Pośpiech

Kilka lat temu dostałem na parę dni do testów pewien samochód. Mniejsza o model, bo to w tej historii nie jest istotne. Ważniejsze, że ów pojazd był wyposażony w sporo mniej lub bardziej potrzebnych gadżetów, jak zresztą większość ostatnio produkowanych samochodów. Ale jeden z nich zwrócił wówczas moją szczególną uwagę i dał mi do myślenia.

Był tam bowiem powszechnie stosowany system start-stop, który wyłącza silnik po zatrzymaniu np. na światłach. Nic szczególnie rewolucyjnego, gdyby nie mały szczegół: na tablicy rozdzielczej pojawiał się zegar, który liczył czas bezczynności silnika i mierzył ilość zaoszczędzonego w ten sposób paliwa.

I tu się zatrzymam. Bo czy aby na pewno ten zegar mierzył czas bezczynności silnika? Nic z tych rzeczy. On mierzył przede wszystkim moją bezczynność. Bo czym ja wówczas byłem zajęty? Słuchaniem muzyki?

Z domu do pracy jechałem zwykle ok. 45 minut. Jedną trzecią tego czasu spędzałem kompletnie bezczynnie. Pół godziny dziennie. 2,5 godziny w tygodniu. 125 godzin w roku. Ponad trzy roboczotygodnie spędzone kompletnie na niczym.

O czym byłem wówczas najmocniej na świecie przekonany? Że jadę do pracy samochodem, bo się spieszę.

Jeśli miałbym wskazać w moim życiu jakieś momenty przełomowe, to ten był bez wątpienia jednym z nich. Niedługo później przesiadłem się do komunikacji miejskiej i tę samą drogę, pokonywaną może chwilę dłużej, przemierzałem poświęcając np. na czytanie lub pisanie. Bywało, że całą poranną korespondencję miałem już ogarniętą przed dotarciem do biura.

Drugim ciekawym odkryciem podzieliłem się ostatnio podczas panelu o bezpieczeństwie na BIKE EXPO w Bielsku. Otóż złapałem się w pewnej chwili na tym, że gdy wyruszam w podróż i ustawiam sobie cel w nawigacji, niemal natychmiast staję się zakładnikiem przewidywanej przez system godziny dotarcia na miejsce. Każde odstępstwo od pierwotnego planu powoduje, że czuję potrzebę wyrównania straconego czasu. Natychmiast aktywuje mi się gen rywalizacji: zdążę czy nie?

Z tego również zdałem sobie sprawę w dziwacznych okolicznościach, podczas podróży camperem do Włoch. Wbiłem sobie w mapę dane kempingu pod Florencją i ruszyłem w drogę. Z pełną świadomością, że po drodze nie raz się będę musiał zatrzymać. Że jadę camperem, w którym się mogę wygodnie położyć i wyspać. I że jadę przecież na urlop.

Dopiero gdzieś pod Wiedniem do mnie dotarło, że cały czas mam z tyłu głowy przeczucie, że jestem spóźniony. Camperem. Na wakacje. Spóźniony.

Trudno sobie w ogóle wyobrazić coś bardziej absurdalnego. A mimo to nader często tak właśnie się zachowujemy. Jakbyśmy byli wszędzie spóźnieni.

Foto: Flickr / Robert Skorek

Polska mistrzem Polski. Czas na czas dla siebie

Może dopadła mnie jesienna melancholia, a może po prostu dotarłem do miejsca, w którym mogę pozwolić sobie na mówienie wprost o tym co myślę. Bo coraz trudniej jest mówić dobrze o świecie i ludziach, o których coraz częściej myśli się źle.

Samotna jazda na rowerze ma zasadniczo jeden mankament: nie ma się do kogo odezwać. Ja co prawda nie jestem wirtuozem small talku, ale lubię sobie od czasu do czasu uciąć dłuższą pogawędkę ze znajomymi i przegadać jakieś wspólne tematy. Poza tym jednym wyjątkiem pedałowanie w pojedynkę ma właściwie same zalety. Przynajmniej dla mnie.

Te kilka godzin w tygodniu, które pozwalają na wyczyszczenie sobie głowy i poukładanie myśli to jedno z najlepszych odkryć, jakich dokonałem w ostatnich latach. Gdzieś ostatnio przeczytałem, że człowiek, który potrafi przebywać sam z sobą dużo łatwiej nawiązuje i utrzymuje relacje z innymi, buduje trwały związek czy efektywniej pracuje. Lista profitów jest długa i chyba pod każdym mógłbym się bez wahania podpisać. Nauka przebywania w samotności to jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie przydarzyły mi się w ostatnich latach.

Ale jest jeszcze jeden element, z którego długo nie zdawałem sobie sprawy, a którego odkrycie dało mi sporo do myślenia. Otóż kiedy jadę samotnie na rowerze nie muszę nikomu niczego udowadniać i z nikim o nic walczyć. W najlepszym wypadku sam z sobą.

Pułapka

Staram się dość wnikliwie obserwować świat dookoła i z dnia na dzień utwierdzam się w przekonaniu, że jako społeczność wpadliśmy w jakąś koszmarną pułapkę nieustannej rywalizacji. Rzucamy sobie wyzwania na każdym kroku i nie jesteśmy w stanie przepuścić żadnej okazji, jeśli tylko możemy komuś udowodnić, że jesteśmy lepsi, szybsi, sprawniejsi, a czasami po prostu głośniejsi niż inni.

W moim rodzinnym domu od małego uczyłem się dwóch rzeczy: ciekawości świata i otwartości na innych, przy zachowaniu pełnego szacunku dla autonomii każdego człowieka, jego wyborów czy stylu życia. Te zasady tkwią we mnie bardzo mocno. Przywiązanie do nich muszę w sobie czasem wręcz przełamywać, bo bywa, że utrudnia mi to pracę.

Mam w sobie na przykład za każdym razem poważną obawę, że dzwoniąc do jakiegoś zawodnika i prosząc go o wypowiedź lub komentarz do jakiegoś wydarzenia, zakłócam jego odpoczynek, wkraczam w jego czas, a bywa, że również w prywatność. OK, taka to praca, czasem trzeba to w sobie zdusić. Ale zazwyczaj wolę się najpierw upewnić, czy mój rozmówca ma w ogóle ochotę na ten temat rozmawiać.

Tymczasem świat, który mnie otacza, każdego dnia zaskakuje mnie narastającą coraz bardziej brutalnością w ingerowaniu w życie innych ludzi. Prawie każdy próbuje ulepić ludzi wokół na swój obraz i podobieństwo, po czym jest zirytowany, gdy oni się przed tym bronią. Mają lubić to, co my lubimy, nie lubić tego, czego nie lubimy, jeździć tak szybko jak my chcemy jechać i kochać się tak, ja my uważamy, że trzeba. A jakby tego wszystkiego było mało, to jeszcze musimy być we wszystkim najlepsi.

Zła zmiana

W tym miejscu cały ten system zaczyna mocno skrzypieć, bo okazuje się nagle, że wygenerowaliśmy w sobie żądanie, które jest wewnętrznie sprzeczne: ludzie wokół mają być tacy, jak my chcemy, ale muszą być w tym wszystkim od nas gorsi.

Smuci mnie to, że z kraju pełnego otwartości na innych, chętnie się od innych uczącego i szybko się dzięki temu rozwijającego, staliśmy się krainą zamkniętą we własnych kompleksach, ksenofobii i nienawiści do wszystkich, którzy nie spełniają naszych oczekiwań. Przysłowiową ongiś polską gościnność zamieniliśmy na interesowność. Niech „obcy” przybywają, skoro już muszą. Tylko niech najpierw powiedzą, co dla nas mają.

Bez udawania

A gdybyśmy tak wszyscy od czasu do czasu wyszli samotnie na rower albo na spacer? Gdybyśmy znaleźli dla siebie w tygodniu te kilka godzin, żeby pobyć sami z sobą? Przewietrzyć głowę? Popatrzeć na innych ludzi bez konieczności ich natychmiastowej oceny?

Przez wiele lat pracowałem tak samo, jak dziś pracuje większość ludzi: na okrągło. Tłumaczyłem sobie, że tak trzeba, że jestem na dorobku, że nikt mi nic w życiu nie da i wszystko muszę sobie samemu wyszarpać. Nie miałem czasu na nic. Nawet rozrywka była w tym wszystkim zaplanowana, bo przecież nic się nie mogło wydarzyć bez kontroli.

Dopiero z perspektywy widać, jak bardzo to było krótkowzroczne. Dziś w pracy najbardziej cenię sobie to, że po jej zakończeniu mogę zamknąć komputer i nie wracać do niego aż do następnego dyżuru. Robię przy okazji mnóstwo innych rzeczy, ale robię je głównie dla przyjemności. Bez przymusu. Świat się nie zatrzyma, jeśli nie przerzucę dzisiaj założonej wcześniej liczby cegieł. Ani nie przyspieszy, kiedy to zrobię.

Z dnia na dzień coraz bardziej lubię te godziny, kiedy jestem sam z sobą. Nauczyłem się w końcu nie udawać kogoś, kim nie jestem. Przynajmniej przed sobą już nie muszę. Gorąco tę lekcję wszystkim polecam.