Wyjątkowo zimny maj.

Trochę tu zarasta kurzem, ale tegoroczny maj jest nie dość, że wściekle zimny, to jeszcze wyjątkowo pracowity. Bynajmniej nie narzekam, bo bardzo lubię tę robotę, ale trudno pominąć fakt, że czasu jest mało, a stres spory.

Dość późno się zabrałem za przygotowywanie zapowiedzi Giro d’Italia w Sport.pl, więc wysłałem materiał w ostatniej chwili i nie za bardzo miałem możliwość sprawdzenia, co się z nim dzieje. A podziało się sporo, bo z oryginalnego tytułu „Niekończąca się opowieść” specjaliści od SEO zrobili jakiegoś potworka. No trudno. Nie nadążam za tymi wymogami „nowoczesnego” dziennikarstwa. Abstrahując więc od tego nieszczęsnego tytułu, cała reszta jest chyba zjadliwa, więc jak ktoś ma ochotę (lepiej późno, niż wcale), to można się częstować tutaj.

A na co dzień, przez całe trzy tygodnie wyścigu, mam do realizacji codzienne wydania Giro Extra w Eurosporcie. Bardzo mnie cieszy zdobywanie nowych doświadczeń, ale przyznaję się bez bicia, że stres jest ogromny i po tych 20-30 minutach wychodzę ze studia całkowicie wypompowany. Nie wdając się specjalnie w szczegóły kuchni, dość powiedzieć, że o tym, co zobaczę za moment na ekranie, dowiaduję się zazwyczaj kilka sekund wcześniej. A ponieważ nie jest to typowa relacja na żywo, ale zestaw migawek z fragmentami etapu, który skończył się kilka chwil wcześniej, przeplatanych rozmowami na żywo z tymi, których się właśnie uda złapać, trzeba być czujnym jak ważka, żeby nie dać się niczym zaskoczyć. Wychodzi mi raz lepiej, raz gorzej, czasem ten komentarz jest potwornie drewniany, ale cóż… robię to w sumie po raz pierwszy, więc mam nadzieję, że zanim wyścig się skończy, uda mi się tę nieokiełznaną materię jakoś opanować…

Tak czy inaczej trzymajcie kciuki. I zapraszam codziennie, kilka minut po relacji z każdego etapu Giro – te oglądajcie koniecznie, bo tam się naprawdę pięknie dzieje i będzie działo.

A’propos: o tym, co się może zadziać w Corsa Rosa porozmawiałem sobie też krótką chwilę z Andrzejem Grabowskim na antenie Polskiego Radia 24. Też zapraszam, tu mnie jeszcze nie było 😉

Pchamy!

Są w życiu czasem sprawy ważniejsze, niż sport i dobra zabawa. Czasem trzeba powalczyć o najwyższą stawkę. To właśnie jest taka sytuacja i w tej walce potrzebne jest mocne wsparcie.

W mieście, z którego pochodzę, mieszka Marcin – kolarz amator. To nieduża miejscowość, więc pewnie nie raz dreptaliśmy tymi samymi ścieżkami i zdarzyło nam się objechać te same drogi. Obaj pasjonujemy się kolarstwem i pewnie obaj kibicujemy naszym idolom, którzy sprawiają nam frajdę swoją walką na szosie. I na tym chyba kończy się to, co nas łączy.

Ja spędzałem wczorajszy poranek na śniadaniu m.in. z Rafałem Majką, Pawłem Poljańskim i Maćkiem Bodnarem. Marcin w tym czasie pewnie szukał w sobie siły do tego, żeby wstać i przeżyć bez bólu kolejny dzień. Życie bywa cholernie niesprawiedliwe.

Marcin do walki z rakiem potrzebuje tylko jednego: siły i woli walki. Na co dzień dopingujemy naszych walczaków, możemy dopingować również tego, który walczy o największą stawkę.

Dzięki życzliwości polskiego oddziału Hansgrohe oraz chłopaków mam dla Marcina koszulkę z ich autografami – dotrze do niego zapewne w przyszłym tygodniu. Dorzućcie proszę coś od siebie: dobre słowo, jakąś zachętę, fajną fotkę – cokolwiek, co pomoże mu uwierzyć, że niebawem wsiądzie na swoją Emondę i objedzie kolejną trasę. Tu w komentarzu, na Facebooku, Twitterze – gdziekolwiek. Zróbmy to, co przecież potrafimy robić najlepiej: pchajmy!

Foto otwierające: Flickr / cauldphoto

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Świat nam odjeżdża.

Jeśli spojrzeć na polskie kolarstwo w perspektywie kilku lat do przodu, to chyba trzeba się powoli oswajać z myślą, że po czasach Niewiadomej, Jasińskiej, Majki i Kwiatkowskiego czeka nas kilka lat posuchy.

Występy juniorów i młodzieżowców podczas mistrzostw świata oglądałem z mieszanymi uczuciami. Poziom rywalizacji wydał mi się zaskakująco wysoki i o ile w juniorach jeszcze widać ślady różnic w przygotowaniu fizycznym i prostą zasadę „kto silniejszy, jedzie szybciej”, o tyle wyścig młodzieżowców był już kapitalnie rozegrany na poziomie taktycznym. Ale gdy podczas tych samych wyścigów patrzyłem na występy biało-czerwonych, to euforia szybko ustępowała rozczarowaniu. Bo jeśli spojrzeć na polskie kolarstwo w perspektywie kilku lat do przodu, to chyba trzeba się powoli oswajać z myślą, że po czasach Niewiadomej, Jasińskiej, Majki i Kwiatkowskiego czeka nas kilka lat posuchy.

Może rozbłyśnie kilka talentów, ale i w to zaczynam wątpić.  W ubiegłym roku podczas startu Tour de France w Dusseldorfie mieszkaliśmy w hotelu z jedną z worldtourowych drużyn, której przedstawiciele dyskretnie podpytywali polskich dziennikarzy o Alana Banaszka. Minął kolejny sezon i na palcach jednej ręki można policzyć wyścigi, które nasz potencjalny „talent” w ogóle ukończył. Kolejka chętnych do podpisania kontraktu jakoś się nie ustawia, na razie nie ma dla niego nawet miejsca w „polskim” CCC Team. Kilka miesięcy temu Filip Maciejuk też trafił na testy do jednej z ekip WT, gdzie na widok jego wyników wydano okrzyk: „What a great performance!”. Ale po świetnej pierwszej części sezonu powietrze nieco zeszło i performance przestał być „great”. We wczorajszym wyścigu młodzieżowców Maciejuk był całkowicie niewidoczny i ostatecznie rywalizacji nie ukończył, choć to właśnie po nim spodziewano się najlepszego występu.

Być może narzekam nieco na wyrost, ale przypomniało mi się, że jakiś czas temu pisałem dla Sport.pl materiał o tym, czy popularność kolarstwa amatorskiego może się w jakiś wymierny sposób przełożyć na sukcesy w zawodowym peletonie. Porozmawiałem na tę okoliczność z kilkoma osobami i odniosłem wrażenie, że ich entuzjazm jest raczej umiarkowany, a trudno im zarzucić brak zaangażowania w rozwój dyscypliny. Cezary Zamana na przykład patrzy na amatorskie wyścigi bardziej w kategoriach wydarzeń towarzyskich, niż sportowych. Jeśli miałoby się to w jakikolwiek sposób przełożyć na przyszłe wyniki, to wyłącznie w ten sposób, że przykład „bawiących się” w kolarstwo rodziców może zainspirować dzieci i młodzież do robienia tego samego. Ale podejrzewam, że jeśli w ogóle ta metoda działa, to raczej sporadycznie, przy czym podpieram się tu również własnym doświadczeniem i obserwacjami mojego 16-letniego syna, który moją rowerową zajawkę traktuje po prostu jako dziwactwo starego. Są ludzie, którzy zbierają znaczki, inni chodzą na ryby, jego ojciec jeździ na rowerze. Dopóki jego koledzy nie zaczną tego robić, nie widzi specjalnego powodu, żeby się tym interesować, bo zwyczajnie nie będzie miał z nimi o czym gadać.

O tym, jak trudno zachęcić dzieci i młodzież do uprawiania kolarstwa mówił mi też Bartek Huzarski, który w swojej akademii zderza się z tym problemem na co dzień. Do generalnego braku zainteresowania sportem wśród dzieci (z jednym wyjątkiem na to, że prawie każdy chciałby być Messim lub Lewandowskim) i dość nędznej atrakcyjności zajęć z WF-u w szkole dokłada jeszcze cegiełkę w postaci nadmiernego obciążenia dzieci obowiązkami szkolnymi, co dotyczy szczególnie tych dzieciaków, które akurat są na etapie najszybszego rozwoju fizycznego. Czyli wtedy, kiedy praca z nimi mogłaby przynosić najlepsze efekty. Jak do tego dodać jeszcze postawę rodziców, nieustannie chuchających i dmuchających na dziecko, byle sobie nie zrobiło żadnej krzywdy, to przepis na katastrofę kolarstwa jest gotowy, bo to jest akurat ten sport, którego nie sposób uprawiać w ciepłej hali, pod której drzwi można zawieźć dziecko i poczekać, aż wyjdzie i wsiądzie wprost do samochodu, bo wracając autobusem jeszcze gotowe się przeziębić.

Jedyną osobą, która tryskała optymizmem, był przedstawiciel PZKol, który wychwalał – skądinąd słusznie – Narodowy Program Rozwoju Kolarstwa, realizowany przez MSiT. Program ze wszech miar słuszny i chwalebny, ale jak spojrzeć na jego realizację, to mimo wszystko trudno popaść w skrajny optymizm. Bo jeśli metodą na wyławianie potencjalnych kolarskich talentów mają być organizowane pod kuratelą Związku wyścigi, to – pardon maj frencz – król jest nagi. W całym sezonie i w całym kraju organizowanych jest bowiem całe 19 imprez dla żaków (dzieci w wieku 11-12 lat). 25 imprez dla młodzików (13-14 lat) też nie wyrywa z kapci. Juniorzy młodsi – 32 imprezy. Statystycznie wychodzi więc na to, że od biedy w jednym województwie w ciągu całego sezonu odbywają się całe dwie imprezy, dające szanse na wyłowienie i późniejsze kształtowanie kolarskiego talentu. Tyle, że to taka statystyka, jak z tymi myśliwymi, którzy polowali na jelenia: jeden chybił w prawo, drugi w lewo i wyszło im, że średnio trafili. W Podkarpackiem i Świętokrzyskiem takich imprez nie ma wcale (a drogi do uprawiania kolarstwa znakomite).

Jeśli więc spróbować spojrzeć w przyszłość z tej perspektywy, to wygląda to strasznie mizernie, a bieżące wyniki naszej młodzieży przestają dziwić. Oczywiście, może się okazać, że znów będzie sprzyjać nam szczęście i lada moment trafi nam się talent na miarę Majki czy Kwiatkowskiego. Tyle, że to w dalszym ciągu będzie kwestia bardziej szczęścia, niż efektów solidnej pracy u podstaw. A bez niej na wyniki takie, jakie osiągają w mistrzostwach świata Belgowie, Holendrzy, Włosi czy Szwajcarzy, najzwyczajniej w świecie nie mamy co liczyć.

 

Foto: © Bettini Photo / Innsbruck -Tirol 2018

Pewnego razu w Tyrolu…

Z kronikarskiego obowiązku (skoro już od czasu do czasu ktoś tutaj zabłądzi…;)

Ponieważ trwają właśnie mistrzostwa świata w kolarstwie szosowym, które w miarę na bieżąco staram się relacjonować dla Sport.pl, postaram się również i tutaj na bieżąco wrzucać i aktualizować kolejne materiały.

Zatem…

Tutaj znajdziesz wstęp, czyli kilka słów o tym, co, kto, gdzie i po co? Oraz kiedy i gdzie można to zobaczyć?

Dzień 1 – drużynowa jazda na czas. Trochę szkoda, że ostatnia. Akurat drużynowe czasówki wydają mi się dość interesujące (w odróżnieniu od indywidualnych, które bywają ważne dla rozstrzygnięć wyścigów, ale same w sobie są emocjonujące jak wyprawa na ryby…)

Dzień 2 i 3 – indywidualne jazdy na czas. Nie wiem, czym na co dzień zajmują się kobiety w Holandii, ale musi to być coś wspaniałego, że mają jeszcze tyle czasu na rower. A potem leją resztę świata i nie biorą jeńców. Bardzo mi się to podoba. Panowie są może trochę bardziej demokratyczni, jeśli idzie o podział miejsc na podium, ale za to Evenepoel zrobił to tak, że był on, a potem długo, długo nikt. Aż żałuję, że nie mam na co dzień czasu i okazji oglądać juniorskiego ścigania…

Dzień 4 – czyli czasówka elity mężczyzn. I Rohan Dennis, który jechał, jakby jutra nie było. Kwiato znakomicie, choć do pudła nieco zabrakło. Za to Bodi… szkoda gadać. Coś poszło mocno nie tak…

Dzień 5 i 6 gdzieś się zapodział w publikacji (tekst wysłałem, ale chyba zaginął w nawale siatkarskich newsów ;). A szkoda, bo juniorzy i młodzieżowcy pokazali kawał naprawdę solidnego ścigania. Niestety – bez oszałamiających sukcesów naszych kolarzy, choć dla Marty Jaskulskiej brawa za 17. miejsce w juniorkach. Jako jedyna dojechała w czubie. Panowie się pokazali (Szymon Tracz w ucieczce), ale to by było na tyle. Do mety dojechali daleko.

Dzień 7 – wyścig elity kobiet. Kłaniam się nisko Gosi Jasińskiej, bo pokazała taki pazur i taką jazdę, że się chciało, aby ten wyścig trwał i trwał (choć pewnie dziewczyny nie byłyby szczególnie zachwycone 😉

No i w końcu finał w wykonaniu elity mężczyzn. Bardzo liczyłem na Kwiato, ale okazało się, że jednak nie jest niezniszczalny (może to i lepiej). Więcej siły zachował Majka, ale z „Piekłem” ledwie się przywitał. To nie był dzień naszych chłopaków. Ale był to z pewnością dzień Valverde. Przy tej okazji oczywiście powróciły zwyczajowe dyskusje o tym, że dawno temu facet był umoczony w jakieś dopingowe niejasności, z których nigdy się nie wytłumaczył, ale to temat na inną opowieść…

Fajne były to mistrzostwa…

 

 

Przydatne linki:
Oficjalna strona mistrzostw:  https://www.innsbruck-tirol2018.com/en/
Twitter: @ibk_tirol2018  hasztag: #InnsbruckTirol2018
Live timming:  http://tissottiming.com/2018/crdwch/pl-pl/

 

Foto: Innsbruck-Tirol 2018 / Jan Hetfleisch

¡Vamos Rafał! ¡Vamos Michał! ¡Viva SEO!

Pisanie dla dużego serwisu oprócz tego, że przyjemne, bywa czasem dość zabawne. Lepi człowiek słowa, ważąc każde w dużym skupieniu, żeby zachować zdrowy umiar między własnymi nadziejami na dobry występ „naszych” i chłodną kalkulacją, co do ich rzeczywistych szans, możliwości i prawdopodobnej strategii. Wszystko po to, by za jakiś czas nikt się nie awanturował, że to znowu dziennikarze nadmuchali balon oczekiwań, a nieszczęśni kibice w to uwierzyli i teraz są rozczarowani.

Piszę zatem, ściągając uzdę własnych emocji, by przypadkiem nie popaść w przesadny entuzjazm lub jeszcze bardziej przesadny sceptycyzm, po czym wysyłam to do redakcji, gdzie materiał podlega obróbce pod tzw. SEO. I wychodzi z tego nagłówek: „Czy Polak wygra Vuelta a Espana?” 🙂

No cóż… prawdopodobnie nie wygra, chociaż z całego serca życzyłbym tego zarówno Rafałowi, jak i Michałowi. Nie miałbym też w sumie nic przeciwko, gdyby zajęli dwa pierwsze miejsca na podium – mniejsza nawet o kolejność. Ale rzeczywistość jest jaka jest, na starcie staje mnóstwo dobrych kolarzy, a przez trzy tygodnie wyścigu wszystko może się wydarzyć. Ten przyjemny – acz mało prawdopodobny scenariusz – również.

O tym, co być może (choć nie musi) nieco więcej napisałem tutaj. Gorąco zapraszam.

Jak również przed telewizory, tudzież inne ekrany, które skradną nam znowu trochę czasu przez najbliższe trzy tygodnie. Ale pewnie nie będziemy żałować 😉

Foto: Luis Angel Gomez / Photogomezsport / ASO

Incepcja

Właściwie to trochę wpis o wpisie, bo z ostatniej notki wywiązała się wielce interesująca i (co nie mniej ważne) bardzo kulturalna dyskusja. Szczerze polecam, bo okazało się, że w stosunkowo wąskim gronie i w oparciu o to samo źródło, można dojść do bardzo odległych od siebie wniosków. I jednocześnie bardzo pouczających.

Zatem zapraszam:

Spróbowałem sobie to wszystko poukładać później w głowie i wyszła mi z tego ni mniej, ni więcej, ale taka oto konkluzja, że kolarstwo przez ostatnie lata poczyniło gigantyczne postępy w walce z problemem dopingu, ale… mało kto o tym wie.

Mam pewną teorię na ten temat, o czym napisałem tutaj. Też zapraszam 🙂

Strade Bianche na zdjęciach

Niezbyt dobrze umiem w Instagram. Czasem wrzucę tam jakąś fotę z mojej rowerowej męki, czasem coś, co mnie zachwyci i uda mi się (lub częściej nie uda) uchwycić to telefonem. Ale lubię tam czasem zajrzeć z tej prostej przyczyny, że swoje prace publikuje w jednym miejscu wielu utalentowanych fotografów (a nierzadko równie utalentowanych noobów), którzy czasem pokazują takie rzeczy, że buty spadają. Zwłaszcza, gdy się przytrafia taka okoliczność, jak wczorajszy wyścig Strade Bianche, który dla kolarzy okazał się prawdziwym piekłem, a dla fotografów przedsionkiem raju. Wybrałem więc kilka perełek.

1. Wout Van Aert, upadający przed ostatnim zakrętem. Tu krótkie info dla niezorientowanych: ten 23-latek jest kolarzem i to znakomitym, co potwierdził, zdobywając trzykrotnie koszulkę mistrza świata. Tyle, że w innej specjalności: w kolarstwie przełajowym. Na szosie tak naprawdę dopiero zaczyna. I chociaż wczorajsze warunki na drogach Toskanii faktycznie bardziej przypominały trasę crossową, to jednak do przejechania były aż 184 kilometry, co w przełajach się zwyczajnie nie zdarza. Van Aert zajął tutaj trzecie miejsce. Czapki z głów.

I tenże sam Wout Van Aert na mecie. Nic dodać, nic ująć…

 

2. Romain Bardet na trasie. To ten w środku, z czymś (zapewne ze zrywką od żelu) w zębach. Najpierw przeskoczył z tyłu rozerwanego peletonu do przodu, potem nacisnął jeszcze mocniej i na 40 km przed metą urwał się grupie liderów. Jego koło złapał tylko Van Aert i gnali razem przez większość dystansu. Ostatecznie skończył drugi, choć prawdopodobnie mało kto na niego stawiał. Od czasu przegranej jazdy na czas w Marsylii, podczas ubiegłorocznego Tour de France, wciąż próbuje udowadniać, że jest pełnokrwistym walczakiem. Jeśli o mnie idzie: nie przepadam za nim, ale niezmiernie szanuję.

View this post on Instagram

Epic race! #stradebianche 📸@ypmedias

A post shared by Clément (@clementventurini) on

3. Tiesj Benoot. Ledwie o nim wspomniałem w przedwyścigowych wyliczankach faworytów, ale głównie dlatego, że liderował grupie Lotto-Soudal, a pomagać miał mu Tomasz Marczyński (o ile w ogóle w Strade Bianche można mówić o drużynowej pracy, bo z pewnością jest to jeden z tych wyścigów, gdzie kolarze są zdani niemal wyłącznie na siebie). Ale nie ja jeden popełniłem to zaniechanie, bo skok Benoot’a zignorowali też faworyci, przez co odjechał im wyścig. Tiesj najpierw wyrwał się do przodu, ciągnąc za sobą kilkunastu zawodników, ale współpraca się jakoś nieszczególnie kleiła, więc prawdopodobnie w którymś momencie rzucił „no to siema” i pojechał swoje, po największe osiągnięcie w karierze. Podobno we Flandrii ukuło się już nowe słowo: Fan-Tas-Tiesj 😉

BTW. Tiesj wygląda na tej focie na niezłego chojraka, bo warto pamiętać, że wczoraj było coś między 7 a 9 stopni Celsiusza i na dodatek dosyć mokro. Ale może to właśnie warstwa ochronna z błota była tą receptą na sukces?

4. A’propos Tomka Marczyńskiego, to wydaje mi się jedną z najbardziej fotogenicznych postaci w peletonie, co wczoraj po raz kolejny potwierdził 😉

Kolarza z AG2R, widocznego na drugiej fotografii w secie rozpoznać nie sposób.

5. Faworyci wczoraj nie błysnęli na finiszu, ale to nie znaczy, że się solidnie nie ujechali. Dość powiedzieć, że wyścig ukończyło 53 ze 147 startujących. To również świadczy o tym, z czym musieli się zmierzyć.

Głowy nie dam, ale ten gość na zdjęciu poniżej przypomina Grega Van Avermaeta.

View this post on Instagram

Maschere di fango "II" #StradeBianche

A post shared by Ciclismo Ignorante (@ciclismoignorante) on

Tu na pierwszym planie Peter Sagan

A tutaj w secie Peter Sagan, Wout Van Aert, wspomniany wyżej Greg Van Avermaet, Tiesj Benoot i Gianni Moscon.

View this post on Instagram

Epic edition of @strade_bianche 2018 … faces in a different mood but all covered in #mud after the finish ..@petosagan is angry, @woutvanaert is upset, @gregvanavermaet smiles, @tiesj is happy and @giannimoscon is too tired #photo @dariobelingheri @bettiniphoto @sprintcycling @iamspecialized @iamspecialized_road @girocycling @bmcproteam @borahansgrohe @lotto_soudal @teamsky @castellicycling @verandaswillems_crelan #picoftheday #picture #amazing #strong #mood #cycling #cyclingpics #cyclingphotos #photography #nikonitalia #nikonphotography #nikontop #top #best #cool #awesome #epic #sportsphotography #nikon #siena #stradebianche #tuscany #cyclinglife #sagan @nikonitalia @nikoneurope

A post shared by Dario Belingheri (@dariobelingheri) on

Ten nietypowo pucułowaty jegomość na drugim planie, to nie kto inny, jak oblepiony błotem Michał Kwiatkowski. Swoją drogą, ta fota z dużym prawdopodobieństwem stanie się jedną z ikon Strade Bianche i kolarstwa w ogóle. Oto szosowy debiutant ogląda się na takich wyjadaczy, jak Kwiatkowski, Valverde, Dumoulin. Chapeaux.

W tym secie również jest kilka wspaniałych fotek.

Na deser jeszcze kilka ciekawych ujęć. Daniel Oss

Tom Dumoulin

Robert Power, marnotrawiący płyny 😉

Marcus Burghardt

View this post on Instagram

Maschere di fango "I" #StradeBianche

A post shared by Ciclismo Ignorante (@ciclismoignorante) on

Czy takie tam landszafciki z trasy 😉

Ale żeby nie odnieść mylnego wrażenia, że taplanie się na rowerze w błocie to jest jakaś nietypowa rozrywka garstki panów, od czego mamy dżęder? 😉 Chwilę wcześniej toskańskie błocko rozjeżdżały również panie.

W tym nasza nieoceniona Kasia Niewiadoma, która po raz trzeci z rzędu na rynku w Sienie zameldowała się na drugim miejscu. Konsekwentna bestia 😉

Elisa Longo Borghini była wczoraj trzecia

A wygrała niesamowita Anna van der Breggen

Swoją drogą… odnoszę wrażenie, że panie jednak mimo wszystko brudzą się jakoś mniej? 😉

I jeszcze jedna ważna rzecz na koniec: po tegorocznej edycji Strade Bianche można odnieść wrażenie, że Toskania to jakaś paskudna, błotnista kraina. Nic bardziej mylnego: Toskania jest piękna. I mam w planach wybrać się tam na rower.