Houston, we have a problem!

Było sarkastycznie, to teraz na poważnie. Pod postami na Facebooku i Twitterze, odsyłającymi do poprzedniej notki o domorosłym naprawianiu kariery Kwiatka, wywiązały się bardzo interesujące i pouczające dyskusje. Bardzo za nie dziękuję, bo na wiele rzeczy otworzyły mi oczy, chociaż nie ukrywam, że kilkoma argumentami jestem raczej przerażony. Postanowiłem wobec tego zebrać to wszystko w jednym miejscu w swoiste Q&A. Nawet, jeśli będzie to wyglądać, jakbym robił wywiad z samym sobą – trudno. Nie będzie to pierwszy przypadek w historii mediów, a ja nie wyjdę z wprawy w gadaniu do siebie 😉 Ale uznałem, że zebranie większości tych rzeczy w jedną całość może komuś jeszcze pomóc spojrzeć na problem z dystansem. Bo wyartykułowany w tych rozmowach wniosek, wbrew pozorom wesoły nie jest.

A zatem…

Czy ja przypadkiem nie odbieram ludziom prawa do wygłaszania opinii na temat kariery Kwiatka? A co, jak komuś się jego kariera nie podoba?

OK. Załóżmy na chwilę, że każdy ma prawo do oceniania karier różnych ludzi, nie tylko sportowców. Czy poszedłbyś do swojego internisty i powiedział mu, że Twoim zdaniem lepiej by się sprawdził jako ortopeda? Jakiej reakcji byś się spodziewał? Albo czy chciałbyś, żeby Cię operował chirurg, któremu właśnie przed chwilą ktoś powiedział, że źle pokierował swoją karierą, bo jako stomatolog byłby bardziej na miejscu? Nie sądzę. Dlaczego zatem wydaje Ci się, że możesz tego typu sądy bez skrępowania wygłaszać w stronę sportowców?

To nie znaczy z automatu, że nie możesz mieć swojego zdania na dany temat. Pytanie tylko, czy każdą opinią musisz się dzielić z całym światem? Spróbuj na głos skrytykować fryzurę własnej żony – przecież masz do tego prawo. A potem pogadajmy…

Sport nie istniałby bez zainteresowania kibiców, którzy kupują produkty sponsorów, albo płacą za oglądanie relacji w tv. W pewnym sensie jesteśmy więc właścicielami zespołów i kolarzy, to chyba mamy prawo krytykować to, w jaki sposób prowadzą swoje kariery?

W pewnym sensie to analogiczna sytuacja do poprzedniej, ale spróbujmy ją odwrócić. Ilu klientów firmy, w której pracujesz, pytasz o to, czy dobrze prowadzisz swoją karierę? Ilu z nich pozwalasz na krytykę (w końcu mają do niej prawo)? Czy wyobrażasz sobie sytuację, w której gdzieś w internecie zbiera się grupa klientów Twojej firmy i bez zażenowania wymienia z imienia i nazwiska ludzi, którzy nie spełniają ich oczekiwań (w tym Ciebie)? Ostatecznie mają do tego prawo, przecież pośrednio płacą Twoją pensję.

Sportowcy powinni mieć na krytykę grubą skórę, przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie ich krytykował, choćby dlatego, że po prostu może. No i przecież nie każda krytyka oznacza hejt.

Przeczytałem ostatnio bardzo mądry wywiad z blogerką Janina Daily, w którym powiedziała niezwykle ważną rzecz, wartą zapamiętania i stosowania: „żadne zdanie, którego nie powiedziałbyś krytykowanej osobie prosto w oczy, nie jest warte opublikowania”. Nie ma znaczenia, czy chowasz się pod nickiem, czy piszesz pod własnym nazwiskiem, bo dla odbiorcy i tak jesteś anonimowy. Jesteś obcym człowiekiem, który próbuje wleźć z butami w czyjeś życie i powiedzieć mu, jak powinien je meblować, żebyś Ty był zadowolony. Zrobisz to face to face? Nie sądzę. Dlaczego więc wydaje Ci się, że możesz to robić w sieci? Na czym polega różnica? Na nośniku? Bo przecież do przekazania jest dokładnie ta sama informacja.

Oczywiście żyję już wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że tak jest i niezwykle trudno z tym walczyć, ale to też nie oznacza, że powinienem się z tym z automatu godzić. Nie godzę się. I nie odbieram nikomu prawa do krytyki. Po prostu uważam, że w większości przypadków tego prawa zwyczajnie nie mamy.

Czyli Kwiatka nie można krytykować, a żelazny argument jest taki, że ludzie się nie znają?

Jako nieskończony filozof ze specjalnością „teoria poznania” odpowiem tak: nie znam przypadku rozwoju wiedzy, który opierałby się na wygłaszaniu zdań oznajmujących. Do wiedzy prowadzi zadawanie pytań. I tak naprawdę do tego powinna się sprowadzać cała dyskusja: do pytania i szukania odpowiedzi. Do stawiania hipotez i weryfikowania ich z rzeczywistością. Tymczasem zdecydowana większość dyskusji ogranicza się do wygłaszania prawd objawionych i mało kto zadaje sobie w ogóle trud zrozumienia, na czym w istocie polega dyscyplina, do krytyki której przypisujemy sobie niezbywalne prawa. I właśnie z tym się nie zgadzam.

Masz prawo mieć własne zdanie na każdy temat, ale zanim wypowiesz je na głos, upewnij się, że oprócz zdania masz jeszcze na ten temat jakąś wiedzę. Tylko tyle.

_____________________________________

W gruncie rzeczy można tak długo, bo zdań w dyskusji padło sporo. Przyszło mi jednak do głowy pewne porównanie, które – tak mi się przynajmniej wydaje – dość dobrze oddaje źródło problemu.

Houston, we have a problem: pomieszaliśmy rzeczywistości. Przestaliśmy w sportowcach widzieć ludzi, których chcielibyśmy naśladować. Widzimy w nich wyłącznie awatary, którymi próbujemy zarządzać w jakimś globalnym sport-managerze. To my chcemy ustalać im strategie, wybierać składy, wyznaczać zadania i kreślić ścieżki kariery. I zmieniać je, kiedy nam się „nie podobają”.

Problem w tym, że nasze wyobrażenia na koniec dnia weryfikuje rzeczywistość. I pretensje wygłaszamy również w stronę rzeczywistości: prawdziwych ludzi, którzy mają prawdziwe uczucia i wykonują rzeczywistą, nieprawdopodobnie ciężką pracę.

My jej nawet nie próbujemy zrozumieć. Po prostu „nie podoba nam się kariera”.

_____________________________________

Foto: A.S.O. – Pauline Ballet

Kariera pod specjalnym nadzorem.

Czasem sobie myślę, że to wielkie szczęście, że w Polsce nie ma jeszcze specjalistycznych studiów z naprawiania kariery Michała Kwiatkowskiego, bo w lipcu drukarnie nie nadążyłyby z produkcją dyplomów. Nie mam też pojęcia, kiedy prezydent jeździ na wakacje, ale na wszelki wypadek nie powinien wówczas nic planować na lipiec, bo na bank byłoby też do wręczenia parę tytułów profesorskich. W lipcu bowiem na kraj spływa oświecenie i niemal wszyscy wiedzą: jak wyciągnąć kleszcza, jak fachowo rozstawić parawan i do jakiego zespołu powinien niezwłocznie przejść Michał Kwiatkowski, którego praca na rzecz liderów INEOS jest niegodna polskiej racji stanu.

Nie wiem, czy istnieje druga taka dyscyplina, w której sportowiec byłby poddawany krytyce za to, że perfekcyjnie wykonuje swoje zadania? Serio, nie potrafię sobie wyobrazić. Widziałem już gromy, sypiące się na sportowców po przegranych zawodach i choć nie akceptuję pojawiającego się wówczas hejtu, to jestem w stanie jakoś zrozumieć niezadowolenie. Ja co prawda wzruszam wówczas ramionami, bo bez względu na to, jak wysoko i z jakiego powodu przegrała moja ulubiona drużyna, nie ma to najmniejszego wpływu na moje życie; w najgorszym wypadku popsuje mi na chwilę humor. Ale rozumiem, że są ludzie, którzy się w te sprawy angażują mocniej i przeżywają to głębiej, posuwając się do mało parlamentarnych form ekspresji swojego niezadowolenia. Trudno, nobody’s perfect. Ale w sytuacji, w której sportowiec realizuje to, co do niego należy? Nie pojmuję. Tymczasem w kolarstwie zdarza się to notorycznie.

Bywa, że jak chcę się maksymalnie zdołować, zerkam sobie w komentarze pod moimi tekstami. W gruncie rzeczy nie powinno się tego robić bez opieki terapeuty, ale czasem podejmuję ryzyko. Pal już licho te teorie o „wyścigach równoległych”, ale niedawno dowiedziałem się z takiego komentarza, że nie rozumiem duszy kibica, bo ów chciałby „kibicować polskim kolarzom, ale pomagierów nie liczy”. No cóż. Istotnie nie rozumiem. Tak samo jak nie rozumiem tego, dlaczego w autobusie nie możemy wszyscy siedzieć obok kierowcy? Przecież stamtąd jest lepszy widok i jak ktoś się nie załapuje, to z pewnością jest frajerem.

Czym dalej w las, tym robi się ciekawiej, bo jak już spłynie cała pierwsza fala pomyj, że „polski mistrz świata hańbi nasze barwy, pozwalając obcym na to, żeby się nim wysługiwali” (tej duszy kibica bardzo współczuję, bo musiała strasznie cierpieć), to do głosu dochodzą wspomniani na wstępie doktoranci od naprawiania kariery Michała. I tu się zaczyna długa litania pomysłów, co powinien zrobić Michał, na jaki zespół zamienić INEOS i dlaczego na CCC Team.

Tu mała dygresja: dawno, dawno temu, jeszcze w czasach, kiedy świat był dużo lepszy, bo nie było na nim Facebooka, Twittera i wielu innych miejsc, w których ludzie nieskrępowanie chwalą się swoją głupotą, pewna moja znajoma prowadziła dość popularnego bloga, zresztą jednego z pierwszych, które powstały w rodzącej się dopiero tzw. blogosferze. Pewnego dnia podzieliła się na nim informacją, że właśnie została „zrestrukturyzowana” i musi budować swoją karierę poza organizacją, która do tej pory płaciła jej pensję. Ludzkość ruszyła na pomoc, najczęściej dzieląc się dobrą radą: „załóż firmę!”. „No dobra, ale JAKĄ?” – dopytywała. „Najlepiej jakąś dobrze prosperującą” – otrzymała w odpowiedzi.

Mniej więcej taką samą wartość mają „porady”, adresowane w stronę Michała, że powinien się rozglądać za nową ekipą. Mnie osobiście najbardziej rozbawia argumentacja, wedle której Michał musi natychmiast zmienić zespół na taki, w którym znajdzie nareszcie „bezpieczną przystań”, „należny szacunek” i byłaby to wreszcie drużyna „zbudowana pod niego”. W tym kontekście najczęściej pojawia się oczywiście CCC Team.

Zostawmy na boku pewne zakrzywienie czasoprzestrzeni, z którego wynika, że Michał poszedł do INEOS po to, żeby przeczekać trudny okres w swojej karierze do momentu, aż na białym koniu przybędzie Dariusz Miłek, żeby go uratować i stworzyć zespół, wymarzony dla realizacji celów Kwiatkowskiego. To, że CCC Team powstało jakieś dwa i pół roku po tym, jak Kwiato rozpoczął jazdę w SKY, nie może mieć przecież większego znaczenia, bo kiedy trzeba ratować nasz narodowy skarb, to kto by się przejmował takim drobiazgiem, jak chronologia zdarzeń…

Odłóżmy też na moment romantyczne pragnienia, aby w końcu polska drużyna jeździła w World Tourze z polskimi kolarzami, bo te marzenia akurat jestem w stanie zrozumieć, z zastrzeżeniem, że traktujemy je jako cel, do którego w pewnej perspektywie konsekwentnie dążymy. Oraz z zastrzeżeniem, że projekty, budowane na dumie narodowej nie zawsze przynoszą oczekiwane rezultaty, o czym powinna nas uczyć chociażby ledwie 10-letnia historia Teamu Katusha, którego przyszłość wisi właśnie na włosku (i za którego sukcesy odpowiadają w największym stopniu – o ironio! – Norweg i Hiszpan).

Nader często zapomina się też o takim drobiazgu, że sam Kwiatkowski jest po prostu typem faceta, skoncentrowanego w 100% na realizacji zadania. I co ważniejsze: zadania, związane z wynikiem zespołu, są dla niego zawsze priorytetowe. Bywa, że pokrywają się z jego własnymi ambicjami (jak np. walka o zwycięstwo w Tour de Pologne), ale bywa też, że te cele są zupełnie różne – jak w tej chwili w Tour de France. Rozmawiałem z nim o tym dość długo w ubiegłym roku i w tej kwestii był i jest absolutnie jednoznaczny: celem jest wygrana drużyny, bo na tym przecież polega ten sport.

Zasadniczy problem polega na tym, że drużyny kolarskie buduje się nie po to, żeby zapewnić bezpieczną przystań kolarzom, ale po to, żeby wygrywać wyścigi. I buduje się je w taki sposób, żeby zapewnić właścicielom i sponsorom możliwie najwięcej wygranych. Myślę, że żaden odpowiedzialny dyrektor sportowy nie wziąłby na siebie ryzyka wydawania fortuny na gwiazdę i budowania wokół niej zespołu, tylko po to, żeby spełnić marzenia kibiców. Drużyny sportowe buduje się najczęściej w taki sposób, żeby mieć możliwie najwięcej dostępnych wariantów zestawienia składów na różnego rodzaju wyścigi (czasem rozgrywane w tym samym czasie), przy dodatkowym uwzględnieniu ryzyka, że każdy z członków zespołu może w każdym momencie ulec kontuzji, zachorować, albo z dowolnego innego powodu być w słabszej dyspozycji. Fajnie, jak zespół ma w szeregach gwiazdy, ale drużyna sportowa to nie boys band, w którym wszyscy mają fajnie wyglądać i wywoływać mdlenie fanek. Tutaj wszyscy, z liderem włącznie, mają po prostu do ostatniej kropli potu zasuwać, żeby zrealizować zadanie. A jak lider upada i trzeba go wsadzić na rower, to nie myśli się o narodowej dumie i cierpieniach duszy kibica, tylko o upływających sekundach, bo w tym sporcie na końcu chodzi o to, żeby ich bilans na mecie był ujemny.

Od kilku dni krążą plotki o tym, że z drużyną INEOS wita się powoli zwycięzca tegorocznego Giro, Richard Carapaz, na co część kibiców reaguje gromkim „Michał! Uciekaj!”. Zupełnie jakby ludzie w INEOS nie mieli nic lepszego do roboty, tylko szukali metody na utrudnienie Kwiatkowskiemu życia. Drobiazg, że jeszcze do końca nie wiadomo, ile potrwa rekonwalescencja Froomiego i w jakiej formie (i kiedy) wróci na rower. Grunt, że można Michałowi rzucić pod nogi kolejną kłodę. Tak przynajmniej widzi problem większość profesorów od kariery Kwiatkowskiego (o którą jak dotąd nic nie robili, ale są gotowi z zapałem ją reperować), którzy przy okazji zupełnie zapominają, że Kwiato poszedł do SKY z własnej woli i z jasno określonymi celami: zdobywaniem doświadczeń i pracy nad tym, by kiedyś stanąć na starcie Tour de France jako jeden z liderów drużyny. I moja osobista dusza kibica wierzy, że w końcu uda mu się to zrealizować.

Zdaję sobie sprawę, że jesteśmy wszyscy mocno przyzwyczajeni do traktowania sportu w kategoriach narodowościowych i kolarstwo pod tym względem jest dyscypliną dość trudną do zrozumienia. Ale w gruncie rzeczy niczym specjalnie się nie różni od klubowej piłki nożnej. Czy ktoś kiedyś miał pretensje do na przykład Łukasza Piszczka, że był obrońcą w Borussii, a nie napastnikiem w Legii? Przecież na tej pozycji miałby większe szanse na strzelanie bramek. OK, może oczekiwania wobec Piszczka są mniejsze, bo nie był wcześniej mistrzem świata. Ale nie sądzę, żeby to był ten powód.

Może więc faktycznie dusza kibica kolarstwa jest inna od duszy piłkarskiej? Może ja faktycznie jej nie rozumiem? I co to będzie, jak podczas Tour de Pologne w roli liderów swoich drużyn wystąpią Kwiatkowski i Majka? Co wówczas zrobi dusza kibica? Kogo z nich uzna za „pomagiera” i pominie?

Na koniec jedna ważna uwaga: nie chodzi o to, że nie można na ten temat dyskutować i snuć śmiałych wizji. Ale przed wygłoszeniem po raz tysięczny tej samej opinii warto sobie zadać pytanie, czy ów akt strzelisty, którym radośnie dzielę się w anonimowym komentarzu, wnosi do dyskusji jakikolwiek element wiedzy? Bo jeśli nie, to może warto sobie darować? Po co wrzucać kolejny kamyczek do ogródka, w którym i tak nic nie wyrośnie?

Team (jeszcze) Sky w ucieczce.

To jest właściwie ten moment, w którym z czystym sumieniem mógłbym napisać: „a nie mówiłem?”. Pojawiające się od grudnia pogłoski o rzekomym „końcu” Team Sky może i nabijały portalom trochę kliknięć, ale z rzeczywistością związek miały dość luźny. Swoją drogą… ciekawe, kto pierwszy puścił farbę i spowodował, że ludzie zaczęli węszyć, m.in. w rejestrach Whois, aż w końcu ktoś „odkrył”, że 5 marca zarejestrowano domenę teamineos.com i lawina domysłów ruszyła na dobre?

O tym, że przyszłość drużyny (jeszcze) Team Sky jest niemal na pewno bezpieczna pisałem wcześniej tutaj, więc nie ma powodu, żeby się ponownie zagłębiać w temat. Właściwie jedno pytanie, na które dzisiaj nie znam odpowiedzi, brzmi: jak im się udało załatwić z UCI taką zmianę w trakcie sezonu (drużyna w nowych barwach wystartuje 2 maja w Tour de Yorkshire)? W oficjalnym komunikacie jest wprawdzie mowa o tym, że ten temat wciąż jest przedmiotem dyskusji z UCI, ale nie chce mi się wierzyć, że przynajmniej kierunkowo sprawa nie została już rozwiązana. Faktem jednak jest, że w ostatnich tygodniach sprawy mocno przyspieszyły, bo pierwotnie nowy sponsor miał zostać ogłoszony podczas Tour de France, na który zwrócone są oczy całego kolarskiego świata, ale najwyraźniej sir Jim Ratcliffe nie lubi czekać, aż mu gaz ucieknie z szampana.

Interesująca jest natomiast przyszłość. Nowy sponsor zobowiązał się do kontynuacji od 1 maja wszystkich aktualnych umów z zawodnikami, managementem i obsługą techniczną dzisiejszego Team Sky, ale nie doczytałem się nigdzie informacji, o jakiej perspektywie czasowej myśli Ratcliffe. Być może ten horyzont nie jest w żaden sposób określony, bo z formalnego punktu widzenia to nie jest tradycyjna umowa sponsorska, tylko odkupienie od Sky i 21st Century Fox 100% udziałów w spółce Tour Racing Limited, co pozwala sądzić, że inwestycja jest raczej długoterminowa, a ewentualne wyjście z niej w przyszłości będzie się odbywać na identycznych zasadach, jak miało to miejsce teraz, czyli jako sprzedaż udziałów, co na ogół nie następuje z dnia na dzień. Pod tym względem Michał Kwiatkowski i Michał Gołaś (oraz zatrudnieni w drużynie Marek Sawicki i Jacek Walczak) przyszłość mają raczej zapewnioną.

Zagadką jest natomiast współpraca Dave’a Brailsforda z nowym właścicielem drużyny. Na razie obaj wzajemnie podkreślają swoje wizjonerstwo, co jest wiadomością dobrą i złą jednocześnie. Dobrą, bo jest gwarancją tego, że drużyna będzie nadal inwestować w rozwój i innowacje, podnosząc swoją filozofię „marginal gain” do rangi sztuki. Przy okazji: ten fokus na rozwój będzie najlepszą z możliwych wiadomości dla Michała Kwiatkowskiego, który właśnie na perspektywie stałego rozwoju opiera całą swoją kolarską karierę.

To również informacje dobre dla peletonu: raz, że mogą być przykładem dla innych sponsorów, żeby nie bali się odważnych inwestycji w ten sport, a dwa: dla samych drużyn, które na innowacje Brailsforda i spółki prędzej czy później będą musiały jakoś odpowiedzieć.

Ale ta nowa sytuacja rodzi też pewne ryzyka, związane ze współpracą dwóch wizjonerów: Brailsforda i Ratcliffe’a. Historia zna przypadki, w których dwie silne i charyzmatyczne osobowości potrafiły zbudować przedsięwzięcia o gigantycznej wartości (tu mój ulubiony przykład współpracy Steve’a Jobsa z Johny’m Ive), ale na ogół znacznie więcej jest przykładów na to, że gdy dwie odmienne wizje zaczynają się ścierać, trup wokół ściele się gęsto. Wiele zależy od tego, jak panowie się dogadają i jaką autonomię od nowego właściciela otrzyma Sir Dave.

Czas pokaże, jak się to wszystko ułoży. W każdym razie najbliższe miesiące i (oby!) lata z Team INEOS zapowiadają się z pewnością pasjonująco.

Foto: Alex Broadway / ASO

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Lekcja taktyki. Lekcja pokory.

Gdybyśmy tylko jako kibice potrafili się na chwilę uwolnić od dogmatycznego kibicowania Polakom, odebralibyśmy 7. etap wyścigu Paryż – Nicea jako kapitalną lekcję kolarskiej taktyki, którą zafundowała nam ekipa Team Sky. Ale nie potrafimy, co na swój sposób jest urocze, ale o kolarstwie uczy nas niewiele. Kwiato stracił żółtą koszulkę lidera, co dla wielu z nas jest symbolem porażki i niezrozumiałej strategii zespołu, który ma Polaka głęboko gdzieś i nie wiedzieć dlaczego stawia na kolumbijskiego młokosa, Egana Bernala. Tymczasem w rzeczywistości Sky zrobiło dziś coś zupełnie innego.

Zaczęło się od tego, że na 40. kilometrze poszła z peletonu duża, 38-osobowa ucieczka. W większości zupełnie niegroźna, ale w jej składzie był również Philippe Gilbert, tracący przed 7. etapem 2:01 do lidera, Michała Kwiatkowskiego. Odjazd przez większość etapu miał około 5 minut przewagi, a pogoń za nim cieszyła się umiarkowanym zainteresowaniem większości drużyn, bo tak naprawdę widmo znaczących strat wisiało wyłącznie nad Team Sky, okupującym dwa pierwsze miejsca w generalce.

U podnóża Col de Turini, ostatniego, 20-kilometrowego podjazdu, sytuacja nie uległa większym zmianom, a Gilbert był wirtualnym liderem, z blisko 4-minutową przewagą nad Kwiatkowskim. Tymczasem Team Sky jechał wprawdzie na czele peletonu, ale bynajmniej nie dyktował przesadnie forsownego tempa. Najpierw peleton prowadził Sebastian Henao, później Teo Geoghegan Hart, a rzeź zaczęła się niespełna 5 kilometrów przed szczytem, gdy na czoło wyszedł Ivan Ramiro Sosa. Ugotował niemal wszystkich, z Michałem Kwiatkowskim włącznie, a jego tempo wytrzymali tylko Egan Bernal i Nairo Quintana.

Dlaczego taka taktyka? Przecież od samego dołu dobrze wiedzieli, jaką przewagę ma Gilbert i że słabnie, choć trzyma się ciągle jednej z grup. Wystarczyłoby kilka obrotów korbą na minutę więcej, żeby wszyscy dojechali do Gilberta przed metą, zachowując przedetapowe status quo.

No właśnie: wszyscy. Słowo – klucz do zrozumienia taktyki Sky. Bo „wszyscy” oznaczałoby, że i Leon Luis Sanchez (trzeci w generalce, tylko 22 sekundy za Kwiatkiem), i czwarty Wilco Kelderman (minuta straty), i piąty Bob Jungels, również z minutą w plecy. Ale oni wszyscy ciągle byliby groźni na ostatnim etapie, krążącym po pagórkach wokół Nicei, z charakterystyką znaną z wyścigów klasycznych. I to ich należało z rywalizacji wyeliminować, co Sosa z Bernalem zrealizowali koncertowo, doprowadzając wszystkich możliwie wysoko, a później narzucając tempo, które wytrzymał wyłącznie Quintana – w jutrzejszej rozgrywce praktycznie niegroźny. A przynajmniej nie na tyle, by zakładać, że będzie w stanie wypracować sobie na trudnej technicznie trasie 46 sekund przewagi nad Bernalem.

Jaką cenę zapłaciło za to Sky? Z punktu widzenia interesów drużyny: żadną. Nadal mają liderów klasyfikacji: generalnej, młodzieżowej, punktowej i drużynowej. I jeśli na ostatnim etapie wszystko pójdzie po ich myśli, na podium wpuszczą prawdopodobnie tylko Thomasa De Gendta, który jest najbliżej wygrania koszuli w grochy.

Jasne: szkoda, że Bernal, a nie Kwiato. Nasz patriotyzm wystawiany jest przez Team Sky na kolejną próbę. Ale wystarczy spojrzeć na to, co po etapie publikuje sam Michał, żeby zrozumieć, że siła jego i jego zespołu opiera się na tym, że są monolitem i swoje zadania realizują, mając na uwadze w pierwszej kolejności interes zespołu. Bo to on ich na koniec dnia wynagradza za wyniki.

Foto: Alex Broadway / ASO

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Pod wiatr do słońca

Po cichu uśmiecham się do wspomnienia ostatniej soboty, bo od czasu do czasu nachodzi mnie taka refleksja, że choćbyśmy nie wiem jak dokładnie sobie wszystko planowali, to bywa, że życie nam się plecie całkowicie nieprzewidywalnie. Wystarczy dać się mu ponieść.

Ale w sumie ja nie o tym…

Otóż spędziłem sobie sobotnie popołudnie, czekając w studiu Eurosportu na „mój” program i oglądając w tym czasie końcówkę Strade Bianche, w towarzystwie Krzysztofa Wyrzykowskiego. I tak sobie gawędziliśmy, trochę o tym, czy Alaphilippe ogra na finiszu Fuglsanga (ograł), czy Van Aert dojdzie uciekającą dwójkę (doszedł) oraz o tym, jakie atrakcje czekają nas na trasie wyścigu Paryż – Nicea.

„Podobno ma padać – mówił Krzysztof – Tak zapowiadają i tam niemal zawsze o tej porze roku leje. Mogłoby w końcu solidnie popadać na Paryż – Roubaix, przynajmniej byłoby ciekawie, ale jak będzie lało w drodze do Nicei, to może być potwornie nudno.”

No cóż… Tu znów wypada mrugnąć okiem do tego, jak się ma rzeczywistość do naszych przewidywań. Na razie na szczęście raczej nie pada, ale za to solidnie wieje. I zamiast nudnej przejażdżki w deszczu zrobił nam się arcyciekawy wyścig, w którym – na razie – wygrywa wprawdzie Groenewegen, ale karty rozdaje Team Sky, z Michałem Kwiatkowskim na czele.

Przyznam, że nie pamiętam, kiedy Kwiato jechał tak aktywnie i z tak wyraźną wolą zwycięstwa? Może na ubiegłorocznych mistrzostwach Polski? A może aż w Ponferradzie? W wygranym przed rokiem Tirreno-Adriatico złapał nadarzającą się po defekcie Thomasa okazję. W Volta ao Algarve właściwie było podobnie. W Tour de France harował jak wół, ale de facto jechał dla innych. San Remo? E3? Amstel? Strade Bianche? Wszędzie tam był w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie, ale wydaje mi się, że to jednak trochę nie to samo. A tutaj po prostu stara się kontrolować ten wyścig od początku do końca.

Jazda na rantach przy silnym wietrze bywa loterią, ale częściej jest pokazem determinacji i taktyki. Trzeba mieć naprawdę znakomity przegląd sytuacji w peletonie, żeby wiedzieć kiedy zaatakować i rozerwać grupę, nie marnując niepotrzebnie sił, dając się złapać kilka kilometrów dalej. Ekipa Sky, z Kwiatkiem na czele, realizuje ten program doskonale. I zdają się im zupełnie nie przeszkadzać drobne defekty, przytrafiające się kilkanaście kilometrów przed metą. „Never give up!” – mówi wtedy Michał i goni peleton. A potem jeszcze łączy grupy, wychodzi na czoło i finiszuje w końcówce.

Jakby tego było mało, łapie sekundy na każdym możliwym lotnym finiszu, doskonale zdając sobie sprawę, że nad większością rywali będzie miał wprawdzie przewagę w czasówce, ale właśnie zaczynają się góry, więc na wszelki wypadek ta zaliczka powinna być nieco większa. To, co mnie osobiście wydaje się w tym wyścigu nieco inne, niż zwykle, to fakt, że Kwiatkowski się nie kryguje, tylko wysyła rywalom bardzo czytelny sygnał: „Zamierzam tu wygrać!”.

Z dwóch wiosennych etapówek: Paryż – Nicea i Tirreno – Adriatico, zawsze wolałem ten drugi, nieco lżejszy i bardziej fantazyjny. Zresztą… w ogóle włoskie ściganie wydaje mi się pod wieloma względami atrakcyjniejsze i mniej „nadęte” od francuskich bitew. Ale tegoroczna jazda Sky i Michała sprawiła, że śledzę wyścig „Ku Słońcu” z wypiekami na twarzy. Oby tak dalej, do niedzieli!

Foto: Alex Broadway / ASO

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Jak zaciągnąć do łóżka Monikę Bellucci?

Daliście się złapać na clickbajtowy tytuł i szczucie cycem? I dobrze, chociaż nic takiego tu nie znajdziecie. Ale jak czytacie w różnych miejscach o tym, że już wkrótce Michał Kwiatkowski zacznie kręcić w nowej drużynie, bo CCC wyraziło zainteresowanie jego osobą i złożeniem mu oferty, to w gruncie rzeczy dajecie się podejść taką samą metodą.

To prawda, że z ust Piotra Wadeckiego padły słowa o tym, że chciałby mieć u siebie gwiazdę pokroju Kwiatkowskiego, co w przypadku topowego polskiego kolarza w polskiej drużynie wyglądałoby naprawdę zacnie. Ale takie pragnienie może dziś wyrazić każdy, tak samo jak ja mogę złożyć niemoralną propozycję Monice Bellucci. Efekt będzie podobny (choć ostatecznie nie mogę ręczyć za stonowaną reakcję mojej Lepszej Połowy).

Warto wyjaśnić kilka rzeczy, które łatwo uciekają w euforii, jaką wywołuje wizualizjacja Kwiato w pomarańczowym trykocie.

Rzecz pierwsza: Kwiatek aktualnie ma status „w związku”. Być może to drobiazg, ale dość istotny. Koincydencja nazw „Sky” i „Team Sky” powoduje, że wiele osób ściśle je z sobą utożsamia, choć to w rzeczywistości osobne byty. Ważniejsze w tej układance jest więc to, że Kwiato jest w związku nie ze Sky (sponsorem, który nadaje programy TV), ale z Team Sky, który jest właścicielem licencji na ściganie się na rowerze. Kiedy więc ludzie Sky w Sylwestra 2019 wezmą do rąk wałki i czarną farbę, żeby zamalować błękitne logotypy na rowerach, samochodach i skarpetkach kolarskiej ekipy, Kwiatkowski nadal będzie w związku z podmiotem, który w pierwszy dzień Anno Domini 2020 zmieni co prawda nazwę, ale prawdopodobnie będzie istniał nadal. Chyba, że Dave Brailsford zadecyduje inaczej, ale to zupełnie inna para kaloszy.

Rzecz druga: żeby poczynić daleko posunięte awanse Monice Bellucci i nie narazić się na jej pełne politowania spojrzenie, musiałbym zaoferować coś, co mogłoby ją zainteresować. Pomijam moje towarzystwo, bo to położyłoby sprawę już w przedbiegach, ale tutaj tylko teoretyzujemy, tak?

W przypadku Michała sprawa wyglądałaby podobnie: nie wystarczy walizka pieniędzy i obietnica, że w pomarańczowym będzie wyglądał twarzowo. Zespół, który chciałby pozyskać Kwiato będzie musiał mu zaproponować coś więcej, niż rola lidera na kilka wyścigów. Będzie musiał zaoferować mu przede wszystkim możliwość rozwoju, bo to jest temat, który od lat interesuje Kwiatkowskiego najbardziej.

Dojrzałość naszego najlepszego kolarza polega na tym, że potrafi spojrzeć na swoje możliwości z dużego dystansu i powiedzieć wprost: „nie jestem jeszcze gotowy”. Do Team Sky poszedł po naukę i przygotowanie, bo to właśnie zaoferował mu Brailsford. Oferta pt. „zostań naszym liderem na wielkie toury”, dopóki Kwiatkowski sam nie poczuje, że jest w końcu na to gotowy, będzie równie atrakcyjna, jak propozycja zostania solistą w Teatrze Wielkim. Kwiato nie interesuje wychodzenie na scenę i stanie w ciepłym świetle reflektorów. Interesuje go wygrywanie.

Żeby było jasne: absolutnie nie deprecjonuję możliwości CCC Team, ani nie wykluczam, że taki związek może ostatecznie mieć miejsce. Ale raczej później, niż prędzej. Przed polską ekipą pierwszy sezon w World Tourze, więc dzisiaj jeszcze zupełnie nie wiadomo, jak ostatecznie ukształtuje się zespół, jakie będą jego najmocniejsze strony i jaka ostatecznie wykuje się z tego wszystkiego strategia. Może „odpali” w końcu Kuba Mareczko, któremu przecież wiele nie brakuje, by nawiązać równorzędną walkę z najlepszymi sprinterami świata, a zespół ułoży sobie wówczas pod wielkie toury strategię walki o punkty? Może duet Van Avermaet & Wiśniowski okaże się na tyle silny, by złamać dominację QuickStepu w klasykach? Dziś tego nie wiemy, więc nie ma właściwie żadnych podstaw, żeby snuć jakiekolwiek dalekosiężne plany, w których – nie można tego wykluczyć – miejsca dla Kwiatka finalnie w ogóle może nie być.

Ja też chciałbym oglądać Kwiatkowskiego i Majkę w ekipie, przy której nazwie powiewać będzie polska flaga. Ale moje pragnienia niekoniecznie muszą się pokrywać z marzeniami i planami chłopaków, a ostatecznie to oni będą musieli wsiąść na rower i dla naszej uciechy obijać sobie siedzenie przez dziesiątki tysięcy kilometrów.

My w tym czasie, z poczuciem, że o kolarstwie i życiu wiemy wszystko, wcinając karkówkę i machając trzymaną w ręku butelką z piwem, klarować będziemy swojej partnerce: „A widzisz Grażyna! Mówiłem, żeby nie zmieniał ekipy? Znów mnie nie posłuchali!”

Bywa, że sama droga jest celem…

Kiedy Kwiato jechał w żółtej koszulce lidera tegorocznego Criterium de Dauphine i na jednym z rond wyłożył się jak długi i dość mocno poobijał, skomentował tę sytuację lakonicznym (i nieco w jego stylu): „Czasem człowiek zrobi jeden obrót korbą za dużo…”. Na ponad trzech tysiącach kilometrów trasy wielkiego touru takich drobnych błędów popełnia się czasami dziesiątki…

Kiedy jakiś czas temu, po bardzo wielu latach abstynencji od wszelkiej aktywności ruchowej wsiadłem ponownie na rower, miałem w metryce lat czterdzieści, a moja waga była już tylko o kilka mrugnięć diodą od wyświetlenia komunikatu: „Proszę wchodzić pojedynczo!”. Szosę na urodziny kupiła mi moja nieoceniona partnerka, ale głównym orędownikiem tego pomysłu był mój kolega z pracy, pod adresem którego skrycie wypowiedziałem bardzo wiele bardzo obraźliwych słów, gdy jakimś cudem udało mi się wrócić z pierwszej przejażdżki. Bolały mnie nawet włosy. Ale następnego dnia ponownie posadziłem mój obolały zad na twardym siodełku i ponownie ruszyłem w drogę. Pierwszą 100-kilometrową rundę przejechałem dwa lub trzy tygodnie później, co zajęło mi grubo ponad 4 godziny, a po powrocie rozważałem, do kogo powinienem zadzwonić w pierwszej kolejności, żeby się pożegnać na zawsze.

Do dziś udało mi się pozbyć prawie 20 kilogramów i całej masy kompleksów, 100-kilometrową przejażdżkę traktuję zwykle jako średnio ciężki trening, a jak na koniec nie mam średniej prędkości powyżej 30 kmh, to jestem niezadowolony i rozważam, czy trening wart jest tego, żeby go upublicznić na Stravie? 😉

I bynajmniej nie piszę tego wszystkiego, żeby się pochwalić, bo ludzi, którzy przeszli podobną drogę (i to o wiele skuteczniej) znam całe tabuny, a ja na równi z powyższym mam też świadomość, że w sferze sportowej nie osiągnąłem i prawdopodobnie już nie osiągnę absolutnie niczego (bo też i niespecjalnie aspiruję). Niemniej pokonując tę drogę od ociężałego zawalidrogi do mniej ociężałego zawalidrogi, dokonałem dwóch „odkryć”, które wydają mi się tyleż banalne, co ważne i to nimi właśnie zamierzam się tu podzielić.

Po pierwsze: można mieć znakomite predyspozycje do uprawiania jakiejś dyscypliny, ale to w najmniejszym stopniu nie zmienia faktu, że sport uprawia się zwykle na przekór czemuś. Czasem jest to tylko jedna drobna przeszkoda, która dzieli cię od doskonałości, a innym razem niekończąca się lista przeciwności, które musisz pokonać, żeby znaleźć się w miejscu, w którym jeszcze nigdy wcześniej nie byłeś. A potem chcesz zrobić krok dalej i ten jeden krok okazuje się nagle trudniejszy, niż wszystko, co zrobiłeś i osiągnąłeś do tej pory. Finisz pochłania najwięcej sił, bez względu na to, jak długa droga do niego prowadzi. Nie mówiąc już o tym, że sport uprawiasz przede wszystkim na przekór innym ludziom, którzy stają obok ciebie na starcie, bynajmniej nie po to, żeby ci drogę do sukcesu usłać różami.

Po drugie: nawet tą samą trasą nigdy nie jedziesz dwa razy tak samo. (Tu mrugam okiem do wszystkich, po raz tysięczny pędzących na Gassy 😉 Za każdym razem jest coś inaczej: inna pogoda, inne ciśnienie, inaczej spałeś, co innego jadłeś i tak dalej. Bywa, że jednego dnia jedzie ci się wspaniale, a ledwie dzień później wykrzykujesz w stronę pobliskiej kukurydzy wiele niecenzuralnych słów, bo miało być fajnie i lekko, ale właśnie jakiś poranny zefirek postanowił ci dmuchnąć prosto w twarz i cały misterny plan… wiadomo.

W sumie banały, ale wydają mi się ważne i przypomina mi się to dosłownie za każdym razem, gdy natrafiam na jakąś dyskusję o dyspozycji naszych kolarzy, czy to teraz na Vuelcie, czy na dowolnym innym wyścigu. „Przecież był już mistrzem świata”. „Przecież był już trzeci w Hiszpanii”. „No jak to nie daje rady pod górę, skoro dwa razy był najlepszym góralem Touru?”. I tak dalej, „argumenty” i pytania można cytować w nieskończoność.

Tyle tylko, że w wyścigu nie jeżdżą statystyki i formuły Excela, a żywi ludzie, którzy każdego dnia przemierzają inną drogę, w innych warunkach, mierząc się z innymi rywalami, inaczej śpiąc, co innego jedząc i kąpiąc się w innej wodzie. To wszystko niestety ma jakieś znaczenie, a oni każdego dnia jadą inną drogą naprzeciw innym przeciwnościom. Na to, że nie udaje im się wygrać, choć często są przecież bardzo blisko, składa się milion drobnych, czasem zupełnie niezauważalnych elementów.

Kiedy Kwiato jechał w żółtej koszulce lidera tegorocznego Criterium de Dauphine i na jednym z ostatnich rond przed metą drugiego etapu wyłożył się jak długi i dość mocno poobijał, skomentował tę sytuację lakonicznym (i nieco w jego stylu): „Czasem człowiek zrobi jeden obrót korbą za dużo…”. Na ponad trzech tysiącach kilometrów trasy wielkiego touru takich drobnych błędów popełnia się czasami dziesiątki, z konsekwencji wielu z nich nawet nie zdając sobie sprawy. Ale to suma tych wszystkich drobnych rzeczy staje się na koniec tym, z czym musisz się zmierzyć, żeby wygrać. Czasem się udaje, znacznie częściej się nie udaje. Jadą na przekór temu wszystkiemu, bo czasem po prostu nie idzie tak bardzo, że samo pokonanie tej drogi staje się celem.

Za to, że wciąż ją pokonują, nieustannie ich podziwiam. A tego, że któryś z nich pokona ją kiedyś jako pierwszy, jestem po prostu pewien. W końcu nawet ja potrafiłem dokonać paru rzeczy na przekór sobie…