Małą łyżeczką też można się najeść. Polskie kolarstwo woli się zadławić

Polskim kolarstwem od lat rządzi mania wielkości: silna potrzeba budowania wszystkiego z wielkim rozmachem. W myśl staropolskiego „zastaw się, a postaw się”. Tymczasem najwięcej do zrobienia jest wciąż na poziomie fundamentów. Najbliżej siebie, gdzie nie wymaga to wielkich nakładów i logistyki. Ale tego unikamy, bo to na nikim nie robi wrażenia. Chociaż bez tego trudno w ogóle funkcjonować.

Od kilku tygodni obserwuję dyskusję, jaka narasta wokół decyzji szefa CCC o wycofaniu się ze sponsorowania kolarstwa. Zresztą „dyskusja” to w tym miejscu słowo mocno na wyrost, bo częściej przybiera ona postać gorzkich żali, że oto „kończy się w polskim kolarstwie jakaś epoka”, „pryska sen o potędze”, „kończą się marzenia” i tak dalej. Można w tym miejscu właściwie wstawić dowolne zdanie, które tym większy zyska poklask, czym bardziej dokopie panu Miłkowi, który – w zależności od aktualnej potrzeby lub kondycji psychicznej komentującego – przybiera postać albo zbawcy polskiego kolarstwa, albo żerującej na nim hydry, której czym prędzej trzeba odciąć łeb.

No cóż. Mogę się mylić, ale nie kojarzę żadnego wyroku, który by pana Miłka skazywał na obowiązek inwestowania w kolarstwo, więc na własne potrzeby przyjmuję założenie, że czynił to z własnej i nieprzymuszonej woli. Bo chciał, bo lubił, bo uważał, że można na tym zarobić, albo ktoś mu podpowiedział, że to świetny sposób budowania rozpoznawalności marki. Żaden z wyżej wymienionych powodów nie jest – wedle mojej najlepszej wiedzy – nielegalny, więc każdy był tak samo dobry, żeby się w to angażować.

Nie mnie więc oceniać jego intencje i nie sądzę, żeby ktokolwiek inny miał do tego wystarczająco dobry mandat. Nie czuję się również upoważniony do wytykania komukolwiek błędów, bo ten biznes – jak zresztą każdy inny – to spory poligon doświadczalny, na którym nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Z mojej perspektywy polskie kolarstwo dostało przez te wszystkie lata to, na co kompletnie nie zasłużyło: mecenat prywatnego inwestora, który widział w tym sporcie duży potencjał do rozwoju, zarówno ludzi, którymi się opiekował, jak i własnej firmy, która za to płaciła.

Wywołany koronawirusem kryzys pokazał, że był to kolos na glinianych nogach. Potwierdziła się zresztą znana od dawna prawda, że wydatki na marketing i promocję są pierwszymi, które tnie się w trudnych czasach. Nihil novi. Ta sytuacja zresztą w ogóle nie powinna nikogo dziwić, bo na wątłych fundamentach oparte jest całe polskie kolarstwo, od lat zresztą trzymające się w swojej części instytucjonalnej tylko siłą woli i życzliwej bezradności prezesa Rybaka. Ten z jednej strony chciałby po latach odzyskać swój dług, ale jednocześnie niekoniecznie chce być zapamiętany jako grabarz PZKol. Moim zdaniem nie ma się czego obawiać, bo kolejka do tego mało zaszczytnego miana jest długa.

Rzecz w tym, że tak jak polskiego kolarstwa w żaden sposób nie uratowały pieniądze CCC (choć przez chwilę było miło, nawet bardzo), tak nie uratuje go nikt inny, dopóki nie zrozumiemy, że nie da się budować żadnej trwałej wartości w sporcie bez solidnych fundamentów. A tych w kolarstwie po prostu nie ma. I nie zmienią tego nawet cysterny Orlenu z potężnymi przelewami, jeśli w ogóle kiedykolwiek przyjadą. Owszem, może byłoby trochę więcej kasy na szkolenie, może udałoby się wyłowić i wychować jakiś olimpijski talent, może nawet zdobyć medal. Ale każdy kolejny, nawet najmniejszy kryzys chwiałby tą wątłą konstrukcją w prawo i lewo. I po każdym – odpukać – upadku, trzeba by się podnosić od nowa: znowu pakować furmanki pieniędzy, znowu szukać talentów i tak w kółko.

Moim zdaniem głównym problemem polskiego kolarstwa jest mania wielkości: trudna do uzasadnienia, ale bardzo silna potrzeba budowania wszystkiego od razu z wielkim rozmachem, żeby wielkimi wartościami zrobić wrażenie na potencjalnych sponsorach. W myśl staropolskiego: „zastaw się, a postaw się”. Jak organizować wyścig, to najlepiej, żeby go od razu wpisali do kalendarza UCI. A potem taki sponsor przyjeżdża na imprezę, widzi garstkę ludzi klaszczących burmistrzowi i zniechęcony liczy w głowie, ile kasy właśnie stracił. Pół biedy, jak się jakaś wzmianka pojawi w lokalnych mediach, to może nie będzie miał do końca poczucia przegranej. Czasem sprawę ratuje lokalna internetowa „telewizja”.

Zabawne jest to, że do wyjaśnienia tego fenomenu stosuje się zwykle argumentację, że przecież w Polsce kolarstwo nie jest tak popularne, jak w Belgii czy we Włoszech, więc nie należy spodziewać się zbyt wiele. Powstaje więc dziwny paradoks: zamiast popularyzować kolarstwo, próbujemy od razu w możliwie największym stopniu zdyskontować dyscyplinę, o której wiemy, że popularna jest u nas raczej średnio. Dziwi mnie, gdy ktoś się dziwi, że to się równie średnio udaje.

Nie mówię rzecz jasna o jeździe amatorskiej, bo to zupełnie inna historia i ze sportem wyczynowym ma niewiele wspólnego. Imprezy dla amatorów to temat na inną opowieść.

Przywołując przykład Włoch, Belgii, Francji, czy innych krajów, w których kolarstwo jest popularne i których reprezentanci rozdają karty w światowym peletonie, bardzo często zapominamy o jednej prostej rzeczy: popularność dyscypliny jest tam wynikiem bardzo wytrwałej pracy u podstaw i mnóstwa systemowych rozwiązań. My chcielibyśmy, żeby popularność kolarstwa stała się powodem, dla którego należy w nie inwestować. A to jest postawienie sprawy na głowie.

Przejrzałem sobie jakiś czas temu kalendarz PZKol za ubiegły rok. W skali całego kraju wyścigów w kategorii juniorów doliczyłem się bodaj 25. Nawet zakładając, że jest ich nieco więcej, bo nie wszystkie są zgłaszane do kalendarza związku, to przyjmując, że sezon trwa u nas 7-8 miesięcy wypadnie nam średnio po 5 wyścigów na miesiąc. Może 7. W 38-milionowym kraju. Jakieś 0,5 wyścigu na województwo.

Dla wyobrażenia sobie skali: ubiegłoroczny kalendarz włoskiej federacji zawiera około 40 zgłoszonych imprez dla juniorów. Ale uwaga: tylko w maju. W całym sezonie naliczyłem ich grubo ponad 200.

Mam świeżo w głowie biografię Pantaniego, ale kojarzę też trochę innych historii wybitnych kolarzy. Zdecydowaną większość z nich łączy jedno: odkąd wsiedli na rower nieustannie się ścigali. Gdyby zapytać starsze pokolenie polskich kolarzy, pewnie opowiedzieliby to samo. Teraz niemal na każdym roku słyszę, że żeby zacząć się na serio ścigać trzeba wyjechać za granicę. O ironio: właśnie teraz, kiedy mamy coraz lepsze szosy…

To zamknijmy teraz oczy i wyobraźmy sobie piłkę nożną, w której drużyna rozgrywa jeden mecz na dwa miesiące i idzie z tym ambitnym planem do sponsora. Wątpię, czy zdążyliby dopić kawę, zanim zostaliby uprzejmie wyproszeni.

Kolejny paradoks polega na tym, że właśnie na tym najbardziej lokalnym poziomie wbrew pozorom jest najwięcej pieniędzy. Tylko trzeba się po nie schylić i nauczyć się jeść małą łyżeczką. Tu się właśnie kłania wspomniana wyżej mania wielkości i pragnienie robienia od razu rzeczy wielkich: zróbmy coś raz, ale z rozmachem. Rzecz w tym, że to tak nie działa.

Tu się przydaje elementarna wiedza z dziedziny marketingu: komunikat staje się skuteczny dopiero wtedy, gdy zostanie wielokrotnie powtórzony. Kiedyś przyjmowano, że skuteczne jest już 6-7 powtórzeń, ale dzisiaj, kiedy wszyscy funkcjonujemy w nieprawdopodobnie dużym szumie reklamowym (tzw. clutterze), albo ta liczba musi być wielokrotnie wyższa, albo komunikat musi nieść z sobą większy ładunek emocji.

Nie bez powodu w wielu dyscyplinach sportowych tak dobrze sprawdzają się rozgrywki ligowe. Nie tylko mobilizują samych uczestników i wzmacniają element rywalizacji, ale przy okazji są również znacznie atrakcyjniejsze dla sponsorów i dużo łatwiej je sprzedać. Przede wszystkim dlatego, że są cykliczne, dzięki czemu komunikat sponsorski ma szansę zostać częściej powtórzony.

Jeśli się pod tym kątem przyjrzeć organizacji kolarstwa na najwyższym poziomie, można znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego ASO i RCS Sport w pewnym sensie „zmonopolizowały” rynek wyścigów. Wykorzystały właśnie powyższy mechanizm, może niekoniecznie tworząc formalną „ligę”, ale oferując swoim biznesowym partnerom określoną cykliczność realizowanych przez siebie wydarzeń. W ten sposób mogą zagwarantować sponsorom, że ich komunikat nie tylko zostanie wyeksponowany określoną liczbę razy i nie tylko wróci do nich w postaci tzw. ekwiwalentu mediowego (który jest miarą wartości, a nie wartością, z czym często jest błędnie utożsamiany), ale że również ich zaangażowanie wróci w postaci realnej sprzedaży. Na koniec dnia przecież każdemu sponsorowi chodzi przede wszystkim o to, by sprzedać więcej tego, co akurat ma do sprzedania.

Na tym najniższym, lokalnym poziomie, działa to dokładnie w taki sam sposób, ale w mniejszej skali. Kiedy więc w zwyczajowej corocznej dyskusji przy okazji Tour de Pologne i okolicznych imprez ktoś wraca z argumentem, że „Lang nam zabiera pieniądze z rynku”, kiwam tylko głową z politowaniem. Nikt niczego nikomu nie zabiera. Po prostu szukacie na niewłaściwym rynku. Pokutujące w wielu miejscach myślenie, że „przecież Orlen u nas też ma stacje benzynowe, więc powinien dawać kasę również na nasze wyścigi”, to zupełne pomieszanie pojęć.

Po pieniądze trzeba się schylać w pierwszej kolejności najbliżej siebie. W tych samych firmach, w których zakupy robią rodziny i znajomi lokalnych zawodników i uczestników lokalnych imprez. To oni są rynkiem i z nimi oraz o nich należy na tym rynku walczyć. Pierwszy zespół Pantaniego też zdaje się sponsorowała miejscowa lodziarnia i supermarket, a wyścigi, na których startował finansowali inni lokalni przedsiębiorcy. Mercatore Uno też nie miało być mesjaszem włoskiego kolarstwa. To firma urosła dzięki sponsoringowi, prawie trzykrotnie zwiększając liczbę sklepów i zwielokrotniając przychody.

Wylewanie frustracji na właściciela CCC wydaje mi się bardzo nie na miejscu. Nie było jego rolą zbawianie dyscypliny, a gdyby nawet – nomen omen – próbował wejść w te buty, daleko by w nich nie zaszedł. Bo w polskim kolarstwie – jak wspomniałem na początku – zupełnie brakuje fundamentów. Bo tak naprawdę pod tym, co nieco na przekór naturze wyrosło i od ładnych paru lat kwitnie na najwyższym światowym poziomie, nie ma żadnego trwałego gruntu. Wypatrujemy następców Kwiatkowskiego i Majki, ale ich nie wyszukujemy i nie rozwijamy. Jeśli już, to objawiają się sami, wspierani pasją rodziców i kilku lokalnych trenerów. Ale systemowo nie robimy z tym nic, poza przepalaniem budżetowych pieniędzy na „szkolenie”, którego efektów nie jesteśmy w stanie nawet solidnie ocenić, bo się po tym szkoleniu w praktyce prawie w ogóle nie ścigamy.

Na koniec małe zastrzeżenie: celowo pewne rzeczy upraszczam, a inne przerysowuję, bo to nie ma być przepis na szarlotkę, ale publicystyczny impuls do przemyślenia pewnych mechanizmów. Jeśli więc ktoś się już w połowie wyrywał ze sprostowaniem: „ale przecież u nas ścigamy się co tydzień!”, to odpowiadam: wspaniale! W takim razie warto podzielić się tymi doświadczeniami z innymi i zachęcić ich do pracy u podstaw. Może wspólnymi siłami w końcu uda się zbudować jakiś solidny fundament. W budowanie czegokolwiek „od góry” raczej nie wierzę.

Foto: Flickr / Sean Rowe

Houston, we have a problem!

Było sarkastycznie, to teraz na poważnie. Pod postami na Facebooku i Twitterze, odsyłającymi do poprzedniej notki o domorosłym naprawianiu kariery Kwiatka, wywiązały się bardzo interesujące i pouczające dyskusje. Bardzo za nie dziękuję, bo na wiele rzeczy otworzyły mi oczy, chociaż nie ukrywam, że kilkoma argumentami jestem raczej przerażony. Postanowiłem wobec tego zebrać to wszystko w jednym miejscu w swoiste Q&A. Nawet, jeśli będzie to wyglądać, jakbym robił wywiad z samym sobą – trudno. Nie będzie to pierwszy przypadek w historii mediów, a ja nie wyjdę z wprawy w gadaniu do siebie 😉 Ale uznałem, że zebranie większości tych rzeczy w jedną całość może komuś jeszcze pomóc spojrzeć na problem z dystansem. Bo wyartykułowany w tych rozmowach wniosek, wbrew pozorom wesoły nie jest.

A zatem…

Czy ja przypadkiem nie odbieram ludziom prawa do wygłaszania opinii na temat kariery Kwiatka? A co, jak komuś się jego kariera nie podoba?

OK. Załóżmy na chwilę, że każdy ma prawo do oceniania karier różnych ludzi, nie tylko sportowców. Czy poszedłbyś do swojego internisty i powiedział mu, że Twoim zdaniem lepiej by się sprawdził jako ortopeda? Jakiej reakcji byś się spodziewał? Albo czy chciałbyś, żeby Cię operował chirurg, któremu właśnie przed chwilą ktoś powiedział, że źle pokierował swoją karierą, bo jako stomatolog byłby bardziej na miejscu? Nie sądzę. Dlaczego zatem wydaje Ci się, że możesz tego typu sądy bez skrępowania wygłaszać w stronę sportowców?

To nie znaczy z automatu, że nie możesz mieć swojego zdania na dany temat. Pytanie tylko, czy każdą opinią musisz się dzielić z całym światem? Spróbuj na głos skrytykować fryzurę własnej żony – przecież masz do tego prawo. A potem pogadajmy…

Sport nie istniałby bez zainteresowania kibiców, którzy kupują produkty sponsorów, albo płacą za oglądanie relacji w tv. W pewnym sensie jesteśmy więc właścicielami zespołów i kolarzy, to chyba mamy prawo krytykować to, w jaki sposób prowadzą swoje kariery?

W pewnym sensie to analogiczna sytuacja do poprzedniej, ale spróbujmy ją odwrócić. Ilu klientów firmy, w której pracujesz, pytasz o to, czy dobrze prowadzisz swoją karierę? Ilu z nich pozwalasz na krytykę (w końcu mają do niej prawo)? Czy wyobrażasz sobie sytuację, w której gdzieś w internecie zbiera się grupa klientów Twojej firmy i bez zażenowania wymienia z imienia i nazwiska ludzi, którzy nie spełniają ich oczekiwań (w tym Ciebie)? Ostatecznie mają do tego prawo, przecież pośrednio płacą Twoją pensję.

Sportowcy powinni mieć na krytykę grubą skórę, przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie ich krytykował, choćby dlatego, że po prostu może. No i przecież nie każda krytyka oznacza hejt.

Przeczytałem ostatnio bardzo mądry wywiad z blogerką Janina Daily, w którym powiedziała niezwykle ważną rzecz, wartą zapamiętania i stosowania: „żadne zdanie, którego nie powiedziałbyś krytykowanej osobie prosto w oczy, nie jest warte opublikowania”. Nie ma znaczenia, czy chowasz się pod nickiem, czy piszesz pod własnym nazwiskiem, bo dla odbiorcy i tak jesteś anonimowy. Jesteś obcym człowiekiem, który próbuje wleźć z butami w czyjeś życie i powiedzieć mu, jak powinien je meblować, żebyś Ty był zadowolony. Zrobisz to face to face? Nie sądzę. Dlaczego więc wydaje Ci się, że możesz to robić w sieci? Na czym polega różnica? Na nośniku? Bo przecież do przekazania jest dokładnie ta sama informacja.

Oczywiście żyję już wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że tak jest i niezwykle trudno z tym walczyć, ale to też nie oznacza, że powinienem się z tym z automatu godzić. Nie godzę się. I nie odbieram nikomu prawa do krytyki. Po prostu uważam, że w większości przypadków tego prawa zwyczajnie nie mamy.

Czyli Kwiatka nie można krytykować, a żelazny argument jest taki, że ludzie się nie znają?

Jako nieskończony filozof ze specjalnością „teoria poznania” odpowiem tak: nie znam przypadku rozwoju wiedzy, który opierałby się na wygłaszaniu zdań oznajmujących. Do wiedzy prowadzi zadawanie pytań. I tak naprawdę do tego powinna się sprowadzać cała dyskusja: do pytania i szukania odpowiedzi. Do stawiania hipotez i weryfikowania ich z rzeczywistością. Tymczasem zdecydowana większość dyskusji ogranicza się do wygłaszania prawd objawionych i mało kto zadaje sobie w ogóle trud zrozumienia, na czym w istocie polega dyscyplina, do krytyki której przypisujemy sobie niezbywalne prawa. I właśnie z tym się nie zgadzam.

Masz prawo mieć własne zdanie na każdy temat, ale zanim wypowiesz je na głos, upewnij się, że oprócz zdania masz jeszcze na ten temat jakąś wiedzę. Tylko tyle.

_____________________________________

W gruncie rzeczy można tak długo, bo zdań w dyskusji padło sporo. Przyszło mi jednak do głowy pewne porównanie, które – tak mi się przynajmniej wydaje – dość dobrze oddaje źródło problemu.

Houston, we have a problem: pomieszaliśmy rzeczywistości. Przestaliśmy w sportowcach widzieć ludzi, których chcielibyśmy naśladować. Widzimy w nich wyłącznie awatary, którymi próbujemy zarządzać w jakimś globalnym sport-managerze. To my chcemy ustalać im strategie, wybierać składy, wyznaczać zadania i kreślić ścieżki kariery. I zmieniać je, kiedy nam się „nie podobają”.

Problem w tym, że nasze wyobrażenia na koniec dnia weryfikuje rzeczywistość. I pretensje wygłaszamy również w stronę rzeczywistości: prawdziwych ludzi, którzy mają prawdziwe uczucia i wykonują rzeczywistą, nieprawdopodobnie ciężką pracę.

My jej nawet nie próbujemy zrozumieć. Po prostu „nie podoba nam się kariera”.

_____________________________________

Foto: A.S.O. – Pauline Ballet

Kariera pod specjalnym nadzorem.

Czasem sobie myślę, że to wielkie szczęście, że w Polsce nie ma jeszcze specjalistycznych studiów z naprawiania kariery Michała Kwiatkowskiego, bo w lipcu drukarnie nie nadążyłyby z produkcją dyplomów. Nie mam też pojęcia, kiedy prezydent jeździ na wakacje, ale na wszelki wypadek nie powinien wówczas nic planować na lipiec, bo na bank byłoby też do wręczenia parę tytułów profesorskich. W lipcu bowiem na kraj spływa oświecenie i niemal wszyscy wiedzą: jak wyciągnąć kleszcza, jak fachowo rozstawić parawan i do jakiego zespołu powinien niezwłocznie przejść Michał Kwiatkowski, którego praca na rzecz liderów INEOS jest niegodna polskiej racji stanu.

Nie wiem, czy istnieje druga taka dyscyplina, w której sportowiec byłby poddawany krytyce za to, że perfekcyjnie wykonuje swoje zadania? Serio, nie potrafię sobie wyobrazić. Widziałem już gromy, sypiące się na sportowców po przegranych zawodach i choć nie akceptuję pojawiającego się wówczas hejtu, to jestem w stanie jakoś zrozumieć niezadowolenie. Ja co prawda wzruszam wówczas ramionami, bo bez względu na to, jak wysoko i z jakiego powodu przegrała moja ulubiona drużyna, nie ma to najmniejszego wpływu na moje życie; w najgorszym wypadku popsuje mi na chwilę humor. Ale rozumiem, że są ludzie, którzy się w te sprawy angażują mocniej i przeżywają to głębiej, posuwając się do mało parlamentarnych form ekspresji swojego niezadowolenia. Trudno, nobody’s perfect. Ale w sytuacji, w której sportowiec realizuje to, co do niego należy? Nie pojmuję. Tymczasem w kolarstwie zdarza się to notorycznie.

Bywa, że jak chcę się maksymalnie zdołować, zerkam sobie w komentarze pod moimi tekstami. W gruncie rzeczy nie powinno się tego robić bez opieki terapeuty, ale czasem podejmuję ryzyko. Pal już licho te teorie o „wyścigach równoległych”, ale niedawno dowiedziałem się z takiego komentarza, że nie rozumiem duszy kibica, bo ów chciałby „kibicować polskim kolarzom, ale pomagierów nie liczy”. No cóż. Istotnie nie rozumiem. Tak samo jak nie rozumiem tego, dlaczego w autobusie nie możemy wszyscy siedzieć obok kierowcy? Przecież stamtąd jest lepszy widok i jak ktoś się nie załapuje, to z pewnością jest frajerem.

Czym dalej w las, tym robi się ciekawiej, bo jak już spłynie cała pierwsza fala pomyj, że „polski mistrz świata hańbi nasze barwy, pozwalając obcym na to, żeby się nim wysługiwali” (tej duszy kibica bardzo współczuję, bo musiała strasznie cierpieć), to do głosu dochodzą wspomniani na wstępie doktoranci od naprawiania kariery Michała. I tu się zaczyna długa litania pomysłów, co powinien zrobić Michał, na jaki zespół zamienić INEOS i dlaczego na CCC Team.

Tu mała dygresja: dawno, dawno temu, jeszcze w czasach, kiedy świat był dużo lepszy, bo nie było na nim Facebooka, Twittera i wielu innych miejsc, w których ludzie nieskrępowanie chwalą się swoją głupotą, pewna moja znajoma prowadziła dość popularnego bloga, zresztą jednego z pierwszych, które powstały w rodzącej się dopiero tzw. blogosferze. Pewnego dnia podzieliła się na nim informacją, że właśnie została „zrestrukturyzowana” i musi budować swoją karierę poza organizacją, która do tej pory płaciła jej pensję. Ludzkość ruszyła na pomoc, najczęściej dzieląc się dobrą radą: „załóż firmę!”. „No dobra, ale JAKĄ?” – dopytywała. „Najlepiej jakąś dobrze prosperującą” – otrzymała w odpowiedzi.

Mniej więcej taką samą wartość mają „porady”, adresowane w stronę Michała, że powinien się rozglądać za nową ekipą. Mnie osobiście najbardziej rozbawia argumentacja, wedle której Michał musi natychmiast zmienić zespół na taki, w którym znajdzie nareszcie „bezpieczną przystań”, „należny szacunek” i byłaby to wreszcie drużyna „zbudowana pod niego”. W tym kontekście najczęściej pojawia się oczywiście CCC Team.

Zostawmy na boku pewne zakrzywienie czasoprzestrzeni, z którego wynika, że Michał poszedł do INEOS po to, żeby przeczekać trudny okres w swojej karierze do momentu, aż na białym koniu przybędzie Dariusz Miłek, żeby go uratować i stworzyć zespół, wymarzony dla realizacji celów Kwiatkowskiego. To, że CCC Team powstało jakieś dwa i pół roku po tym, jak Kwiato rozpoczął jazdę w SKY, nie może mieć przecież większego znaczenia, bo kiedy trzeba ratować nasz narodowy skarb, to kto by się przejmował takim drobiazgiem, jak chronologia zdarzeń…

Odłóżmy też na moment romantyczne pragnienia, aby w końcu polska drużyna jeździła w World Tourze z polskimi kolarzami, bo te marzenia akurat jestem w stanie zrozumieć, z zastrzeżeniem, że traktujemy je jako cel, do którego w pewnej perspektywie konsekwentnie dążymy. Oraz z zastrzeżeniem, że projekty, budowane na dumie narodowej nie zawsze przynoszą oczekiwane rezultaty, o czym powinna nas uczyć chociażby ledwie 10-letnia historia Teamu Katusha, którego przyszłość wisi właśnie na włosku (i za którego sukcesy odpowiadają w największym stopniu – o ironio! – Norweg i Hiszpan).

Nader często zapomina się też o takim drobiazgu, że sam Kwiatkowski jest po prostu typem faceta, skoncentrowanego w 100% na realizacji zadania. I co ważniejsze: zadania, związane z wynikiem zespołu, są dla niego zawsze priorytetowe. Bywa, że pokrywają się z jego własnymi ambicjami (jak np. walka o zwycięstwo w Tour de Pologne), ale bywa też, że te cele są zupełnie różne – jak w tej chwili w Tour de France. Rozmawiałem z nim o tym dość długo w ubiegłym roku i w tej kwestii był i jest absolutnie jednoznaczny: celem jest wygrana drużyny, bo na tym przecież polega ten sport.

Zasadniczy problem polega na tym, że drużyny kolarskie buduje się nie po to, żeby zapewnić bezpieczną przystań kolarzom, ale po to, żeby wygrywać wyścigi. I buduje się je w taki sposób, żeby zapewnić właścicielom i sponsorom możliwie najwięcej wygranych. Myślę, że żaden odpowiedzialny dyrektor sportowy nie wziąłby na siebie ryzyka wydawania fortuny na gwiazdę i budowania wokół niej zespołu, tylko po to, żeby spełnić marzenia kibiców. Drużyny sportowe buduje się najczęściej w taki sposób, żeby mieć możliwie najwięcej dostępnych wariantów zestawienia składów na różnego rodzaju wyścigi (czasem rozgrywane w tym samym czasie), przy dodatkowym uwzględnieniu ryzyka, że każdy z członków zespołu może w każdym momencie ulec kontuzji, zachorować, albo z dowolnego innego powodu być w słabszej dyspozycji. Fajnie, jak zespół ma w szeregach gwiazdy, ale drużyna sportowa to nie boys band, w którym wszyscy mają fajnie wyglądać i wywoływać mdlenie fanek. Tutaj wszyscy, z liderem włącznie, mają po prostu do ostatniej kropli potu zasuwać, żeby zrealizować zadanie. A jak lider upada i trzeba go wsadzić na rower, to nie myśli się o narodowej dumie i cierpieniach duszy kibica, tylko o upływających sekundach, bo w tym sporcie na końcu chodzi o to, żeby ich bilans na mecie był ujemny.

Od kilku dni krążą plotki o tym, że z drużyną INEOS wita się powoli zwycięzca tegorocznego Giro, Richard Carapaz, na co część kibiców reaguje gromkim „Michał! Uciekaj!”. Zupełnie jakby ludzie w INEOS nie mieli nic lepszego do roboty, tylko szukali metody na utrudnienie Kwiatkowskiemu życia. Drobiazg, że jeszcze do końca nie wiadomo, ile potrwa rekonwalescencja Froomiego i w jakiej formie (i kiedy) wróci na rower. Grunt, że można Michałowi rzucić pod nogi kolejną kłodę. Tak przynajmniej widzi problem większość profesorów od kariery Kwiatkowskiego (o którą jak dotąd nic nie robili, ale są gotowi z zapałem ją reperować), którzy przy okazji zupełnie zapominają, że Kwiato poszedł do SKY z własnej woli i z jasno określonymi celami: zdobywaniem doświadczeń i pracy nad tym, by kiedyś stanąć na starcie Tour de France jako jeden z liderów drużyny. I moja osobista dusza kibica wierzy, że w końcu uda mu się to zrealizować.

Zdaję sobie sprawę, że jesteśmy wszyscy mocno przyzwyczajeni do traktowania sportu w kategoriach narodowościowych i kolarstwo pod tym względem jest dyscypliną dość trudną do zrozumienia. Ale w gruncie rzeczy niczym specjalnie się nie różni od klubowej piłki nożnej. Czy ktoś kiedyś miał pretensje do na przykład Łukasza Piszczka, że był obrońcą w Borussii, a nie napastnikiem w Legii? Przecież na tej pozycji miałby większe szanse na strzelanie bramek. OK, może oczekiwania wobec Piszczka są mniejsze, bo nie był wcześniej mistrzem świata. Ale nie sądzę, żeby to był ten powód.

Może więc faktycznie dusza kibica kolarstwa jest inna od duszy piłkarskiej? Może ja faktycznie jej nie rozumiem? I co to będzie, jak podczas Tour de Pologne w roli liderów swoich drużyn wystąpią Kwiatkowski i Majka? Co wówczas zrobi dusza kibica? Kogo z nich uzna za „pomagiera” i pominie?

Na koniec jedna ważna uwaga: nie chodzi o to, że nie można na ten temat dyskutować i snuć śmiałych wizji. Ale przed wygłoszeniem po raz tysięczny tej samej opinii warto sobie zadać pytanie, czy ów akt strzelisty, którym radośnie dzielę się w anonimowym komentarzu, wnosi do dyskusji jakikolwiek element wiedzy? Bo jeśli nie, to może warto sobie darować? Po co wrzucać kolejny kamyczek do ogródka, w którym i tak nic nie wyrośnie?

Team (jeszcze) Sky w ucieczce.

To jest właściwie ten moment, w którym z czystym sumieniem mógłbym napisać: „a nie mówiłem?”. Pojawiające się od grudnia pogłoski o rzekomym „końcu” Team Sky może i nabijały portalom trochę kliknięć, ale z rzeczywistością związek miały dość luźny. Swoją drogą… ciekawe, kto pierwszy puścił farbę i spowodował, że ludzie zaczęli węszyć, m.in. w rejestrach Whois, aż w końcu ktoś „odkrył”, że 5 marca zarejestrowano domenę teamineos.com i lawina domysłów ruszyła na dobre?

O tym, że przyszłość drużyny (jeszcze) Team Sky jest niemal na pewno bezpieczna pisałem wcześniej tutaj, więc nie ma powodu, żeby się ponownie zagłębiać w temat. Właściwie jedno pytanie, na które dzisiaj nie znam odpowiedzi, brzmi: jak im się udało załatwić z UCI taką zmianę w trakcie sezonu (drużyna w nowych barwach wystartuje 2 maja w Tour de Yorkshire)? W oficjalnym komunikacie jest wprawdzie mowa o tym, że ten temat wciąż jest przedmiotem dyskusji z UCI, ale nie chce mi się wierzyć, że przynajmniej kierunkowo sprawa nie została już rozwiązana. Faktem jednak jest, że w ostatnich tygodniach sprawy mocno przyspieszyły, bo pierwotnie nowy sponsor miał zostać ogłoszony podczas Tour de France, na który zwrócone są oczy całego kolarskiego świata, ale najwyraźniej sir Jim Ratcliffe nie lubi czekać, aż mu gaz ucieknie z szampana.

Interesująca jest natomiast przyszłość. Nowy sponsor zobowiązał się do kontynuacji od 1 maja wszystkich aktualnych umów z zawodnikami, managementem i obsługą techniczną dzisiejszego Team Sky, ale nie doczytałem się nigdzie informacji, o jakiej perspektywie czasowej myśli Ratcliffe. Być może ten horyzont nie jest w żaden sposób określony, bo z formalnego punktu widzenia to nie jest tradycyjna umowa sponsorska, tylko odkupienie od Sky i 21st Century Fox 100% udziałów w spółce Tour Racing Limited, co pozwala sądzić, że inwestycja jest raczej długoterminowa, a ewentualne wyjście z niej w przyszłości będzie się odbywać na identycznych zasadach, jak miało to miejsce teraz, czyli jako sprzedaż udziałów, co na ogół nie następuje z dnia na dzień. Pod tym względem Michał Kwiatkowski i Michał Gołaś (oraz zatrudnieni w drużynie Marek Sawicki i Jacek Walczak) przyszłość mają raczej zapewnioną.

Zagadką jest natomiast współpraca Dave’a Brailsforda z nowym właścicielem drużyny. Na razie obaj wzajemnie podkreślają swoje wizjonerstwo, co jest wiadomością dobrą i złą jednocześnie. Dobrą, bo jest gwarancją tego, że drużyna będzie nadal inwestować w rozwój i innowacje, podnosząc swoją filozofię „marginal gain” do rangi sztuki. Przy okazji: ten fokus na rozwój będzie najlepszą z możliwych wiadomości dla Michała Kwiatkowskiego, który właśnie na perspektywie stałego rozwoju opiera całą swoją kolarską karierę.

To również informacje dobre dla peletonu: raz, że mogą być przykładem dla innych sponsorów, żeby nie bali się odważnych inwestycji w ten sport, a dwa: dla samych drużyn, które na innowacje Brailsforda i spółki prędzej czy później będą musiały jakoś odpowiedzieć.

Ale ta nowa sytuacja rodzi też pewne ryzyka, związane ze współpracą dwóch wizjonerów: Brailsforda i Ratcliffe’a. Historia zna przypadki, w których dwie silne i charyzmatyczne osobowości potrafiły zbudować przedsięwzięcia o gigantycznej wartości (tu mój ulubiony przykład współpracy Steve’a Jobsa z Johny’m Ive), ale na ogół znacznie więcej jest przykładów na to, że gdy dwie odmienne wizje zaczynają się ścierać, trup wokół ściele się gęsto. Wiele zależy od tego, jak panowie się dogadają i jaką autonomię od nowego właściciela otrzyma Sir Dave.

Czas pokaże, jak się to wszystko ułoży. W każdym razie najbliższe miesiące i (oby!) lata z Team INEOS zapowiadają się z pewnością pasjonująco.

Foto: Alex Broadway / ASO

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Szkoła magii, czyli jak przykleić polską flagę Jankesom…

Prawie siedem miesięcy upłynęło od chwili, gdy świat usłyszał o możliwości pojawienia się polskiej marki CCC w roli sponsora worldtourowej drużyny kolarskiej, a wciąż pojawiają się ludzie, którzy są ciekawi jak do tego doszło oraz – co jeszcze bardziej ich interesuje – w jaki sposób udało się sprawić, że przy nazwie drużyny, powstałej w miejsce BMC, pojawiła się polska flaga, a my dziś swobodnie mówimy o „polskim zespole w World Tourze”.

Nawet, jeśli ktoś przespał ostatnie pół roku, albo po prostu wcześniej zupełnie nie interesował się tym sportem, dobrze, że zadaje pytania. Gorzej, że odpowiedzi, jakie najczęściej słyszy, oparte są w najlepszym wypadku o tzw. „wiedzę nagłówkową”, a bywa, że po prostu wyłącznie o wyobraźnię dyskutujących. Co prawda nie jest wielkim problemem pogmerać chwilę po stronach UCI i zapoznać się bliżej z zasadami, które regulują wszystkie te kwestie, no ale komu by się chciało?

Ja sam przez ostatnie miesiące słyszałem tyle dziwnych wyjaśnień, od: „załatwili polskim cwaniactwem” począwszy, a skończywszy na teorii, że „Ochowicz z wdzięczności za uratowanie zespołu pozwolił Miłkowi używać polskiej flagi”, że postanowiłem w końcu jakoś te wszystkie rzeczy uporządkować i doprecyzować. Bo szukanie prostych odpowiedzi, typu „CCC przejęło BMC” jest może wygodne i proste, ale proste jest również wyjaśnienie, że słońce krąży wokół ziemi, a wszyscy wiedzą, że jest dokładnie odwrotnie. Tutaj jest podobnie. Pora więc obalić kilka mitów i przekłamań.

Zatem: czy CCC przejęło BMC?

Nie. BMC jest marką producenta rowerów, której właściciele po śmierci Andy’ego Rihsa – założyciela marki i inicjatora powołania zespołu BMC Racing Team – postanowili nie inwestować dłużej w drużynę kolarską. Czy sprzedali lub oddali swoje udziały Jimowi Ochowiczowi, czy po prostu poinformowali, że nie będą kontynuować umowy sponsorskiej z należącą do niego firmą Continuum Sports LLC – tego nie wiem (nie dokopałem się do struktury właścicielskiej Continuum Sports), ale to w sumie nie ma większego znaczenia. Ważne jest to, że Jim Ochowicz i Continuum Sports pozostali z ważną licencją dla drużyny World Tour, ale bez głównego sponsora / partnera, który pozwoliłby im kontynuować działalność. BMC poszło w swoją stronę i dziś jest partnerem ekipy Dimension Data. A z Ochowiczem skontaktował się Dariusz Miłek (lub odwrotnie) i obaj postanowili połączyć siły. W każdym razie CCC nikogo nie musiało przejmować.

Czy CCC przejęło licencję BMC?

Też nie. Właścicielem licencji cały czas była firma Continuum Sports LLC, z siedzibą w Kaliforni. I jest nim do dzisiaj. Teoretycznie licencję można scedować na inny podmiot, bo regulacje UCI pozwalają na takie rozwiązanie (gdyby Ochowicz nie dogadał się z Miłkiem, prawdopodobnie musiałby się zdecydować właśnie na sprzedaż licencji), ale to tylko z pozoru jest proste. Ewentualny nabywca odsprzedawanej licencji tak czy inaczej musi przejść całą, niezwykle skomplikowaną i czasochłonną procedurę audytu ze strony UCI, zanim transakcja mogłaby zostać sfinalizowana, a nowa drużyna zaczęłaby jeździć w wyścigach. Znacznie prostszym i szybszym rozwiązaniem było nawiązanie współpracy sponsorskiej między CCC a Continuum Sports. Jedni mieli pieniądze i ochotę na jazdę w World Tourze, drudzy potrzebowali pieniędzy, ale za to mieli w ręku licencję, która spełniała marzenia tych pierwszych. Nie mogli się nie dogadać.

Czy licencja CCC Team musiała zostać zarejestrowana w Polsce, żeby zespół mógł jeździć z polską flagą?

Nie. Zresztą w ogóle nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, bo kto i wobec kogo – nawet czysto hipotetycznie – miałby dokonać takiej „rejestracji”? Polski Związek Kolarski miałby jakoś certyfikować licencję, wydaną przez UCI i należącą do podmiotu, zarejestrowanego w USA? Nonsens. Tym bardziej, że jedynym podmiotem, który jest władny do zarządzania licencjami na jazdę w World Tourze jest właściciel tych rozgrywek, czyli UCI. Związki narodowe w tym aspekcie mają niewiele do gadania (poza tym, że właściciel drużyny, która się stara o wydanie licencji na którąkolwiek z dywizji UCI, musi wcześniej posiadać licencję krajową).

Jakiej sztuczki trzeba było użyć, żeby drużyna, zarejestrowana w USA, jeździła jako „polska” i była oficjalnie oznaczona polską flagą?

Żadnej. Takie sytuacje również regulują przepisy UCI, według których narodowość drużyny kolarskiej może być określona na podstawie jednego z trzech kryteriów:
– kraju siedziby właściciela licencji
– kraju siedziby płatnika licencji (to nie muszą być te same podmioty)
– kraju, w którym do obrotu wprowadzany jest główny produkt sponsora tytularnego drużyny.

Wystarczyło skorzystać z tej ostatniej opcji i w odpowiednim czasie (przed 1 października 2018 r.) zgłosić w UCI chęć występowania w barwach Polski, powołując się na fakt, że to Polska jest tym krajem, w którym firma CCC – docelowo sponsor tytularny drużyny, jeżdżącej z licencją Continuum Sports, wprowadza na rynek swój główny produkt, czyli buty.

Przykro mi. Nie trzeba było niczego po cwaniacku załatwiać. Nie było w tym też żadnego elementu baśni o szlachetnym rycerzu Miłku, który wyratował z opresji Jima Ochowicza, a ten w dowód wdzięczności zgodził się łaskawie, by jego kalifornijską krwawicę podpisywać biało-czerwoną flagą. Panowie po prostu usiedli, sprawdzili wszystkie możliwości, wyłuszczyli swoje propozycje i oczekiwania, a na koniec powiedzieli „deal”, po czym spisali to wszystko na firmowym papierze, podpisali i wysłali do UCI. Bo właściwie… inaczej się to odbyć po prostu nie mogło.

________________________

PS. Jeśli Ci się spodobało i chciałbyś więcej, będę wdzięczny za polubienie i udostępnienie mojej strony na Facebooku – postaram się tam w jednym miejscu zbierać wszystkie ciekawe informacje i materiały, którymi dzielę się tutaj, na Sport.pl, w Facetpo40.pl oraz to, o czym od czasu do czasu zdarzy mi się pogadać na antenie Eurosportu i Weszło.fm. Zapraszam!

Foto kradzione ze strony cccteam.eu, ale mam nadzieję, że się chłopaki nie pogniewają.

Nie, to jeszcze nie koniec.

W cokolwiek by nie grał Dave Brailsford, rozsiewający kontrolowane plotki o potencjalnych nabywcach dzisiejszego Team Sky, do obwieszczenia „końca drużyny” jest jeszcze bardzo daleko. A najprawdopodobniej nie nastąpi to wcale.

Dave Brailsford lubi od czasu do czasu dolać oliwy do ognia, licząc na to, że temperatura dyskusji w sieci na moment się podniesie i prędzej czy później jakiś strzęp informacji dotrze tam, gdzie powinien. Najwyraźniej doskonale orientuje się w tym, jak działają dzisiejsze mechanizmy komunikacyjne, bo skuteczność jego planu wydaje się być stuprocentowa: jeszcze się sezon na dobre nie rozkręcił, a o Team Sky jest nieustannie głośno.

Ma to jednak pewne skutki uboczne: jak się mówi dużo, to nie zawsze wystarczająco precyzyjnie, wiec od czasu do czasu można gdzieś trafić na informację np. o gorączkowym poszukaniu ratunku i budowaniu nowych struktur „na bazie kończącej w tym roku działalność grupy Team Sky”, co jest oczywistą nieprawdą, przynajmniej na chwilę obecną.

Jakiś czas temu pisałem o tym, co leży u podstaw dzisiejszej sytuacji Team Sky i jakie możliwe konsekwencje czekają grupę w tym roku (żadne!). Najwyraźniej pora to trochę rozwinąć.

Mało kto zagłębia się w to, jak zbudowane są drużyny kolarskie, a rozwiązań w tej materii bywa sporo. W przypadku tego, co znamy jako Team Sky mamy po prostu do czynienia ze zwyczajną działalnością gospodarczą, zarejestrowaną w brytyjskim odpowiedniku naszego KRS pod numerem 04078205, pod nazwą Tour Racing Limited. Upraszczając: jest to po prostu spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, która posiada w tej chwili dwóch udziałowców: Sky UK Limited (85% udziałów) i 21st Century Fox Europe Inc. (15% udziałów – dokopałem się danych sprzed dwóch lat, ale chyba niewiele się zmieniło).

Nie znam się zbyt dobrze na brytyjskim prawie gospodarczym, ale nie wydaje mi się, żeby działalność spółki z o.o. można było po prostu „zakończyć”, ponieważ każdy jeden udział posiada określoną wartość, więc puszczenie tychże udziałów po prostu z dymem i obwieszczenie, że od 1 stycznia 2020 roku firma nie funkcjonuje, oznaczałoby dla udziałowców konieczność wpisania tych wartości w straty, a za to każdy menedżer dostałby po uszach. Wyjątkiem jest sytuacja, w której taka spółka przynosi straty (udziałowcy mogą zadecydować o likwidacji firmy w celu ich zminimalizowania), ale to nie dotyczy Tour Racing Ltd, bo z raportów finansowych wynika, że jest na lekkim plusie. W sytuacji, w jakiej znajduje się obecnie Team Sky, udziały Sky UK i 21st Century Fox najprawdopodobniej muszą po prostu znaleźć nowego właściciela.

Ze słów Brailsforda, wypowiedzianych jeszcze bodaj pod koniec ubiegłego roku wynikało, że Team Sky finansowanie na 2020 rok zespół ma zapewnione bodaj w 70%. To by oznaczało, że potencjalni nabywcy udziałów spółki stoją już w kolejce i czekają, aż wyjaśni się kto kupi ile i jaki będzie miał wpływ na los drużyny. Jest wielce prawdopodobne, że trwają jeszcze rozmowy z potencjalnym głównym udziałowcem (sponsorem), ale nie można wykluczyć, że i ta sprawa jest już załatwiona.

W co zatem gra obecnie Dave Brailsford, wypuszczając co jakiś czas kontrolowane plotki o rozmowach: a to z Sylvainem Adamsem z Israel Cycling Academy, a to z Olegiem Tinkoffem, a to z prezydentem Kolubii? Przecież kilkanaście dni temu sam mówił, że pieniądze lubią ciszę, a najważniejszą rzeczą, której oczekują od niego potencjalni partnerzy do rozmowy jest to, żeby trzymał język za zębami.

Moim zdaniem (co podkreślam, bo to tylko moje przypuszczenie) jest to pewnego rodzaju próba wywarcia presji na potencjalnie zainteresowanych, żeby nie czuli się zbytnio skrępowani w szerokim otwieraniu portfeli i grze o możliwie największe udziały, bo w przeciwnym razie do tej gry wejdzie kolejny gracz i cały tort trzeba będzie dzielić na mniejsze kawałki. Mówiąc wprost: są to komunikaty typu: „nie wygłupiajcie się panowie, tylko wypisujcie na czekach większe kwoty, bo w przeciwnym wypadku sprzedam wasze rodowe srebra za hummus i kokę”.

Nie podejrzewam, żeby chodziło o cokolwiek innego, a już na pewno nie jest to sytuacja, w której moglibyśmy mówić o „kończącej w tym roku działalności ekipie Team Sky”. Jestem gotów zrobić co najmniej 100 pompek, gdyby coś takiego nastąpiło, a zaznaczam, że mam bardzo słabe ręce…;)

Foto: M.Czykier (Michał Kwiatkowski i Michał Gołaś na Rynku w Krakowie, start Tour de Pologne 2018)

PS. Gdyby ktokolwiek byłby zainteresowany śledzeniem na bieżąco moich komentarzy o tym, co się dzieje w kolarstwie i wokół niego, zapraszam na moją nową stronę na Facebooku, którą uruchomiłem głównie po to, żeby trochę oddzielić tematy kolarskie od codziennej pisaniny o sprawach wszelkich, którą uprawiam na „prywatnym” profilu. Lub na Twittera, jak kto woli 😉

Sport za czarnym parasolem pana Ly.

Nie będę udawał, że znam się jakoś szczególnie dobrze na piłce nożnej, a jeszcze lepiej na zarządzaniu klubem piłkarskim. Nic z tych rzeczy. Niemniej od ponad dwudziestu lat kręcę się w okolicach zarządzania biznesem, trochę umów w życiu już widziałem, kilka podpisałem. Gorzkie owoce niektórych zbieram do dzisiaj, bo jedna z moich biznesowych przygód zakończyła się dość bolesną porażką. Zdarza się. Ale nie mam problemu ze spojrzeniem w lustro, bo zasłużone baty zbieram sam, a całą przygodę traktuję jako solidną lekcję od życia.

Tymczasem nie mogę się oprzeć wrażeniu, że polski sport w sferze organizacyjnej na wszelką naukę jest dość mocno impregnowany. Kłopot w tym, że skutki tej ignorancji niejednokrotnie spadają na innych: sportowców, trenerów, kibiców, pracowników klubów i tych wszystkich, którzy w sport wkładają z czystej pasji mnóstwo serca i czasu. Oni wszyscy na koniec dnia dostają od działaczy z liścia.

Nie zamierzam tu odtwarzać chronologii zdarzeń w Wiśle, bo napisano na ten temat już tak wiele i stworzono z tego tak mdłą operę mydlaną, że „Klan”, „Dynastia” i „W Kamiennym Kręgu” lada moment będą musiały zewrzeć szyki, by dać odpór tej wiślackiej telenoweli. Skupię się za to na kilku drobiazgach i paru konkluzjach, jakie z nich wynikają, a jak ktoś jest ciekawy całej historii, to polecam do śledzenia twitterowy profil Szymona Jadczaka, który od dość dawna tropi gangsterskie wątki w Wiśle Kraków i który całą tę sprawę zna chyba najlepiej. Szymon stworzył też coś absolutnie genialnego, układając mnóstwo informacji w swoisty ranking, prezentujący „dokonania” wszystkich, którzy przyłożyli rękę do zatopienia krakowskiego klubu. Szczerze polecam – naprawdę mocna rzecz.

W skrócie: 22 grudnia, w lobby pewnego hotelu, z dala od kamer i mikrofonów, sprzedano klub piłkarski Wisła Kraków. Dumnym nabywcą stało się konsorcjum zarejestrowanego w Luksemburgu funduszu inwestycyjnego Alelega, reprezentowanego przez niejakiego pana Vanna Ly, rzekomo członka kambodżańskiej rodziny królewskiej, oraz Noble Capital Partner, brytyjskiego funduszu, reprezentowanego przez pana Matsa Hartlinga. Akuszerem tego kontraktu był niejaki Adam Pietrowski, podający się za piłkarskiego menedżera i legitymujący się zdjęciem ze Zbigniewem Bońkiem. Na temat wiarygodności wymienionych wyżej dżentelmenów nie będę się rozwodził, ponieważ znacznie lepiej ode mnie zrobił to w swoim felietonie Krzysztof Stanowski. Od siebie dodam tylko tyle (uwaga: spoiler alert!): nie uwiarygodniono ich wcale, a pojawiające się raz po raz informacje, jak ta poniższa, o umocowaniu pana Hartlinga, powodowały tylko coraz większy wytrzeszcz ze zdumienia.

To wszystko jednak nie przeszkodziło władzom Wisły w zawarciu umowy sprzedaży klubu, choć w tym momencie impreza dopiero zaczęła się rozkręcać i rozpoczęło się nerwowe oczekiwanie na przelew, który miał nadejść do 28 grudnia (taki był warunek umowy) i który – jak nietrudno się domyślić – nie pojawił się do dzisiaj.

Jeśli o mnie chodzi, to najciekawsza informacja w tej smutnej epopei pojawiła się w Sylwestra, kiedy to Towarzystwo Sportowe Wisła (dotychczas formalny właściciel klubu) opublikowało oświadczenie, w którym poinformowało, że w związku z zaistniałą sytuacją w dniu 31 grudnia „odbyły się spotkania Zarządu TS Wisła z przedstawicielami kancelarii prawnej, która analizuje zapisy w umowie sprzedaży Wisły Kraków SA”.

Nie, nie robię sobie jaj, możecie sprawdzić tutaj. 31 grudnia zarząd podjął się analizy umowy, którą podpisał niecałe półtora tygodnia wcześniej i na mocy której sprzedał nie wiadomo komu i nie bardzo wiadomo na jakich warunkach najcenniejsze (choć po uszy zadłużone) aktywo swojego majątku.

Gdybym był kibicem Wisły, w tym momencie poczułbym, że ktoś mi napluł w twarz (w gruncie rzeczy nie po raz pierwszy, ale to inna historia). Na chwilę obecną status jest taki, że TS Wisła nie ma pieniędzy, nie ma akcji swojej spółki, nie ma prezesa (pani prezes po akcie „sprzedaży” podała się do dymisji i zniknęła z pola widzenia), a właściwie nie wie, czy go ma, bo na mocy umowy, która nie wiadomo czy obowiązuje, domniemanym prezesem jest pan Pietrowski (ten od zdjęcia z Bońkiem), choć akuratnie pozostaje nieuchwytny. Ale co najlepsze: nie ma też inwestorów, w rękach których znajdują się akcje klubu, bo ci się znienacka zdematerializowali. Pan Vanna Ly najpierw rzekomo był w podróży, potem okazał się być przeziębiony, a ostatnie doniesienia są takie, że miał zawał. Zaiste jest to mało zabawna sytuacja, ale nie sposób tego skomentować inaczej, niż dając przestrzeń memom:

Reasumując: w ciągu kilku tygodni Wisła Kraków z jednego z bardziej zasłużonych klubów stała się jednym wielkim pośmiewiskiem.

No ale miały być konkluzje. Jedna jest taka, że gdy cała ta sprawa nabierała jeszcze rozpędu, żyłem mocno naiwną wiarą, że ktoś jeszcze zdąży się ogarnąć i zanim sprawy zajdą za daleko, walnie pięścią w stół i krzyknie coś w stylu: „czy was do końca powaliło?!”. Nic z tych rzeczy. Działacze brnęli dalej, kibice złorzeczyli dziennikarzom, którzy podważali wiarygodność „inwestorów”, PZPN się biernie przyglądał („nic nie możemy zrobić”), a prokuratura oglądała to wszystko jak serial na Netflixie, chyba nie dowierzając, że to się dzieje naprawdę i że może warto zainterweniować, bo temat mocno śmierdzi. Ale może nie ma paragrafu na głupotę, a w całej tej sprawie ta najmocniej rzucała się w oczy, choć pytanie Stanowskiego o motywy całej tej hecy i prawdziwy powód próby przejęcia klubu wydają mi się dzisiaj ze wszech miar zasadne.

Drugi smutny wniosek z całej tej awantury jest taki, że polski sport na poziomie organizacyjnym jest wciąż kompletnie niedojrzały. Sprawa Wisły nie jest przecież pierwszym i odosobnionym przypadkiem. Warszawscy kibice jakiś czas temu przeżywali upadek Polonii, chwilę później bliższy kontakt z dnem celebrował Widzew, problemy miał ŁKS, w samej piłce nożnej bolesnych doświadczeń można by wymienić sporo. Niczego i nikogo to nie nauczyło.

Gdy niedawno opisywałem problemy Polskiego Związku Kolarskiego, zwróciłem uwagę na to, że w kolarskiej centrali wciąż nikt nie ma żadnego pomysłu na to, jak wyprowadzić związek z 12-milionowego długu, ale zarząd nie przestaje powtarzać, że „przecież pieniądze muszą się znaleźć”. Helou!? One się nie zgubiły, tylko je bez sensu przepieprzyliście! I się nie znajdą, tylko trzeba na nie solidnie i uczciwie zapracować!

Sport jest niezwykle trudnym biznesem, bo w dużej mierze opiera się na sprzedaży złudzeń i ulotnych emocji. Piłka nożna, w której często obraca się gigantycznymi kwotami (moim zdaniem niejednokrotnie demoralizującymi zarówno piłkarzy, jak i działaczy), wymaga pod tym względem jeszcze większej dojrzałości i odpowiedzialności, bo wielkie pieniądze lubią się tutaj łatwo pojawiać i równie łatwo znikać. Wszędzie tam, gdzie każdą złotówkę trzeba najpierw ciężką pracą wyszarpać, a potem trzy razy ją obejrzeć przed wydaniem, sytuacja bywa o wiele zdrowsza, a zarządzanie sportem znacznie bardziej odpowiedzialne. No ale zgodnie z ludzką naturą i zbójeckim prawem rynku: zawsze trzeba chcieć więcej. Tyle, że trzeba to też potrafić.

Chciałbym, żeby historia Wisły czegoś ludzi nauczyła, ale nie mam zbyt wielkich złudzeń. Ci, którzy dzisiaj być może podśmiechują się pod nosem z parasola pana Vanny Ly, w gruncie rzeczy zachowują się tak samo: udają, że świat ich nie widzi. Problem w tym, że oni w tej pozycji również nie widzą świata i często przestają rozumieć reguły, które nim rządzą. Pozostaje im wówczas tylko wiara w to, że „pieniądze muszą się znaleźć”. Tutaj się „znalazły”. Drobny szczegół, że prawdopodobnie nigdy nie istniały. Ale może za parasolem nikt nie zauważy?

Foto: Youtube / KRKnews

Powrót króla.

Doskonale pamiętam dzień wypadku Roberta. Pamiętam gdzie wtedy byłem, dokąd jechałem, jakim samochodem i jak spędziłem cały ten dzień. Pamiętam to wszystko, choć moja pamięć to nie argument i raczej staram się sobie jej nie zaśmiecać sprawami błahymi. I pamiętam to wszystko nie ze względu na to, że robiłem wówczas coś absolutnie wyjątkowego (choć to był bardzo przyjemnie spędzony czas), ale właśnie ze względu na tę jedną informację: o wypadku Roberta we Włoszech. Pamiętam dlatego, że to po prostu było dla mnie ważne. Stąd łowione w pośpiechu informacje i ciągłe zerkanie na ekran telefonu, czy pojawiły się jakieś nowe wieści na temat jego stanu.

Bo Robert Kubica nie był wówczas tylko kierowcą Formuły 1. Był wtedy facetem, który rozpalał wyobraźnię wielu ludzi (również moją) i udowadniał, że nie ma takiego celu, którego nie można osiągnąć tytaniczną pracą i wytrwałością. To one pozwoliły mu wtedy wejść do tej elity szaleńców, którą praktycznie w całości mógłbym pomieścić w swoim salonie. Tym bardziej, że wszyscy są raczej niewielkich gabarytów 😉

Dziś nie ma chyba serwisu, gazety czy telewizji, które nie prześcigałyby się w próbach udowodnienia, że powrót Roberta Kubicy na tor Formuły 1 jest jednym z największych tego typu wydarzeń w świecie sportu. Nie lubię wielkich kwantyfikatorów i jeszcze większych słów, więc nie biorę udziału w tego typu licytacjach. Tym bardziej, że na razie ów powrót jest wciąż tylko szansą i jeszcze wiele wody w Wiśle upłynie, zanim będziemy mogli obiektywnie ocenić, czy rzeczywiście udało się tę szansę wykorzystać. Głęboko wierzę, że tak. W końcu tę szansę otrzymał facet, który po raz drugi dokonał niemożliwego. Po raz drugi pokazał na czym tak naprawdę polega sport: na podnoszeniu się po upadku. I pod tym względem znowu jest królem mojej wyobraźni. Nie posiadam się z radości, że udało mu się wrócić.

Ale nie byłbym sobą, gdybym nie zwrócił uwagi na to, jak bardzo zmienił się świat przez te siedem lat, które upłynęły od feralnego Ronde di Andora. I że to wcale nie musi być zmiana na lepsze. Upór, talent, umiejętności i determinacja, które po raz pierwszy wprowadziły Roberta Kubicę do motosportowej elity, tym razem okazały się niewystarczające. Tym razem kluczem okazały się pieniądze (zresztą gdyby nie one, prawdopodobnie cieszylibyśmy się tym powrotem już w ubiegłym roku).

Wiem, że F1 nie jest tutaj wcale wyjątkiem, choć kwoty, jakimi obraca, powodują zawrót głowy. I nie mam absolutnie nic przeciwko pieniądzom w sporcie, wprost przeciwnie: uważam, że powinno ich tam być jak najwięcej. Ale to przejście od „pokaż światu swój talent i stań się bogaty” do „przyjdź z dużą torbą pieniędzy, żebyś mógł pokazać światu swój talent” całkowicie kłóci mi się z ideą sportu. Tym bardziej, że dotyczy również faceta, który swoje talenty udowadniał niejednokrotnie. I tym bardziej, że już wiadomo, iż tego typu droga na skróty nie zawsze przynosi spodziewane rezultaty (czego przykładem – daleko nie szukając i abstrahując od niedoskonałości bolidu – przygoda z F1 Siergieja Sirotkina, z którego pieniędzmi Kubica przegrał przed rokiem walkę o fotel).

Mam świadomość, że F1 to piekielnie droga zabawa. Ale gdy kluczowym kryterium do wzięcia w niej udziału stają się pieniądze, przestańmy nazywać ją sportem, bo z duchem sportowej rywalizacji ma to wszystko już coraz mniej wspólnego.

Czuję też pewien dyskomfort, gdy myślę o zaangażowaniu w tę sprawę Orlenu. Bynajmniej nie dlatego, że „żal” mi tych pieniędzy i nie dlatego również, że – zgodnie z często pojawiającym się argumentem w dyskusjach – „spełniają marzenia tylko jednego człowieka”. To mogę jeszcze bez problemu zrozumieć, bo akurat ten jeden człowiek swoją tytaniczną pracą i niebywałym uporem na spełnienie swoich marzeń jak nikt inny zasłużył, a my wszyscy powinniśmy się z jego przykładu uczyć.

Nie mam też najmniejszych wątpliwości, że pod względem wizerunkowym zaangażowanie Orlenu w Formułę 1 jest pomysłem w 100% trafionym. Wręcz bardzo się cieszę, że z polskim kierowcą również polska marka wchodzi do absolutnej elity.

Jest mi to zaangażowanie drzazgą w paluchu z innego powodu: Orlen na polskim rynku pozycjonuje się w roli mecenasa sportu. I znakomicie; potrzebujemy takich marek znacznie więcej. Ale rola mecenasa – przynajmniej w moim rozumieniu – polega na patrzeniu na sport w długiej perspektywie i tworzeniu dla niego warunków do długofalowego rozwoju. I OK. – na co dzień Orlen w wielu dyscyplinach to robi. Ale w przypadku zaangażowania w F1 wychodzi z tej roli, realizując czysty biznes (do czego zresztą ma pełne prawo, jeśli nie wręcz obowiązek, bo ostatecznie celem każdej działalności jest pomnażanie kapitału i rozwój, o czym nader często zapominają sportowi działacze, skupieni niemal wyłącznie na konsumpcji sponsorskich pieniędzy).

Robert Kubica spędzi w fotelu kierowcy dwa lata. Co będzie potem? Nie wiadomo, choć z całego serca mu życzę, żeby realizował swoje (i nasze!) marzenia jak najdłużej. Ale nie oszukujmy się: gdy kiedyś skończy karierę, w kolejce nie będzie żadnego polskiego sukcesora. „Kubicomania”, która niewątpliwie za moment wybuchnie, zgaśnie w końcu tak samo, jak zgasła przed siedmiu laty. Przy sporcie zostaną tylko jego najwierniejsi fani (oby jak najwięcej). Nie mówmy jednak o „inwestycji w polski motosport”, bo taka inwestycja to zadanie na długie lata, być może nawet dekady. To, co realizuje w kontekście Kubicy Orlen, to nie mecenat i sponsoring, tylko reklama, która biznesowo ma się szybko zwrócić.

Dobrze, że to robi. Trochę szkoda, że nie mamy na to innej nazwy, niż „sponsoring”, bo to moim zdaniem mimo wszystko nie najlepszy przykład dla innych marek. Zwłaszcza w kraju, w którym krótkoterminowość sponsorskich kontraktów jest jedną z głównych barier, utrudniających stabilny rozwój wielu dyscyplin.

 

Foto: Flickr / FIA ERC

Kasa musi się zgadzać…

Sponsorskie „pogromy” już się w historii zdarzały, ale tym razem sytuacja nie ma związku z próbą ratowania reputacji marek w obliczu dopingowej awantury, za to wydarza się w samym szczycie znakomitej – wydawać by się mogło – koniunktury w kolarstwie. Powoli, acz nieubłaganie, zmienia się cały model funkcjonowania tego sportu w mediach. A co za tym idzie – sposób jego finansowania.

Zakrawa na pewną ironię losu, że Quick-Step Floors, który w tym sezonie jest bliski pobicia wszelkich rekordów, jeśli idzie o liczbę zwycięstw (na dziś ma ich na koncie już 60), wciąż szuka nowego sponsora. Dla Patricka Lefevere nie jest to co prawda sytuacja nowa (w 2014 roku, gdy ekipa Omega Pharma – Quickstep zgarnęła 61 triumfów również pożegnał głównego partnera), ale skala zjawiska jest w tym roku zastanawiająca. Co prawda producent podłóg, który kolarstwo wspiera od 19 lat (najpierw wespół z Mapei, a potem jeszcze z wieloma innymi sponsorami) zapowiedział, że pozostanie w sporcie, ale z ograniczonym budżetem, to mimo wszystko powstała w ten sposób dziura w kasie drużyny może być trudna do zasypania. Informacje o problemach finansowych drużyn kolarskich zaczęły się ostatnio pojawiać hurtem: Jelly Belly się wycofuje, Aqua Blue znika, One Pro Cycling ogranicza działalność (zamierza skoncentrować się wyłącznie na drużynie kobiet), Verandas Willems-Crelan łączy się z Roompotem, Lotto NL zniknie sprzed Jumbo, a gdyby nie polska marka CCC, to niewykluczone, że pożegnalibyśmy się również z ekipą BMC (choć tu akurat główną przyczyną była śmierć właściciela marki i zespołu, Andy’ego Rihsa, którego spadkobiercy nieszczególnie byli zainteresowani wyścigową schedą). I tak dalej…

W gruncie rzeczy nie jest to też nic nowego, bo takie sponsorskie „pogromy” już się w historii zdarzały, ale tym razem sytuacja nie ma związku z próbą ratowania reputacji marek w obliczu dopingowej awantury, za to wydarza się w samym szczycie znakomitej – wydawać by się mogło – koniunktury w kolarstwie, którego popularność od ładnych kilku lat nieustannie rośnie i sięga w coraz bardziej egzotyczne zakątki świata. O co więc chodzi?

Z jednej strony o zjawisko, które można (w dużym uproszczeniu) określić popularnym określeniem „zmęczenie materiału” i koniecznością zmiany strategii marketingowej w wielu firmach. Jest to dość naturalny proces, wynikający z faktu, że zbyt długie powtarzanie tego samego komunikatu do tej samej grupy odbiorców powoduje, że przestają oni na ten komunikat reagować, albo przestaje im się kojarzyć z produktem, którego markę miało całe to działanie wspierać. Na polskim rynku można to dość łatwo wytłumaczyć na przykładzie Team Sky, który nie ma u nas pierwotnego desygnatu, bo mało który przeciętny kibic zdaje sobie sprawę, że za tym projektem nie stoi tylko kilkunastu facetów ubranych w ciasne wdzianka oraz gburowaty Sir Dave Brailsford, a gigantyczny koncern mediowy, obecny w kilkudziesięciu krajach: od Irlandii po Nową Zelandię i od Meksyku po Turcję. Polskiemu odbiorcy Sky kojarzy się jednoznacznie z kolarstwem, za to w wielu innych krajach – po prostu z zespołem, który reprezentuje barwy telewizji, która ich budzi, bawi, informuje, czasem straszy, a czasem podpowiada, gdzie pojechać na wakacje. Problem powstaje wtedy, gdy w miejscu, gdzie produkt jest obecny, marka przestaje się z nim kojarzyć. Kiedy więc przeciętny Brytyjczyk na hasło „Sky” przestanie sięgać po pilota, a zacznie – tak jak kibic z Polski – wypatrywać kolarzy, z dużym prawdopodobieństwem załoga Brailsforda zostanie odesłana na emeryturę, albo po prostu ktoś z zarządu wyśle maila, zatytułowanego: „A teraz radźcie sobie sami”. W tym kontekście przywołani na początku tego wpisu kolarze Quick-Step Floors w pewnym sensie są ofiarami własnego sukcesu: ktoś u producenta podłóg mógł się przestraszyć, że jak tak dalej pójdzie, to łatwiej mu będzie sprzedawać rowery 😉

Drugi powód jest nieco bardziej złożony i wynika – moim zdaniem – głównie z tego, że całkowicie zmieniły się zarówno sposób konsumowania mediów, jak i reguły, które rządzą marketingiem i komunikacją marek. A to oznacza, że ten model funkcjonowania peletonu, który znamy dzisiaj i który polega w dużej mierze na eksponowaniu i wzmacnianiu znajomości marki sponsora będzie powoli, acz nieubłaganie odchodził do lamusa.

Po pierwsze dlatego, że media coraz częściej przestają być konsumowane linearnie (czyli program po programie), co przekłada się na znacznie większą trudność w określeniu skali świadczeń, oferowanych sponsorowi. Dotychczas wyglądało to mniej więcej w ten sposób (znowu w dużym uproszczeniu), że siedział sobie przed ekranem smutny człowiek i cierpliwie mierzył wielkość logotypu, obliczał jego proporcję względem całego ekranu, czas ekspozycji, otoczenie innych marek i jeszcze kilka innych mniej lub bardziej ważnych parametrów, po czym wrzucał to wszystko w excela, wpisywał skomplikowaną formułę, mnożącą to wszystko przez cenę standardowego spotu reklamowego w danym programie i o danej godzinie, a następnie wysyłał do klienta w formie opasłego raportu, zatytułowanego „ekwiwalent reklamowy ekspozycji marki”. Sponsor zaś się cieszył, że wydał „tylko” milion euro za działania, które były „warte” dziewięć, bo tak mniej więcej wynikało z tego zestawienia. Schody zaczynają się w momencie, gdy nie włączamy telewizora, ale odpalamy streaming w internecie, albo oglądamy sobie to samo, co inni, ale trzy godziny później, korzystając z usługi VOD, lub zwykłego nagrania programu w dekoderze. My się cieszymy, ale sponsor nie wie do końca, za co płaci.

Po drugie: rewolucja social media, z której konsekwencji jeszcze nie wszyscy zdajemy sobie sprawę, przyniosła nie tylko zmianę modelu funkcjonowania mediów z „Paid” (czyli to, co znaliśmy do niedawna: płacisz za czas i jesteś) na „Owned” (media własne marketera) i „Earned” (tworzone przez odbiorców marki, chociażby w formie blogów), ale również model samej komunikacji marketingowej, która przeszła ewolucję z tzw. 4P (product / price / place / promotion – czyli: produkt / cena / miejsce sprzedaży / promocja) na formułę 4C: customer value / cost / convenience / communication (czyli: wartość dla klienta / koszt (którego cena jest tylko składnikiem, bo kosztem jest np. czas) / wygoda / komunikacja). Jak to się przekłada na kolarstwo? Wbrew pozorom bardzo prosto.

Weźmy przykład z naszego podwórka i Tour de Pologne, powszechnie krytykowany za to, że nie objeżdża całego kraju i nie promuje pięknej naszej Polski całej, ale tylko wybrane miejsca, zazwyczaj wciąż te same. Odłóżmy na bok kwestie stricte organizacyjne, czyli to, czy jakieś miasto chce mieć wyścig u siebie, czy nie. Co do zasady: motocykl z kamerą wjedzie za kolarzami wszędzie, a pilotowi śmigłowca rejon, w którym lata, również nie robi większej różnicy. W czym więc problem? Ano w tym, że jak spojrzeć na listę sponsorów, to ekspozycję w telewizji większość z nich może sobie ogarnąć jednym telefonem do domu mediowego. W wielu przypadkach byłoby nawet taniej. Ale to, czego w ten sposób nie kupią, to bezpośredni kontakt z kibicem, możliwość poczęstowania go zwykłym lizakiem, obdarowania czapeczką lub plastikową łapą do robienia hałasu, czy czymkolwiek, co w bezpośrednim kontakcie staje się zalążkiem jakiejś więzi między marką a odbiorcą, niemożliwej do nawiązania w zwykłym bloku reklamowym. Carrefour na TDP się nie tyle promuje, ile komunikuje się ze swoimi potencjalnymi klientami. Ale żeby to było możliwe, wyścig musi jeździć tam, gdzie ma największe szanse spotkania tych potencjalnych klientów.

To właśnie z tego powodu Tour de France (i inne wielkie wyścigi) poprzedza gigantyczna karawana reklamowa, z tego samego powodu Geraint Thomas założy w listopadzie żółtą koszulkę i pojedzie na kilka pokazowych wyścigów do Szanghaju lub Indonezji i z tego samego powodu Peter Sagan będzie na rękach noszony w ekipie BORA-hansgrohe po kres swojej kolarskiej kariery, bo nikt inny w taki sposób nie buduje interakcji kolarstwa z kibicami. I mogę się założyć (choć na razie to tylko moje gdybanie), że sponsoring w kolarstwie powoli, acz nieubłaganie będzie ewoluował w tę stronę. Będziemy świadkami kryzysów i upadków jeszcze wielu zespołów, a później ich odradzania się w zupełnie innej formule, z innym nastawieniem do sponsorów, innym otwarciem na kibiców i zupełnie inną komunikacją. Oby tylko na rowerach jeździli tak samo, jak dzisiaj 😉

Teoria światów równoległych.

Lubię sobie czasem poczytać komentarze pod moimi tekstami na Sport.pl. Budzi to co prawda pewne podejrzenia o jakieś masochistyczne skłonności, bo zwykle nie jest to lektura przyjemna, a czasami można się i o sobie dowiedzieć dość interesujących rzeczy. Ale mimo wszystko wzdrygam się i rzucam tam okiem.

Miałem to szczęście w życiu (lub nieszczęście – zależy jak na to patrzeć), że dość aktywnie uczestniczyłem w procesie tworzenia się internetowych społeczności w Polsce, jeszcze pod koniec ubiegłego stulecia (uwielbiam kombatanckie brzmienie tego zdania;)). Może nieszczególnie pochłaniały mnie aktywności w Usenecie, na IRC-u lub późniejszym Gadu-Gadu, ale gdy w 2000 roku zostałem zaangażowany do projektu tworzenia Gazety.pl, to poza rozwojem usług biznesowych, za które byłem w pierwszym rzędzie odpowiedzialny, dość mocno pochłonęły mnie działania na czacie i forum Gazety. I choć gazetowa czatownia świata raczej nie podbiła (za to w moim prywatnym życiu namieszała sporo – dość powiedzieć, że szczęśliwie dzielę dziś metraż z poznaną tam wówczas moją Zdecydowanie Lepszą Połową;), to dla odmiany fora wybuchły w sposób nie dający się wówczas przewidzieć.

Ten przydługi wstęp zamieszczam w sumie tylko po to, żeby zarysować tło do wypowiedzenia zdania, że od prawie dwóch dekad nie jestem w stanie zrozumieć ludzkiej potrzeby napisania pod pseudonimem kilku słów zupełnie bezwartościowego i nie budującego żadnej wiedzy komentarza, np. „wyścigi koksiarzy!”. Być może piszący takie słowa czują jakiś rodzaj ulgi, jaką ja czuję na przykład wtedy, gdy sobie głęboko westchnę (albo siarczyście przeklnę) – nie wiem. Faktem jest, że tego typu „spostrzeżeń” fora i komentarze pod niemal wszystkimi tekstami są niezliczone ilości. I pewnie w ogóle nie powinno się na nie zwracać uwagę, ale ich wieczna tam obecność nieustannie budzi moje zaciekawienie.

No ale w sumie niezupełnie o tym chciałem. Raczej o tym, że pod moimi tekstami udziela się szczególnie dwóch jegomości, którzy zawsze mają zdanie na każdy temat i praktycznie zawsze korzystają z okazji do przekonania pozostałych czytelników, że Czykier się notorycznie myli, nic nie wie o kolarstwie, niepotrzebnie pompuje balon i popada w nieuzasadnioną emfazę, opisując wyczyny naszych kolarzy, które przecież – ich zdaniem – niemal zawsze są żenujące, niewarte choćby wzmianki, a poza tym pracują przecież dla Niemca, Brytola, czy – Panie Boże przebacz – dla jakichś bezbożnych Arabów.

Szczególnie mnie urzeka wytrwałość jednego z tych adwersarzy w głoszeniu teorii, jakoby polscy kolarze, których uparcie nazywa „wyrobnikami” lub „outsiderami”, jechali w czymś, co nazywa „wyścigiem równoległym”. W skrócie chodzi o to, że w takim na przykład Tour de France (Giro, Vuelcie, Tour de Pologne, mistrzostwach świata – niepotrzebne skreślić) jedzie wyścig główny, w którym biorą udział liderzy, walczący o podium, natomiast pozostali jeżdżą w „wyścigach outsiderów”, gdzie nagrodą pocieszenia jest zwycięstwo etapowe, punkty do klasyfikacji, lub koszulka w grochy.

Podobnych teorii można stworzyć wiele, wychodząc na przykład od tego, że każda klasyfikacja jest wyłącznie sposobem na wyciągnięcie dodatkowych pieniędzy od sponsorów. I w pewnym sensie wszystkie te teorie są uprawnione, a część nawet zgodna z rzeczywistością. Ale rzecz wygląda zupełnie inaczej, kiedy zaczniemy sobie zdawać sprawę z tego, że kolarze na drodze nie są tym samym, co bezwolne pionki na planszy, a tak zdaje się ich postrzegać bardzo wielu kibiców.

Patrząc w ekran telewizora nie słyszymy nieustannego szumu wiatru w uszach, nie szczypią nas oczy, zalewane potem, nie pali nas słońce i nie boli każdy fragment ciała, bo przecież podczas jazdy na rowerze ciężko pracują nie tylko nogi. Nie rozglądamy się za motocyklem, żeby sięgnąć po bidon i nie słyszymy w uchu głosu dyrektora wyścigu, który krzyczy: „szybciej, szybciej!”, podczas gdy my nie jesteśmy już w stanie zakręcić korbą ani odrobinę szybciej, bo za chwilę nagły skurcz, łapiący jednocześnie obie nogi, sparaliżuje nas do tego stopnia, że trudno jest nawet zsiąść z roweru (przeżyłem – nikomu nie polecam; podobno jest na to metoda, pozwalająca oszukać mózg, ale jej nie polecam jeszcze bardziej).

Piszę o tym wszystkim bez większej nadziei na zrozumienie po stronie moich niestrudzonych komentatorów, ale warto zdawać sobie sprawę z tego, że w ten sposób – niestety – myśli bardzo wielu kibiców, z których – na szczęście – tylko niektórzy czują potrzebę dzielenia się swoimi „przemyśleniami” ze światem. Bo do napisania, że zwycięstwo etapowe jest „tylko nagrodą pocieszenia w wyścigu outsiderów”, gdy jest to na przykład już 18. etap i kolarze w nogach mają ponad 3.000 kilometrów codziennej jazdy, trzeba nie tylko nie mieć wyobraźni i choćby minimalnego pojęcia o komentowanej dyscyplinie, ale wydaje mi się, że trzeba też mieć w sobie olbrzymie pokłady pogardy dla sportowców, czy też w ogóle do innych ludzi.

Nie dotyka mnie osobiście krytyka moich tekstów. Nie twierdzę bynajmniej, że o kolarstwie wiem wszystko, choć każdego dnia staram się pogłębiać swoją wiedzę, czytając niezliczone rozmowy z ludźmi z kolarskiego świata, rozmawiając z nimi samemu i samemu również jeżdżąc. Może przejechane co roku kilka tysięcy kilometrów na szosie to wciąż za mało, żeby móc się uznać za człowieka, znającego dyscyplinę – nie przeczę i nie wykluczam takiej możliwości.

Dotyka mnie natomiast do żywego beztroskie deprecjonowanie tytanicznej pracy, jaką wykonuje tych stu kilkudziesięciu facetów, stających na trasie wyścigu. Robią to między innymi po to, żeby dostarczyć nam odrobinę emocji i rozrywki. Nazywanie ich „outsiderami” to policzek, na który nie zasłużyli. Trudno mi się z tym pogodzić.

Swego czasu zgrzeszyłem naiwnością i próbowałem z tymi mądralami dyskutować. Facetowi od teorii wyścigów równoległych zaproponowałem wspólną przejażdżkę na 50 kilometrów i dyskusję przy piwie o kolarstwie. „Z różnych powodów” zmuszony był odmówić. Z dyskusjami dałem sobie spokój.

I teoretycznie to w ogóle nie powinno być tematem do rozważań, ale doświadczenie pracy w mediach podpowiada mi, że każda tego typu opinia prędzej czy później trafia do jakiejś grupy odbiorców. Być może znajdzie się w niej ktoś, kto dopiero zaczął się interesować kolarstwem. Nie chciałbym, żeby swoją przygodę z kolarstwem zaczął od zgłębiania teorii wyścigów równoległych. Ona z kolarstwem ma niewiele wspólnego. Nawiasem mówiąc: z normalnym życiem również.

 

Foto: ASO / Alex Broadway