Dlaczego – mimo wszystko – wciąż wierzę w walkę z dopingiem

Atak Tadeja Pogacara 30 km przed metą 8. etapu Tour de France tyleż zadziwił świat, co wzbudził w wielu kibicach mnóstwo wątpliwości. W pewnym stopniu uzasadnionych, bo wyliczenia dotyczące mocy i tempa wspinaczki kolarza skłaniają do zadawania pytań, jak to w ogóle jest możliwe. Ale z drugiej strony… no właśnie. Czy równie uprawnione jest automatyczne zarzucanie mu jazdy na dopingu?

Stwierdzenie, że nawet najbardziej nieprawdopodobny wynik nie może skutkować bezpośrednimi oskarżeniami o doping, postawiło mnie natychmiast w roli człowieka naiwnego, który „lubi dać się oszukiwać”, „broni dopingu” i – rzecz jasna – „nic nie wie o kolarstwie i dopiero jak się trochę oswoję z tym sportem, to nabiorę zdrowego dystansu”;).

Na personalne wycieczki, próby obrażania mnie i podważania moich dziennikarskich kompetencji jestem zasadniczo odporny, ale cały problem i związana z nim dyskusja skłoniły mnie do tego, żeby trochę poukładać myśli w tym temacie. Wydaje mi się on bowiem zbyt złożony, by go zamknąć w jednoznacznych deklaracjach i opowiedzeniu się po stronie „zdrowo zdystansowanych” lub „naiwnych”.

Słowa mają znaczenie

Przyszło mi w życiu uprawiać zawód, w którym niezwykle ważna jest odpowiedzialność za słowa, ich znaczenie i kontekst, w jakim zostają wypowiedziane. Wątpliwości wokół formy zawodnika są więc dla mnie niczym więcej, jak tylko wątpliwościami wokół formy zawodnika. Można je wyrazić na przykład słowami: ciekawe, w jaki sposób jest możliwa taka jazda? Albo: dlaczego nikomu wcześniej nie udało się osiągnąć takich parametrów?

Takie postawienie sprawy otwiera pole do dyskusji. Sugestie, że „coś takiego możliwe jest tylko na dopingu” lub bezpośrednie oskarżenie, że „musiał coś brać, bo to jest po prostu niemożliwe” zamykają tę dyskusję w jednej tylko możliwej odpowiedzi.

Tak naprawdę więc ci wszyscy, którzy w wielkich słowach powołują się na wolność wypowiedzi i prawo do swobodnej dyskusji na ten temat, w ogóle tej dyskusji nie chcą. Na ogół interesuje ich wyłącznie poklask dla wyrażonej przez nich jednoznacznej opinii. Oni żadnych wątpliwości nie mają, odpowiedzi przecież udzielili już Armstrong i inni.

O walce z dopingiem wiemy wciąż za mało

Jednoznaczność tych opinii wynika w dużej mierze – w moim przekonaniu – z niskiego poziomu wiedzy o tym, na czym tak naprawdę polega walka z dopingiem. Wnioskując z treści wielu internetowych komentarzy na ten temat, wyobrażenie ich autorów o tym, jak wygląda procedura badań antydopingowych sprowadza się wyłącznie do tego, że kontrolerzy poszukują w moczu śladu niedozwolonych substancji. Stąd zapewne popularność spiskowych teorii o „niewykrywalnym dopingu”, „substancji nieznanej WADA”, „byciu doperów zawsze o krok przed kontrolą” i wielu innych.

Tymczasem to zaledwie wycinek rzeczywistości. Wielu wyznawców tych teorii – świadomie lub nie – ignoruje fakt, że stosowanie dopingu nie przekłada się na lepsze rezultaty bez zmian w metabolizmie zawodnika, a to przecież do ich wykrywania wprowadzono tzw. paszporty biologiczne, śledzące – w znacznym uproszczeniu – wszelkie dewiacje w profilu metabolicznym sportowca.

Interesująco brzmią też teorie o niewykrywalnym podczas kontroli dopingu, do którego dostęp mają już nawet juniorzy, z roku na rok jeżdżący coraz szybciej. Wychodzi poniekąd na to, że zakazane substancje można już kupić nawet w gminnej aptece i wiedzą o tym wszyscy zainteresowani poza organami antydopingowymi. Trudno powiedzieć, jakim sposobem „Operacja Aderlass”, jedna z najgłośniejszych w ostatnim czasie i zakończona wyrokami więzienia dla organizatorów dopingowego procederu, została rozwiązana w dużej mierze dzięki działaniom wywiadowczym?

No i jeszcze taki drobiazg: skoro doping jest „niewykrywalny”, to po co Rosjanie zbudowali cały system fałszowania wyników badań i podmieniania próbek?

Rzecz jasna trochę w tym miejscu pokpiwam i trywializuję problem, ale zastanawiająca jest ta powszechna schizofrenia, która z jednej strony skłania część kibiców do rzucania oskarżeń o powszechne stosowanie dopingu w sporcie (osławione „prawda jest taka, że wszyscy biorą, a sztuką jest tylko nie dać się złapać”), a z drugiej nieustannie trzyma ich przed telewizorami.

Rozdwojenie jaźni

Czytam wypowiedź pewnego człowieka, który jest dumny ze swojego syna, startującego z powodzeniem w imprezach juniorów. Czytam, ale z każdym zdaniem rozumiem coraz mniej, bo oto tuż po zapowiedzi, że rozważają przyszłość w profesjonalnej drużynie pada kolejne, tym razem wyrażające przekonanie, że jazdę na dopingu w zawodowych ekipach wymuszają na zawodnikach ich szefowie i sponsorzy. Czyli jak to? Młody człowiek ma iść tam, gdzie będą od niego wymagać dopingu? I mówi to dumny z jego osiągnięć (i słusznie!) ojciec chłopaka?

Zresztą patrząc na ten problem nieco szerzej, owo rozdwojenie jaźni staje się jeszcze bardziej widoczne. Z jednej strony nieustannie powtarzamy, że doping zdominował kolarstwo i dyscyplina już nigdy się od niego nie uwolni, ale z drugiej narzekamy, że kolejka następców Kwiatkowskiego i Majki jest żałośnie skromna, że nie mamy żadnej drużyny nawet w drugiej dywizji, że młodzi ludzie do kolarstwa garną się coraz rzadziej itd.

Na coś się, do cholery, zdecydujmy. Albo przyjmijmy ten sport takim, jakim jest i zachęcajmy kolejnych do jego uprawiania, albo pogódźmy się z faktem, że ludzie nie muszą się garnąć do tego, co jest im od lat skutecznie obrzydzane.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że kolarstwo zasłużyło sobie na dużą nieufność ze strony kibiców. Ale z drugiej strony coraz częściej odnoszę wrażenie, że pokolenie rozczarowane dopingowymi historiami Armstronga i jemu podobnych, zawłaszczyło sobie jedynie słuszny sposób patrzenia na dyscyplinę i konsekwentnie próbuje go narzucić kolejnym generacjom.

W imię czego dzisiejsi 15-latkowie mają podzielać nasze rozczarowanie? Czasy Armstronga interesują ich mniej więcej tak samo, jak posiadanie telefonu z tarczą. To jest historia. Jest ważna dla dyscypliny, ale nie może być dla niej jedynym punktem odniesienia. Czasy się zmieniły. W peletonie jeździ dzisiaj zupełnie inne pokolenie. Z jakiego powodu ma być genetycznie obciążone błędami popełnianymi przez poprzedników?

Czasy się zmieniły

Przemek Zawada kilka dni temu podzielił się na Facebooku wypowiedziami Thomasa De Gendta i Philippe’a Gilberta odnośnie wyścigowego tempa na Tour de France.

I znowu: można powyższe wypowiedzi odebrać jako kolejny dowód na istnienie tajemniczej substancji, która popycha do przodu w nieprawdopodobnym tempie znaczącą część peletonu.

Ja tymczasem przypomniałem sobie moją rozmowę z Pawłem Poljańskim, który pod koniec ubiegłego roku postanowił zakończyć zawodową karierę.

– Równolegle z pojawieniem się w peletonie młodych zawodników sporo się zmieniło. Tempo jazdy gwałtownie wzrosło. Presja również. Żeby przygotować się na odpowiednim poziomie, trzeba było dużo czasu spędzać na dodatkowych treningach i zgrupowaniach wysokogórskich. To kosztowało wiele wysiłku i wiązało się z jeszcze większym stresem. I przebywaniem poza domem blisko dziesięć miesięcy w roku – mówił wówczas żegnający się z peletonem zawodnik.

Z jego wypowiedzi wynika, że utrzymanie szalonego tempa peletonu jest możliwe, ale wiąże się z dużymi zmianami w procesie przygotowań. Nie ma w tym miejsca na żadną tajemnicę. Po prostu trzeba pracować jeszcze więcej i ciężej niż kilka lat wcześniej, bo czasy się zmieniły i wymagania w zespołach również.

– Jedną z ważniejszych zmian, jakie zaszły w całym procesie treningowym, było istotne zmniejszenie liczby dni startowych, zwłaszcza w gronie topowych kolarzy. To właśnie jeden z tych błędów, których nauczyliśmy się nie popełniać. Mając do dyspozycji bardzo precyzyjne dane z pomiarów, jesteśmy w stanie dokładnie zaplanować, kiedy zawodnik osiągnie szczytową dyspozycję. Nie musimy go w niej utrzymywać przez długi czas, każąc mu jeździć z wyścigu na wyścig.

To z kolei wypowiedź Arka Koguta, doświadczonego trenera kolarstwa, opracowującego dzisiaj plany treningowe dla amatorów. Tu również nie widzę zbyt wiele przestrzeni do snucia spiskowych teorii o powszechnym dopingu. Ostatnia dekada, jeśli ktoś nie zauważył, to czas gwałtownego rozwoju zaawansowanych technologii w kolarstwie. Już dawno nikt nie ukrywa w zawodowym peletonie, że jeździ według tego, co „mówią mu liczby”. A mając odpowiednio wiele danych można na ich podstawie dość skutecznie wnioskować o przyszłości. Może więc tutaj się kryje jedna z możliwych odpowiedzi na pytanie o fenomenalną formę Pogacara na Tourze? Może po prostu wiedział, w jaki sposób ją osiągnąć dokładnie w tym czasie, w którym potrzebował?

W podobnych poszukiwaniach można iść jeszcze dalej, źródeł zadziwiającej formy i osiągnięć dopatrując się np. w zmianie nawyków żywieniowych, co sugerują specjaliści od odżywiania w sportach wytrzymałościowych.

Możliwych odpowiedzi istnieje bardzo wiele. My, rzekomo nauczeni doświadczeniem, najchętniej przyjmujemy tylko jedną.

Chcę zrozumieć

Marek Tyniec, który poniekąd wywołał mnie do tablicy i sprowokował do napisania tego posta, zapytał w toku dyskusji, czy wyniki mocy Pogacara, średnia prędkość jego wspinaczki i – last but not least – co najmniej dwuznaczna dopingowa przeszłość części jego ekipy, nie budzą moich podejrzeń i nie każą mi „bić na alarm”.

Otóż nie. Budzą one moje zainteresowanie. Chciałbym się dowiedzieć, co się za nimi kryje. Chciałbym lepiej zrozumieć zachodzące w jego otoczeniu procesy, bo owo zrozumienie wydaje mi się o wiele cenniejsze dla rozwoju kolarstwa niż granie larum i rzucanie bezpodstawnych oskarżeń.

Jeśli chcemy poznać odpowiedzi, powinniśmy zacząć zadawać właściwe pytania. Moim zdaniem w kwestii formy Pogacara na drodze do Le Grand-Bornand jeszcze takie nie padło. Padło za to wiele podejrzeń.

Nie jestem oczywiście aż tak naiwny, bu wierzyć w to, że ludzie nie będą nadal szukali dróg na skróty. Leży to poniekąd w ich naturze. Ale mimo wszystko chcę wierzyć (i na razie znajduję potwierdzenie tej wiary w publikowanych przez WADA raportach), że podjęty przez ostatnie lata wysiłek zmierzający do znacznego ograniczenia skali dopingu w kolarstwie nie poszedł na marne. Że paszporty biologiczne, system ADAMS i liczba przeprowadzanych kontroli oraz oczekiwanie przez sponsorów wynagradzania poniesionych strat wizerunkowych, mimo wszystko w dużej mierze skutecznie powstrzymują ten proceder.

W chwili, w której przestanę w to wierzyć, po prostu przestanę się również interesować sportem.

Wątpliwości

Polski kolarz torowy wpadł na stosowaniu EPO – dowiedzieliśmy się jesienią ubiegłego roku. Od wczoraj wiemy, że tym kolarzem jest Adrian Tekliński, były mistrz świata i dwukrotny medalista mistrzostw Europy w scratchu. I właściwie to wszystko, co na razie wiadomo. No, może jeszcze to, że kontrola, która dała pozytywny wynik miała miejsce poza zawodami, a sam zawodnik już jesienią ubiegłego roku zapowiedział zakończenie przygody z profesjonalnym sportem (choć tu rodzi się jeszcze pytanie, czy owa decyzja również nie jest konsekwencją tego badania). Poza tym wiadomo niewiele.

Co czuję? Tak zwyczajnie, to po prostu smutek i jakiś rodzaj żalu. Znam osobiście Teklę i uważam go za łebskiego faceta. Jeśli jest coś, czego chciałbym się w tej sprawie dowiedzieć, to przede wszystkim jest to odpowiedź na pytanie o to, co go skłoniło do zrobienia czegoś tak potwornie głupiego. Mam nadzieję, że kiedyś się dowiem.

Czuję też pewien rodzaj zawodu, bo odkąd informacja o pozytywnym przypadku ujrzała po raz pierwszy światło dzienne, na plotkarskiej „giełdzie” pojawiło się kilka nazwisk. Zwykle nie wierzę w plotki, ale tym razem „ziarno prawdy” okazało się wyjątkowo okazałe. Szkoda. Chociaż tak samo szkoda byłoby w każdym innym przypadku.

Czuję również rozczarowanie, bo daleko mi do entuzjazmu z powodu tego, że udało się wykryć kolejne przypadki. To jest trochę podobnie jak z raportami z policyjnych akcji drogowych: średnio mnie cieszy informacja o tym, że udało się złapać iluś tam pijanych kierowców. O wiele chętniej przyjąłbym wiadomość, że wśród zatrzymanych do kontroli żadnego takiego nie było, bo dopiero taka informacja świadczyłaby o tym, że cały system działa. Dopóki podczas rutynowych kontroli łapiemy na dopingu kolejnych sportowców, sukces jest ciągle daleko przed nami.

Ale poza tym, że czuję się tą informacją w jakiś sposób przygnębiony, mam też kilka wątpliwości co do standardów, jakie w takich przypadkach stosujemy. Jedna z nich dotyczy między innymi tego, czy działanie ograniczone wyłącznie do ujawnienia nazwisk podejrzanych o stosowanie dopingu sportowców to jest faktycznie skuteczna metoda walki z dopingiem.

Rozumiem rzecz jasna wszystkie racje, które za tym przemawiają. Nazwisko jest jednym z najcenniejszych zasobów zawodnika, więc groźba podania go do publicznej wiadomości bez cienia wątpliwości jest jedną z poważniejszych sankcji. Ale czy rzeczywiście jest skuteczna? Czy faktycznie ten właśnie element budzi największą obawę u innych zawodników? Chyba nie do końca, skoro nadal wykrywane są kolejne przypadki.

Mam pod tym względem wątpliwości. Co prawda przy okazji dowiedziałem się, że powinienem czuć się współodpowiedzialny za istnienie dopingu i „nie jęczmy potem, że sportowcy się szprycują, skoro są dziennikarze, którzy mają wątpliwości w tak fundamentalnej sprawie”. No dobra, można i tak, choć nie mogę powiedzieć, żeby to w jakikolwiek sposób moje wątpliwości rozwiało.

Czym dłużej przyglądam się światu, tym częściej łapię się na wrażeniu, że mamy przedziwną skłonność do nieodróżniania przyczyn zdarzeń od ich skutków. Walka z dopingiem też jest taką dziedziną, w której bardzo wiele miejsca poświęcamy na szukanie odpowiedzi na pytanie „kto?”, a zupełnie marginalnie traktujemy kwestię „dlaczego” i „po co?”.

W twitterowej dyskusji ktoś przytomnie zauważył, że doping w profesjonalnym sporcie co skomplikowane przedsięwzięcie, w które zaangażowane jest zwykle wiele osób. To bynajmniej nie jest altruistyczna idea, zgodnie z którą ktoś chce „pomóc” sportowcowi w osiągnięciu lepszych wyników. Ktoś czerpie z tego procederu bardzo wymierne korzyści. Musiałbym się grubo wysilić, żeby sobie przypomnieć jakieś spektakularne akcje, w wyniku których złapano kogoś więcej niż szprycujących się sportowców. Poza – rzecz jasna – tak wielkimi operacjami jak Aderlass, choć tutaj warto pamiętać również o tym, że umożliwił ją między innymi fakt, że w niektórych krajach doping jest traktowany jak przestępstwo i podlega pod kodeks karny. Ale w świecie to nie reguła.

Skoro już jesteśmy przy kodeksie karnym, to warto pamiętać również o tym, że na ogół on również zakłada ochronę wizerunku i nazwiska sprawcy, nawet w przypadku bardzo ciężkich przestępstw. Powody są różne, a jednym z najważniejszych jest m.in. ochrona bliskich sprawcy przed publicznym linczem.

W sporcie nie ma tego typu obiekcji, choć de facto od początku do końca mamy do czynienia z rozrywką. Ujawnienie personaliów dopingowicza z jednej strony staje się wtedy elementem zasłużonej kary, ale z drugiej… dalszym ciągiem rozrywki dla gawiedzi, która dostaje na pożarcie kolejną ofiarę. Wytarza winowajcę w internetowych bluzgach i za kilka dni zajmie się czymś innym.

„Ale zamiatanie tych spraw pod dywan również nie załatwia tematu, a sprawcy czują się bezkarni” – argumentuje ktoś inny. I słusznie, chociaż ja w tym miejscu zadaję sobie pytanie, czy tak naprawdę chodzi o sprawiedliwość czy tylko o jej poczucie? Bo tutaj również nie mam absolutnej pewności.

Kilkanaście dni temu ekipa Vini Zabu, w której szeregach po raz drugi w niewielkich odstępach czasu wykryto przypadek stosowania dopingu, ogłosiła wycofanie się z Giro d’Italia, na które dostała dziką kartę. „Zrobimy wszystko, aby dochodzić od odpowiedzialnych za to osób pokrycia wszystkich poniesionych przez nas kosztów i utraconych korzyści” – grzmiał jej szef.

A ja w tym miejscu chciałbym zapytać, dlaczego nie zrobił tego do tej pory? Dlaczego facet, który z problemem mierzy się przecież nie po raz pierwszy, nie ma w kontraktach z zawodnikami klauzuli, że w razie przyłapania na dopingu zwracają z nawiązką wszystkie zarobione u niego pieniądze, a nie tylko nagrody pieniężne za wyścigi, co przewiduje Światowy Kodeks Antydopingowy?

Nieśmiało (i głównie na własny użytek) podejrzewam, że nie ma takiego zastrzeżenia, gdyż sam zostawia sobie uchyloną furtkę na okoliczność ewentualnych wygranych, ale nie bycia przyłapanym. Bo aż tak naiwny, żeby wierzyć w całkowitą samowolę jednego czy drugiego zawodnika z aspirującej do elity drużyny, chyba jednak nie jestem.

Trudno mi również uwierzyć w to, że samo ujawnianie nazwisk rozwiąże problem dopingu. Nie rozwiązało go do tej pory i właściwie nie ma powodu, by rozwiązało kiedykolwiek. To istotny straszak, ale niezbyt skuteczny, o czym rzeczywistość raczy nam raz po raz przypominać. Nieskuteczny tym bardziej, czym częściej wykorzystywany jako materiał do taniej sensacji.

Nie chcę nikogo potępiać za to, że szuka tematów. W pełni to rozumiem. Ale nie podoba mi się naginanie procedur w celu pozyskania newsa. „Niezwłocznie po zakończeniu postępowań o naruszeniu przepisów antydopingowych dane osobowe obu zawodników zostaną opublikowane w oficjalnych dokumentach i na stronie internetowej POLADY” – pisze autor informacji. Ale skoro tak, to na jakiej podstawie ujawniono te dane przez zakończeniem postępowania? Skoro można naginać procedury w tym przypadku, to na jakiej podstawie oczekujemy, że nie będzie ich można nagiąć w innym miejscu? Skąd pewność, że zadziałają, kiedy będą naprawdę potrzebne? Ja mam wątpliwości. Również takie, czy tym działaniem nie wręczono winowajcom do ręki argumentów do podważenia całej procedury?

Jeśli z powodu tych wątpliwości mam zostać „zapisany” do grona obrońców dopingu, to trudno, jakoś to przeboleję. Ale osobiście wolałbym się w pierwszej kolejności dowiedzieć tego, z jakiego powodu zawodnik sięgnął po EPO, kto go do tego namówił, kto pokazał mu drogę i kto na tym zyskał. Chciałbym poznać przyczyny, tak jak w przypadku każdej choroby.

Zamiast tego wszystkiego poznałem tylko nazwisko kolarza. Może to i cenna wiedza, ale jak dla mnie w kontekście walki z dopingiem zupełnie niewystarczająca.