Takich programów powinno być znacznie więcej, z systemem wynagradzania lokalnym klubom kosztów łowienia i rozwijania talentów na czele.

W Żywcu, z którego pochodzę, swego czasu rozbłysł talent Piotrka Haczka, jednego z naszych „złotych” czterystumetrowców. Jakimś sobie tylko znanym sposobem w chuderlawym i szczerbatym „Ziupie”, jak go nazywaliśmy w drużynie harcerskiej, Bogusław Wyleciał zobaczył potencjał na lekkoatletę. Dziś już nawet nie pamiętam, co to był za klub, prawdopodobnie któryś MKS (Międzyszkolny Klub Sportowy) – postpeerelowski relikt, w które obfitowała wówczas cała sportowa Polska. Trener miał nosa, zawodnik osiągnął szczyty, ale dla lokalnej społeczności skończyło się to zasadniczo niczym. Wszystko, co zostało po Piotrku w Żywcu, to kilka emocjonujących chwil przed telewizorami i pewnie kilka dyplomów. Nikt nie pociągnął za jego przykładem młodych ludzi, nikt nie zbudował wokół lekkoatletyki choćby najmniejszej lokalnej społeczności. Dla niej wybudowano pływalnię – czynną cały rok i współfinansowaną przez UE. I to by było na tyle, jeśli idzie o lokalne benefity z wychowania – jakby nie patrzeć – światowego formatu sportowej gwiazdy. (Na marginesie: dziś Piotrek rozwija lekkoatletykę w… Danii).

Czasem mam wrażenie, że „reset”, którego minister oczekuje od Polskiego Związku Kolarskiego, przydałby się tak naprawdę we wszystkich związkach i we wszystkich dyscyplinach. Kiedyś sobie tłumaczyliśmy, że starsze pokolenie, które nie odnajduje się w nowej rzeczywistości, w naturalny sposób musi odejść, żeby zmieniło się w Polsce myślenie o sporcie. I faktycznie: z jednej strony zmieniło się sporo: ludzie dostrzegli w końcu korzyści, płynące z aktywności fizycznej i biegający po parkowych alejkach, albo kręcący na rowerze na szosie przestali już wzbudzać niezdrową sensację. Ale na poziomie organizacyjnym polski sport zrobił moim zdaniem krok wstecz i poza kilkoma aktami strzelistymi w postaci imprez biegowych (głównie z inicjatywy sponsorów) i coraz większą liczbą imprez kolarskich (często z inicjatywy byłych kolarzy oraz paru zapaleńców), na poziomie lokalnym nie dzieje się właściwie nic więcej. A i tutaj, gdzie się coś dzieje, częściej zamiast integrować lokalną społeczność, budzi dyskusje i spory o zamykanie ulic. Tymczasem bez zmiany mentalności na poziomie lokalnej społeczności w polskim sporcie nie zmieni się zupełnie nic. Tylko w tym celu trzeba jednak przestać odkurzać dawne dyplomy i spojrzeć w kierunku przyszłości. Bez tego medale będą się nam nadal tylko przytrafiać, a my nadal będziemy wylewać swoje frustracje na Twitterze. I tak bez końca.

No dobra. Pora kończyć to marudzenie, bo poza tym, że sobie trochę obniżę ciśnienie, niewiele to zmieni. Czas wracać do kolarstwa, bo nasze chłopaki ze Sky i BORA-hansgrohe napierają, a już za niespełna tydzień Strade Bianche, czyli sezon na pełnej petardzie 😉

Baloniku nasz malutki…

„Krystyna Guzik nie chciała rozmawiać z dziennikarzami po nieudanym biegu sztafetowym. Oskarża media o krzywdzenie biathlonu” – czytałem dziś w serwisach i uśmiechałem się pod wąsem. Nieudanym? Serio? Oglądaliśmy te same zawody? Ja – owszem – słyszałem, jak Krzysztof Wyrzykowski krzyknął, że „wszystko przepadło!”, ale to nie było po zmianie Weroniki Nowakowskiej, tylko po pierwszym strzelaniu Krystyny Guzik. To prawda: chwilę później mieliśmy olbrzymią szansę na wspaniały sukces, ale była ona w najwyższym stopniu wynikiem splotu szczęśliwych okoliczności. Bynajmniej nie „udanego” biegu. Bo ta sztafeta była po prostu na miarę naszych obecnych możliwości, ani wiele mniej, ani wiele bardziej udana od tego, czego spodziewaliśmy się jeszcze w południe polskiego czasu.

Skąd się więc nagle wziął ów „nieudany” wyścig? Ano właśnie… To chyba powinno być pytanie skierowane do nas: do mediów. To my, bardziej lub mniej świadomie, nieustannie pompujemy ten balon oczekiwań, a kiedy pęka, jesteśmy z dziecięcą szczerością zadziwieni, że znów się nie udało, a kibice są rozczarowani.

Ostatnim wielkim sukcesem, który pamiętam z lat szczenięcych, było trzecie miejsce naszych piłkarzy w hiszpańskim mundialu. Później przez trzy i pół dekady byłem karmiony opowieściami o „matematycznych szansach na awans”. Zdążyłem przywyknąć. Ale dzisiaj żyjemy w czasach gloryfikacji każdego sukcesu i jego natychmiastowej gratyfikacji setkami lajków i udostępnień. Zapominamy o tym, że dziś mówimy do zupełnie innych odbiorców. Traktujemy sukces jak zestaw memów: publikujemy prognozy, szacunki i przewidywania, jedno za drugim, wciągając w tę grę naszych odbiorców. A na końcu ktoś im odbiera zabawkę. Kto? A to już nie my. To sportowcy. Tworzymy przestrzeń do hejtu, który na końcu spływa prosto na nich.

Pod moimi relacjami z kolarskich wyścigów na Sport.pl często udziela się kilku dyżurnych „fachowców”, dzielących się aktami strzelistymi o „dekownikach”, czy uczestnikach „wyścigu równoległego”. Dlaczego? Bo nikt ich nigdy nie nauczył, na czym ten sport właściwie polega. Że to jest dyscyplina drużynowa (choć zwycięstwo jest indywidualne, co dodatkowo komplikuje temat), że każdy człowiek w teamie ma bardzo precyzyjnie określone zadania do wykonania, że na każdy odcinek wyścigu ustala się precyzyjną strategię i tak dalej. Ale przede wszystkim: nikt im nie mówi, że to jest sport, czyli cholernie ciężki kawałek chleba, w którym nie zawsze nagroda jest adekwatna do włożonego wysiłku. I że trzeba mieć jeszcze masę szczęścia. Zamiast tego roztaczamy wizje o tym, że wszystko zostało przygotowane właśnie z myślą o tym wyścigu i że – jak wszystko pójdzie dobrze – to tym razem powinno się udać. I tak z wyścigu na wyścig, bo w sporcie rzadko zdarzają się sytuacje, w których wszystko idzie dobrze.

Zbyt rzadko o tym mówimy, zbyt mało miejsca poświęcamy na wyjaśnianie mechanizmów, które działają w sporcie i które – o ironio! – sprawiają, że sport jest właśnie dlatego pasjonujący, że to porażki są jego codziennością, a zwycięstwa się tylko zdarzają. Czasem częściej sportowcom wybitnym, ale tacy trafiają się niezwykle rzadko i w niezwykle sprzyjających okolicznościach. Dziennikarzy, którzy sport kibicom tłumaczą, przybliżają i czynią bardziej zrozumiałym, można policzyć na palcach, być może nawet starczyłoby jednej ręki. Większość weszła w rolę sportowych wodzirejów, dbających głównie o to, żeby kibice dłużej byli uśmiechnięci i częściej włączali się do zabawy. I obawiam się niestety, że dopóki nie wyzwolimy się spod dyktatu klików, polubień i share’ów, to szybko się to raczej nie zmieni.

Szkoda mi oczywiście tego, że nie udało się dziś naszym biathlonistkom wykorzystać szansy, jaka się zupełnie niespodziewanie pojawiła. Ale bardziej mi szkoda tego, że teraz znacznie trudniej im będzie wyciągnąć z tej porażki jakieś pozytywne wnioski na przyszłość, gdy wynik, jeszcze parę godzin temu brany nieomal w ciemno, teraz określamy jako „nieudany występ”. Mam w sobie jakieś głębokie przekonanie, że traktujemy naszych sportowców potwornie niesprawiedliwie. Na to sobie raczej nie zasłużyli. Jestem też zdania, że medale i miejsca w klasyfikacji to nagroda za sportowców za robotę, którą wykonują. Dla kibiców są emocje. A na ich brak w olimpijskiej sztafecie raczej nie powinniśmy narzekać. Owszem, pozostał jakiś niedosyt. Ale raczej powinniśmy do niego przywyknąć, zamiast wystawiać za niego rachunki sportowcom.

Ile wydajemy, a ile nam się wydaje?

A może jednak to kibice mają rację? – pomyślałem, śledząc dyskusje na temat występów polskich olimpijczyków. W końcu tak wielu sportowców deklaruje uprawianie sportu przede wszystkim dla kibiców, że być może, skoro ci ostatni są niezadowoleni, jakimś rozwiązaniem byłoby dopasowanie się do potrzeb rynku? Może sportem również rządzą prawa popytu i podaży?

Przypomniałem sobie wówczas, że jakiś czas temu, przygotowując materiał na temat sponsoringu w sporcie (gdyby to kogoś interesowało, to jest do znalezienia tutaj), przeglądałem trochę informacji na temat popularności dyscyplin sportowych i ich atrakcyjności dla potencjalnych sponsorów. Spróbowałem pójść tym tropem, ale „im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”. Czym gorętsze deklaracje uprawiania sportu dla kibiców, tym mniej to kibiców interesuje. I odwrotnie. Zupełnie jak w tym starym dowcipie o warunkach pracy w Polsce: my udajemy, że pracujemy, a pracodawcy udają, że nam płacą.

Lektura deklaracji kibiców na temat oglądalności sportu, a w szczególności sportów zimowych, jest naprawdę pasjonująca. Na przykład z badania ARC Rynek i Opinia sprzed dwóch lat wynika, że co czwarty Polak (24%) interesuje się sportem w stopniu wysokim. Trudno powiedzieć, co dokładnie oznacza to sformułowanie, ale zakładam, że zainteresowanie „w stopniu wysokim” to może niekoniecznie wyrywkowa znajomość wszystkich wyników z ostatniej dekady, ale przynajmniej próba bycia w miarę na bieżąco z aktualnymi wydarzeniami. W tym świetle dość zabawnie brzmi informacja, że najpopularniejszym sportowcem w kraju, którego co czwarty mieszkaniec interesuje się sportem „w stopniu wysokim”, jest wciąż Adam Małysz (wg badania za 2017 rok, opublikowanego niespełna trzy tygodnie temu).

Te deklaracje wyglądają jeszcze ciekawiej, jeśli wziąć pod uwagę zainteresowanie poszczególnymi dyscyplinami. Tak to wyglądało w badaniu ze stycznia 2016 r.:

Zrzut ekranu 2018-02-21 08.54.00

Już 10% uczestniczenie w zawodach piłki ręcznej daje do myślenia, a czym dalej, tym jest ciekawiej. Najzabawniej chyba w przypadku Formuły 1, która w 2015 roku (tego dotyczy badanie) transmitowana była na kanałach Polsat Sport i Polsat Sport Extra, notujących niespełna 1% udziału w widowni telewizyjnej. Ale deklarację oglądalności złożyła ponad połowa badanych, a aż 4% z nich oświadczyło, że oglądało wyścigi z trybun. W piątym sezonie bez udziału Roberta Kubicy w stawce. Gdyby Justyna Kowalczyk zdawała sobie sprawę, że gromadzi widownię tylko o 1/3 mniejszą od tłumów pod Wielką Krokwią, być może namówiłaby do wytężonej pracy jeszcze kilka swoich utalentowanych koleżanek. Dziwnym trafem tak się nie stało. Ciekawe dlaczego?

Gdyby się opierać o deklaracje kibiców, to we wszystkich sportach zimowych bylibyśmy prawdziwą potęgą, no bo jak tu sobie nie poradzić w kraju, w którym 1/3 mieszkańców deklaruje oglądanie narciarstwa alpejskiego (relacje w Eurosporcie, mającym 0,35% udział w rynku TV (listopad 2017)), lub łyżwiarstwo szybkie, które nie wiem – nie sprawdzałem, czy jest relacjonowane gdziekolwiek? (Edit: jest w TVP Sport). Dziwne w sumie, że nie ma mowy o saneczkarstwie, a mam wrażenie, że w programie TV jest często gdzieś bardzo blisko biathlonu. No, ale może kibice idą wtedy po herbatę?

Zrzut ekranu 2018-02-21 10.07.53

Naturalną konsekwencją zainteresowania daną dyscypliną jest zaangażowanie w nią sponsorów. W sumie normalna sprawa: jeśli coś przykuwa uwagę ludzi, to natychmiast trzeba tam przykleić swoje logo, bo wtedy mamy fejm, wdzięczność i oczywiście udział własny w sukcesie. Gdyby więc rzeczywiste zaangażowanie odzwierciedlało deklaracje, składane przez kibiców, to nie tylko Adam Małysz i Justyna Kowalczyk (jak się dziś wydaje kibicom), ale również pozostali olimpijczycy opływaliby w luksusy. Tymczasem rodzina Michała Kłusaka na przygotowania do występów w Korei wydała podobno spory majątek, a właśnie czytam, że Sylwia Jaśkowiec narty do sprintu pożyczała od Justyny. Co zatem poszło nie tak?

Według ubiegłorocznego raportu Sponsoring Insight zaangażowanie sponsorów w poszczególne dyscypliny wygląda mniej więcej tak:

Zrzut ekranu 2018-02-21 09.47.51

Na wszelki wypadek, gdyby ktoś zgłaszał wątpliwość, że to tylko 10 najpopularniejszych dyscyplin, a jest przecież cała reszta, od razu dodam, że ta „cała reszta” lekko w życiu raczej nie ma:

Zrzut ekranu 2018-02-21 09.48.15

Konkluzja jest więc taka, że albo sponsorzy nie nadążają za zainteresowaniem kibiców, albo tym ostatnim więcej się wydaje, niż w rzeczywistości się interesują.

Doświadczenie i intuicja podpowiadają mi raczej tę drugą możliwość. Po pierwsze dlatego, że żaden sponsor, który w podejmowanych decyzjach kieruje się przede wszystkim biznesową korzyścią, nie przepuściłby okazji do zmonetyzowania zaangażowania odbiorców, gdyby tylko ono miało wymiar rzeczywisty, a nie deklarowany. Tymczasem, o ile bez trudu jesteśmy w stanie policzyć ilu kibiców staje na widowni pod skoczniami w Wiśle lub Zakopanem, o tyle nie tak łatwo znaleźć choćby trasę biegową, o biathlonowej strzelnicy nie wspominając, wzdłuż których ustawiają się podobne tłumy. O zawodach alpejskiego Pucharu Świata w Polsce zdążyli już zapomnieć nawet najstarsi górale.

Po drugie dlatego (choć to już temat na odrębną opowieść), że cały problem z badaniem preferencji kibiców opiera się nie tyle o ich rzeczywiste zaangażowanie w kibicowanie danej dyscyplinie, ile głównie o ich opinię na własny temat: „ja się interesuję, ja oglądam, ja uczestniczę, a nawet gdyby nie miało to nic wspólnego z rzeczywistością, to ja się dobrze czuję z moim przekonaniem o tej sytuacji”. Czyli jest to bardziej wyraz aspiracji, niż faktycznego zaangażowania.

I tu jest cały pies pogrzebany: rzeczywistość w polskim sporcie jest niestety bardzo daleka od tego, jak ją sobie wyobrażają kibice. Podejrzewam, że gdyby poskrobać mocniej, to bardzo ciekawe wnioski można by wyciągnąć z kibicowskich wyobrażeń na temat zarobków sportowców, kształtowanych głównie informacjami o kontraktach topowych piłkarzy. Tymczasem sportowa codzienność znacznie bliższa jest tych pożyczanych nart, niż latania na zawody business-klasą.

(Foto otwierające ukradłem ze strony tvp.pl, proszę o łagodny wyrok 😉

Źródła: ARC Rynek i OpiniaSponsoring Insight

Taka piękna katastrofa…

Awantura z pewnym tweetem, którym jeden niezbyt rozgarnięty polityk postanowił „uczcić” sukces Kamila Stocha, podsunęła mi pewien pomysł. Otóż może by tak państwo politycy, w przypadku sportowych porażek, zaczęli się zachowywać dokładnie tak samo, jak to mają w zwyczaju przy okazji innego rodzaju nieszczęść?

Pogratulować zwycięstwa postem na Facebooku lub Twitterze jest łatwo. Napisać „nic się nie stało” również. Ale gdyby tak pan poseł z panią posłanką pojechali na przykład do jakiegoś klubu narciarskiego ze stropioną miną i pytaniem „co tu u was zaszło?”, albo „skąd ta klęska na kolejnej imprezie?”. Myślę, że mają to opanowane do perfekcji, więc na zdjęciach wyszłoby całkiem naturalnie. Ale przy okazji dowiedzieliby się może, a wraz z nimi cała kibicowska Polska, że po te olimpijskie medale to nam trudno sięgać nie dlatego, że nam Bozia dała za krótkie ręce, tylko z powodu tego, że sportowa kołdra niemal zawsze i niemal wszędzie jest za krótka?

Może odwiedziliby przy okazji jakąś szkołę i zobaczyli na własne oczy lekcję wuefu na korytarzu, bo sala gimnastyczna jest akurat udekorowana na kolejną rocznicę urodzin papieża, albo historyczną akademię ku czci poległych? Nie mam rzecz jasna nic przeciwko historycznym bohaterom, ani tym bardziej przeciw papieżowi, ale jak już sobie zadajemy pytania o przyczyny słabych występów naszych sportowców, a minister sportu mówi jasno, że musimy poczekać na efekty pracy u podstaw, to pozwolę sobie na pewien sceptycyzm w oczekiwaniu na te efekty, bo odnoszę wrażenie, że akurat „u podstaw” z roku na rok jest coraz gorzej.

Skoro więc nasi decydenci wprawili się już w szybkim reagowaniu na susze, powodzie, huragany i inne klęski żywiołowe, to może uda im się wykorzystać te umiejętności do reagowania na niechybną posuchę przyszłych olimpijskich medalistów? Jakoś zniosę te strapione sztucznie miny. Byle gdzieś na końcu rzeczywiście ktoś się przejął.