Maszyna do uszczęśliwiania

Z Michałem Kwiatkowskim rozmawiałem ostatni raz tuż przed mistrzostwami świata. Świeżo po Tour de France, podczas którego wygrał jeden z etapów i to w stylu, który na długo pozostanie w pamięci kolarskich kibiców.

Zapytałem go wówczas, czy ta wygrana daje mu poczucie, że jest choćby częściowo „rozliczony” z Tourem. Odpowiedział, że chociaż to zwycięstwo smakowało mu szczególnie i cieszy się, że wpadło do jego palmares, to w istocie niewiele ono zmienia w jego podejściu do jazdy. Bo ta zmiana nastąpiła znacznie wcześniej.

„Moje marzenia o rozwijaniu się jako kolarz na klasyfikację generalną Wielkich Tourów musiałem już jakiś czas temu zrewidować. Czas mnie goni, a nie wybaczyłbym sobie, gdybym przed końcem kariery nie wygrał chociażby po raz trzeci Strade Bianche” – powiedział. I dodał: „Mam jeszcze wiele do ugrania w wyścigach, które wygrywałem do tej pory i to jest mój plan na przyszłość”.

Przygotowując się do tej rozmowy uznałem, że dzień przed wyścigiem o tęczową koszulkę to nie jest właściwy moment na pytanie o nowy kontrakt. Po tych zdaniach, które przytoczyłem powyżej, byłem jednak pewien, że jeśli nawet sprawa nie jest jeszcze do końca dogadana, to z dużym prawdopodobieństwem jakiś ogólny jej zarys został już ustalony. Bo kiedy Michał mówi o „planach”, to zwykle ma na myśli rzeczy, nad którymi jakaś praca już się rozpoczęła. Wszystkie inne znajdują się w sferze „marzeń”.

Kłopot z polskimi kibicami kolarstwa w dużej mierze polega na tym, że nie potrafią od siebie tych dwóch pojęć odróżnić. Kiedy więc Kwiato mówi o swoich marzeniach, są zazwyczaj odbierane jako deklaracja przyniesienia na tacy kolejnych zwycięstw.

Trochę przewrotnie zapytałem na Facebooku, czy jest jakieś jedno miejsce, w którym można poczytać lamenty na temat przedłużonego przez Michała kontraktu. Do tego nie trzeba się szczególnie wysilać, bo niemal pod każdą wzmianką na ten temat na bank znajdzie się jakiś „fachowiec”, który zaserwuje gawiedzi rozkminę o tym, jak to Kwiatkowski marnuje swój talent na wożenie bidonów i bycie „wyrobnikiem” pracującym dla innych kolarzy. Można by w tym miejscu ze znudzeniem ziewnąć, gdyby nie to, że te „opinie” są później bezmyślnie powielane przez innych.

Chyba nigdy nie zrozumiem nieustannego postponowania jednego z najwyżej cenionych za wszechstronność kolarzy, który mógłby być fundamentem dowolnego zespołu. Żaden jednak nie zagwarantuje mu zwycięstw i żaden nie zapewni mu roli lidera, bo dziś właściwie „etatów” liderów w zespołach już nie ma. Wyścigów jest zbyt dużo, a przyszłość wielu ekip zbyt niepewna, by odgrywać jakiekolwiek partie rozpisane na wcześniej określone role. To wszystko zmienia się zbyt szybko, by przywiązywać się do jednego scenariusza. Geraint Thomas i Tao Geoghegan Hart mi świadkami.

Kwiato miał niebywałe szczęście i dobrego nosa, trafiając do ekipy, która jako jedna z nielicznych jest w stanie swoim kolarzom zapewnić względną stabilność. Drużyny, która w tym roku udowodniła, że nie ma w jej szeregach świętych krów i że nawet ci wyżej wspomniani „etatowi” liderzy muszą się nauczyć godzić z rozczarowującymi decyzjami.

To w barwach tego zespołu sięgnął po znakomitą większość swoich wspaniałych zwycięstw, chociaż wielu ludzi ciągle twierdzi (a ja nadal nie wiem na jakiej podstawie), że gdzie indziej zdobyłby ich więcej.

I teraz ta właśnie ekipa z nie najmłodszym, bo już 30-letnim i jednym z najlepiej zarabiających w peletonie kolarzem przedłuża kontrakt o kolejne trzy lata.

Michał ma plan nadal wygrywać. Jeśli to nie jest droga do jego realizacji, to nie wiem, co by nią mogło być.

I jeszcze taki cytat mi się przypomniał, który pasuje do tej sytuacji jak ulał. „Ludzie muszą zrozumieć, że Maradona nie jest maszyną do ich uszczęśliwiania” – miał onegdaj o sobie samym powiedzieć „Boski Diego”.

Michał rzecz jasna nie ma w sobie tyle buty. Choć czasami powinien.

Foto: Getty Images

Pewnego razu w Tyrolu…

Z kronikarskiego obowiązku (skoro już od czasu do czasu ktoś tutaj zabłądzi…;)

Ponieważ trwają właśnie mistrzostwa świata w kolarstwie szosowym, które w miarę na bieżąco staram się relacjonować dla Sport.pl, postaram się również i tutaj na bieżąco wrzucać i aktualizować kolejne materiały.

Zatem…

Tutaj znajdziesz wstęp, czyli kilka słów o tym, co, kto, gdzie i po co? Oraz kiedy i gdzie można to zobaczyć?

Dzień 1 – drużynowa jazda na czas. Trochę szkoda, że ostatnia. Akurat drużynowe czasówki wydają mi się dość interesujące (w odróżnieniu od indywidualnych, które bywają ważne dla rozstrzygnięć wyścigów, ale same w sobie są emocjonujące jak wyprawa na ryby…)

Dzień 2 i 3 – indywidualne jazdy na czas. Nie wiem, czym na co dzień zajmują się kobiety w Holandii, ale musi to być coś wspaniałego, że mają jeszcze tyle czasu na rower. A potem leją resztę świata i nie biorą jeńców. Bardzo mi się to podoba. Panowie są może trochę bardziej demokratyczni, jeśli idzie o podział miejsc na podium, ale za to Evenepoel zrobił to tak, że był on, a potem długo, długo nikt. Aż żałuję, że nie mam na co dzień czasu i okazji oglądać juniorskiego ścigania…

Dzień 4 – czyli czasówka elity mężczyzn. I Rohan Dennis, który jechał, jakby jutra nie było. Kwiato znakomicie, choć do pudła nieco zabrakło. Za to Bodi… szkoda gadać. Coś poszło mocno nie tak…

Dzień 5 i 6 gdzieś się zapodział w publikacji (tekst wysłałem, ale chyba zaginął w nawale siatkarskich newsów ;). A szkoda, bo juniorzy i młodzieżowcy pokazali kawał naprawdę solidnego ścigania. Niestety – bez oszałamiających sukcesów naszych kolarzy, choć dla Marty Jaskulskiej brawa za 17. miejsce w juniorkach. Jako jedyna dojechała w czubie. Panowie się pokazali (Szymon Tracz w ucieczce), ale to by było na tyle. Do mety dojechali daleko.

Dzień 7 – wyścig elity kobiet. Kłaniam się nisko Gosi Jasińskiej, bo pokazała taki pazur i taką jazdę, że się chciało, aby ten wyścig trwał i trwał (choć pewnie dziewczyny nie byłyby szczególnie zachwycone 😉

No i w końcu finał w wykonaniu elity mężczyzn. Bardzo liczyłem na Kwiato, ale okazało się, że jednak nie jest niezniszczalny (może to i lepiej). Więcej siły zachował Majka, ale z „Piekłem” ledwie się przywitał. To nie był dzień naszych chłopaków. Ale był to z pewnością dzień Valverde. Przy tej okazji oczywiście powróciły zwyczajowe dyskusje o tym, że dawno temu facet był umoczony w jakieś dopingowe niejasności, z których nigdy się nie wytłumaczył, ale to temat na inną opowieść…

Fajne były to mistrzostwa…

 

 

Przydatne linki:
Oficjalna strona mistrzostw:  https://www.innsbruck-tirol2018.com/en/
Twitter: @ibk_tirol2018  hasztag: #InnsbruckTirol2018
Live timming:  http://tissottiming.com/2018/crdwch/pl-pl/

 

Foto: Innsbruck-Tirol 2018 / Jan Hetfleisch