Słaba płeć. Tylko która?

„To przecież tylko żarty” – zwykli się tłumaczyć mężczyźni, po których popisach część ludzkości odczuwa tylko zażenowanie. Ale może my naprawdę nie potrafimy się właściwie zachowywać względem kobiet? I w gruncie rzeczy może naprawdę nie mamy ochoty tego zmieniać? Tylko po co w takim razie gramy w tę grę pozorów?

„Słabo kolarzom wychodzą relacje z kobietami” – napisał ktoś w komentarzu na Twitterze, gdy wrzuciłem info o wykluczeniu z wyścigu Vuelta de San Juan Iljo Keisse, zawodnika Deceuninck-Quick Step, który pozwolił sobie na sztubacki żart, symulując akt seksualny wobec niczego nieświadomej kibicki, pragnącej zrobić sobie zdjęcie z kolarzami.

Może nie posuwałbym się aż tak daleko w generalizowaniu, bo podejrzewam, że zdecydowanej większości kolarzy udaje się utrzymywać z płcią piękną relacje przynajmniej poprawne, ale faktem jest, że nie tylko kolarstwo, ale w ogóle świat sportu (i nie tylko) wyjątkowo często się w tych relacjach gubi i zachowuje jak słoń w składzie porcelany. Niby wszyscy chcieliby jakiejś „normalności”, ale raz, że niespecjalnie potrafią określić, na czym ta „normalność” miałaby polegać, a dwa: jeśli już uda się wypracować przynajmniej jakąś jej namiastkę, to zawsze znajdzie się jakiś trefniś, który dzięki swojej głupocie cały wysiłek puści z dymem.

Przykładów takich sytuacji można mnożyć bez liku, począwszy od tego, jak na gali Złotej Piłki potraktowano Adę Hegerberg, na popisach Iljo Keisse, czy naszego rodzimego blogera Majka skończywszy – a przecież wszystkie je dzieli ledwie kilka tygodni. I w każdym przypadku to były „tylko żarty”.

Zresztą na tym ostatnim przykładzie chciałbym się na moment zatrzymać, bynajmniej nie dlatego, żeby się pastwić nad specyficznym poczuciem humoru blogera, ale aby zacytować całkiem trafne zdanie, rzucone przez satyryczny ASZ Dziennik, który na grillowaniu tego typu przypadków zna się o niebo lepiej ode mnie. Owo zdanie brzmi: „Popis rowerzysty Michała Fornala to jedna z tych afer, kiedy cały internet doskonale widzi, co jest nie w porządku – tylko główny bohater dalej nic nie rozumie.”

Tutaj dla odmiany poszerzyłbym grono nic nie rozumiejących, bo wydaje mi się, że w świecie sportu jest to choroba dość powszechna. Koledzy Iljo Keisse na przykład nie rozumieją tak bardzo, że strzelili wczoraj focha i w akcie solidarności nie pojawili się na dekoracji. Majk Cycling wciąż nie rozumie, dlaczego Kross natychmiast zerwał z nim umowę, ale jeszcze zanim usunął z Facebooka rzewny post, w którym się skarży na swój niezasłużony los, można było pod nim poczytać setki komentarzy ludzi, którzy nie rozumieją jeszcze bardziej. I tak dalej.

Przypomniała mi się przy tej okazji ubiegłoroczna awantura o tzw. podium girls, które w imię politycznej poprawności i rzekomej walki z seksizmem postanowiono wykolegować z Formuły 1 (a potem również z innych dyscyplin), zapomniawszy jednak przy tej okazji w ogóle zapytać je o zdanie. Czyli zrobiono dokładnie to, z czym chciano walczyć: potraktowano je przedmiotowo, tyle że pod sztandarem troski o to, by nie były traktowane przedmiotowo. Zresztą popełniłem kiedyś na ten temat również mały felieton.

Dzisiaj, z perspektywy blisko roku i kolejnych doświadczeń, jakie w tym czasie zafundowali nam zatroskani o poczucie humoru kobiet koledzy, widzę tę sprawę jeszcze wyraźniej: wszystkie męskie wysiłki, zmierzające do rzekomej poprawy sytuacji kobiet w sporcie, to w istocie próba przyklejenia na tą samą próżność nieco bardziej feministycznego plastra.

Gdybyśmy naprawdę chcieli rozwiązać ten problem, wystarczyłoby sięgnąć po rozwiązanie, które leży u stóp: zapytać kobiety, co tak naprawdę chciałyby robić, a następnie pozwolić im to robić. Chcecie jeździć na rowerach? Wsiadajcie na rowery! Chcecie grać w piłkę nożną? Grajcie w piłkę nożną! Chcecie tworzyć własne drużyny i zrzeszać się we własnych federacjach? A nie, chwileczkę, to jest przecież męska sprawa, my się tym zajmiemy, my się na tym znamy, mamy doświadczenie, kontakty, wypracowane procedury, a wy idźcie pokopać piłkę i pojeździć na rowerach, tak jak przecież chciałyście od początku…

Tak to niestety wygląda, bo zdecydowanie wciąż zbyt duża grupa facetów w sporcie to ci, którzy nadal nic nie rozumieją. Przede wszystkim tego, że jeśli chcemy coś zmienić, to po prostu musimy to zmienić, a nie tylko symulować zmiany. Tymczasem trudno uwolnić się od wrażenia, że wychodzi nam to tak, jak temu kolesiowi ze starego dowcipu, który chciał poprosić żonę, żeby podała mu cukier, ale mu się niechcący wyrwało: „pół życia przez ciebie, jędzo, zmarnowałem”.

My udajemy, że coś zmieniamy, kobiety udają, że są zadowolone. Deklarujemy, że chętnie widzielibyśmy je ubłocone na trasie jakiegoś górskiego maratonu, ale jednocześnie drapiemy się w czuprynę, bo kto w tym czasie ugotuje obiad i ogarnie lekcje z dzieciakami? I tak jest do czasu, aż komuś się wypsknie jakiś „niewinny” dowcip. Wtedy się okazuje, że dla nas od początku to były tylko żarty, a one potraktowały tę zabawę nieco bardziej serio.

I niesmak pozostaje.

Fot. Scott Robarts / Flickr