Medialna pułapka PZKol

Gdybym powiedział kolegom, że w poniedziałek bladym świtem zabrałem się za pisanie o PZKol, prawdopodobnie wysłaliby do mnie ekipę ratunkową, albo przynajmniej jakiś patrol, który sprawdziłby czy nie przesadziłem w weekend z używkami.

Znajdą się pewnie i tacy, którzy uznają, że czepiam się bzdur, ale życie mnie wystarczająco mocno wychłostało za nieprzywiązywanie wagi do szczegółów, więc teraz niektóre drobiazgi wydają mi się dość istotne.

Rzecz dotyczy strony Rowerowa.pl, którą od jakiegoś czasu zaczął dość intensywnie promować oficjalny profil Polskiego Związku Kolarskiego. I rzecz nie byłaby pewnie warta uwagi, gdyby nie właśnie owe „drobiazgi”.

Pierwszy z nich jest taki, że – jak czytamy w stopce serwisu – jest on własnością przedsiębiorcy o nazwisku Kramarczyk. Zbieżność nazwisk z aktualnym wiceprezesem zarządu PZKol jest nieprzypadkowa, więc mamy tutaj pierwszy drobny zgrzyt, natury – powiedzmy – etycznej.

Gdyby się trzymać zasad dobrych praktyk komunikacji związku sportowego z mediami, wyglądałoby to tak, że zarząd związku podejmuje jakieś uchwały, rzecznik prasowy przygotowuje o nich komunikat, po czym rozsyła go do wszystkich mediów, jakie ma w bazie. Co one z tym zrobią to już inna historia, ale co do zasady tak rzecz powinna wyglądać.

W kolarskiej rzeczywistości o funkcji rzecznika prasowego można tylko pomarzyć, bo nieborak – kimkolwiek by nie był – musi coś jeść, co oznacza, że za pracę wypadałoby mu zapłacić, a PZKol groszem nie śmierdzi. Nie ma więc rzecznika i trzeba sobie radzić inaczej.

Problem w tym, że ostatni zarząd PZKol radzi sobie tak, że informacje z pierwszej ręki publikuje w pierwszej kolejności w serwisie, stanowiącym prywatną własność wiceprezesa. W normalnych okolicznościach przyrody byłoby to uznane za czyn nieuczciwej konkurencji wobec innych serwisów kolarskich w tym kraju, które – trzymając się reguł funkcjonowania mediów – cytując teraz jakąś informację na temat działań PZKol powinny się powołać na serwis Rowerowa.pl. Sprytne, ale nieuczciwe.

Serwis Rowerowa.pl ma rzekomo „patronat” związku, choć tu sprawa nie jest oczywista, bo gdy kilka razy zapytałem o uchwałę, na mocy której PZKol objął owym „patronatem” prywatne przedsięwzięcie pana Kramarczyka, dyskusja zaczynała dziwnie meandrować.

Z nieoficjalnych informacji wynika, że o owym „patronacie” nikt nie słyszał, a w samym zarządzie związku są dość poważne rozbieżności na temat tej dziwacznej „współpracy”. Na oficjalne potwierdzenie tych informacji jeszcze czekam.

EDIT: Rozmawiałem dziś z prezesem Golwiejem, który twierdzi, że nic mu nie wiadomo o rzekomym „patronacie”, a już tym bardziej o zobowiązaniu związku do promocji serwisu Rowerowa.pl w oficjalnych kanałach…

Dochodzi zresztą przy jej okazji do dość zabawnych (no, powiedzmy…) sytuacji, jak chociażby ta sprzed kilku dni, gdy na oficjalnym profilu Polskiego Związku Kolarskiego pojawiła się zapowiedź jednego z materiałów Rowerowej, zilustrowanego idącym pod młotek torem i „uspokajającym” tytułem: „Przygotowania do igrzysk zagrożone?”.

W środku było jeszcze lepiej, bo w artykule szeroko cytowano byłego ministra Witolda Bańkę, który nie przebierał w słowach na temat obecnego zarządu PZKol, mówiąc m.in. „Tym ludziom nie powierzyłbym nawet składek na komitet rodzicielski”. Teraz zostały one przypomniane „pod patronatem” PZKol.

Nawiasem mówiąc: udostępniony materiał z profilu związku został rychło usunięty. No jak to? A patronat?!. Zresztą o wartości merytorycznej publikowanych tam materiałów też można dyskutować, ale to nieco inny temat.

Niemniej właśnie w obszarze owego udostępniania twórczości Rowerowej na profilu facebookowym PZKol mam najwięcej wątpliwości i chciałbym tu zwrócić uwagę na pewien drobiazg, który państwu na ulicy Andrzeja w Pruszkowie prawdopodobnie nawet nie zaświtał w głowie.

Abstrahując już od tego, czy ów wątpliwy „patronat” rzeczywiście jest jakoś sformalizowany (a poniżej o tym dlaczego być powinien), to idea tego typu medialnych mariaży opiera się zwykle na ekwiwalentności świadczeń. I to wymiernych, a nie mierzonych na zasadzie: „ja mam wielki zapał, a wy macie zasięg, zróbmy więc interes”. W innym wypadku to się zwykle kończy tak, jak w słynnej anegdocie o dwóch „przedsiębiorcach”, z których jeden miał pieniądze, drugi doświadczenie, a w wyniku owej współpracy pierwszy zyskał doświadczenie, a drugi – pieniądze.

Problem polega na tym, że Rowerowa nie ma związkowi zupełnie nic do zaoferowania, bo jest tworem zupełnie nowym, który nie ma widowni, więc żaden opublikowany tam komunikat nie dotrze do żadnej osoby, której PZKol nie byłby w stanie powiadomić własnymi siłami.

Mamy więc po jednej stronie portal bez zasięgu (430 osób obserwujących na FB), a po drugiej: profil, obserwowany przez 15,5 tysiąca ludzi. Gdzie jest owa ekwiwalentność świadczeń? Kto tu jest beneficjentem „patronatu”? Kto zyskuje? Obie strony? Wolne żarty.

Ale sprawa – wbrew pozorom – jest poważniejsza. Gdyby się bowiem okazało, że ów „patronat” ma charakter wyłącznie – nomen omen – wirtualny, oznaczałoby to ni mniej ni więcej tyle, że PZKol realizuje świadczenia promocyjne na rzecz działalności pana Kramarczyka, za co powinien mu wystawić fakturę (zasięg i wygenerowany przez niego ruch są przecież policzalne i stanowią konkretną wartość).

Gdyby zaś zarząd tego nie zrobił, naraził by się na zarzut niegospodarności (bo w sumie w imię czego rozdaje za darmo coś, co ma wartość?). A gdyby się okazało, że cała ta działalność to wyłącznie inicjatywa pana Kramarczyka, to czy przypadkiem nie wyczerpuje to znamion przekroczenia uprawnień i nieuprawnionego rozporządzania majątkiem związku?

Mamy więc przy jednym, banalnym „patronacie”: nieuczciwą konkurencję, niegospodarność lub nieodpowiedzialne gospodarowanie majątkiem związku. Mało?

No nie wiem. Mnie uczono, że miliony składają się ze złotówek. W PZKol najwyraźniej miliony trzeba najpierw wyprosić, a później głupio stracić. Wtedy dopiero równowaga jest zachowana.

Foto: Luc Legay / Flickr

Legendowanie TDP

Błąkała mi się ta myśl pod czaszką od dobrych kilku tygodni i nie mogłem jej w żaden sposób zwerbalizować. Oświecenie przyszło – nie wiedzieć dlaczego – podczas oglądania relacji z Tour of California. Ale to nie tego wyścigu myśl ta dotyczyła, tylko naszego rodzimego Tour de Pologne. Przez długi czas się zastanawiałem, co z tym wyścigiem jest nie tak i czego mu brakuje, aż w końcu znalazłem odpowiedź: opowieści.

Nasza rodzima worldtourowa impreza ma wszystko, czego potrzeba: niezłą obsadę, dość ciekawą zazwyczaj trasę, całkiem długą tradycję, ale… nie idzie za nimi żadna legenda, która z roku na rok nadawałaby jej jakąś ciągłość.

Oglądamy od lat Tour de France, Giro, klasyki i na każdą kolejną edycję, lub każdy kolejny etap patrzymy jak na kolejny rozdział wciąż tej samej opowieści. Na Tour de Pologne patrzymy… (no, w każdym razie ja patrzę) jak na kolejny wyścig, który się rozpocznie, potrwa i skończy, na rok o nim zapomnimy, a potem powróci: jako kolejny wyścig, który się rozpocznie, potrwa, skończy i tak dalej… Jedyną rzeczą, która spina te kolejne odcinki są statystyki i lista zwycięzców.

Każdy z wielkich wyścigów zdążył przez lata obrosnąć dziesiątkami legend, które doskonale znamy i co roku odświeżamy: Bartali & Coppi, Saroni & Moser, Kanibal, bruki, LeMond & Fignon… Ale również te tragiczne, lub niezbyt chwalebne historie: Tom Simpson, Armstrong i wiele innych. To wszystko na koniec składa się w jakąś opowieść. Czasem mam wrażenie, że jedyną konsekwentną historię Tour de Pologne opowiadają balony reklamowe.

Oczywiście trochę przerysowuję, bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak trudny jest polski rynek reklamowy, od lat funkcjonujący na bazie prostego briefu: „ma być dużo i ma być tanio”. Znalezienie sponsora na tak dużą imprezę z całą pewnością nie należy do łatwych zadań, a znalezienie takiego, który miałby pomysł na to, jak się promować, wykorzystując atuty kolarstwa, to jak szukanie stada jednorożców, pasących się wśród kwiatów paproci. Ale tu również wydaje mi się, że stworzenie wokół Tour de Pologne jakiejś legendy mogłoby te poszukiwania znacznie ułatwić. Tymczasem cały wyścig, jego trasa, a w konsekwencji także historia, są nieustannie zakładnikami partnerów i sponsorów. A w takich warunkach trudno cokolwiek budować.

Przyglądałem się niedawno z bliska temu, jak Izraelczycy zaadoptowali na swoje potrzeby legendę Bartalego. Powiedzmy sobie wprost: przemycający tajne dokumenty Gino Bartali ani nie był Żydem, ani nie miał bladego pojęcia o państwie Izrael, bo powstało ono dopiero kilka lat po wojnie. Był po prostu głęboko religijnym, dobrym człowiekiem, który nie godził się na dziejące się wokół zło. Izrael, planując swoją promocyjną strategię i opierając ją o kolarstwo, nie zrobił nic innego, jak tylko porządnie odrobił lekcję z marketingu: uczynił Bartalego ikoną, a wokół jego legendy począł od zera budować własną tradycję. Zabrali się do tego metodycznie i z żelazną konsekwencją. I sądzę, że nie będą musieli długo czekać na efekty. Ale mieli farta w jednym: trafił im się fundator, który kolarstwem żyje i który w nim widzi drogę do rozwoju własnego biznesu. Ze świecą takich szukać u nas.

Podoba mi się inicjatywa Mobilnego Muzeum Tour de Pologne – to świetny krok naprzód w budowaniu jakiejś historii. Ale wydaje mi się, że trzeba ją również spróbować jakoś na nowo opowiedzieć. Wśród 75 edycji wyścigu z całą pewnością znalazłoby się coś, na czym można by oprzeć taką opowieść: angażującą, wciągającą w dyskusję, pozwalającą się dotknąć i zarazić pasją. Muzeum złożone z gablot to dobry początek, ale – mam nadzieję – tylko początek. Zwracanie się do widzów w trybie oznajmującym może przykuć ich uwagę wyłącznie na chwilę. Pytanie jak wciągnąć ich w jakąś interakcję? Jak sprawić, by widzowie poczuli się częścią tego wydarzenia?

IMG_2917IMG_2919

Przyszło mi to do głowy, gdy oglądałem relację z Tour of California i odniosłem wrażenie, że te dwie imprezy wyglądają nieco podobnie: ciekawa trasa, dobra obsada, ale brak jakiejś spójnej opowieści. Tyle tylko, że TOC ją regularnie tworzy, budując wyścig wokół rodzimych kolarzy i chętnie pokazując kibiców, którzy się angażują w dopingowanie zawodników. I tego mi chyba w Tour de Pologne brakuje najbardziej: zaangażowania. Wciągnięcia widzów w tę zabawę i pokazania, że są częścią tej historii, a nie tylko masą, wypełniającą przestrzeń między barierkami i balonami.

Moja partnerka zapytała mnie kiedyś półżartem: „o czym jest ten wyścig, który tak wytrwale oglądasz?”. Nie miałem problemu, by odpowiedzieć po Tour de France. Ale nie bardzo wiedziałem, o czym było Tour de Pologne.

Do tego właśnie niezbędna jest jakaś historia, do udziału w której kibice będą chcieli dołączyć. Przyznaję, że nie mam jeszcze pomysłu, co by to mogło być. Ale może ktoś ma?