Lekcja taktyki. Lekcja pokory.

Gdybyśmy tylko jako kibice potrafili się na chwilę uwolnić od dogmatycznego kibicowania Polakom, odebralibyśmy 7. etap wyścigu Paryż – Nicea jako kapitalną lekcję kolarskiej taktyki, którą zafundowała nam ekipa Team Sky. Ale nie potrafimy, co na swój sposób jest urocze, ale o kolarstwie uczy nas niewiele. Kwiato stracił żółtą koszulkę lidera, co dla wielu z nas jest symbolem porażki i niezrozumiałej strategii zespołu, który ma Polaka głęboko gdzieś i nie wiedzieć dlaczego stawia na kolumbijskiego młokosa, Egana Bernala. Tymczasem w rzeczywistości Sky zrobiło dziś coś zupełnie innego.

Zaczęło się od tego, że na 40. kilometrze poszła z peletonu duża, 38-osobowa ucieczka. W większości zupełnie niegroźna, ale w jej składzie był również Philippe Gilbert, tracący przed 7. etapem 2:01 do lidera, Michała Kwiatkowskiego. Odjazd przez większość etapu miał około 5 minut przewagi, a pogoń za nim cieszyła się umiarkowanym zainteresowaniem większości drużyn, bo tak naprawdę widmo znaczących strat wisiało wyłącznie nad Team Sky, okupującym dwa pierwsze miejsca w generalce.

U podnóża Col de Turini, ostatniego, 20-kilometrowego podjazdu, sytuacja nie uległa większym zmianom, a Gilbert był wirtualnym liderem, z blisko 4-minutową przewagą nad Kwiatkowskim. Tymczasem Team Sky jechał wprawdzie na czele peletonu, ale bynajmniej nie dyktował przesadnie forsownego tempa. Najpierw peleton prowadził Sebastian Henao, później Teo Geoghegan Hart, a rzeź zaczęła się niespełna 5 kilometrów przed szczytem, gdy na czoło wyszedł Ivan Ramiro Sosa. Ugotował niemal wszystkich, z Michałem Kwiatkowskim włącznie, a jego tempo wytrzymali tylko Egan Bernal i Nairo Quintana.

Dlaczego taka taktyka? Przecież od samego dołu dobrze wiedzieli, jaką przewagę ma Gilbert i że słabnie, choć trzyma się ciągle jednej z grup. Wystarczyłoby kilka obrotów korbą na minutę więcej, żeby wszyscy dojechali do Gilberta przed metą, zachowując przedetapowe status quo.

No właśnie: wszyscy. Słowo – klucz do zrozumienia taktyki Sky. Bo „wszyscy” oznaczałoby, że i Leon Luis Sanchez (trzeci w generalce, tylko 22 sekundy za Kwiatkiem), i czwarty Wilco Kelderman (minuta straty), i piąty Bob Jungels, również z minutą w plecy. Ale oni wszyscy ciągle byliby groźni na ostatnim etapie, krążącym po pagórkach wokół Nicei, z charakterystyką znaną z wyścigów klasycznych. I to ich należało z rywalizacji wyeliminować, co Sosa z Bernalem zrealizowali koncertowo, doprowadzając wszystkich możliwie wysoko, a później narzucając tempo, które wytrzymał wyłącznie Quintana – w jutrzejszej rozgrywce praktycznie niegroźny. A przynajmniej nie na tyle, by zakładać, że będzie w stanie wypracować sobie na trudnej technicznie trasie 46 sekund przewagi nad Bernalem.

Jaką cenę zapłaciło za to Sky? Z punktu widzenia interesów drużyny: żadną. Nadal mają liderów klasyfikacji: generalnej, młodzieżowej, punktowej i drużynowej. I jeśli na ostatnim etapie wszystko pójdzie po ich myśli, na podium wpuszczą prawdopodobnie tylko Thomasa De Gendta, który jest najbliżej wygrania koszuli w grochy.

Jasne: szkoda, że Bernal, a nie Kwiato. Nasz patriotyzm wystawiany jest przez Team Sky na kolejną próbę. Ale wystarczy spojrzeć na to, co po etapie publikuje sam Michał, żeby zrozumieć, że siła jego i jego zespołu opiera się na tym, że są monolitem i swoje zadania realizują, mając na uwadze w pierwszej kolejności interes zespołu. Bo to on ich na koniec dnia wynagradza za wyniki.

Foto: Alex Broadway / ASO

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Pod wiatr do słońca

Po cichu uśmiecham się do wspomnienia ostatniej soboty, bo od czasu do czasu nachodzi mnie taka refleksja, że choćbyśmy nie wiem jak dokładnie sobie wszystko planowali, to bywa, że życie nam się plecie całkowicie nieprzewidywalnie. Wystarczy dać się mu ponieść.

Ale w sumie ja nie o tym…

Otóż spędziłem sobie sobotnie popołudnie, czekając w studiu Eurosportu na „mój” program i oglądając w tym czasie końcówkę Strade Bianche, w towarzystwie Krzysztofa Wyrzykowskiego. I tak sobie gawędziliśmy, trochę o tym, czy Alaphilippe ogra na finiszu Fuglsanga (ograł), czy Van Aert dojdzie uciekającą dwójkę (doszedł) oraz o tym, jakie atrakcje czekają nas na trasie wyścigu Paryż – Nicea.

„Podobno ma padać – mówił Krzysztof – Tak zapowiadają i tam niemal zawsze o tej porze roku leje. Mogłoby w końcu solidnie popadać na Paryż – Roubaix, przynajmniej byłoby ciekawie, ale jak będzie lało w drodze do Nicei, to może być potwornie nudno.”

No cóż… Tu znów wypada mrugnąć okiem do tego, jak się ma rzeczywistość do naszych przewidywań. Na razie na szczęście raczej nie pada, ale za to solidnie wieje. I zamiast nudnej przejażdżki w deszczu zrobił nam się arcyciekawy wyścig, w którym – na razie – wygrywa wprawdzie Groenewegen, ale karty rozdaje Team Sky, z Michałem Kwiatkowskim na czele.

Przyznam, że nie pamiętam, kiedy Kwiato jechał tak aktywnie i z tak wyraźną wolą zwycięstwa? Może na ubiegłorocznych mistrzostwach Polski? A może aż w Ponferradzie? W wygranym przed rokiem Tirreno-Adriatico złapał nadarzającą się po defekcie Thomasa okazję. W Volta ao Algarve właściwie było podobnie. W Tour de France harował jak wół, ale de facto jechał dla innych. San Remo? E3? Amstel? Strade Bianche? Wszędzie tam był w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie, ale wydaje mi się, że to jednak trochę nie to samo. A tutaj po prostu stara się kontrolować ten wyścig od początku do końca.

Jazda na rantach przy silnym wietrze bywa loterią, ale częściej jest pokazem determinacji i taktyki. Trzeba mieć naprawdę znakomity przegląd sytuacji w peletonie, żeby wiedzieć kiedy zaatakować i rozerwać grupę, nie marnując niepotrzebnie sił, dając się złapać kilka kilometrów dalej. Ekipa Sky, z Kwiatkiem na czele, realizuje ten program doskonale. I zdają się im zupełnie nie przeszkadzać drobne defekty, przytrafiające się kilkanaście kilometrów przed metą. „Never give up!” – mówi wtedy Michał i goni peleton. A potem jeszcze łączy grupy, wychodzi na czoło i finiszuje w końcówce.

Jakby tego było mało, łapie sekundy na każdym możliwym lotnym finiszu, doskonale zdając sobie sprawę, że nad większością rywali będzie miał wprawdzie przewagę w czasówce, ale właśnie zaczynają się góry, więc na wszelki wypadek ta zaliczka powinna być nieco większa. To, co mnie osobiście wydaje się w tym wyścigu nieco inne, niż zwykle, to fakt, że Kwiatkowski się nie kryguje, tylko wysyła rywalom bardzo czytelny sygnał: „Zamierzam tu wygrać!”.

Z dwóch wiosennych etapówek: Paryż – Nicea i Tirreno – Adriatico, zawsze wolałem ten drugi, nieco lżejszy i bardziej fantazyjny. Zresztą… w ogóle włoskie ściganie wydaje mi się pod wieloma względami atrakcyjniejsze i mniej „nadęte” od francuskich bitew. Ale tegoroczna jazda Sky i Michała sprawiła, że śledzę wyścig „Ku Słońcu” z wypiekami na twarzy. Oby tak dalej, do niedzieli!

Foto: Alex Broadway / ASO

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!