Kraina obłędu

Najsmutniejsze i najbardziej przerażające w całej dyskusji o bezpieczeństwie rowerzystów na drogach jest to, że najważniejszy temat zdaje się w niej być najmniej istotny. My kłócimy się głównie o to, kto zna lepsze badania i kto się bardziej z innymi nie zgadza. Czasem też o to, kto kogo bardziej obraził. Tymczasem przy drogach codziennie rosną nowe krzyże.

Nie wiem, czy Andrzej Saramonowicz jeździ na rowerze i nie wiem, czy przyglądał się niedawnej „dyskusji” na temat bezpieczeństwa rowerzystów. Wiem za to, że jest niezwykle uważnym obserwatorem rzeczywistości, a jego celne pointy często znakomicie oddają stan ducha ludzkości w „Pokraju”. Jego zdanie o świecie, „w którym powróciła moda na plemienność i gdzie nie można dyskutować, a trzeba się opowiadać” byłoby doskonałą ilustracją do wspomnianej wyżej „dyskusji”.

Świadomie używam tu cudzysłowu, bo to, co się zwykle wyprawia w tego typu sytuacjach nie sposób nijak porównać do rozmowy. Najczęściej to po prostu festiwal aktów strzelistych, które w większości dotyczą kondycji umysłowej kogoś, kto porusza dany temat. Zasada jest prosta: wypowiedz się i pod żadnym pozorem nie przyjmuj argumentów. A jeśli ktoś przypadkiem będzie miał rację, wygarnij mu, że ma krzywe zęby. Albo jakiś inny defekt. Coś mieć musi.

Wypowiedzenie zdania „OK, przyjmuję ten argument” to coś gorszego niż wywieszenie białej flagi. Czeka za to wieczna infamia na dzielni, bo ktoś okazał się zbyt miękki, żeby bronić swojej teorii do końca. Nawet jak ta teoria nie bardzo trzyma się kupy. Na pewno są za to jakieś wyrafinowane kary. Pewnie kasjerka w Żabce inkasując 3,50 za browca krzyczy wówczas w stronę zaplecza: „Halina! Ten facet, co komuś przyznał rację w internecie kupił właśnie Tyskie! I to bezalkoholowe!”.

Jednym głosem? Nie ma mowy

Żarty żartami, ale sprawa jest poważna i wydawać by się mogło, że w sprawie bezpieczeństwa rowerzystów na drodze użytkownicy rowerów powinni mówić jednym głosem, a przynajmniej szukać jakiegoś porozumienia i wspólnego stanowiska, które można by przedstawić rządzącym.

Ale gdzie tam. Wystarczy, że ktoś ma na jakiś temat inne, a już – nie daj Boże – własne zdanie, to należy go natychmiast wypchnąć poza nawias. Co zabawne i tragiczne zarazem, często w imię tego, że „jak najwięcej ludzi trzeba nakłonić do jazdy na rowerach”. Niech więc jeżdżą i liczą się w statystykach, ale pod żadnym pozorem niech nie myślą, że są rowerzystami i mają w związku z tym cokolwiek do powiedzenia.

A jeśli przy tym będą mieli czelność stanąć od czasu do czasu w obronie kierowców, to już w ogóle należy ich uznać za piątą kolumnę, która pojawiła się w rowerowym świecie, by go rozsadzić od środka. Na przykład propozycją jazdy przez cały dzień z oświetleniem. Nie ma przecież dla użytkownika roweru niczego bardziej dewastującego jego poczucie własnej wartości. To bez wątpienia zamach.

Uderz w stół

Ciekawa sprawa. Kiedy kilka miesięcy temu napisałem w jednym z felietonów, że powinniśmy „zacząć od siebie”, też się naczytałem o sobie wielu interesujących rzeczy. Rzecz zabawna o tyle, że nie napisałem „zacznijmy od rowerzystów”, ale od siebie. Każdy od siebie, również (ale nie tylko) jadąc na rowerze . Tymczasem, poniekąd zgodnie z przysłowiem „uderz w stół, a nożyce się odezwą”, odezwały się dziesiątki „nożyc”, do żywego urażonych sugestią, że mogą na rowerze robić coś nie tak.

Zerknijmy zatem na moment w policyjne statystyki, z których wynika, że w 2019 roku na 4 426 wypadków z udziałem rowerzystów, przyczynili się oni do powstania 1 626 z nich. Jeśli ktoś ma lepszy kalkulator, to niech mnie poprawi, ale z mojego wynika, że rowerzyści spowodowali 37% wypadków, w których brali udział.

Mało? Spośród 257 ofiar śmiertelnych wśród rowerzystów, 132 z nich zginęło w wypadkach, które sami spowodowali. To ponad połowa. Nadal mało?

I to uwaga: to są tylko te zdarzenia, które figurują w policyjnych statystykach i są zarejestrowane jako „wypadek”, czyli zdarzenie, w którym ktoś ucierpiał.

Tymczasem wciąż wielu uczestników sporu o bezpieczeństwo na drogach uparcie lansuje tezę o zaledwie „kilku procentach” wypadków spowodowanych przez użytkowników rowerów. No tak. Jak się przykłada te 1 626 do ogólnej liczby wszystkich wypadków na polskich drogach (30 288), to faktycznie wychodzą uspokajające liczby. Tylko tym sposobem za chwilę odkryjemy paradoks, że najbezpieczniejszym miejscem dla rowerzystów jest autostrada, ponieważ tam nie doszło do żadnego wypadku z ich udziałem.

Wszystko albo nic

Podejrzewam, że w głowach części czytających te słowa już się kłębi podejrzenie, że ten Czykier to na pewno jakiś skryty „samochodziarz”, sponsorowany przez jakąś markę. Niestety nie, ale jeśli czyta mnie ktoś z marketingu fajnej marki, to może byłby tak uprzejmy…? Swojego samochodu musiałem się niestety pozbyć pięć lat temu (i jakoś żyję).

W ogóle pewną znamienną cechą tych dyskusji jest kompletny brak umiejętności oddzielania od siebie poszczególnych wątków i traktowanie całej rozmowy kompleksowo. Nie zgadzam się z jedną tezą? To z automatu nie wypada się zgodzić z innymi.

Odbyłem kilka dni temu ciekawą wymianę poglądów z pewnym człowiekiem na Twitterze, który uparcie argumentował, że obowiązek jazdy w kasku zniechęca część potencjalnych użytkowników do jazdy na rowerze. Do kwestii badań, na których oparta jest ta teza jeszcze za moment wrócę, ale interesujące jest również coś innego.

Mam bowiem wrażenie, że w wielu kwestiach jesteśmy zakładnikami pewnych dogmatów, które niejako z góry unieważniają inne aspekty tej samej sprawy. Dokładnie jak w tym wspomnianym na wstępie cytacie z Saramonowicza: nie możemy dyskutować, musimy się opowiedzieć. W tym przypadku, jeśli opowiadamy się za zwiększeniem liczby ludzi korzystających z rowerów, nie powinniśmy w ogóle rozmawiać o ich bezpieczeństwie, bo jeszcze część z nich zniechęcimy do tego pomysłu.

Rozwiązania trzeba wypracować

Przyznaję rację (czy ktoś mógłby przy okazji ogarnąć mi bezalkoholowego Żywca w Żabce, bo wiecie… trochę wstyd przed Ryśkiem), że narzucenie obowiązku jazdy w kaskach wszystkim rowerzystom to poniekąd wylewanie dziecka z kąpielą. I całkiem spore ryzyko dla przetrwania idei rowerów miejskich, które przecież funkcjonują w oparciu o decyzje użytkowników, podejmowane ad hoc. Nie sposób chodzić nieustannie z kaskiem pod pachą, bo być może w którymś momencie potrzeba i okoliczności skłonią nas do skorzystania z roweru.

Ale to wcale nie oznacza, że ideę obowiązku jazdy w kasku powinniśmy w całości porzucić, bo – jak „argumentują” niektórzy dyskutujący – „będzie to powód do wystawiania mandatów staruszkom”. Może powinniśmy ją po prostu gruntownie przemyśleć i jasno określić okoliczności, w których stosowanie kasku powinno być obowiązkowe, a w których nie. Łatwiej jednak jest wylać wiadro pomyj na autora takiego pomysłu, niż podjąć z nim próbę merytorycznej dyskusji. Właściwie pod byle pretekstem. Chociażby takim, że użył zdania w trybie oznajmującym, zamiast uprzejmego pytania, czy może wyrazić swój pogląd i zaprosić do wymiany myśli. OK. Z pewnością forma również ma znaczenie, ale mimo wszystko wydaje mi się, że bardziej powinniśmy się skupić nad treścią.

Zakładnicy danych bez odniesienia

Wspomniałem o badaniach, na które powołuje się wielu dyskutujących. Osobiście mam wątpliwości, czy aby na pewno wszyscy je czytali przed wklejeniem linków w komentarzach, ale zostawmy to. Interesujące jest (znowu) coś innego.

Znakomita większość tych badań realizowana była w drugiej połowie lat 90., a od tego czasu sytuacja na drogach zmieniła się diametralnie. Między rokiem 1990 a 2017 liczba samochodów w Polsce się potroiła. Obecnie na 1000 mieszkańców naszego kraju (wliczając w to również dzieci) przypada około 600 pojazdów (co polecam przy okazji do sztambucha tym wszystkim, którzy uważają, że kierowcy i rowerzyści to zbiory rozłączne). W innych krajach, gdzie realizowane były te badania, rozwój nie był aż tak dynamiczny jak u nas, ale również następował. Na drogach jest najzwyczajniej w świecie gęściej.

Druga rzecz, na którą warto zwrócić uwagę, to stosunkowo niewielkie próby, na których były realizowane owe ankiety. Gdzieś mignęła mi informacja, że w przypadku Australii w którejś z ankiet do pracy naukowej na ten temat uzyskano odpowiedzi od ok. 400 osób. Nie mam pojęcia, w jakim stopniu była to reprezentatywna próba dla całego społeczeństwa, ale raczej traktowałbym te wyniki z dystansem, pamiętając również o tym, że z zasady czym mniejsza próba, tym większy tzw. błąd statystyczny. Z traktowaniem ich jako źródła prawd objawionych o negatywnych konsekwencjach używania kasków byłbym bardzo ostrożny. Tym bardziej, że i same kaski przez trzy ostatnie dekady uległy sporej ewolucji.

Kiedyś w Warszawie będzie Amsterdam

Ale najpoważniejszym błędem, jaki popełniają wszyscy negujący konieczność używania kasków, jest opieranie się na tego typu badaniach, abstrahując jednocześnie od wszelkich innych uwarunkowań, które dla uproszczenia można określić jako społeczno-kulturowe.

Pasjami uwielbiam przytaczany tu i ówdzie argument, że w takim np. Amsterdamie czy Kopenhadze ludzie w większości jeżdżą bez kasków i jakoś dają radę. Pełna zgoda (tu żegnam się z kolejnym piwem). Tylko czy ktoś mógłby się ze mną podzielić informacją, ile w takiej Holandii lub Danii zatrzymano praw jazdy za przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym o 50 km/h? Bo w Polsce ponad 12,5 tysiąca (sic!). Tylko w wakacje (sic!). I to są tylko przypadki złapane (sic!).

W większości znanych mi centrów dużych europejskich miast obowiązują tzw. „strefy 30”. Na ogół przestrzegane, bo też w większości europejskich krajów ustanowione prawo jest z reguły traktowane jako umowa między obywatelami, która jest przez nich zazwyczaj respektowana. Zdarzają się oczywiście wyjątki, bo nigdzie na świecie społeczeństwa nie składają się wyłącznie z dobrych ludzi. Ale też w niewielu miejscach wyjątkami są ci, którzy respektują przepisy. A u nas to właśnie jest niestety ponura codzienność.

Urzeka mnie zatem przykład Amsterdamu, ale pozwolę sobie do niego wrócić, jak już po naszych miastach zaczniemy jeździć maksymalnie 30 km/h. Zaczniemy, a nie: jak kierowcy zaczną. „Zacznijmy od siebie”, a nie od kierowców czy od rowerzystów, bo w znakomitej większości wypadków zaliczamy się do jednych i drugich.

Powtórka z rozrywki

Komentując tę awanturę użyłem porównania z sytuacją, z którą mieliśmy do czynienia pod koniec ubiegłego wieku, gdy wprowadzano obowiązek jazdy w zapiętych pasach i używania świateł do jazdy dziennej. Wklejam go poniżej, bo uważam, że jest to w pewnym sensie analogiczna sytuacja.

Różnica polega jednak na tym, że wówczas jeszcze jako tako potrafiliśmy z sobą rozmawiać, więc na większość ówczesnych problemów znalazło się jakieś rozwiązanie. Dzisiaj potrafimy się niemal wyłącznie wzajemnie obrażać, a meritum sprawy pozostaje nietknięte. Jak rowerzyści ginęli na drogach, tak giną. W tym roku już prawie jedna osoba dziennie. A my się kłócimy o to, że ktoś użył niewłaściwego słowa lub napisał zdanie w nieodpowiednim trybie.

Zaiste, bardzo nas to przybliża do rozwiązania problemu. Ale najważniejsze, że na koniec będziemy mieli rację. O ile tylko opowiemy się po właściwej stronie.

Foto: Flickr.com / Diccon Lowe

W miejski rower też trzeba umieć

Kilkanaście dni temu operator krakowskiego roweru miejskiego Wavelo ogłosił wycofanie się z umowy z miastem na utrzymanie systemu. Dlaczego w Krakowie nie udało się to, co z powodzeniem działa w innych miastach?

Ci, którzy mnie trochę znają wiedzą, że mam na pieńku z Krakowem. Na ogół się z tego śmieją (ja również), ale faktycznie coś jest na rzeczy. Nie polubiłem się z tym miastem, choć gdy kilka lat temu los mnie tu przygnał byłem pełen nadziei, że okaże się fajnym miejscem do życia. Nieszczególnie to się udało i bynajmniej nie chodzi wyłącznie o smog. Powodów jest znacznie więcej.

Być może najważniejszym jest ten, że znakomitą większość mojego dorosłego życia spędziłem w Warszawie, obserwując przez ponad dwie dekady zmieniające się miasto, w którym wciąż tkwię, zarówno mentalnie, jak i fizycznie, spędzając tam zwykle większą część tygodnia. Owszem, Warszawa też ma sporo za uszami, rozwija się w wielu obszarach bardzo chaotycznie, uległa betonozie i pozwoliła się zdominować deweloperom, którzy zabudowują dosłownie każdy skrawek wolnego terenu. Ale jednocześnie w bardzo wielu obszarach zmienia się mocno na korzyść mieszkańców. Do Berlina, który nawet przy zakupie biletu na metro informuje: „Weil Wir Dich Lieben” (Ponieważ Cię kocham), wciąż Warszawie daleko, ale konsekwentnie zmierza w tę stronę, stając się z roku na rok miastem coraz bardziej przyjaznym mieszkańcom. „Zakochać się w Warszawie” wcale nie jest trudno.

Po kilku latach pomieszkiwania w „Magicznym Krakowie” mam taką obserwację, że to jest bardzo fajne miasto, ale z fatalnie zaprojektowanym user experience. Objawia się to na różne sposoby, ale w moim przypadku najczęściej doświadczam tego w obszarze komunikacyjnym. O ile bowiem większość znanych mi miast czyni ciągłe starania w celu poprawy komunikacji i usprawnienia ruchu w mieście (a niektóre zaczynają coraz głośniej mówić o jego ograniczeniu), o tyle Kraków całkowicie skapitulował przed kierowcami.

Jest to sprawa o tyle ciekawa, że swego czasu był bodaj pierwszym miastem, które praktycznie wyłączyło ruch w dość szeroko rozumianym centrum. Od tej pory minęły już jednak dobre dwie dekady, liczba samochodów w mieście lawinowo wzrosła, a w systemie pojawiło się tyle dziur i wyjątków, że przy odrobinie szczęścia można dzisiaj bez większego problemu wjechać autem nawet na Rynek. Niedawno miałem okazję jechać przez strefę teoretycznie wyłączoną z ruchu Uberem. Kiedy zapytałem kierowcę czy aby na pewno może tędy jechać, spojrzał na mnie tak, jakbym przed chwilą przybył z Matplanety.

Żeby lepiej zrozumieć na czym polega nietypowe krakowskie user experience, polecam udać się w okolice jakiegoś remontu. Daleko nie szukając: jakiś czas temu była remontowana ulica w mojej okolicy, o czym mieszkańców i kierowców z wyprzedzeniem poinformowano. Ale kiedy ma się rozpocząć remont? Jak długo potrwają utrudnienia? Who cares!? Kraków jest „magiczny”, więc pewnego dnia remont się po prostu zacznie, po co drążyć temat… O zmianach organizacji ruchu i np. odwróceniu kierunku jazdy na którejś z licznych jednokierunkowych uliczek większość kierowców dowiaduje się dopiero wtedy, jak zauważa, że wszystkie znaki są odwrócone…

Całkiem ładna tablica z zupełnie bezużyteczną informacją, czyli Kraków w pełnej krasie 😉

No dobra, ale miało być o rowerach, więc zmierzajmy do brzegu, choć te didaskalia wydają mi się dość istotne, żeby zrozumieć istotę problemu.

Otóż kilkanaście dni temu spółka, która obsługiwała w Krakowie Wavelo, czyli system roweru miejskiego, poinformowała o wycofaniu się z umowy z miastem. Umowy o tyle nietypowej w skali kraju, że w Krakowie miasto za system praktycznie nic nie płaciło. Złotówka miesięcznie za rower (czyli 1500 zł, bo rowerów w systemie było 1,5 tysiąca) i przerzucenie wszystkich kosztów na operatora systemu – tego nie wymyślono nawet w równie oszczędnym Poznaniu. Czy mogło się udać? Nie sądzę.

Nie wiem, jakich kalkulacji dokonano w zarządzającej systemem spółce BikeU i na jakich założeniach zbudowano model biznesowy tej działalności (jak ktoś ma ochotę nieco bardziej zgłębić temat, to polecam fachowe opracowanie tutaj). Ale moim zdaniem nie mogło się to udać z jednego zasadniczego powodu.

Przy konstrukcji oferty dla korzystających z systemu przyjęto całkowicie błędne założenie, że rower miejski jest tanią formą rekreacji, w związku z czym ludzie będą chcieli korzystać z rowerów i spędzać na nich dużo czasu choćby po to, żeby za jego pomocą zwiedzać miasto. Niewykluczone, że ktoś wyszedł tutaj z założenia, że skoro Kraków jest odwiedzany rocznie przez ponad 13 milionów turystów, czyli ponad 15-krotność liczby mieszkańców miasta, to właśnie oni będą główną klientelą tego systemu.

Jeśli tak, to zupełnie pokpiono sprawę na etapie realizacji aplikacji dla systemu, bowiem ta z punktu widzenia jednorazowego użytkownika była zupełnie nieintuicyjna i wręcz zniechęcała takich krótkoterminowych użytkowników do włączenia się w system (znowu kłania się UX – również w obszarze samego korzystania z systemu i mechanizmu wypożyczania roweru – istny koszmar). Ofertę zbudowano bowiem na modelu abonamentowym. Teoretycznie atrakcyjnym cenowo (np. za 25 zł. miesięcznie do wykorzystania było aż 90 minut jazdy na dzień), ale w istocie całkowicie sprzecznym z podstawową ideą roweru miejskiego.

Rzecz w tym, że celem korzystania z roweru miejskiego nie jest sama jazda na rowerze, tylko uzupełnienie systemu transportu publicznego o łatwo dostępny środek lokomocji, możliwy do wykorzystania na krótkich odcinkach w razie nagłej potrzeby. Chcesz podjechać 500 metrów – łapiesz rower, wsiadasz, jedziesz, odstawiasz i załatwiasz swoje sprawy.

Dlaczego tam, gdzie działa Veturilo, wystarczających jest 20 darmowych minut dziennie (wg danych za 2017 rok średni czas wypożyczenia roweru w Warszawie wyniósł 21 minut i 12 sekund), a w Krakowie, gdzie do pokonania są teoretycznie mniejsze odległości, niewystarczająco atrakcyjne okazuje się aż 60 bezpłatnych minut dziennie, dostępne w ramach najtańszego abonamentu? Dlaczego w pełnym turystów Krakowie w rekordowym dniu wypożyczono 8245 rowerów, a w niespełna trzy razy większej Warszawie 15 kwietnia 2018 roku zanotowano blisko 50 tysięcy wypożyczeń w ciągu doby?

Pułapka tkwi właśnie w modelu abonamentowym, który działa zasadniczo tylko wtedy, kiedy osoba płacąca stały abonament ma poczucie jego wykorzystania. Każda forma usługi, oferowanej w modelu subskrypcyjnym działa tylko wtedy, gdy płacący ma wrażenie, że wykorzystuje więcej, niż płaci. Kupując abonament Netflixa ludzie często przeliczają go na wartość biletów do kina i czują się zaspokojeni, gdy obejrzą 2-3 filmy, bo wówczas wartość opłaconej usługi w jakiś sposób im się równoważy. Dla odmiany: korzystający ze Stravy Summit często dezaktywują usługę premium w zimie, kiedy mniej jeżdżą na rowerze i przywracają ją z powrotem wiosną.

Model abonamentowy działa tak naprawdę tylko wtedy, gdy jego użytkownicy mają poczucie, że są w stanie wykorzystać usługę, za którą zapłacili. W wariancie, oferowanym przez Wavelo, mieliby to poczucie tylko wtedy, gdyby jeździli co najmniej godzinę dziennie.

W Krakowie dostaliśmy więc źle zaprojektowany i jeszcze gorzej wykonany system roweru miejskiego, któremu zaszkodziła nie tyle konkurencja ze strony elektrycznych hulajnóg (a tak brzmi oficjalna wersja operatora), ile cała masa błędów, popełnionych na etapie projektowania i realizacji usługi. (Chociaż trzeba uczciwie oddać, że Wavelo miało jedną przewagę nad wszystkimi innymi rowerami miejskimi: wał napędowy, zastępujący łańcuch – zmorę Veturilo).

W tym momencie ktoś mógłby zapytać: dlaczego właściwie czepiam się Krakowa, skoro tak zaprojektowany system nie sprawdziłby się tak naprawdę nigdzie? Otóż moim zdaniem nigdzie indziej nie dopuszczono by do jego powstania.

Tu wracamy do tego, co na własny użytek często nazywam „fasadowością” Krakowa. „Magiczny Kraków” (tak brzmi oficjalny claim miasta) dość dobrze oddaje jego charakter, oparty w dużej mierze na tworzeniu iluzji jakiegoś działania. Decydując się na rozwiązanie, w którym funkcjonowanie całego systemu spoczywało wyłącznie na jego operatorze, miasto upiekło dwie, a właściwie trzy pieczenie na jednym ogniu: nie poniosło właściwie żadnych kosztów, uniknęło jakiejkolwiek odpowiedzialności i stworzyło iluzję posiadania systemu roweru miejskiego, który w niewielkim stopniu (jeśli w ogóle) odpowiadał na potrzeby komunikacyjne miasta.

I tu jest clou całego problemu, związanego z systemami rowerów miejskich: miasta inwestują w nie przede wszystkim po to, żeby chociaż częściowo rozwiązać własne problemy transportowe i odciążyć swoje ulice z prywatnych samochodów. Płacąc operatorom za utrzymanie systemu, formułują jednocześnie pewnego rodzaju oczekiwania. System, pozostawiony w całości w gestii operatora, jest siłą rzeczy zakładnikiem jego interesu ekonomicznego. Skutki? Właśnie widzimy.

W bezpośrednim sąsiedztwie warszawskiej Galerii Mokotów jest zlokalizowanych 60 stojaków na rowery Veturilo. To oznacza 60 szans na to, że do galerii przyjedzie mniej samochodów (rzecz jasna tylko szans, bo czy faktycznie ludzie skorzystają z roweru to zupełnie inna sprawa). Do niedawna najbliższy stojak w okolicy otwartego 2 lata temu w Krakowie centrum handlowego Serenada znajdował się jakieś 500 metrów od niego. Od jakiegoś czasu jest bliżej. Pomieści 10 rowerów.

Ot, różnica.