E-wyścigi? Chyba nie-e

OK, wszystko rozumiem. Na bezrybiu i rak ryba, a potrzeba matką wynalazków. Ale jeśli już jesteśmy przy przysłowiach, to przypomnę, że na pochyłe drzewo i Salomon nie naleje. Czy tam, że z pustego. Całkiem na miejscu byłoby też słynne porównanie, że różnica między wyścigiem kolarskim a e-wyścigiem, to jak różnica między krzesłem, a krzesłem elektrycznym.

Fajna była ta zabawa w wirtualną edycję De Ronde, ale jeśli kiedyś miałyby się ziścić proroctwa, że niebawem tak będzie wyglądał cały sport, to ja chyba podziękuję. Nie chciałbym dożyć tego dnia. I bynajmniej nie dlatego, że mam coś przeciwko tego typu rywalizacji. Chodzi bardziej o dogmaty. O to, co właściwie nazywamy sportem.

Dla mnie osobiście jednym z fundamentów uczciwej sportowej rywalizacji jest to, że wszyscy startują w tych samych warunkach. Tymczasem wiele do myślenia dała już obserwacja samego startu wirtualnej edycji wyścigu we Flandrii, gdzie część zawodników wystartowała, a część wciąż czekała, aż ich zegar skończy odliczanie. Być może nie miało to jakiegoś wielkiego znaczenia, ale – jak to się mówi – niesmak pozostał. Długość skarpetek też zasadniczo nie ma wielkiego znaczenia, a wszyscy wiemy, jaka jest rzeczywistość…

Być może 30 wirtualnych kilometrów to również nie jest dystans, na którym identyczne warunki miałyby jakiś istotny wpływ na wynik, ale z punktu widzenia uczciwej rywalizacji byłoby całkiem zasadne, żeby wszyscy startowali mniej więcej w podobnych okolicznościach przyrody. Tymczasem oglądaliśmy zawodników kręcących w pokoju, w ogrodzie, w garażu (lub piwnicy), w różnych temperaturach, różnej wilgotności, z różną siłą „wiatru” z wentylatorów itd.

Rozumiem oczywiście powody, dla których zostało to w ten sposób zorganizowane. Rozumiem emocje, jakie ta rywalizacja budziła. Bardzo się cieszę z wygranej Grega, zwłaszcza w takim momencie, kiedy CCC zaczęło niebezpiecznie balansować na krawędzi przepaści. Zrozumiem, jeśli przez jeszcze jakiś czas będzie nam dane cieszyć się wyłącznie tego typu substytutami wyścigów.

Ale wobec nazywania tego „sportem” i dopatrywania się w tym jego przyszłości, jestem mimo wszystko bardzo sceptyczny. O ile widzę wiele sensu we „wspólnych” treningach w wirtualnej przestrzeni, o tyle mam nadzieję, że „poważna” rywalizacja w wirtualnym świecie długo jeszcze nie stanie się naszą rzeczywistością. Również z tego powodu, że – mam bardzo poważną obawę – w tym formacie bardzo szybko nam się znudzi.

Nie wydaje mi się to „nowym początkiem” sportu. Raczej jego dość smutnym końcem.

Wyjątkowo zimny maj.

Trochę tu zarasta kurzem, ale tegoroczny maj jest nie dość, że wściekle zimny, to jeszcze wyjątkowo pracowity. Bynajmniej nie narzekam, bo bardzo lubię tę robotę, ale trudno pominąć fakt, że czasu jest mało, a stres spory.

Dość późno się zabrałem za przygotowywanie zapowiedzi Giro d’Italia w Sport.pl, więc wysłałem materiał w ostatniej chwili i nie za bardzo miałem możliwość sprawdzenia, co się z nim dzieje. A podziało się sporo, bo z oryginalnego tytułu „Niekończąca się opowieść” specjaliści od SEO zrobili jakiegoś potworka. No trudno. Nie nadążam za tymi wymogami „nowoczesnego” dziennikarstwa. Abstrahując więc od tego nieszczęsnego tytułu, cała reszta jest chyba zjadliwa, więc jak ktoś ma ochotę (lepiej późno, niż wcale), to można się częstować tutaj.

A na co dzień, przez całe trzy tygodnie wyścigu, mam do realizacji codzienne wydania Giro Extra w Eurosporcie. Bardzo mnie cieszy zdobywanie nowych doświadczeń, ale przyznaję się bez bicia, że stres jest ogromny i po tych 20-30 minutach wychodzę ze studia całkowicie wypompowany. Nie wdając się specjalnie w szczegóły kuchni, dość powiedzieć, że o tym, co zobaczę za moment na ekranie, dowiaduję się zazwyczaj kilka sekund wcześniej. A ponieważ nie jest to typowa relacja na żywo, ale zestaw migawek z fragmentami etapu, który skończył się kilka chwil wcześniej, przeplatanych rozmowami na żywo z tymi, których się właśnie uda złapać, trzeba być czujnym jak ważka, żeby nie dać się niczym zaskoczyć. Wychodzi mi raz lepiej, raz gorzej, czasem ten komentarz jest potwornie drewniany, ale cóż… robię to w sumie po raz pierwszy, więc mam nadzieję, że zanim wyścig się skończy, uda mi się tę nieokiełznaną materię jakoś opanować…

Tak czy inaczej trzymajcie kciuki. I zapraszam codziennie, kilka minut po relacji z każdego etapu Giro – te oglądajcie koniecznie, bo tam się naprawdę pięknie dzieje i będzie działo.

A’propos: o tym, co się może zadziać w Corsa Rosa porozmawiałem sobie też krótką chwilę z Andrzejem Grabowskim na antenie Polskiego Radia 24. Też zapraszam, tu mnie jeszcze nie było 😉

Wraca nowe. I dobre!

Niewiele się tu ostatnio dzieje, bo nie dość, że sezon klasyków w pełni, więc wyżywam się twórczo w zapowiedziach wyścigów (o, na przykład tutaj, przed De Ronde lub tutaj, przed Paryż-Roubaix), to jeszcze pochłania mnie tak zwana bieżączka i kolejka projektów do wdrożenia. Ale to bynajmniej nie jest powód do narzekań, bo czasem trafia się wśród nich prawdziwa perełka, a trudno inaczej określić powrót na rynek po ponad 19 latach (sic!) magazynu Magic Basketball.

Na koszykówce nie znam się prawie wcale, ale trzymam mocno kciuki za Piotra i jego ekipę, bo zdaję sobie sprawę na jak ciężki rynek wchodzą. Sprzedaż drukowanego magazynu w dzisiejszych czasach to zabawa w rosyjską ruletkę: albo masz masę szczęścia i każdy kolejny strzał cię umacnia, albo zabija cię nagła podwyżka na poczcie, upadek kolejnego dystrybutora, albo nowa akcyza na papier i farbę drukarską, bo właściwie dlaczego by nie?

Z dystrybucją cyfrową ryzyka są nieco mniejsze, ale to również nie jest takie Eldorado, jak się z pozoru wydaje, bo przebicie się z nowym tytułem do świadomości odbiorców w tym całym komunikacyjnym szumie, z jakim mamy do czynienia w dzisiejszym internecie, proste bynajmniej nie jest.

Sądząc jednak po pierwszych wynikach, im się udało. Bardzo się cieszę i zaciskam kciuki jeszcze mocniej, bo przygoda dopiero teraz się zaczyna: za dwa miesiące pierwszy numer płatny. Jeśli tylko utrzymają poziom (a nie mam powodu w to wątpić) – czeka nas ciekawa współpraca.

Zatem: pobierajcie i polecajcie znajomym! Wystarczy kliknąć i podać ten krótki link: onelink.to/magicbasketball (urządzenie samo rozpozna odpowiedni market, do którego będzie przekierowywać), lub wyświetlić na ekranie poniższy kod do zeskanowania. Częstujcie się i smacznego!

Niby po zdrowie, ale wbrew rozsądkowi…

Uprawianie amatorskiego sportu w Polsce coraz rzadziej jest walką z samym sobą i swoimi ograniczeniami. Coraz częściej to krucjata wszystkich przeciw wszystkim: kolarzy przeciw kierowcom, biegaczy przeciw mieszkańcom, rolkarzy przeciw pieszym. Tylko od normalności zdajemy się być coraz dalej…

No i się zaczęło. Przyszła wiosna, wystartowały pierwsze uliczne biegi, a wraz z nimi licytacja na najbardziej wymyślne obelgi, którymi można obrzucić organizatorów, władze miasta, służby porządkowe, czy wreszcie samych biegaczy. Każdemu się należy, bo każdy w mniejszym lub większym stopniu dołożył się do zrujnowania życiowych planów jakiejś grupie mieszkańców, którym – co też jest prawdą – ktoś na kilka godzin solidnie utrudnił życie.

Problem nie polega na tym, że krytykujący nie mają racji, bo mają. Ale coraz bardziej martwi mnie poziom tej dyskusji, coraz bardziej agresywny język i coraz bardziej absurdalne argumenty, wysuwane na obronę swoich tez. Trudno uwolnić się od wrażenia, że tu w ogóle nie chodzi o szukanie jakichkolwiek rozwiązań, bo w tych dyskusjach właściwie nikt nikogo nie słucha. Zdaje się, że chodzi bardziej o możliwość wyładowania własnej frustracji. Tylko czy aby na pewno jest to właściwy kierunek?

Słowo krytyki należy się tak naprawdę każdemu:

  • Organizatorom, którzy „trafili” z wielką imprezą w jedyną w miesiącu handlową niedzielę, co pewnie bardziej, niż zwykle wzmogło frustrację mieszkańców.
  • Władzom miasta, które od lat nie potrafi stworzyć sensownego i skutecznego sposobu informowania mieszkańców o tego typu wydarzeniach. Publikacja na miejskim profilu na FB jednego posta, i to na pół godziny przed startem imprezy, to czysta kpina z mieszkańców. Nie mówiąc już o tym, że jednym z celów organizacji tego typu imprez, jest promocja miasta. Zaiste, bardzo się miasto przy tej okazji wypromowało…
  • Służbom porządkowym, w tym policji i straży miejskiej, przydatnych w takich okolicznościach jak świni siodło: nic niewiedzących, niezdolnych do jakiejkolwiek pomocy, stojących i robiących dobrą minę do złej gry, bo stać kazali.
  • Mediom, a zwłaszcza tak zwanym „patronom medialnym”, których użyteczność przy tego typu wydarzeniach coraz bardziej mnie zastanawia.

Tu się zatrzymam, bo to poniekąd moja działka. Jakiś czas temu miałem okazję współpracować z takimi „patronami medialnymi” i przyznam, że z każdą chwilą coraz mniej rozumiałem sens nawiązywania tego typu współpracy. Po pierwsze dlatego, że partnerem do rozmowy o tego typu działaniach jest zwykle handlowiec, który ma to w głębokim poważaniu, bo pieniądz z takiej roboty jest żaden, a trochę nachodzić się trzeba. Po drugie dlatego, że redakcja najczęściej też ma na to wylane, zwłaszcza jak musi się zajmować tematem, który ją nieszczególnie interesuje i nie najlepiej się klika. Efekt jest taki, że zwykle trzeba dostarczyć gotowy tekst, który ktoś po prostu wrzuci na stronę i zapomni o sprawie. „Opublikowaliśmy, może wyskoczy wam w raportach mediowych, będziecie mogli wstawić do prezentacji dla sponsora, a poza tym macie nasz logotyp, to sobie przyklejcie i ogrzejcie się w blasku naszej chwały”. Nie twierdzę, że to reguła, ale niestety w przypadku imprez, które nie gromadzą tysięcy kibiców i dużej widowni telewizyjnej, jest to najczęściej przykry standard. Czasem przytrafi się jakiś wyjątek, gdy w redakcji siedzi pasjonat, który się zna na sprawie i potrafi swoich odbiorców zainteresować tematem. Gdy go brakuje, taki artykuł równie dobrze można przysypać liśćmi, byle nie kolidował z niezwykle ważnym newsem o tym, że Lewandowski zjadł śniadanie.

Skutki tej ignorancji wszystkich stron są opłakane i to nie tylko za sprawą sfrustrowanych mieszkańców, ale przede wszystkim tabunów ludzi, którzy bezrefleksyjnie powtarzają swoją mantrę: „biegacze do lasu!”, „cykliści won z miasta!”, „rolkarze do skate-parków!” i tak dalej. Jeśli do tego zmierza promocja amatorskiego sportu w Polsce, to nie wróżę nam zbytnio świetlanej przyszłości, bo uprawianie sportu coraz częściej przestaje być walką z samym sobą i własnymi ograniczeniami, a zaczyna być ustawką wszystkich z wszystkimi: rowerzystów z kierowcami, biegaczy z mieszkańcami, rolkarzy z pieszymi i tak dalej. Człowiek, który zamierza się zająć uprawianiem jakiegoś sportu, coraz częściej zaczyna tę przygodę od pytania o to, z kim będzie musiał dziś walczyć o kawałek przestrzeni dla siebie.

Na całym świecie udaje się jakoś wypracować rozsądne ramy do uprawiania amatorskiego sportu. Często udaje się to w dużych miastach, gdzie ze względu na siedzący na ogół tryb życia jest to sprawa szczególnie istotna. Wielkie imprezy biegowe organizuje się niemal w każdej większej europejskiej stolicy i choć zawsze znajdą również tam jacyś niezadowoleni, nie spotkałem się jeszcze z tak otwartym i bezceremonialnym hejtem. W Polsce mamy tendencję do zamykania się we własnych bańkach i zamiast szukać rozsądnych rozwiązań, szukamy miejsca, w których można postawić kolejne granice. Bo wprawdzie „miasto jest nasze”, ale „twoja wolność kończy się tam, gdzie przekracza granice mojej”.

Wydaje mi się to chore. I – niestety – jestem raczej pesymistą, jeśli idzie o to, czy zmierzamy w kierunku wyzdrowienia…

Foto: Flickr / A T Y

_____________________

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Trzeba być do bólu uczciwym.

Miałem wczoraj wielką przyjemność uczestniczyć w kameralnym spotkaniu z Jurkiem Górskim. Jeśli ktoś czytał książkę Łukasza Grassa „Najlepszy” lub oglądał film pod takim samym tytułem – wie z pewnością o kogo chodzi. Kto nie czytał lub nie widział – polecam.

Jurek Górski jest facetem, który w latach 70. ubiegłego stulecia dał się wciągnąć w kuszący świat narkotyków. Nietrudno się domyślić, że przepadł w uzależnieniu i konsekwentnie zmierzał w stronę dna, lądując w więzieniu i „lecząc się” spętany pasami na łóżku szpitala psychiatrycznego (w PRL-u oficjalnie nie występował problem narkomanii, więc uzależnieni ludzie byli w dość bezceremonialny sposób „leczeni” z uzależnienia od leków).

Żeby nie psuć nikomu zabawy, pominę w tym miejscu część opowieści o tym, w jaki sposób udało mu się z tego wyjść. Dość powiedzieć, że w pewnym momencie swego życia stanął w amerykańskim mieście Huntsville na najwyższym podium tzw. „podwójnego Ironmana” (8 kilometrów pływania, 360 kilometrów na rowerze i 84 kilometry biegu).

Nietrudno się też domyślić, że człowiek, który przeszedł taką drogę, nie zatrzymał się na swoich osiągnięciach i nie odcina od nich kuponów, ale konsekwentnie realizuje swoją misję, dzieląc się pasją, doświadczeniami i niespożytą energią z innymi. To właśnie głównie tej części jego aktywności dotyczyło nasze wczorajsze spotkanie.

Umówiłem się z Jurkiem na dłuższą rozmowę, więc być może w niedalekiej przyszłości będę mógł się również podzielić jego kilkoma ciekawymi spostrzeżeniami o życiu. Ale jedna myśl, którą wypowiedział już właściwie na zakończenie wczorajszego spotkania, bardzo mocno utkwiła mi w głowie i to nią właśnie chciałem się na gorąco podzielić.

Powiedział bowiem coś takiego: „Możesz na co dzień odgrywać przed światem swój spektakl i grać w nim swoją rolę. Przed kumplami możesz udawać i mówić, „nic się nie dzieje, wszystko jest w porządku”. Ale kiedy staniesz przed lustrem, to wobec siebie musisz być do bólu uczciwy. Musisz zdawać sobie sprawę z tego, w którym miejscu jesteś słaby. Dopiero wtedy będziesz w stanie zamienić swoją słabość w siłę”.

I zakończył spotkanie słowami: „Nazywam się Jurek Górski. Byłem narkomanem. Jestem uczciwym człowiekiem”.

Nie chciałbym popadać tutaj w nieszczery mentoring, ale fascynują mnie ludzie, którzy posiedli taką sztukę autorefleksji i potrafią najpierw zidentyfikować swoje słabości, a później z nimi walczyć. Większość z nas ocenia ludzi podobnych do Jurka przez pryzmat tego, jak długą drogę musieli przebyć, żeby osiągnąć swój cel i sukces. Tymczasem największa walka i najtrudniejszy proces nie miały miejsca podczas morderczego treningu, ale znacznie wcześniej: kiedy trzeba było we własnej głowie zobaczyć i zaakceptować prawdziwy obraz samego siebie.

Bardzo się cieszę na tę rozmowę.

Za zaproszenie dziękuję Klubowi Żeglarsko-Biznesowemu Sailing Poland.

___________________

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Niezasłużona sława głupich ludzi.

Za każdym razem, gdy w sporcie pojawia się temat dopingu, odczuwam lekkie przegrzanie systemu. Nie rozumiem bowiem dwóch rzeczy: tego, jak bardzo trzeba być głupim i naiwnym, by wierzyć, że oszustwo prędzej czy później nie wyjdzie na jaw, oraz tego, ile uwagi poświęcamy później ludziom, w gruncie rzeczy niewartym nawet wzmianki.

Oczywiście wiem jak działają media i wiem, że ten temat się „klika”. I w pewnym sensie to dobrze: o takich akcjach, jak ta, zorganizowana przez austriacką policję w Seefeld, powinno się mówić jak najwięcej, żeby każdy mógł sobie na zawsze wbić do łba, że nie ma przestępstw doskonałych. Że w każdym, nawet najlepiej zorganizowanym procederze oszustwa, zawsze znajdzie się jakiś słaby element. O tym powinniśmy trąbić, tego powinniśmy uczyć dzieci w szkołach (o wychowywaniu do uczciwego życia w domach nie wspominając).

Ale tego, że z oszustów robimy ludzi sławnych, nie jestem już w stanie pojąć. Facet, który uczciwie nie zapracował na swoje nazwisko na sportowej arenie, nie powinien od losu dostawać szansy na sławę z powodu oszustwa. I to my powinniśmy o to zadbać, jeśli chcemy faktycznie nagradzać tych, którzy na nagrodę zasługują i piętnować tych, którzy powinni zostać skazani na wieczne zapomnienie. Tymczasem to my: dziennikarze, blogerzy i kibice, często wytrwale pracujemy na ich niezasłużoną sławę, w nieskończoność piłując temat.

Wyniki dopingowiczów powinny być usuwane z annałów po cichu. Wszelki ślad po nich powinien po prostu zniknąć, żadnych skreślanych nazwisk. Jeśli udowodniono ci doping, to tak, jakby cię tam nie było. Chcesz zaistnieć na nowo – proszę bardzo: zrealizuj swoją karę, wróć i zostaw na szosie krew, pot i łzy. Uczciwie zapracuj i wykorzystaj swoją drugą szansę – wielu przecież to zrobiło. Ale nie licz na sławę tylko z tego powodu, że się przyznałeś do swojej głupoty.

Zapomnienie bywa najwyższym wymiarem kary. I takim powinno pozostać. Ludzie nieuczciwi na sportową sławę nie zasługują. Nie powinniśmy im czynić tej przyjemności.

Foto: Flickr / Ian Parker

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Pchamy!

Są w życiu czasem sprawy ważniejsze, niż sport i dobra zabawa. Czasem trzeba powalczyć o najwyższą stawkę. To właśnie jest taka sytuacja i w tej walce potrzebne jest mocne wsparcie.

W mieście, z którego pochodzę, mieszka Marcin – kolarz amator. To nieduża miejscowość, więc pewnie nie raz dreptaliśmy tymi samymi ścieżkami i zdarzyło nam się objechać te same drogi. Obaj pasjonujemy się kolarstwem i pewnie obaj kibicujemy naszym idolom, którzy sprawiają nam frajdę swoją walką na szosie. I na tym chyba kończy się to, co nas łączy.

Ja spędzałem wczorajszy poranek na śniadaniu m.in. z Rafałem Majką, Pawłem Poljańskim i Maćkiem Bodnarem. Marcin w tym czasie pewnie szukał w sobie siły do tego, żeby wstać i przeżyć bez bólu kolejny dzień. Życie bywa cholernie niesprawiedliwe.

Marcin do walki z rakiem potrzebuje tylko jednego: siły i woli walki. Na co dzień dopingujemy naszych walczaków, możemy dopingować również tego, który walczy o największą stawkę.

Dzięki życzliwości polskiego oddziału Hansgrohe oraz chłopaków mam dla Marcina koszulkę z ich autografami – dotrze do niego zapewne w przyszłym tygodniu. Dorzućcie proszę coś od siebie: dobre słowo, jakąś zachętę, fajną fotkę – cokolwiek, co pomoże mu uwierzyć, że niebawem wsiądzie na swoją Emondę i objedzie kolejną trasę. Tu w komentarzu, na Facebooku, Twitterze – gdziekolwiek. Zróbmy to, co przecież potrafimy robić najlepiej: pchajmy!

Foto otwierające: Flickr / cauldphoto

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Słaba płeć. Tylko która?

„To przecież tylko żarty” – zwykli się tłumaczyć mężczyźni, po których popisach część ludzkości odczuwa tylko zażenowanie. Ale może my naprawdę nie potrafimy się właściwie zachowywać względem kobiet? I w gruncie rzeczy może naprawdę nie mamy ochoty tego zmieniać? Tylko po co w takim razie gramy w tę grę pozorów?

„Słabo kolarzom wychodzą relacje z kobietami” – napisał ktoś w komentarzu na Twitterze, gdy wrzuciłem info o wykluczeniu z wyścigu Vuelta de San Juan Iljo Keisse, zawodnika Deceuninck-Quick Step, który pozwolił sobie na sztubacki żart, symulując akt seksualny wobec niczego nieświadomej kibicki, pragnącej zrobić sobie zdjęcie z kolarzami.

Może nie posuwałbym się aż tak daleko w generalizowaniu, bo podejrzewam, że zdecydowanej większości kolarzy udaje się utrzymywać z płcią piękną relacje przynajmniej poprawne, ale faktem jest, że nie tylko kolarstwo, ale w ogóle świat sportu (i nie tylko) wyjątkowo często się w tych relacjach gubi i zachowuje jak słoń w składzie porcelany. Niby wszyscy chcieliby jakiejś „normalności”, ale raz, że niespecjalnie potrafią określić, na czym ta „normalność” miałaby polegać, a dwa: jeśli już uda się wypracować przynajmniej jakąś jej namiastkę, to zawsze znajdzie się jakiś trefniś, który dzięki swojej głupocie cały wysiłek puści z dymem.

Przykładów takich sytuacji można mnożyć bez liku, począwszy od tego, jak na gali Złotej Piłki potraktowano Adę Hegerberg, na popisach Iljo Keisse, czy naszego rodzimego blogera Majka skończywszy – a przecież wszystkie je dzieli ledwie kilka tygodni. I w każdym przypadku to były „tylko żarty”.

Zresztą na tym ostatnim przykładzie chciałbym się na moment zatrzymać, bynajmniej nie dlatego, żeby się pastwić nad specyficznym poczuciem humoru blogera, ale aby zacytować całkiem trafne zdanie, rzucone przez satyryczny ASZ Dziennik, który na grillowaniu tego typu przypadków zna się o niebo lepiej ode mnie. Owo zdanie brzmi: „Popis rowerzysty Michała Fornala to jedna z tych afer, kiedy cały internet doskonale widzi, co jest nie w porządku – tylko główny bohater dalej nic nie rozumie.”

Tutaj dla odmiany poszerzyłbym grono nic nie rozumiejących, bo wydaje mi się, że w świecie sportu jest to choroba dość powszechna. Koledzy Iljo Keisse na przykład nie rozumieją tak bardzo, że strzelili wczoraj focha i w akcie solidarności nie pojawili się na dekoracji. Majk Cycling wciąż nie rozumie, dlaczego Kross natychmiast zerwał z nim umowę, ale jeszcze zanim usunął z Facebooka rzewny post, w którym się skarży na swój niezasłużony los, można było pod nim poczytać setki komentarzy ludzi, którzy nie rozumieją jeszcze bardziej. I tak dalej.

Przypomniała mi się przy tej okazji ubiegłoroczna awantura o tzw. podium girls, które w imię politycznej poprawności i rzekomej walki z seksizmem postanowiono wykolegować z Formuły 1 (a potem również z innych dyscyplin), zapomniawszy jednak przy tej okazji w ogóle zapytać je o zdanie. Czyli zrobiono dokładnie to, z czym chciano walczyć: potraktowano je przedmiotowo, tyle że pod sztandarem troski o to, by nie były traktowane przedmiotowo. Zresztą popełniłem kiedyś na ten temat również mały felieton.

Dzisiaj, z perspektywy blisko roku i kolejnych doświadczeń, jakie w tym czasie zafundowali nam zatroskani o poczucie humoru kobiet koledzy, widzę tę sprawę jeszcze wyraźniej: wszystkie męskie wysiłki, zmierzające do rzekomej poprawy sytuacji kobiet w sporcie, to w istocie próba przyklejenia na tą samą próżność nieco bardziej feministycznego plastra.

Gdybyśmy naprawdę chcieli rozwiązać ten problem, wystarczyłoby sięgnąć po rozwiązanie, które leży u stóp: zapytać kobiety, co tak naprawdę chciałyby robić, a następnie pozwolić im to robić. Chcecie jeździć na rowerach? Wsiadajcie na rowery! Chcecie grać w piłkę nożną? Grajcie w piłkę nożną! Chcecie tworzyć własne drużyny i zrzeszać się we własnych federacjach? A nie, chwileczkę, to jest przecież męska sprawa, my się tym zajmiemy, my się na tym znamy, mamy doświadczenie, kontakty, wypracowane procedury, a wy idźcie pokopać piłkę i pojeździć na rowerach, tak jak przecież chciałyście od początku…

Tak to niestety wygląda, bo zdecydowanie wciąż zbyt duża grupa facetów w sporcie to ci, którzy nadal nic nie rozumieją. Przede wszystkim tego, że jeśli chcemy coś zmienić, to po prostu musimy to zmienić, a nie tylko symulować zmiany. Tymczasem trudno uwolnić się od wrażenia, że wychodzi nam to tak, jak temu kolesiowi ze starego dowcipu, który chciał poprosić żonę, żeby podała mu cukier, ale mu się niechcący wyrwało: „pół życia przez ciebie, jędzo, zmarnowałem”.

My udajemy, że coś zmieniamy, kobiety udają, że są zadowolone. Deklarujemy, że chętnie widzielibyśmy je ubłocone na trasie jakiegoś górskiego maratonu, ale jednocześnie drapiemy się w czuprynę, bo kto w tym czasie ugotuje obiad i ogarnie lekcje z dzieciakami? I tak jest do czasu, aż komuś się wypsknie jakiś „niewinny” dowcip. Wtedy się okazuje, że dla nas od początku to były tylko żarty, a one potraktowały tę zabawę nieco bardziej serio.

I niesmak pozostaje.

Fot. Scott Robarts / Flickr

Sypnęło dobrem.

Do pełni szczęścia brakuje mi właściwie jeszcze tylko wygranej w Lotto, która pozwoliłaby mi pozałatwiać kilka spraw doczesnych i nie martwić się szczególnie perspektywami na przyszłość. Nie musi być wysoka, żeby mi się nie poprzewracało w głowie. Poza tym mam już chyba wszystko: dwie ręce, dwie nogi, głowę (chyba) na karku, kochającą kobietę, ciepły dom oraz prawie już dorosłe i wyszczekane dzieci, które (mam nadzieję) powinny sobie dać w życiu radę. No i pracę, która jest jednocześnie moją pasją. Więcej mi nie trzeba.

Ostatnie miesiące i tygodnie były dość intensywne, bo chociaż sezon kolarski się skończył i nie spędzałem już tak wielu godzin na oglądaniu, pisaniu i czytaniu relacji z wyścigów, to w „normalnej” pracy też działo się sporo, a pewne rzeczy dość mocno przyspieszyły. Mam wrażenie, że zbliżamy się do momentu, w którym „zapach papieru o poranku” nadal będzie dużą przyjemnością, ale przestanie być fetyszem, za pomocą którego wydawcy będą racjonalizować nieustające spadki sprzedaży swoich tytułów.

Tu mała dygresja, żeby nie wchodzić zbyt głęboko w szczegóły, ale rozjaśnić trochę moją filozofię: nie, papier nie zginie, prasa nie upadnie, a ludzie nadal będą kupować wydania drukowane, bo jeśli idzie o komfort czytania, to nie ma (i raczej długo nie będzie) takiej formy, która byłaby go w stanie zastąpić. Tyle, że ów komfort czytania zazwyczaj musi być poprzedzony komfortem nabycia, a z tym już nie jest tak różowo, bo:
a) żyjemy w wiecznym biegu i mamy coraz mniej czasu,
b) liczba punktów sprzedaży prasy drastycznie zmalała, a w tych, które zostały nie zawsze wszystko jest dostępne,
c) dystrybucja zrobiła się piekielnie droga, a na koniec zdarza się jeszcze, że wydawca cały sprzedany nakład musi wpisać w straty, bo po stronie dystrybutora ktoś źle pododawał cyferki i nagle w kasie zabrakło pieniędzy dla wydawcy (vide: np. problemy Ruchu).
Po to właśnie wymyślono tzw. prasę cyfrową: żeby czytelnikowi było wygodniej, a wydawca miał większą kontrolę nad tym, co produkuje.

Jedni eksplorują ten teren dość ostrożnie, jak np. Szosa, z którą pracujemy od samego początku jej wydawania, ale dla której wydanie cyfrowe jest jedynie formą uzupełniającą dla druku (chociaż konsekwentnie zdobywa coraz większą popularność i z wydania na wydanie coraz większa liczba użytkowników sięga po tę formę). Inni postanowili rzucić się od razu na głęboką wodę, zupełnie odcinając się od ciężaru dystrybucji druku i całkowicie zmieniając swoją filozofię działania.

Taką ścieżką poszedł Magazyn Bieganie, który od początku stycznia ukazuje się wyłącznie w wersji cyfrowej, ale już nie jako miesięcznik, a tygodnik. To była trochę jazda bez trzymanki, bo stawialiśmy ten projekt w rekordowym tempie (od pierwszej rozmowy do publikacji w App Store i Google Play upłynęły niecałe cztery tygodnie), ale taki sposób pracy ze zdeterminowanymi do działania ludźmi lubię najbardziej. A gdy dzisiaj patrzę na wyniki (uwzględniające pewną premię za to, że magazyn do końca stycznia dostępny jest bezpłatnie), satysfakcja jest jeszcze większa.

Ale co z tego ma użytkownik i po co zawracam tym głowę na „kolarskim” blogu? Chodzi o wygodę. O to, że bez wychodzenia z domu, bez szukania miejsca do zaparkowania i eksplorowania później półek w salonie prasowym, albo bez przeszukiwania czeluści Internetu w poszukiwaniu czegoś interesującego, można mieć dokładnie te same, wybrane przez redakcję, wiarygodne treści, sięgając nie dalej, jak do własnej kieszeni. Od potrzeby i pomysłu na czytanie ulubionej gazety do zagłębienia się w jej treści dzielą czytelnika trzy ruchy kciukiem. Tylko tyle.

Styczeń jeszcze się dobrze nie rozpędził, a już sypnął mnóstwem dobra. Najnowsza Szosa jest niemal w całości poświęcona regeneracji (tu mój szczery podziw dla redakcji, która w kompletnie martwej części sezonu zawsze znajdzie temat, który potrafi zająć człowieka na długie godziny). W Magazynie Bieganie dla odmiany temat trenowania w deficycie kalorycznym, przegląd aplikacji dietetycznych oraz sporo innych, ciekawych tekstów. Chociaż – co zabawne – pamietam nasze pierwsze rozmowy i założenia, że jako tygodnik wydania nie będą przesadnie obszerne. Okazuje się jednak, że gdy nie ma ograniczeń w objętości, a „ssanie” na rynku jest spore, to i tematów się znajdzie bez liku. Drugi numer pękałby w szwach, gdyby je tylko miał 😉

Mało? Jak ktoś nie może usiedzieć na miejscu i nosi go po świecie, to polecam jeszcze całkiem świeże Kontynenty – grudniowy numer również przebogaty i na długie, zimowe wieczory jak znalazł.

Piszę to wszystko po to, żeby sprostować pewne nieporozumienie, wynikające z opinii, która czasem do mnie trafia, a która jest całkowicie pozbawiona podstaw (i sensu). Kupując wydanie cyfrowe nie wyrządzasz krzywdy wydawcy. Wprost przeciwnie: działasz na jego i swoją korzyść. On otrzyma swoją zapłatę znacznie szybciej, niż po pół roku (tyle, a czasami nawet dłużej, płyną na konto wydawcy pieniądze z punktu, w którym kupujesz gazetę, oczywiście zakładając, że w ogóle kiedyś do niego dotrą). Dzięki temu szybciej będzie miał możliwość zrealizowania kolejnego materiału, który z wypiekami na twarzy będziesz mógł przeczytać.

Nie musisz się obawiać. Po prostu kupuj i czytaj.

Nie płakałem za Kamilem. Czyli jeszcze słowo o „Sportowcu Roku”.

Zgodnie z utartą świecką tradycją początek roku przynosi nam różnego rodzaju rozstrzygnięcia wszelakich „naj” za rok miniony, w tym również zabawę najpopularniejszą, najbardziej prestiżową i o największym znaczeniu w polskim sporcie, czyli po prostu Plebiscyt Przeglądu Sportowego na „Sportowca Roku”. Zgodnie z tą samą tradycją rozstrzygnięcie nie zadowoliło wszystkich (bo i nie mogło), zatem nie powinno szczególnie dziwić, że już po ogłoszeniu finałowej dziesiątki tu i ówdzie rozległy się pomruki niezadowolenia, osiągając apogeum w chwili ogłoszenia zwycięzcy, którym okazał się siatkarz Bartosz Kurek.

Mnie osobiście ten wybór ucieszył, ale dlaczego – o tym nieco dalej, bo w sumie nie ma to większego znaczenia. Jest kilka rzeczy, które mnie nieustannie intrygują, choć dopuszczam też możliwość, że ja po prostu czegoś zwyczajnie nie rozumiem. Na początek jednak dwie uwagi natury formalnej.

Pierwsza: sam plebiscyt w swojej formule „publicznej”, czyli tej, która opiera się na głosach czytelników Przeglądu Sportowego (część tytułów przyznaje redakcja i tu trudno się doszukać większych kontrowersji), nie ma żadnych ostrych kryteriów wyboru. Odkąd ogłoszona zostaje lista nominowanych, można głosować całkowicie „po uważaniu” i argumentując swój wybór niepodważalnym „bo tak!”.

Z biznesowego punktu widzenia taka formuła ma sens, bo warto pamiętać, że oprócz zrobienia frajdy sportowcom cała ta zabawa ma przede wszystkim promować tytuł i markę najbardziej opiniotwórczego dziennika sportowego w Polsce. Obwarowanie plebiscytu precyzyjnymi kryteriami niosłoby z sobą ryzyko znacznego ograniczenia zasięgu plebiscytu, eliminując z niego kibiców okazjonalnych, którzy sportem niekoniecznie ekscytują się na co dzień, ale od czasu do czasu lubią sobie popatrzeć na ulubioną dyscyplinę. Mogę się założyć, że znakomita większość kibiców np. lekkoatletyki ma kontakt z dyscypliną wyłącznie podczas dużych imprez mistrzowskich oraz igrzysk. Podobnie jest z wioślarstwem, kajakarstwem, szermierką i niezliczoną liczbą innych dyscyplin, w których Polacy zdobywają medale. Brak ostrych kryteriów wyboru jest prawdopodobnie ukłonem w stronę tych kibiców.

Ale ta otwarta i nieostra formuła niesie z sobą również taką konsekwencję, że wyłącza jakąkolwiek merytoryczną dyskusję i argumentację. Kiedy więc czytam pełne rozczarowania tweety sportowych fachowców i dziennikarzy, w których przekonują, że „powinien wygrać Stoch”, ciśnie mi się na usta pytanie: „ale niby dlaczego „powinien”, skoro nie zostało określone absolutnie żadne kryterium, na podstawie którego głosujący mieliby weryfikować ową powinność?”. Skoro nie określiliśmy kryteriów i reguł, to nie wymagajmy od ludzi, żeby się nimi kierowali w wyborze. Skoro zaoferowaliśmy im dowolność wyboru, to wypadałoby tę dowolność uszanować, nie narzucając po fakcie tego, jak powinni byli głosować, skoro „powinien wygrać Stoch”.

Druga rzecz, która jest w istocie również konsekwencją tych nieostrych kryteriów, jakimi należałoby się kierować w wyborze, to tak naprawdę trudność w zdefiniowaniu tego, na jakiego sportowca de facto ludzie głosują. Do niedawna wydawało mi się, że decydującą jest miara popularności i aktualnych emocji, stąd zwyczajowa premia, otrzymywana często przez sportowców, których wyczyny rozgrzewają emocje w trakcie głosowania.

Ale przyjrzałem się raz jeszcze laureatom poprzednich edycji i zakołatało mi w głowie, że może chodzić tu o zupełnie inny czynnik, który okazuje się być decydujący w tej powszechnej formule głosowania: o „fajność”. Można toczyć długie i zupełnie bezowocne debaty o wyższości Kamila Stocha nad Bartoszem Kurkiem, ale podejrzewam, że w powszechnym odbiorze waga poszczególnych tytułów i sportowych osiągnięć nie ma większego znaczenia. Kurek poprowadził siatkarską reprezentację do drugiego z rzędu tytułu mistrzów świata, będąc przy tym po prostu „fajnym” kolesiem: trochę zadziornym, energicznym i bardziej wyszczekanym od skromnego, skupionego i sympatycznego, ale mimo wszystko nieco zbyt zamkniętego w sobie Stocha. Mogę się mylić, ale jak patrzę pod tym kątem na listę laureatów Plebiscytu PS z ostatnich 15-20 lat (czyli mniej więcej z okresu, w którym poza stałymi czytelnikami Przeglądu do głosu doszli „okazjonalni” kibice, korzystający z sms-ów, audiotele czy Internetu), to ta teoria składa mi się w jakąś spójną całość: wygrywali zwykle „najfajniejsi” z najlepszych.

Dla jasności: nie mam absolutnie nic przeciw Kamilowi Stochowi. Uważam go za sportowca absolutnie wybitnego. Ale wybór Bartka Kurka mnie bardzo ucieszył. Bynajmniej nie dlatego, że był „lepszy” od Kamila Stocha (zresztą… jak to do licha porównywać?).

Stoch w 2018 roku wygrał prawie wszystko, co było do wygrania: Turniej Czterech Skoczni, Kryształową Kulę, olimpijskie złoto. Wedle wszelkich kalkulacji osiągnął w ubiegłym roku znacznie więcej, niż rok wcześniej i niż w 2014 roku, gdy zwyciężał w wyborze na Sportowca Roku. Jedyne, czego nie udało mu się powtórzyć, to podwójne złoto na Igrzyskach. Ale suma zwycięstw rzuca na kolana. W porównaniu z nim Bartosz Kurek wygrał „tylko” Memoriał Huberta Wagnera i Mistrzostwa Świata, na których został wybrany najbardziej wartościowym zawodnikiem. Pojęcia nie mam, jak od strony formalnej porównać te wyczyny, ale pewnie waga przechyliłaby się na stronę Kamila.

Jest tylko jeden niuans, który sprawia, że sukces Kurka cieszy mnie bardziej. Stoch w ubiegłym roku nie wdrapał się na szczyt; on już tam po prostu był. Przez ostatnie lata konsekwentnie wypracowywał sobie rolę niekwestionowanego króla polskich skoków i całego sportu, któremu czasem zdarzają się słabsze dni (tym razem niefortunnie w trakcie głosowania), ale na którego zawsze można liczyć.

Bartosz Kurek dla odmiany pokonał bardzo długą i bardzo ciężką drogę ponownego udowadniania swojej wartości przed nowym selekcjonerem i starą publicznością, która w części zdążyła już wymazać go z pamięci. Z zawodnika, bez którego reprezentacja poradziła sobie w siatkarskim mundialu przed czterema laty, stał się ostoją nowej kadry, bez której drugie z rzędu, a trzecie w historii zwycięstwo w Mistrzostwach Świata nie byłoby możliwe. Pod tym względem rola Kurka wydaje mi się nie do przecenienia, a tytuł Sportowca Roku absolutnie zasłużony. Ale to wyłącznie moje własne kryteria. Bo ja osobiście najbardziej w sporcie cenię tych, którzy upadają, ale wciąż jeszcze mają siłę wstać. Żadne zwycięstwo mnie tak nie cieszy, jak podniesienie się po przegranej.

Na marginesie: też uważam, że Kurek jest „fajniejszy” 😉

Foto: Flickr / Grzegorz Jereczek