W miejski rower też trzeba umieć

Kilkanaście dni temu operator krakowskiego roweru miejskiego Wavelo ogłosił wycofanie się z umowy z miastem na utrzymanie systemu. Dlaczego w Krakowie nie udało się to, co z powodzeniem działa w innych miastach?

Ci, którzy mnie trochę znają wiedzą, że mam na pieńku z Krakowem. Na ogół się z tego śmieją (ja również), ale faktycznie coś jest na rzeczy. Nie polubiłem się z tym miastem, choć gdy kilka lat temu los mnie tu przygnał byłem pełen nadziei, że okaże się fajnym miejscem do życia. Nieszczególnie to się udało i bynajmniej nie chodzi wyłącznie o smog. Powodów jest znacznie więcej.

Być może najważniejszym jest ten, że znakomitą większość mojego dorosłego życia spędziłem w Warszawie, obserwując przez ponad dwie dekady zmieniające się miasto, w którym wciąż tkwię, zarówno mentalnie, jak i fizycznie, spędzając tam zwykle większą część tygodnia. Owszem, Warszawa też ma sporo za uszami, rozwija się w wielu obszarach bardzo chaotycznie, uległa betonozie i pozwoliła się zdominować deweloperom, którzy zabudowują dosłownie każdy skrawek wolnego terenu. Ale jednocześnie w bardzo wielu obszarach zmienia się mocno na korzyść mieszkańców. Do Berlina, który nawet przy zakupie biletu na metro informuje: „Weil Wir Dich Lieben” (Ponieważ Cię kocham), wciąż Warszawie daleko, ale konsekwentnie zmierza w tę stronę, stając się z roku na rok miastem coraz bardziej przyjaznym mieszkańcom. „Zakochać się w Warszawie” wcale nie jest trudno.

Po kilku latach pomieszkiwania w „Magicznym Krakowie” mam taką obserwację, że to jest bardzo fajne miasto, ale z fatalnie zaprojektowanym user experience. Objawia się to na różne sposoby, ale w moim przypadku najczęściej doświadczam tego w obszarze komunikacyjnym. O ile bowiem większość znanych mi miast czyni ciągłe starania w celu poprawy komunikacji i usprawnienia ruchu w mieście (a niektóre zaczynają coraz głośniej mówić o jego ograniczeniu), o tyle Kraków całkowicie skapitulował przed kierowcami.

Jest to sprawa o tyle ciekawa, że swego czasu był bodaj pierwszym miastem, które praktycznie wyłączyło ruch w dość szeroko rozumianym centrum. Od tej pory minęły już jednak dobre dwie dekady, liczba samochodów w mieście lawinowo wzrosła, a w systemie pojawiło się tyle dziur i wyjątków, że przy odrobinie szczęścia można dzisiaj bez większego problemu wjechać autem nawet na Rynek. Niedawno miałem okazję jechać przez strefę teoretycznie wyłączoną z ruchu Uberem. Kiedy zapytałem kierowcę czy aby na pewno może tędy jechać, spojrzał na mnie tak, jakbym przed chwilą przybył z Matplanety.

Żeby lepiej zrozumieć na czym polega nietypowe krakowskie user experience, polecam udać się w okolice jakiegoś remontu. Daleko nie szukając: jakiś czas temu była remontowana ulica w mojej okolicy, o czym mieszkańców i kierowców z wyprzedzeniem poinformowano. Ale kiedy ma się rozpocząć remont? Jak długo potrwają utrudnienia? Who cares!? Kraków jest „magiczny”, więc pewnego dnia remont się po prostu zacznie, po co drążyć temat… O zmianach organizacji ruchu i np. odwróceniu kierunku jazdy na którejś z licznych jednokierunkowych uliczek większość kierowców dowiaduje się dopiero wtedy, jak zauważa, że wszystkie znaki są odwrócone…

Całkiem ładna tablica z zupełnie bezużyteczną informacją, czyli Kraków w pełnej krasie 😉

No dobra, ale miało być o rowerach, więc zmierzajmy do brzegu, choć te didaskalia wydają mi się dość istotne, żeby zrozumieć istotę problemu.

Otóż kilkanaście dni temu spółka, która obsługiwała w Krakowie Wavelo, czyli system roweru miejskiego, poinformowała o wycofaniu się z umowy z miastem. Umowy o tyle nietypowej w skali kraju, że w Krakowie miasto za system praktycznie nic nie płaciło. Złotówka miesięcznie za rower (czyli 1500 zł, bo rowerów w systemie było 1,5 tysiąca) i przerzucenie wszystkich kosztów na operatora systemu – tego nie wymyślono nawet w równie oszczędnym Poznaniu. Czy mogło się udać? Nie sądzę.

Nie wiem, jakich kalkulacji dokonano w zarządzającej systemem spółce BikeU i na jakich założeniach zbudowano model biznesowy tej działalności (jak ktoś ma ochotę nieco bardziej zgłębić temat, to polecam fachowe opracowanie tutaj). Ale moim zdaniem nie mogło się to udać z jednego zasadniczego powodu.

Przy konstrukcji oferty dla korzystających z systemu przyjęto całkowicie błędne założenie, że rower miejski jest tanią formą rekreacji, w związku z czym ludzie będą chcieli korzystać z rowerów i spędzać na nich dużo czasu choćby po to, żeby za jego pomocą zwiedzać miasto. Niewykluczone, że ktoś wyszedł tutaj z założenia, że skoro Kraków jest odwiedzany rocznie przez ponad 13 milionów turystów, czyli ponad 15-krotność liczby mieszkańców miasta, to właśnie oni będą główną klientelą tego systemu.

Jeśli tak, to zupełnie pokpiono sprawę na etapie realizacji aplikacji dla systemu, bowiem ta z punktu widzenia jednorazowego użytkownika była zupełnie nieintuicyjna i wręcz zniechęcała takich krótkoterminowych użytkowników do włączenia się w system (znowu kłania się UX – również w obszarze samego korzystania z systemu i mechanizmu wypożyczania roweru – istny koszmar). Ofertę zbudowano bowiem na modelu abonamentowym. Teoretycznie atrakcyjnym cenowo (np. za 25 zł. miesięcznie do wykorzystania było aż 90 minut jazdy na dzień), ale w istocie całkowicie sprzecznym z podstawową ideą roweru miejskiego.

Rzecz w tym, że celem korzystania z roweru miejskiego nie jest sama jazda na rowerze, tylko uzupełnienie systemu transportu publicznego o łatwo dostępny środek lokomocji, możliwy do wykorzystania na krótkich odcinkach w razie nagłej potrzeby. Chcesz podjechać 500 metrów – łapiesz rower, wsiadasz, jedziesz, odstawiasz i załatwiasz swoje sprawy.

Dlaczego tam, gdzie działa Veturilo, wystarczających jest 20 darmowych minut dziennie (wg danych za 2017 rok średni czas wypożyczenia roweru w Warszawie wyniósł 21 minut i 12 sekund), a w Krakowie, gdzie do pokonania są teoretycznie mniejsze odległości, niewystarczająco atrakcyjne okazuje się aż 60 bezpłatnych minut dziennie, dostępne w ramach najtańszego abonamentu? Dlaczego w pełnym turystów Krakowie w rekordowym dniu wypożyczono 8245 rowerów, a w niespełna trzy razy większej Warszawie 15 kwietnia 2018 roku zanotowano blisko 50 tysięcy wypożyczeń w ciągu doby?

Pułapka tkwi właśnie w modelu abonamentowym, który działa zasadniczo tylko wtedy, kiedy osoba płacąca stały abonament ma poczucie jego wykorzystania. Każda forma usługi, oferowanej w modelu subskrypcyjnym działa tylko wtedy, gdy płacący ma wrażenie, że wykorzystuje więcej, niż płaci. Kupując abonament Netflixa ludzie często przeliczają go na wartość biletów do kina i czują się zaspokojeni, gdy obejrzą 2-3 filmy, bo wówczas wartość opłaconej usługi w jakiś sposób im się równoważy. Dla odmiany: korzystający ze Stravy Summit często dezaktywują usługę premium w zimie, kiedy mniej jeżdżą na rowerze i przywracają ją z powrotem wiosną.

Model abonamentowy działa tak naprawdę tylko wtedy, gdy jego użytkownicy mają poczucie, że są w stanie wykorzystać usługę, za którą zapłacili. W wariancie, oferowanym przez Wavelo, mieliby to poczucie tylko wtedy, gdyby jeździli co najmniej godzinę dziennie.

W Krakowie dostaliśmy więc źle zaprojektowany i jeszcze gorzej wykonany system roweru miejskiego, któremu zaszkodziła nie tyle konkurencja ze strony elektrycznych hulajnóg (a tak brzmi oficjalna wersja operatora), ile cała masa błędów, popełnionych na etapie projektowania i realizacji usługi. (Chociaż trzeba uczciwie oddać, że Wavelo miało jedną przewagę nad wszystkimi innymi rowerami miejskimi: wał napędowy, zastępujący łańcuch – zmorę Veturilo).

W tym momencie ktoś mógłby zapytać: dlaczego właściwie czepiam się Krakowa, skoro tak zaprojektowany system nie sprawdziłby się tak naprawdę nigdzie? Otóż moim zdaniem nigdzie indziej nie dopuszczono by do jego powstania.

Tu wracamy do tego, co na własny użytek często nazywam „fasadowością” Krakowa. „Magiczny Kraków” (tak brzmi oficjalny claim miasta) dość dobrze oddaje jego charakter, oparty w dużej mierze na tworzeniu iluzji jakiegoś działania. Decydując się na rozwiązanie, w którym funkcjonowanie całego systemu spoczywało wyłącznie na jego operatorze, miasto upiekło dwie, a właściwie trzy pieczenie na jednym ogniu: nie poniosło właściwie żadnych kosztów, uniknęło jakiejkolwiek odpowiedzialności i stworzyło iluzję posiadania systemu roweru miejskiego, który w niewielkim stopniu (jeśli w ogóle) odpowiadał na potrzeby komunikacyjne miasta.

I tu jest clou całego problemu, związanego z systemami rowerów miejskich: miasta inwestują w nie przede wszystkim po to, żeby chociaż częściowo rozwiązać własne problemy transportowe i odciążyć swoje ulice z prywatnych samochodów. Płacąc operatorom za utrzymanie systemu, formułują jednocześnie pewnego rodzaju oczekiwania. System, pozostawiony w całości w gestii operatora, jest siłą rzeczy zakładnikiem jego interesu ekonomicznego. Skutki? Właśnie widzimy.

W bezpośrednim sąsiedztwie warszawskiej Galerii Mokotów jest zlokalizowanych 60 stojaków na rowery Veturilo. To oznacza 60 szans na to, że do galerii przyjedzie mniej samochodów (rzecz jasna tylko szans, bo czy faktycznie ludzie skorzystają z roweru to zupełnie inna sprawa). Do niedawna najbliższy stojak w okolicy otwartego 2 lata temu w Krakowie centrum handlowego Serenada znajdował się jakieś 500 metrów od niego. Od jakiegoś czasu jest bliżej. Pomieści 10 rowerów.

Ot, różnica.

Sport za czarnym parasolem pana Ly.

Nie będę udawał, że znam się jakoś szczególnie dobrze na piłce nożnej, a jeszcze lepiej na zarządzaniu klubem piłkarskim. Nic z tych rzeczy. Niemniej od ponad dwudziestu lat kręcę się w okolicach zarządzania biznesem, trochę umów w życiu już widziałem, kilka podpisałem. Gorzkie owoce niektórych zbieram do dzisiaj, bo jedna z moich biznesowych przygód zakończyła się dość bolesną porażką. Zdarza się. Ale nie mam problemu ze spojrzeniem w lustro, bo zasłużone baty zbieram sam, a całą przygodę traktuję jako solidną lekcję od życia.

Tymczasem nie mogę się oprzeć wrażeniu, że polski sport w sferze organizacyjnej na wszelką naukę jest dość mocno impregnowany. Kłopot w tym, że skutki tej ignorancji niejednokrotnie spadają na innych: sportowców, trenerów, kibiców, pracowników klubów i tych wszystkich, którzy w sport wkładają z czystej pasji mnóstwo serca i czasu. Oni wszyscy na koniec dnia dostają od działaczy z liścia.

Nie zamierzam tu odtwarzać chronologii zdarzeń w Wiśle, bo napisano na ten temat już tak wiele i stworzono z tego tak mdłą operę mydlaną, że „Klan”, „Dynastia” i „W Kamiennym Kręgu” lada moment będą musiały zewrzeć szyki, by dać odpór tej wiślackiej telenoweli. Skupię się za to na kilku drobiazgach i paru konkluzjach, jakie z nich wynikają, a jak ktoś jest ciekawy całej historii, to polecam do śledzenia twitterowy profil Szymona Jadczaka, który od dość dawna tropi gangsterskie wątki w Wiśle Kraków i który całą tę sprawę zna chyba najlepiej. Szymon stworzył też coś absolutnie genialnego, układając mnóstwo informacji w swoisty ranking, prezentujący „dokonania” wszystkich, którzy przyłożyli rękę do zatopienia krakowskiego klubu. Szczerze polecam – naprawdę mocna rzecz.

W skrócie: 22 grudnia, w lobby pewnego hotelu, z dala od kamer i mikrofonów, sprzedano klub piłkarski Wisła Kraków. Dumnym nabywcą stało się konsorcjum zarejestrowanego w Luksemburgu funduszu inwestycyjnego Alelega, reprezentowanego przez niejakiego pana Vanna Ly, rzekomo członka kambodżańskiej rodziny królewskiej, oraz Noble Capital Partner, brytyjskiego funduszu, reprezentowanego przez pana Matsa Hartlinga. Akuszerem tego kontraktu był niejaki Adam Pietrowski, podający się za piłkarskiego menedżera i legitymujący się zdjęciem ze Zbigniewem Bońkiem. Na temat wiarygodności wymienionych wyżej dżentelmenów nie będę się rozwodził, ponieważ znacznie lepiej ode mnie zrobił to w swoim felietonie Krzysztof Stanowski. Od siebie dodam tylko tyle (uwaga: spoiler alert!): nie uwiarygodniono ich wcale, a pojawiające się raz po raz informacje, jak ta poniższa, o umocowaniu pana Hartlinga, powodowały tylko coraz większy wytrzeszcz ze zdumienia.

To wszystko jednak nie przeszkodziło władzom Wisły w zawarciu umowy sprzedaży klubu, choć w tym momencie impreza dopiero zaczęła się rozkręcać i rozpoczęło się nerwowe oczekiwanie na przelew, który miał nadejść do 28 grudnia (taki był warunek umowy) i który – jak nietrudno się domyślić – nie pojawił się do dzisiaj.

Jeśli o mnie chodzi, to najciekawsza informacja w tej smutnej epopei pojawiła się w Sylwestra, kiedy to Towarzystwo Sportowe Wisła (dotychczas formalny właściciel klubu) opublikowało oświadczenie, w którym poinformowało, że w związku z zaistniałą sytuacją w dniu 31 grudnia „odbyły się spotkania Zarządu TS Wisła z przedstawicielami kancelarii prawnej, która analizuje zapisy w umowie sprzedaży Wisły Kraków SA”.

Nie, nie robię sobie jaj, możecie sprawdzić tutaj. 31 grudnia zarząd podjął się analizy umowy, którą podpisał niecałe półtora tygodnia wcześniej i na mocy której sprzedał nie wiadomo komu i nie bardzo wiadomo na jakich warunkach najcenniejsze (choć po uszy zadłużone) aktywo swojego majątku.

Gdybym był kibicem Wisły, w tym momencie poczułbym, że ktoś mi napluł w twarz (w gruncie rzeczy nie po raz pierwszy, ale to inna historia). Na chwilę obecną status jest taki, że TS Wisła nie ma pieniędzy, nie ma akcji swojej spółki, nie ma prezesa (pani prezes po akcie „sprzedaży” podała się do dymisji i zniknęła z pola widzenia), a właściwie nie wie, czy go ma, bo na mocy umowy, która nie wiadomo czy obowiązuje, domniemanym prezesem jest pan Pietrowski (ten od zdjęcia z Bońkiem), choć akuratnie pozostaje nieuchwytny. Ale co najlepsze: nie ma też inwestorów, w rękach których znajdują się akcje klubu, bo ci się znienacka zdematerializowali. Pan Vanna Ly najpierw rzekomo był w podróży, potem okazał się być przeziębiony, a ostatnie doniesienia są takie, że miał zawał. Zaiste jest to mało zabawna sytuacja, ale nie sposób tego skomentować inaczej, niż dając przestrzeń memom:

Reasumując: w ciągu kilku tygodni Wisła Kraków z jednego z bardziej zasłużonych klubów stała się jednym wielkim pośmiewiskiem.

No ale miały być konkluzje. Jedna jest taka, że gdy cała ta sprawa nabierała jeszcze rozpędu, żyłem mocno naiwną wiarą, że ktoś jeszcze zdąży się ogarnąć i zanim sprawy zajdą za daleko, walnie pięścią w stół i krzyknie coś w stylu: „czy was do końca powaliło?!”. Nic z tych rzeczy. Działacze brnęli dalej, kibice złorzeczyli dziennikarzom, którzy podważali wiarygodność „inwestorów”, PZPN się biernie przyglądał („nic nie możemy zrobić”), a prokuratura oglądała to wszystko jak serial na Netflixie, chyba nie dowierzając, że to się dzieje naprawdę i że może warto zainterweniować, bo temat mocno śmierdzi. Ale może nie ma paragrafu na głupotę, a w całej tej sprawie ta najmocniej rzucała się w oczy, choć pytanie Stanowskiego o motywy całej tej hecy i prawdziwy powód próby przejęcia klubu wydają mi się dzisiaj ze wszech miar zasadne.

Drugi smutny wniosek z całej tej awantury jest taki, że polski sport na poziomie organizacyjnym jest wciąż kompletnie niedojrzały. Sprawa Wisły nie jest przecież pierwszym i odosobnionym przypadkiem. Warszawscy kibice jakiś czas temu przeżywali upadek Polonii, chwilę później bliższy kontakt z dnem celebrował Widzew, problemy miał ŁKS, w samej piłce nożnej bolesnych doświadczeń można by wymienić sporo. Niczego i nikogo to nie nauczyło.

Gdy niedawno opisywałem problemy Polskiego Związku Kolarskiego, zwróciłem uwagę na to, że w kolarskiej centrali wciąż nikt nie ma żadnego pomysłu na to, jak wyprowadzić związek z 12-milionowego długu, ale zarząd nie przestaje powtarzać, że „przecież pieniądze muszą się znaleźć”. Helou!? One się nie zgubiły, tylko je bez sensu przepieprzyliście! I się nie znajdą, tylko trzeba na nie solidnie i uczciwie zapracować!

Sport jest niezwykle trudnym biznesem, bo w dużej mierze opiera się na sprzedaży złudzeń i ulotnych emocji. Piłka nożna, w której często obraca się gigantycznymi kwotami (moim zdaniem niejednokrotnie demoralizującymi zarówno piłkarzy, jak i działaczy), wymaga pod tym względem jeszcze większej dojrzałości i odpowiedzialności, bo wielkie pieniądze lubią się tutaj łatwo pojawiać i równie łatwo znikać. Wszędzie tam, gdzie każdą złotówkę trzeba najpierw ciężką pracą wyszarpać, a potem trzy razy ją obejrzeć przed wydaniem, sytuacja bywa o wiele zdrowsza, a zarządzanie sportem znacznie bardziej odpowiedzialne. No ale zgodnie z ludzką naturą i zbójeckim prawem rynku: zawsze trzeba chcieć więcej. Tyle, że trzeba to też potrafić.

Chciałbym, żeby historia Wisły czegoś ludzi nauczyła, ale nie mam zbyt wielkich złudzeń. Ci, którzy dzisiaj być może podśmiechują się pod nosem z parasola pana Vanny Ly, w gruncie rzeczy zachowują się tak samo: udają, że świat ich nie widzi. Problem w tym, że oni w tej pozycji również nie widzą świata i często przestają rozumieć reguły, które nim rządzą. Pozostaje im wówczas tylko wiara w to, że „pieniądze muszą się znaleźć”. Tutaj się „znalazły”. Drobny szczegół, że prawdopodobnie nigdy nie istniały. Ale może za parasolem nikt nie zauważy?

Foto: Youtube / KRKnews

Bardzo słaba galeria ze startu pewnego wyścigu…

Nie znoszę robić zdjęć telefonem, bo nie dość, że jakość bywa dyskusyjna, to wciąż mam wrażenie, że jestem trochę jak ta babcia, która ustawia wnuczkę na tle wozu technicznego jednej z kolarskich ekip, choć w gruncie rzeczy żadna z nich do końca nie wie po co. No, ale są kolarze, to fotkę trzeba strzelić. Więc skoro już się tam kręciłem podczas prezentacji i startu, to też sobie trochę strzeliłem, a co mi tam… 😉

 

Wszystkie foty: niestety ja.

Uwięziona Niepodległa.

Mój szef ostatnio coraz częściej narzeka, że jakość mojego client service znacząco się obniżyła, bo przestałem ważyć słowa i zacząłem bez ogródek wytykać klientom ich zaniechania i popełniane błędy. Pewnie ma rację, kariery w dyplomacji to ja raczej nie zrobię. Ale z drugiej strony w ciągu kilku ostatnich lat pogrzebałem już tylu zadowolonych z siebie i przekonanych o własnej zajebistości klientów, że w którymś momencie przestałem ich liczyć. Przy okazji, niesiony ich wiarą, pogrzebałem też własną działalność, więc – pardon maj frencz – dyplomację mam gdzieś. Kiedy więc oglądam trasę tegorocznego Tour de Pologne i widzę na mapkach takie twory, jak „Premia SPEC. Premia Niepodległa Lotos”, to dziękuję losowi, że nie postawił na mojej drodze człowieka, który to wymyślił, bo pewnie zanim zdążyłbym się z nim przywitać, skończyłyby mi się przekleństwa.

Drogi sponsorze, panie i władco budżetu. Jeśli decydujesz się na finansowe wsparcie sportowego wydarzenia, to rób to – bardzo proszę – w taki sposób, żeby nie czynić go więźniem twojego braku wyobraźni. Jeśli stawiasz organizatorowi warunki, których jedynym celem jest wskazanie w raporcie do przełożonych, że zapewniłeś ekspozycję swojej marki na poziomie zyliona impresji i o miliardowym ekwiwalencie, to, przepraszam bardzo, ale twoja wiedza o marketingu jest na poziomie faceta, rozklejającego na przystankach i latarniach kartki z ogłoszeniami. I obawiam się, że jest on w swym działaniu skuteczniejszy, bo koniec końców sprzeda tę swoją kanapę, a ty nadal pozostaniesz człowiekiem bez wyobraźni na odpowiedzialnym stanowisku.

Sponsoring sportu to dość skomplikowana gra w win-win. Tyle, że są aż cztery strony, biorące udział w tej zabawie: organizator, uczestnicy, widzowie i sponsorzy. Każdy z tego dealu powinien wyjść zadowolony. Ale jeżeli jedna strona usiłuje zdominować pozostałe, to z dobrej imprezy i miłych wrażeń robi się ponury seans BDSM, w którym tylko jeden podmiot dobrze się bawi, a reszta usiłuje ukryć zażenowanie.

Tour de Pologne to dobra impreza, z potencjałem na świetną. Można marudzić, że trasa ciągle jest prawie taka sama, ale nie można zapominać, że to jest tylko siedmiodniowy wyścig, a nie trzytygodniowy tour. No i dysponujemy takimi górami, jakie mamy i taką infrastrukturą, jaką mamy. Fajnie, jakby Tour de Pologne mogło jechać od Bałtyku po Tatry, ale obawiam się, że niewiele jest miejsc, w których ten cały wyścigowy majdan i obsługę, liczoną w setkach osób, można by pomieścić na noclegi. Podobno jakiś czas temu jedna z ekip worldtourowych (bodaj Team Sky, ale nie dam się za to pokroić), rzuciła pomysłem, żeby się przesiąść do kamperów, uwalniając tym samym od hoteli i transferów, ale póki co pomysł zmaterializował się wyłącznie w formie zapisu na serwetce, więc jest jak jest.

Mamy zatem dobry i profesjonalnie zorganizowany wyścig, na który często przyjeżdża bardzo dobra obsada. Tu się kłaniam w pas Czesławowi Langowi i jego ekipie, bo naprawdę niewiele jest w tym kraju ludzi, którzy z taką determinacją od 25 lat inwestują swoją energię w sport, który po długim czasie posuchy ledwie kilka lat temu zaczął na nowo mościć się w świadomości kibiców. Tych ostatnich zresztą też mamy z roku na rok więcej i coraz bardziej zaangażowanych, choć wciąż warto szeptać ciche modlitwy o przyjazd Sagana, bo wtedy nasi południowi sąsiedzi przyjeżdżają tu liczniej i robią jeszcze lepszą robotę. W całym tym sportowym miksie jest tylko jeden element, który tym wszystkim wysiłkom z uporem maniaka obniża rangę, a całą imprezę zwyczajnie ośmiesza: sponsorzy.

To, że o naszym narodowym wyścigu od lat się mówi „tour de balon” nie jest – zakładam – pomysłem Czesława, tylko wynikiem finansowego szantażu i presji, wywieranej na nim przez „specjalistów” od marketingu. Z jednej strony nie ma się czemu dziwić, zdecydowana większość polskiego rynku reklamy działa wedle prostej reguły: „logo większe i na środek”. Ma być dużo i ma być tanio – aż dziw bierze, że ludzie potrzebują kilku lat studiów, żeby zrozumieć tylko to jedno krótkie zdanie. Większość ma na wizytówkach napisane „specjalista ds. komunikacji”, ale z pojęciem „komunikacja” nie kojarzy się im dialog, tylko jednostronne głoszenie: „my, my, my i tylko my”. Jest na naszym rynku kilka wyjątków, którzy odnajdują się w sponsoringu wydarzeń sportowych i potrafią na nim budować swoją wartość (Orlen, PZU, Lotto, 4F, Oshee i może kilka innych), ale cała reszta to marketingowe przedszkole specjalnej troski. Co gorsza: na ogół kompletnie pozbawione zdolności uczenia się od innych, choć nie trzeba przecież wielkiego wysiłku, żeby zobaczyć, jak na kolarstwie buduje swoją markę na przykład Skoda (żeby już nie sięgać po przykłady bardziej odległe, jak Movistar, LCL, Cofidis i wiele, wiele innych).

Kluczem do sukcesu w sponsoringu sportu jest dbałość o to, żeby wspierana impreza była postrzegana możliwie najlepiej. Pomysł, by tegoroczna edycja nawiązywała do rocznicy odzyskania niepodległości i opierała się o markę Niepodległa uważam za bardzo dobry – jest to przynajmniej jakaś opowieść, której tej ta impreza potrzebuje, by się mocniej zakorzenić w świadomości kibiców. Ale „Niepodległa Lotos”? Co to do cholery jest? Gramatycznie koszmarny bełkot, który psuje cały wizerunek i ośmiesza przekaz.

Sponsorzy imprez sportowych często lubią się nazywać „partnerami”. To, z czym mamy do czynienia, to niestety nie jest partnerstwo, tylko mało wyrafinowana forma ekonomicznej przemocy. Gwałt na organizatorze, na języku i na kibicach. Czy na pewno, drogi sponsorze, taki efekt zamierzałeś osiągnąć?