Pod wiatr do słońca

Po cichu uśmiecham się do wspomnienia ostatniej soboty, bo od czasu do czasu nachodzi mnie taka refleksja, że choćbyśmy nie wiem jak dokładnie sobie wszystko planowali, to bywa, że życie nam się plecie całkowicie nieprzewidywalnie. Wystarczy dać się mu ponieść.

Ale w sumie ja nie o tym…

Otóż spędziłem sobie sobotnie popołudnie, czekając w studiu Eurosportu na „mój” program i oglądając w tym czasie końcówkę Strade Bianche, w towarzystwie Krzysztofa Wyrzykowskiego. I tak sobie gawędziliśmy, trochę o tym, czy Alaphilippe ogra na finiszu Fuglsanga (ograł), czy Van Aert dojdzie uciekającą dwójkę (doszedł) oraz o tym, jakie atrakcje czekają nas na trasie wyścigu Paryż – Nicea.

„Podobno ma padać – mówił Krzysztof – Tak zapowiadają i tam niemal zawsze o tej porze roku leje. Mogłoby w końcu solidnie popadać na Paryż – Roubaix, przynajmniej byłoby ciekawie, ale jak będzie lało w drodze do Nicei, to może być potwornie nudno.”

No cóż… Tu znów wypada mrugnąć okiem do tego, jak się ma rzeczywistość do naszych przewidywań. Na razie na szczęście raczej nie pada, ale za to solidnie wieje. I zamiast nudnej przejażdżki w deszczu zrobił nam się arcyciekawy wyścig, w którym – na razie – wygrywa wprawdzie Groenewegen, ale karty rozdaje Team Sky, z Michałem Kwiatkowskim na czele.

Przyznam, że nie pamiętam, kiedy Kwiato jechał tak aktywnie i z tak wyraźną wolą zwycięstwa? Może na ubiegłorocznych mistrzostwach Polski? A może aż w Ponferradzie? W wygranym przed rokiem Tirreno-Adriatico złapał nadarzającą się po defekcie Thomasa okazję. W Volta ao Algarve właściwie było podobnie. W Tour de France harował jak wół, ale de facto jechał dla innych. San Remo? E3? Amstel? Strade Bianche? Wszędzie tam był w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie, ale wydaje mi się, że to jednak trochę nie to samo. A tutaj po prostu stara się kontrolować ten wyścig od początku do końca.

Jazda na rantach przy silnym wietrze bywa loterią, ale częściej jest pokazem determinacji i taktyki. Trzeba mieć naprawdę znakomity przegląd sytuacji w peletonie, żeby wiedzieć kiedy zaatakować i rozerwać grupę, nie marnując niepotrzebnie sił, dając się złapać kilka kilometrów dalej. Ekipa Sky, z Kwiatkiem na czele, realizuje ten program doskonale. I zdają się im zupełnie nie przeszkadzać drobne defekty, przytrafiające się kilkanaście kilometrów przed metą. „Never give up!” – mówi wtedy Michał i goni peleton. A potem jeszcze łączy grupy, wychodzi na czoło i finiszuje w końcówce.

Jakby tego było mało, łapie sekundy na każdym możliwym lotnym finiszu, doskonale zdając sobie sprawę, że nad większością rywali będzie miał wprawdzie przewagę w czasówce, ale właśnie zaczynają się góry, więc na wszelki wypadek ta zaliczka powinna być nieco większa. To, co mnie osobiście wydaje się w tym wyścigu nieco inne, niż zwykle, to fakt, że Kwiatkowski się nie kryguje, tylko wysyła rywalom bardzo czytelny sygnał: „Zamierzam tu wygrać!”.

Z dwóch wiosennych etapówek: Paryż – Nicea i Tirreno – Adriatico, zawsze wolałem ten drugi, nieco lżejszy i bardziej fantazyjny. Zresztą… w ogóle włoskie ściganie wydaje mi się pod wieloma względami atrakcyjniejsze i mniej „nadęte” od francuskich bitew. Ale tegoroczna jazda Sky i Michała sprawiła, że śledzę wyścig „Ku Słońcu” z wypiekami na twarzy. Oby tak dalej, do niedzieli!

Foto: Alex Broadway / ASO

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Niezasłużona sława głupich ludzi.

Za każdym razem, gdy w sporcie pojawia się temat dopingu, odczuwam lekkie przegrzanie systemu. Nie rozumiem bowiem dwóch rzeczy: tego, jak bardzo trzeba być głupim i naiwnym, by wierzyć, że oszustwo prędzej czy później nie wyjdzie na jaw, oraz tego, ile uwagi poświęcamy później ludziom, w gruncie rzeczy niewartym nawet wzmianki.

Oczywiście wiem jak działają media i wiem, że ten temat się „klika”. I w pewnym sensie to dobrze: o takich akcjach, jak ta, zorganizowana przez austriacką policję w Seefeld, powinno się mówić jak najwięcej, żeby każdy mógł sobie na zawsze wbić do łba, że nie ma przestępstw doskonałych. Że w każdym, nawet najlepiej zorganizowanym procederze oszustwa, zawsze znajdzie się jakiś słaby element. O tym powinniśmy trąbić, tego powinniśmy uczyć dzieci w szkołach (o wychowywaniu do uczciwego życia w domach nie wspominając).

Ale tego, że z oszustów robimy ludzi sławnych, nie jestem już w stanie pojąć. Facet, który uczciwie nie zapracował na swoje nazwisko na sportowej arenie, nie powinien od losu dostawać szansy na sławę z powodu oszustwa. I to my powinniśmy o to zadbać, jeśli chcemy faktycznie nagradzać tych, którzy na nagrodę zasługują i piętnować tych, którzy powinni zostać skazani na wieczne zapomnienie. Tymczasem to my: dziennikarze, blogerzy i kibice, często wytrwale pracujemy na ich niezasłużoną sławę, w nieskończoność piłując temat.

Wyniki dopingowiczów powinny być usuwane z annałów po cichu. Wszelki ślad po nich powinien po prostu zniknąć, żadnych skreślanych nazwisk. Jeśli udowodniono ci doping, to tak, jakby cię tam nie było. Chcesz zaistnieć na nowo – proszę bardzo: zrealizuj swoją karę, wróć i zostaw na szosie krew, pot i łzy. Uczciwie zapracuj i wykorzystaj swoją drugą szansę – wielu przecież to zrobiło. Ale nie licz na sławę tylko z tego powodu, że się przyznałeś do swojej głupoty.

Zapomnienie bywa najwyższym wymiarem kary. I takim powinno pozostać. Ludzie nieuczciwi na sportową sławę nie zasługują. Nie powinniśmy im czynić tej przyjemności.

Foto: Flickr / Ian Parker

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Nie, to jeszcze nie koniec.

W cokolwiek by nie grał Dave Brailsford, rozsiewający kontrolowane plotki o potencjalnych nabywcach dzisiejszego Team Sky, do obwieszczenia „końca drużyny” jest jeszcze bardzo daleko. A najprawdopodobniej nie nastąpi to wcale.

Dave Brailsford lubi od czasu do czasu dolać oliwy do ognia, licząc na to, że temperatura dyskusji w sieci na moment się podniesie i prędzej czy później jakiś strzęp informacji dotrze tam, gdzie powinien. Najwyraźniej doskonale orientuje się w tym, jak działają dzisiejsze mechanizmy komunikacyjne, bo skuteczność jego planu wydaje się być stuprocentowa: jeszcze się sezon na dobre nie rozkręcił, a o Team Sky jest nieustannie głośno.

Ma to jednak pewne skutki uboczne: jak się mówi dużo, to nie zawsze wystarczająco precyzyjnie, wiec od czasu do czasu można gdzieś trafić na informację np. o gorączkowym poszukaniu ratunku i budowaniu nowych struktur „na bazie kończącej w tym roku działalność grupy Team Sky”, co jest oczywistą nieprawdą, przynajmniej na chwilę obecną.

Jakiś czas temu pisałem o tym, co leży u podstaw dzisiejszej sytuacji Team Sky i jakie możliwe konsekwencje czekają grupę w tym roku (żadne!). Najwyraźniej pora to trochę rozwinąć.

Mało kto zagłębia się w to, jak zbudowane są drużyny kolarskie, a rozwiązań w tej materii bywa sporo. W przypadku tego, co znamy jako Team Sky mamy po prostu do czynienia ze zwyczajną działalnością gospodarczą, zarejestrowaną w brytyjskim odpowiedniku naszego KRS pod numerem 04078205, pod nazwą Tour Racing Limited. Upraszczając: jest to po prostu spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, która posiada w tej chwili dwóch udziałowców: Sky UK Limited (85% udziałów) i 21st Century Fox Europe Inc. (15% udziałów – dokopałem się danych sprzed dwóch lat, ale chyba niewiele się zmieniło).

Nie znam się zbyt dobrze na brytyjskim prawie gospodarczym, ale nie wydaje mi się, żeby działalność spółki z o.o. można było po prostu „zakończyć”, ponieważ każdy jeden udział posiada określoną wartość, więc puszczenie tychże udziałów po prostu z dymem i obwieszczenie, że od 1 stycznia 2020 roku firma nie funkcjonuje, oznaczałoby dla udziałowców konieczność wpisania tych wartości w straty, a za to każdy menedżer dostałby po uszach. Wyjątkiem jest sytuacja, w której taka spółka przynosi straty (udziałowcy mogą zadecydować o likwidacji firmy w celu ich zminimalizowania), ale to nie dotyczy Tour Racing Ltd, bo z raportów finansowych wynika, że jest na lekkim plusie. W sytuacji, w jakiej znajduje się obecnie Team Sky, udziały Sky UK i 21st Century Fox najprawdopodobniej muszą po prostu znaleźć nowego właściciela.

Ze słów Brailsforda, wypowiedzianych jeszcze bodaj pod koniec ubiegłego roku wynikało, że Team Sky finansowanie na 2020 rok zespół ma zapewnione bodaj w 70%. To by oznaczało, że potencjalni nabywcy udziałów spółki stoją już w kolejce i czekają, aż wyjaśni się kto kupi ile i jaki będzie miał wpływ na los drużyny. Jest wielce prawdopodobne, że trwają jeszcze rozmowy z potencjalnym głównym udziałowcem (sponsorem), ale nie można wykluczyć, że i ta sprawa jest już załatwiona.

W co zatem gra obecnie Dave Brailsford, wypuszczając co jakiś czas kontrolowane plotki o rozmowach: a to z Sylvainem Adamsem z Israel Cycling Academy, a to z Olegiem Tinkoffem, a to z prezydentem Kolubii? Przecież kilkanaście dni temu sam mówił, że pieniądze lubią ciszę, a najważniejszą rzeczą, której oczekują od niego potencjalni partnerzy do rozmowy jest to, żeby trzymał język za zębami.

Moim zdaniem (co podkreślam, bo to tylko moje przypuszczenie) jest to pewnego rodzaju próba wywarcia presji na potencjalnie zainteresowanych, żeby nie czuli się zbytnio skrępowani w szerokim otwieraniu portfeli i grze o możliwie największe udziały, bo w przeciwnym razie do tej gry wejdzie kolejny gracz i cały tort trzeba będzie dzielić na mniejsze kawałki. Mówiąc wprost: są to komunikaty typu: „nie wygłupiajcie się panowie, tylko wypisujcie na czekach większe kwoty, bo w przeciwnym wypadku sprzedam wasze rodowe srebra za hummus i kokę”.

Nie podejrzewam, żeby chodziło o cokolwiek innego, a już na pewno nie jest to sytuacja, w której moglibyśmy mówić o „kończącej w tym roku działalności ekipie Team Sky”. Jestem gotów zrobić co najmniej 100 pompek, gdyby coś takiego nastąpiło, a zaznaczam, że mam bardzo słabe ręce…;)

Foto: M.Czykier (Michał Kwiatkowski i Michał Gołaś na Rynku w Krakowie, start Tour de Pologne 2018)

PS. Gdyby ktokolwiek byłby zainteresowany śledzeniem na bieżąco moich komentarzy o tym, co się dzieje w kolarstwie i wokół niego, zapraszam na moją nową stronę na Facebooku, którą uruchomiłem głównie po to, żeby trochę oddzielić tematy kolarskie od codziennej pisaniny o sprawach wszelkich, którą uprawiam na „prywatnym” profilu. Lub na Twittera, jak kto woli 😉

W kółko w kółko…

Trochę mocniej ostatnio wgryzam się w tor. Raz, bo wiadomo: mistrzostwa świata w Pruszkowie. Dwa: złapałem się na tym, że tak naprawdę wciąż mało wiem o tej odmianie kolarstwa. Kiedy jakiś czas temu zacząłem oglądać relacje z torowych sześciodniówek, słuchałem komentarza jak tureckiego kazania. Znam te głosy, myślę sobie, ale mówią do mnie słowa, które są zupełnie niezrozumiałe.

Koniec końców zacząłem się torem mocniej interesować, ze zdumieniem odkrywając, jak niewiele jest dostępnych informacji na ten temat, a jeśli już są, to zwykle mizernej jakości. Nawet polskojęzyczna Wikipedia nie daje rady i nie sposób w niej znaleźć kompletnych informacji o wynikach – było nie było – dużych i ważnych imprez. Próbowałem poszukać torowego odpowiednika procyclingstats.com, ale poddałem się gdzieś na szóstej stronie wyników w wyszukiwarce. Słowem: nędza.

W końcu coś mi zaświtało, że prawdopodobnie najlepsze i najwygodniejsze w użyciu opracowanie tej tematyki mam cały czas pod ręką. Co więcej: nawet tę rękę w jakimś mikrym stopniu przyłożyłem do jego powstania. Okazało się bowiem, że jeden z archiwalnych już numerów SZOSY był niemal w całości poświęcony kolarstwu torowemu, a cyfrową wersję tegoż wydania nieprzerwanie od trzech lat noszę we własnej kieszeni. (Wpis zawiera lokowanie produktu, bez wiedzy i zgody autorów, ale mam nadzieję, że Borys i jego drużyna się nie obrażą).

Z dużą frajdą obserwuję, że moje zainteresowanie kolarstwem torowym konsekwentnie przekształca się w regularną zajawkę, a ta z kolei skutkuje tym, że te wszystkie keiriny, madisony, scratche, omnium, derny, sztajery i inne trudne słowa z dnia na dzień przestają być dla mnie tajemnicą.

Ten cały przydługi wstęp był właściwie tylko po to, żeby zaprosić do lektury dwóch bardzo fajnych rozmów, które na fali przygotowań do mistrzostw świata w ostatnich dniach udało mi się przeprowadzić:
– z Wojtkiem Pszczolarskim (musicie zobaczyć, co oni w parze z Danielem Staniszewskim wyprawiają w madisonie – to jest taki chaos, a jednocześnie taka magia, że jak zaparzycie sobie herbatę przed startem, to na bank zdąży wystygnąć, zanim zrobicie kolejny łyk).
– oraz z Urszulą Łoś, która w ostatnich tygodniach jest w wielkim gazie i mam nadzieję, że na mistrzostwach też pozamiata i pozwoli się zaskoczyć kolejnym medalom (choć – jak zastrzega – łatwo nie będzie, ale mocno trzymam kciuki).

Przy okazji wędrówek do Pruszkowa udało mi się również namówić na rozmowę Janusza Pożaka – prezesa Polskiego Związku Kolarskiego. Tutaj już tak wesoło nie jest. Wprost przeciwnie: jest mega ponuro, a sytuacja kolarskiej centrali to jest taki rodzaj węzła, z którym można sobie poradzić chyba tylko precyzyjnym, acz zdecydowanym cięciem. (A’propos węzła: jakiś czas temu opisałem historię, w jaki sposób powstał).

Rozmowa z prezesem nie była łatwa, niemniej jestem mu wdzięczny zarówno za poświęcony czas, jak i na szczerość, na którą – jestem przekonany – wcale nie musiało mu być łatwo się zdobyć. Gdy się siedzi w gabinecie zaprojektowanym głównie pod kątem pieszczenia ego lokatora, otwarte mówienie o trudnych tematach wcale nie musi być łatwe. A już na pewno nie jest przyjemne.

No ale cóż. Żyjemy w świecie paradoksów. Rozmawialiśmy, zerkając na tor, za którego sprawą polskie kolarstwo w ostatniej dekadzie wjechało do światowej czołówki. I który stał się przyczyną niewyobrażalnych problemów związku. Choć trzeba sobie jasno powiedzieć, że skala tych ostatnich, to już kwestia działalności konkretnych osób, znanych z imienia, nazwiska i inicjału.

Foto: Flickr / Petros G

Jak zaciągnąć do łóżka Monikę Bellucci?

Daliście się złapać na clickbajtowy tytuł i szczucie cycem? I dobrze, chociaż nic takiego tu nie znajdziecie. Ale jak czytacie w różnych miejscach o tym, że już wkrótce Michał Kwiatkowski zacznie kręcić w nowej drużynie, bo CCC wyraziło zainteresowanie jego osobą i złożeniem mu oferty, to w gruncie rzeczy dajecie się podejść taką samą metodą.

To prawda, że z ust Piotra Wadeckiego padły słowa o tym, że chciałby mieć u siebie gwiazdę pokroju Kwiatkowskiego, co w przypadku topowego polskiego kolarza w polskiej drużynie wyglądałoby naprawdę zacnie. Ale takie pragnienie może dziś wyrazić każdy, tak samo jak ja mogę złożyć niemoralną propozycję Monice Bellucci. Efekt będzie podobny (choć ostatecznie nie mogę ręczyć za stonowaną reakcję mojej Lepszej Połowy).

Warto wyjaśnić kilka rzeczy, które łatwo uciekają w euforii, jaką wywołuje wizualizjacja Kwiato w pomarańczowym trykocie.

Rzecz pierwsza: Kwiatek aktualnie ma status „w związku”. Być może to drobiazg, ale dość istotny. Koincydencja nazw „Sky” i „Team Sky” powoduje, że wiele osób ściśle je z sobą utożsamia, choć to w rzeczywistości osobne byty. Ważniejsze w tej układance jest więc to, że Kwiato jest w związku nie ze Sky (sponsorem, który nadaje programy TV), ale z Team Sky, który jest właścicielem licencji na ściganie się na rowerze. Kiedy więc ludzie Sky w Sylwestra 2019 wezmą do rąk wałki i czarną farbę, żeby zamalować błękitne logotypy na rowerach, samochodach i skarpetkach kolarskiej ekipy, Kwiatkowski nadal będzie w związku z podmiotem, który w pierwszy dzień Anno Domini 2020 zmieni co prawda nazwę, ale prawdopodobnie będzie istniał nadal. Chyba, że Dave Brailsford zadecyduje inaczej, ale to zupełnie inna para kaloszy.

Rzecz druga: żeby poczynić daleko posunięte awanse Monice Bellucci i nie narazić się na jej pełne politowania spojrzenie, musiałbym zaoferować coś, co mogłoby ją zainteresować. Pomijam moje towarzystwo, bo to położyłoby sprawę już w przedbiegach, ale tutaj tylko teoretyzujemy, tak?

W przypadku Michała sprawa wyglądałaby podobnie: nie wystarczy walizka pieniędzy i obietnica, że w pomarańczowym będzie wyglądał twarzowo. Zespół, który chciałby pozyskać Kwiato będzie musiał mu zaproponować coś więcej, niż rola lidera na kilka wyścigów. Będzie musiał zaoferować mu przede wszystkim możliwość rozwoju, bo to jest temat, który od lat interesuje Kwiatkowskiego najbardziej.

Dojrzałość naszego najlepszego kolarza polega na tym, że potrafi spojrzeć na swoje możliwości z dużego dystansu i powiedzieć wprost: „nie jestem jeszcze gotowy”. Do Team Sky poszedł po naukę i przygotowanie, bo to właśnie zaoferował mu Brailsford. Oferta pt. „zostań naszym liderem na wielkie toury”, dopóki Kwiatkowski sam nie poczuje, że jest w końcu na to gotowy, będzie równie atrakcyjna, jak propozycja zostania solistą w Teatrze Wielkim. Kwiato nie interesuje wychodzenie na scenę i stanie w ciepłym świetle reflektorów. Interesuje go wygrywanie.

Żeby było jasne: absolutnie nie deprecjonuję możliwości CCC Team, ani nie wykluczam, że taki związek może ostatecznie mieć miejsce. Ale raczej później, niż prędzej. Przed polską ekipą pierwszy sezon w World Tourze, więc dzisiaj jeszcze zupełnie nie wiadomo, jak ostatecznie ukształtuje się zespół, jakie będą jego najmocniejsze strony i jaka ostatecznie wykuje się z tego wszystkiego strategia. Może „odpali” w końcu Kuba Mareczko, któremu przecież wiele nie brakuje, by nawiązać równorzędną walkę z najlepszymi sprinterami świata, a zespół ułoży sobie wówczas pod wielkie toury strategię walki o punkty? Może duet Van Avermaet & Wiśniowski okaże się na tyle silny, by złamać dominację QuickStepu w klasykach? Dziś tego nie wiemy, więc nie ma właściwie żadnych podstaw, żeby snuć jakiekolwiek dalekosiężne plany, w których – nie można tego wykluczyć – miejsca dla Kwiatka finalnie w ogóle może nie być.

Ja też chciałbym oglądać Kwiatkowskiego i Majkę w ekipie, przy której nazwie powiewać będzie polska flaga. Ale moje pragnienia niekoniecznie muszą się pokrywać z marzeniami i planami chłopaków, a ostatecznie to oni będą musieli wsiąść na rower i dla naszej uciechy obijać sobie siedzenie przez dziesiątki tysięcy kilometrów.

My w tym czasie, z poczuciem, że o kolarstwie i życiu wiemy wszystko, wcinając karkówkę i machając trzymaną w ręku butelką z piwem, klarować będziemy swojej partnerce: „A widzisz Grażyna! Mówiłem, żeby nie zmieniał ekipy? Znów mnie nie posłuchali!”

Plebiscyty, czyli „kiedy w końcu polski kolarz…”

Na kolarza, który zdominuje plebiscyty popularności sportowców w Polsce prawdopodobnie jeszcze musimy poczekać. Nie tylko do zwycięstwa w Tour de France, bo ono raczej wiele nie zmieni. Raczej do zmiany postrzegania całego kolarstwa w naszym kraju.

Koniec roku, więc wiadomo: czas podsumowań, wspomnień, rankingów i… plebiscytów, w których kibicowska gawiedź wybierać będzie swoich faworytów w wyścigach o tytuł Najlepszego Sportowca (kraju / regionu / miasta / powiatu itp. – niepotrzebne skreślić). To zresztą nie jest domena wyłącznie naszego podwórka, bo podobnie dzieje się w wielu miejscach na Ziemi. Ponieważ jednak przedwczoraj świat obiegła wiadomość, że w organizowanym przez BBC konkursie na „Sportową Osobowość Roku” zwyciężył Geraint Thomas, było tylko kwestią czasu, że padnie sakramentalne pytanie: kiedy w końcu jakiś kolarz wygra podobny plebiscyt w Polsce? 

Dziś pytanie – dziś odpowiedź, a wśród nich najczęściej pojawiająca się przepowiednia: „gdy wygra Tour de France”. Otóż, moim skromnym zdaniem: niekoniecznie. Co najmniej z kilku powodów. 

Po pierwsze: w Polsce nie ma tak silnej i ugruntowanej tysiącletnią historią wkurzania Francuzów obsesji na punkcie wygrywania na Polach Elizejskich. Śmiem podejrzewać, że gdy wreszcie w żółtej koszulce dojedzie do Paryża jakiś kolarz z biało-czerwoną flagą przy nazwisku, większość ludzi – na co dzień niezbyt wnikliwie śledzących kolarskie zmagania – uzna, że się nam to zwycięstwo zwyczajnie należało (wiadomo: historie z widelcem, te sprawy). Niuanse walki w tym najbardziej prestiżowym w kolarskim świecie wyścigu są tak naprawdę domeną nielicznych, choć jest też faktem, że każdego roku w lipcu liczba „ekspertów” lawinowo rośnie. Ponadto, jak się rozmawia z kolarską bracią w naszym kraju, to częściej można odnieść wrażenie, że choć wielu – rzecz jasna – uznaje wielkość Tour de France, to jednak znacznie większą estymą darzy Giro d’Italia, o mistrzostwach świata nie wspominając (bo wiadomo: najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy 😉

Po drugie: historia kolarskich zwycięzców w największym w Polsce plebiscycie, organizowanym przez Przegląd Sportowy, to w gruncie rzeczy odzwierciedlenie historii popularności samej dyscypliny, bo zabawa Przeglądu sama w sobie jest w istocie formą badania popularności sportowca w relacji do osiąganych przez niego wyników. Nie dziwią więc sukcesy Ryszarda Szurkowskiego z czasów, kiedy wyobraźnię kibiców na kilka majowych tygodni pochłaniał Wyścig Pokoju (przez lata najważniejsze wydarzenie sportowe w kraju), a jedynymi wydarzeniami w kalendarzu, które mogły z nim konkurować, były igrzyska olimpijskie i mistrzostwa świata. Stąd obecność na liście zwycięzców Jankiewicza, Piaseckiego i Halupczoka oraz dość wysokie miejsce Michała Kwiatkowskiego, po jego sukcesie w Ponferradzie. Bo najważniejszym budulcem tego, co określamy mianem „Sportowca Roku” jest uczucie narodowej dumy, związanej z jego sukcesem na międzynarodowej arenie.

Po trzecie wreszcie: właśnie ta formuła, oparta o miarę popularności, a w ostatnich latach dodatkowo dość mocno podlana ekspozycją medialną oraz – nie ma się co czarować – w wielu wypadkach podkręcana perspektywą przychodów z wysyłanych sms-ów, mocno zakrzywia rzeczywisty obraz polskiego sportu, mimowolnie koncentrując uwagę kibiców na tych, o których mówi się najwięcej. A o kolarzach – mimo znaczącej w ostatnich latach poprawy – mówi się w polskich mediach wciąż niewiele. 

Niecałe trzy tygodnie temu miałem okazję uczestniczyć w konferencji po opublikowaniu przez Forbes i Pentagon Research wyników rankingu „50 Najbardziej Wpływowych Ludzi w Polskim Sporcie”. Ranking jak ranking, mierzyć w sumie można wszystko, ale bardzo zaintrygowała mnie jego dość skomplikowana metodologia. Oprócz ekspozycji w mediach, którą w dzisiejszych czasach można dość łatwo zmierzyć, nawet w kontekście wydźwięku (pozytywny / negatywny / neutralny), bierze się tam pod uwagę również element, który już tak łatwo nie poddaje się algorytmom specjalistycznych wyszukiwarek: umiejętność wywierania wpływu na opinie i działania innych. Ten element oraz ostateczny kształt rankingu był opracowywany przez dość duże gremium, w znacznym stopniu złożone z ekspertów i naukowców. Spojrzałem na zasady plebiscytu BBC i znalazłem tam w sumie niemal identyczną konstrukcję: o wyborze również decydowali eksperci, a nie tylko sms-y.

Może to jest kwestia mojego wciąż większego zaufania do autorytetu nauki, niż do wyników wyszukiwania w Google, ale wydaje mi się, że jeśli z popularności sportowców chcemy wyciągać jakieś racjonalne wnioski, to powinniśmy iść w tę stronę. Nie po to, żeby zwiększyć szanse kolarzy, ale po to, by w ogóle aktywność sportową lepiej wykorzystać do budowania czegoś, co umownie nazywamy kulturą fizyczną, choć na co dzień sport z kulturą kojarzymy wyłącznie w kategoriach rozrywki. 

Nie zauważyłem, by ktoś zwrócił uwagę na pewien niuans, związany z wyborem Thomasa w plebiscycie BBC: został wybrany „osobowością”, a nie „sportowcem roku”. Może to drobiazg, ale wiele mówi o tym, w jaki sposób Brytyjczycy myślą o roli sportu w budowaniu społeczeństwa, gdzie liczy się charakter, konsekwencja, wytrwałość, nieustępliwość, współpraca i wiele, wiele innych cech. To, że nagroda trafiła w końcu do kolarza, to nie wyłącznie kwestia zwycięstwa w Tour de France. Na sukces „G” przez lata pracowali i Wiggins, i Froome, i Cavendish, i bracia Yates, i całe Team Sky, a na koniec również cała brytyjska federacja i ci wszyscy, którzy sprawili, że kolarstwo na Wyspach w ciągu ostatniej dekady dosłownie eksplodowało popularnością. Jeśli chcemy oglądać polskich kolarzy w roli zwycięzców popularnych plebiscytów na „Sportowca Roku”, prawdopodobnie musimy przejść dokładnie taką samą drogę: również popularyzując kolarstwo i „oswajając” całe społeczeństwo z tym, że jazda na rowerze to zarówno kapitalny sport, świetna zabawa, jak i znakomity sposób na poruszanie się po drogach.

Dopóki kolarze w Polsce nie przestaną być przez gros społeczeństwa traktowani jako zawalidrogi w rajtuzach, raczej wątpię, by to samo społeczeństwo było skłonne lokować w nich swoje pozytywne uczucia i nadzieje. I samo zwycięstwo w Tour de France niewiele tutaj pomoże. 

PS. Koniec roku, więc sporo się dzieje w innych obszarach, stąd moja nieco mniejsza aktywność na blogasku. Ale zainteresowanym polecam dwa tematy, nad którymi się ostatnio pochylałem:
– genezę problemów PZKol w związku z budową toru kolarskiego w Pruszkowie oraz bieżące działania, zmierzające do organizacji rozgrywanych już na przełomie lutego i marca Mistrzostw Świata (do poczytania tutaj)
– krótkie info o przyczynach i ewentualnych konsekwencjach wycofania się SKY z roli sponsora tytularnego ekipy Michała Kwiatkowskiego i Michała Gołasia (to z kolei tutaj).

Zapraszam!

Foto: © Jon Wallace Photography 

Świat nam odjeżdża.

Jeśli spojrzeć na polskie kolarstwo w perspektywie kilku lat do przodu, to chyba trzeba się powoli oswajać z myślą, że po czasach Niewiadomej, Jasińskiej, Majki i Kwiatkowskiego czeka nas kilka lat posuchy.

Występy juniorów i młodzieżowców podczas mistrzostw świata oglądałem z mieszanymi uczuciami. Poziom rywalizacji wydał mi się zaskakująco wysoki i o ile w juniorach jeszcze widać ślady różnic w przygotowaniu fizycznym i prostą zasadę „kto silniejszy, jedzie szybciej”, o tyle wyścig młodzieżowców był już kapitalnie rozegrany na poziomie taktycznym. Ale gdy podczas tych samych wyścigów patrzyłem na występy biało-czerwonych, to euforia szybko ustępowała rozczarowaniu. Bo jeśli spojrzeć na polskie kolarstwo w perspektywie kilku lat do przodu, to chyba trzeba się powoli oswajać z myślą, że po czasach Niewiadomej, Jasińskiej, Majki i Kwiatkowskiego czeka nas kilka lat posuchy.

Może rozbłyśnie kilka talentów, ale i w to zaczynam wątpić.  W ubiegłym roku podczas startu Tour de France w Dusseldorfie mieszkaliśmy w hotelu z jedną z worldtourowych drużyn, której przedstawiciele dyskretnie podpytywali polskich dziennikarzy o Alana Banaszka. Minął kolejny sezon i na palcach jednej ręki można policzyć wyścigi, które nasz potencjalny „talent” w ogóle ukończył. Kolejka chętnych do podpisania kontraktu jakoś się nie ustawia, na razie nie ma dla niego nawet miejsca w „polskim” CCC Team. Kilka miesięcy temu Filip Maciejuk też trafił na testy do jednej z ekip WT, gdzie na widok jego wyników wydano okrzyk: „What a great performance!”. Ale po świetnej pierwszej części sezonu powietrze nieco zeszło i performance przestał być „great”. We wczorajszym wyścigu młodzieżowców Maciejuk był całkowicie niewidoczny i ostatecznie rywalizacji nie ukończył, choć to właśnie po nim spodziewano się najlepszego występu.

Być może narzekam nieco na wyrost, ale przypomniało mi się, że jakiś czas temu pisałem dla Sport.pl materiał o tym, czy popularność kolarstwa amatorskiego może się w jakiś wymierny sposób przełożyć na sukcesy w zawodowym peletonie. Porozmawiałem na tę okoliczność z kilkoma osobami i odniosłem wrażenie, że ich entuzjazm jest raczej umiarkowany, a trudno im zarzucić brak zaangażowania w rozwój dyscypliny. Cezary Zamana na przykład patrzy na amatorskie wyścigi bardziej w kategoriach wydarzeń towarzyskich, niż sportowych. Jeśli miałoby się to w jakikolwiek sposób przełożyć na przyszłe wyniki, to wyłącznie w ten sposób, że przykład „bawiących się” w kolarstwo rodziców może zainspirować dzieci i młodzież do robienia tego samego. Ale podejrzewam, że jeśli w ogóle ta metoda działa, to raczej sporadycznie, przy czym podpieram się tu również własnym doświadczeniem i obserwacjami mojego 16-letniego syna, który moją rowerową zajawkę traktuje po prostu jako dziwactwo starego. Są ludzie, którzy zbierają znaczki, inni chodzą na ryby, jego ojciec jeździ na rowerze. Dopóki jego koledzy nie zaczną tego robić, nie widzi specjalnego powodu, żeby się tym interesować, bo zwyczajnie nie będzie miał z nimi o czym gadać.

O tym, jak trudno zachęcić dzieci i młodzież do uprawiania kolarstwa mówił mi też Bartek Huzarski, który w swojej akademii zderza się z tym problemem na co dzień. Do generalnego braku zainteresowania sportem wśród dzieci (z jednym wyjątkiem na to, że prawie każdy chciałby być Messim lub Lewandowskim) i dość nędznej atrakcyjności zajęć z WF-u w szkole dokłada jeszcze cegiełkę w postaci nadmiernego obciążenia dzieci obowiązkami szkolnymi, co dotyczy szczególnie tych dzieciaków, które akurat są na etapie najszybszego rozwoju fizycznego. Czyli wtedy, kiedy praca z nimi mogłaby przynosić najlepsze efekty. Jak do tego dodać jeszcze postawę rodziców, nieustannie chuchających i dmuchających na dziecko, byle sobie nie zrobiło żadnej krzywdy, to przepis na katastrofę kolarstwa jest gotowy, bo to jest akurat ten sport, którego nie sposób uprawiać w ciepłej hali, pod której drzwi można zawieźć dziecko i poczekać, aż wyjdzie i wsiądzie wprost do samochodu, bo wracając autobusem jeszcze gotowe się przeziębić.

Jedyną osobą, która tryskała optymizmem, był przedstawiciel PZKol, który wychwalał – skądinąd słusznie – Narodowy Program Rozwoju Kolarstwa, realizowany przez MSiT. Program ze wszech miar słuszny i chwalebny, ale jak spojrzeć na jego realizację, to mimo wszystko trudno popaść w skrajny optymizm. Bo jeśli metodą na wyławianie potencjalnych kolarskich talentów mają być organizowane pod kuratelą Związku wyścigi, to – pardon maj frencz – król jest nagi. W całym sezonie i w całym kraju organizowanych jest bowiem całe 19 imprez dla żaków (dzieci w wieku 11-12 lat). 25 imprez dla młodzików (13-14 lat) też nie wyrywa z kapci. Juniorzy młodsi – 32 imprezy. Statystycznie wychodzi więc na to, że od biedy w jednym województwie w ciągu całego sezonu odbywają się całe dwie imprezy, dające szanse na wyłowienie i późniejsze kształtowanie kolarskiego talentu. Tyle, że to taka statystyka, jak z tymi myśliwymi, którzy polowali na jelenia: jeden chybił w prawo, drugi w lewo i wyszło im, że średnio trafili. W Podkarpackiem i Świętokrzyskiem takich imprez nie ma wcale (a drogi do uprawiania kolarstwa znakomite).

Jeśli więc spróbować spojrzeć w przyszłość z tej perspektywy, to wygląda to strasznie mizernie, a bieżące wyniki naszej młodzieży przestają dziwić. Oczywiście, może się okazać, że znów będzie sprzyjać nam szczęście i lada moment trafi nam się talent na miarę Majki czy Kwiatkowskiego. Tyle, że to w dalszym ciągu będzie kwestia bardziej szczęścia, niż efektów solidnej pracy u podstaw. A bez niej na wyniki takie, jakie osiągają w mistrzostwach świata Belgowie, Holendrzy, Włosi czy Szwajcarzy, najzwyczajniej w świecie nie mamy co liczyć.

 

Foto: © Bettini Photo / Innsbruck -Tirol 2018

Pewnego razu w Tyrolu…

Z kronikarskiego obowiązku (skoro już od czasu do czasu ktoś tutaj zabłądzi…;)

Ponieważ trwają właśnie mistrzostwa świata w kolarstwie szosowym, które w miarę na bieżąco staram się relacjonować dla Sport.pl, postaram się również i tutaj na bieżąco wrzucać i aktualizować kolejne materiały.

Zatem…

Tutaj znajdziesz wstęp, czyli kilka słów o tym, co, kto, gdzie i po co? Oraz kiedy i gdzie można to zobaczyć?

Dzień 1 – drużynowa jazda na czas. Trochę szkoda, że ostatnia. Akurat drużynowe czasówki wydają mi się dość interesujące (w odróżnieniu od indywidualnych, które bywają ważne dla rozstrzygnięć wyścigów, ale same w sobie są emocjonujące jak wyprawa na ryby…)

Dzień 2 i 3 – indywidualne jazdy na czas. Nie wiem, czym na co dzień zajmują się kobiety w Holandii, ale musi to być coś wspaniałego, że mają jeszcze tyle czasu na rower. A potem leją resztę świata i nie biorą jeńców. Bardzo mi się to podoba. Panowie są może trochę bardziej demokratyczni, jeśli idzie o podział miejsc na podium, ale za to Evenepoel zrobił to tak, że był on, a potem długo, długo nikt. Aż żałuję, że nie mam na co dzień czasu i okazji oglądać juniorskiego ścigania…

Dzień 4 – czyli czasówka elity mężczyzn. I Rohan Dennis, który jechał, jakby jutra nie było. Kwiato znakomicie, choć do pudła nieco zabrakło. Za to Bodi… szkoda gadać. Coś poszło mocno nie tak…

Dzień 5 i 6 gdzieś się zapodział w publikacji (tekst wysłałem, ale chyba zaginął w nawale siatkarskich newsów ;). A szkoda, bo juniorzy i młodzieżowcy pokazali kawał naprawdę solidnego ścigania. Niestety – bez oszałamiających sukcesów naszych kolarzy, choć dla Marty Jaskulskiej brawa za 17. miejsce w juniorkach. Jako jedyna dojechała w czubie. Panowie się pokazali (Szymon Tracz w ucieczce), ale to by było na tyle. Do mety dojechali daleko.

Dzień 7 – wyścig elity kobiet. Kłaniam się nisko Gosi Jasińskiej, bo pokazała taki pazur i taką jazdę, że się chciało, aby ten wyścig trwał i trwał (choć pewnie dziewczyny nie byłyby szczególnie zachwycone 😉

No i w końcu finał w wykonaniu elity mężczyzn. Bardzo liczyłem na Kwiato, ale okazało się, że jednak nie jest niezniszczalny (może to i lepiej). Więcej siły zachował Majka, ale z „Piekłem” ledwie się przywitał. To nie był dzień naszych chłopaków. Ale był to z pewnością dzień Valverde. Przy tej okazji oczywiście powróciły zwyczajowe dyskusje o tym, że dawno temu facet był umoczony w jakieś dopingowe niejasności, z których nigdy się nie wytłumaczył, ale to temat na inną opowieść…

Fajne były to mistrzostwa…

 

 

Przydatne linki:
Oficjalna strona mistrzostw:  https://www.innsbruck-tirol2018.com/en/
Twitter: @ibk_tirol2018  hasztag: #InnsbruckTirol2018
Live timming:  http://tissottiming.com/2018/crdwch/pl-pl/

 

Foto: Innsbruck-Tirol 2018 / Jan Hetfleisch

Rafał, pracuj! Nie uciekaj!

Roli bycia liderem, a nie pełnienia funkcji lidera, musi się Rafał nauczyć. Swój autorytet przywódcy musi sobie wypracować. Bez tych umiejętności nie ma większego znaczenia, w jakiej drużynie będzie jeździł.

Rzadko się odnoszę do tego, co piszą inni dziennikarze, bo wychodzę z założenia, że każdy ma swój rozum, swoje poglądy i swoją odpowiedzialność za to, co głosi. Ale przeczytałem wczoraj poświęcony Rafałowi Majce tekst Dawida Gruntkowskiego w naszosie.pl i gdzieś głęboko pod czaszką zaczęło mi chrobotać, czy aby nie za bardzo upraszczamy rzeczywistość i z tymi podpowiedziami dla kolarzy nie idziemy za daleko?

Bo czy naprawdę zmiana zespołu i trenera jest jedynym skutecznym remedium na słabsze występy Rafała? Moim zdaniem nie bardzo, a przełomowy w karierze Majki wcale nie wydaje mi się upadek na trasie ubiegłorocznego Touru, po którym nastąpił przecież bardzo dobrze przejechany – jeszcze z niezagojonymi ranami – Tour de Pologne (przegrany przede wszystkim w Szczyrku, gdzie kolarze BORA-hansgrohe zlekceważyli Teunsa i pozwolili mu zgarnąć etap i bonifikaty), a jeszcze później wcale nie najgorsza, choć przecież przechorowana w pierwszej części Vuelta. Sam Patxi Villa też nie pojawił się nagle, żeby wszystko popsuć, bo – jeśli mnie pamięć nie zawodzi – był już dyrektorem sportowym w drużynie Tinkoff w 2015 i 2016 roku, czyli wtedy, gdy Rafał sięgał po drugą koszulę w grochy i olimpijski brąz.

W moim przekonaniu przełom nastąpił w chwili, w której Rafał zajął miejsce lidera zespołu, ale nie wszedł w jego rolę. Zaczął jeździć na pozycji Contadora, ale nie stał się nowym Contadorem – i bynajmniej nie mam tu na myśli jego umiejętności i listy sukcesów, ale rolę lidera, który nie tylko jest elementem strategii na dany wyścig, ale który staje się osią działań całego zespołu i to na wielu poziomach: od taktycznego, po wizerunkowy i komunikacyjny. Tę rolę w drużynie Bory przejął Peter Sagan, Rafał Majka pozostał na uboczu. Wystarczy spojrzeć na fotografie ekipy: czy to z wyścigów, czy z mniej lub bardziej oficjalnych okoliczności. Gdzie stał Majka podczas grudniowej prezentacji składu i nowych strojów? W drugim rzędzie. Bynajmniej nie dlatego, że jest dużo wyższy od Pawła Poljańskiego.

Bora_pres

Roli bycia liderem, a nie pełnienia funkcji lidera, musi się Rafał nauczyć. Swój autorytet przywódcy musi sobie wypracować. Bez tych umiejętności nie ma większego znaczenia, w jakiej drużynie będzie jeździł – problem pozostanie, jego pozycja będzie nieustannie słaba. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że bez wykształcenia w sobie cech lidera, Majka może mieć w przyszłości problem ze zmianą zespołu, bo żadna aspirująca ekipa nie powierzy roli lidera facetowi, który nie potrafi wokół siebie skoncentrować zaangażowania pozostałych członków zespołu.

Problem z przywództwem w ekipie Bory występuje moim zdaniem na wielu poziomach. Ralph Denk również nie jest tak silną osobowością, jaką był Oleg Tinkov, co też wydaje mi się jedną z przyczyn, leżących u podstaw słabszych rezultatów Rafała. Ciemną stroną luźnej atmosfery i dużej swobody, z których cieszą się kolarze Bory i co często podkreślają, może być też (choć nie musi) obniżony poziom motywacji. Być może stąd tak często powtarzane w przypadku niepowodzeń „nie udało się, no trudno”. Może metody Tinkova nie były szczególnie eleganckie (jeśli się nie mylę, to Rafał wciąż jeszcze nie jeździ obiecanym mu Astonem), ale w jakimś stopniu były skuteczne. Fakt, że nikt nie wiedział, czego się po ekscentrycznym szefie spodziewać, działał na wielu kolarzy mobilizująco.

Jeśli spojrzeć na najbardziej w tym sezonie utytułowane ekipy Team Sky i Quick-Step, to są one zarządzane przez ludzi o silnych osobowościach (Dave Brailsford, Patrick Lefevere). Może to tylko zbieg okoliczności, ale nie wydaje mi się zupełnym przypadkiem, że do momentu śmierci Andy’ego Rihsa również BMC notowało lepsze rezultaty. Pewnie trzeba by pogmerać głębiej, ale wydaje mi się, że te dwa czynniki w dużym stopniu determinują sukcesy drużyn: silny lider i silny menedżer. Jeśli jeden z nich okazuje się słabszy – drugi siłą rzeczy musi być silniejszy. A ponieważ nie tak łatwo zmienić sobie szefa, Rafałowi pozostaje ciężka praca nad wykształceniem własnych umiejętności przywódczych.

Ucieczka nie jest żadnym rozwiązaniem. Ciężka praca – owszem.

Rafał, pracuj! W tym Ci będę najmocniej kibicował.

Foto otwierające: Rafał po czasówce w Dusseldorfie, TDF 2017 (c) ja 😉
To drugie foto: Rafał (drugi rząd, czwarty od prawej) na prezentacji strojów (c) BORA-hansgrohe

Bywa, że sama droga jest celem…

Kiedy Kwiato jechał w żółtej koszulce lidera tegorocznego Criterium de Dauphine i na jednym z rond wyłożył się jak długi i dość mocno poobijał, skomentował tę sytuację lakonicznym (i nieco w jego stylu): „Czasem człowiek zrobi jeden obrót korbą za dużo…”. Na ponad trzech tysiącach kilometrów trasy wielkiego touru takich drobnych błędów popełnia się czasami dziesiątki…

Kiedy jakiś czas temu, po bardzo wielu latach abstynencji od wszelkiej aktywności ruchowej wsiadłem ponownie na rower, miałem w metryce lat czterdzieści, a moja waga była już tylko o kilka mrugnięć diodą od wyświetlenia komunikatu: „Proszę wchodzić pojedynczo!”. Szosę na urodziny kupiła mi moja nieoceniona partnerka, ale głównym orędownikiem tego pomysłu był mój kolega z pracy, pod adresem którego skrycie wypowiedziałem bardzo wiele bardzo obraźliwych słów, gdy jakimś cudem udało mi się wrócić z pierwszej przejażdżki. Bolały mnie nawet włosy. Ale następnego dnia ponownie posadziłem mój obolały zad na twardym siodełku i ponownie ruszyłem w drogę. Pierwszą 100-kilometrową rundę przejechałem dwa lub trzy tygodnie później, co zajęło mi grubo ponad 4 godziny, a po powrocie rozważałem, do kogo powinienem zadzwonić w pierwszej kolejności, żeby się pożegnać na zawsze.

Do dziś udało mi się pozbyć prawie 20 kilogramów i całej masy kompleksów, 100-kilometrową przejażdżkę traktuję zwykle jako średnio ciężki trening, a jak na koniec nie mam średniej prędkości powyżej 30 kmh, to jestem niezadowolony i rozważam, czy trening wart jest tego, żeby go upublicznić na Stravie? 😉

I bynajmniej nie piszę tego wszystkiego, żeby się pochwalić, bo ludzi, którzy przeszli podobną drogę (i to o wiele skuteczniej) znam całe tabuny, a ja na równi z powyższym mam też świadomość, że w sferze sportowej nie osiągnąłem i prawdopodobnie już nie osiągnę absolutnie niczego (bo też i niespecjalnie aspiruję). Niemniej pokonując tę drogę od ociężałego zawalidrogi do mniej ociężałego zawalidrogi, dokonałem dwóch „odkryć”, które wydają mi się tyleż banalne, co ważne i to nimi właśnie zamierzam się tu podzielić.

Po pierwsze: można mieć znakomite predyspozycje do uprawiania jakiejś dyscypliny, ale to w najmniejszym stopniu nie zmienia faktu, że sport uprawia się zwykle na przekór czemuś. Czasem jest to tylko jedna drobna przeszkoda, która dzieli cię od doskonałości, a innym razem niekończąca się lista przeciwności, które musisz pokonać, żeby znaleźć się w miejscu, w którym jeszcze nigdy wcześniej nie byłeś. A potem chcesz zrobić krok dalej i ten jeden krok okazuje się nagle trudniejszy, niż wszystko, co zrobiłeś i osiągnąłeś do tej pory. Finisz pochłania najwięcej sił, bez względu na to, jak długa droga do niego prowadzi. Nie mówiąc już o tym, że sport uprawiasz przede wszystkim na przekór innym ludziom, którzy stają obok ciebie na starcie, bynajmniej nie po to, żeby ci drogę do sukcesu usłać różami.

Po drugie: nawet tą samą trasą nigdy nie jedziesz dwa razy tak samo. (Tu mrugam okiem do wszystkich, po raz tysięczny pędzących na Gassy 😉 Za każdym razem jest coś inaczej: inna pogoda, inne ciśnienie, inaczej spałeś, co innego jadłeś i tak dalej. Bywa, że jednego dnia jedzie ci się wspaniale, a ledwie dzień później wykrzykujesz w stronę pobliskiej kukurydzy wiele niecenzuralnych słów, bo miało być fajnie i lekko, ale właśnie jakiś poranny zefirek postanowił ci dmuchnąć prosto w twarz i cały misterny plan… wiadomo.

W sumie banały, ale wydają mi się ważne i przypomina mi się to dosłownie za każdym razem, gdy natrafiam na jakąś dyskusję o dyspozycji naszych kolarzy, czy to teraz na Vuelcie, czy na dowolnym innym wyścigu. „Przecież był już mistrzem świata”. „Przecież był już trzeci w Hiszpanii”. „No jak to nie daje rady pod górę, skoro dwa razy był najlepszym góralem Touru?”. I tak dalej, „argumenty” i pytania można cytować w nieskończoność.

Tyle tylko, że w wyścigu nie jeżdżą statystyki i formuły Excela, a żywi ludzie, którzy każdego dnia przemierzają inną drogę, w innych warunkach, mierząc się z innymi rywalami, inaczej śpiąc, co innego jedząc i kąpiąc się w innej wodzie. To wszystko niestety ma jakieś znaczenie, a oni każdego dnia jadą inną drogą naprzeciw innym przeciwnościom. Na to, że nie udaje im się wygrać, choć często są przecież bardzo blisko, składa się milion drobnych, czasem zupełnie niezauważalnych elementów.

Kiedy Kwiato jechał w żółtej koszulce lidera tegorocznego Criterium de Dauphine i na jednym z ostatnich rond przed metą drugiego etapu wyłożył się jak długi i dość mocno poobijał, skomentował tę sytuację lakonicznym (i nieco w jego stylu): „Czasem człowiek zrobi jeden obrót korbą za dużo…”. Na ponad trzech tysiącach kilometrów trasy wielkiego touru takich drobnych błędów popełnia się czasami dziesiątki, z konsekwencji wielu z nich nawet nie zdając sobie sprawy. Ale to suma tych wszystkich drobnych rzeczy staje się na koniec tym, z czym musisz się zmierzyć, żeby wygrać. Czasem się udaje, znacznie częściej się nie udaje. Jadą na przekór temu wszystkiemu, bo czasem po prostu nie idzie tak bardzo, że samo pokonanie tej drogi staje się celem.

Za to, że wciąż ją pokonują, nieustannie ich podziwiam. A tego, że któryś z nich pokona ją kiedyś jako pierwszy, jestem po prostu pewien. W końcu nawet ja potrafiłem dokonać paru rzeczy na przekór sobie…