(Un)fair play…

Gdyby „fair play” była marką, miałaby zapewne godny pozazdroszczenia ekwiwalent reklamowy. I byłoby to może i urocze, gdyby nie było podszyte wielką hipokryzją. Bo futbol jest w istocie rozkochany w łamaniu własnych reguł. I niejednokrotnie na tym właśnie buduje swoją wartość.

Nie oszukujmy się: sport to dzisiaj przede wszystkim biznes. Trochę to smutne i można się na to zżymać, ale u schyłku drugiej dekady XXI wieku warto się wyzbyć w tym zakresie wszelkich złudzeń. I właściwie nie miałbym nic przeciw temu, gdyby nie fakt, że w biznesie ważne jest również coś takiego, jak jego społeczna odpowiedzialność.

W biznesie sportowym wydaje mi się ona szczególnie istotna, bo sam sport i tzw. kultura fizyczna są dość istotnymi elementami wychowania młodzieży. Miło byłoby oczywiście oczekiwać społecznej odpowiedzialności od hodowcy norek albo właściciela sklepu z alkoholem, ale aż tak naiwny nie jestem (chociaż wierzę, że ten ostatni ma przynajmniej szansę się wykazać nie sprzedając alkoholu nieletnim). Niemniej jeśli chodzi o sport, a zwłaszcza o piłkę nożną i piłkarzy, do których wzdychają niezliczone tabuny młodzieńców, moje oczekiwania są zdecydowanie większe.

W 115. minucie meczu o Superpuchar Hiszpanii napastnik Atletico znalazł się (po błędzie obrońcy Realu) w niemal doskonałej sytuacji strzeleckiej. Przy stanie 0:0 i na pięć minut przed końcem meczu akcja Moraty mogła być rozstrzygająca dla wyniku spotkania. Gdyby oczywiście trafił, ale tego nie dowiemy się nigdy. Nie dostał nawet takiej szansy, bo Fede Valverde bezpardonowo go wyciął tuż przed polem karnym. Dostał za to czerwoną kartkę i… nagrodę dla najbardziej wartościowego piłkarza w meczu.

Nie jestem fanem Atletico, nie jestem też kibicem Realu. Wynik tego meczu wisi mi tak naprawdę kalafiorem, ale gdy czytam komentarze po tej sytuacji, coś się we mnie mimowolnie gotuje.

„To najwspanialszy faul taktyczny w historii futbolu”. „Valverde powinno się postawić pomnik przed Bernabeu”. „Wygrał ten mecz dla Realu”. „Man Of The Match!” – to zaledwie promil z tysięcy komentarzy, jakie można przeczytać po tym zagraniu.

Odbyłem na ten temat kilka interesujących dyskusji, w których rozmówcy próbowali mnie przekonać, że właściwie wszystko jest w porządku, że takie sytuacje to w piłce nożnej rzecz normalna, a w sporcie chodzi przecież przede wszystkim o wygrywanie, więc czasem cel uświęca środki.

Serio? Nadal nie jestem przekonany.

Być może ta sytuacja nie raziłaby mnie tak bardzo, gdyby nie fakt, że świat piłki nożnej wytatuował sobie napis „fair play” wszędzie, gdzie to tylko możliwe. „Fair play” jest widoczne na każdym meczu, na niemal każdej bandzie, na proporcach i na koszulkach wszystkich piłkarzy. Gdyby „fair play” była marką, miałaby zapewne godny pozazdroszczenia ekwiwalent reklamowy.

Byłoby to może i urocze, gdyby nie było podszyte ewidentną hipokryzją. Nakład sił i środków, zainwestowanych w promocję zasad sprawiedliwej gry, sprowadzających się w praktyce niemal wyłącznie do wykopania piłki na aut, gdy któryś z piłkarzy od pięciu minut leży na murawie, wydaje się zupełnie nieadekwatny do osiągniętych rezultatów. Fair play jest w istocie jedną z ostatnich rzeczy, jakie oglądamy na boiskach.

Ale jest jeszcze jeden, ważniejszy powód, dla którego nie mogę pogodzić się z tą sytuacją. Gdyby przyszedł do mnie mój syn i zapytał za co Valverde dostał nagrodę – nie potrafiłbym mu tego wytłumaczyć.

Już nawet pomijając fakt, że określenie „faul taktyczny” to oksymoron, który służy nam do łatwego usprawiedliwiania drobnych niegodziwości, gdy cel zdaje się uświęcać środki, ta cała sytuacja wydaje mi się wewnętrznie całkowicie sprzeczna.

Jasne, Valverde został uznany najbardziej wartościowym zawodnikiem za postawę w całym meczu, a nie z powodu tego faulu na Moracie. Ale właśnie za sprawą tego faulu nie powinien był zobaczyć żadnej nagrody, a już na pewno nie związanej z jakimikolwiek wartościami.

Złamał reguły gry, w którą gra. Został z tego powodu wyrzucony z boiska. Czerwona kartka to odpowiednik dyskwalifikacji zawodnika. Po czerwonej kartce nie siada się na ławce, tylko schodzi prosto do szatni. Po to, żeby z niej chwilę później wyjść i odebrać nagrodę? I uważamy, że to jest „fair”? Przecież to tak, jakby np. forum biznesu przyznało nagrodę „pracownik miesiąca” komuś, kto okradł konkurencję.

Czego w ten sposób uczymy nasze dzieci? Że można grać nieczysto, łamać zasady, krzywdzić rywali, a na koniec być za to nagrodzonym? Czy na pewno chcemy, żeby w taki sposób postępowały w życiu? Czy któregoś dnia nie zagrają w ten sposób również przeciw nam? Dlaczego nie miałyby tego zrobić, skoro sami ich uczymy, że cel jest ważniejszy od gry zgodnej z regułami? Na tym polega ta „odpowiedzialność”?

Foto: Flickr / Canada Soccer