Wyjątkowo zimny maj.

Trochę tu zarasta kurzem, ale tegoroczny maj jest nie dość, że wściekle zimny, to jeszcze wyjątkowo pracowity. Bynajmniej nie narzekam, bo bardzo lubię tę robotę, ale trudno pominąć fakt, że czasu jest mało, a stres spory.

Dość późno się zabrałem za przygotowywanie zapowiedzi Giro d’Italia w Sport.pl, więc wysłałem materiał w ostatniej chwili i nie za bardzo miałem możliwość sprawdzenia, co się z nim dzieje. A podziało się sporo, bo z oryginalnego tytułu „Niekończąca się opowieść” specjaliści od SEO zrobili jakiegoś potworka. No trudno. Nie nadążam za tymi wymogami „nowoczesnego” dziennikarstwa. Abstrahując więc od tego nieszczęsnego tytułu, cała reszta jest chyba zjadliwa, więc jak ktoś ma ochotę (lepiej późno, niż wcale), to można się częstować tutaj.

A na co dzień, przez całe trzy tygodnie wyścigu, mam do realizacji codzienne wydania Giro Extra w Eurosporcie. Bardzo mnie cieszy zdobywanie nowych doświadczeń, ale przyznaję się bez bicia, że stres jest ogromny i po tych 20-30 minutach wychodzę ze studia całkowicie wypompowany. Nie wdając się specjalnie w szczegóły kuchni, dość powiedzieć, że o tym, co zobaczę za moment na ekranie, dowiaduję się zazwyczaj kilka sekund wcześniej. A ponieważ nie jest to typowa relacja na żywo, ale zestaw migawek z fragmentami etapu, który skończył się kilka chwil wcześniej, przeplatanych rozmowami na żywo z tymi, których się właśnie uda złapać, trzeba być czujnym jak ważka, żeby nie dać się niczym zaskoczyć. Wychodzi mi raz lepiej, raz gorzej, czasem ten komentarz jest potwornie drewniany, ale cóż… robię to w sumie po raz pierwszy, więc mam nadzieję, że zanim wyścig się skończy, uda mi się tę nieokiełznaną materię jakoś opanować…

Tak czy inaczej trzymajcie kciuki. I zapraszam codziennie, kilka minut po relacji z każdego etapu Giro – te oglądajcie koniecznie, bo tam się naprawdę pięknie dzieje i będzie działo.

A’propos: o tym, co się może zadziać w Corsa Rosa porozmawiałem sobie też krótką chwilę z Andrzejem Grabowskim na antenie Polskiego Radia 24. Też zapraszam, tu mnie jeszcze nie było 😉

Wraca nowe. I dobre!

Niewiele się tu ostatnio dzieje, bo nie dość, że sezon klasyków w pełni, więc wyżywam się twórczo w zapowiedziach wyścigów (o, na przykład tutaj, przed De Ronde lub tutaj, przed Paryż-Roubaix), to jeszcze pochłania mnie tak zwana bieżączka i kolejka projektów do wdrożenia. Ale to bynajmniej nie jest powód do narzekań, bo czasem trafia się wśród nich prawdziwa perełka, a trudno inaczej określić powrót na rynek po ponad 19 latach (sic!) magazynu Magic Basketball.

Na koszykówce nie znam się prawie wcale, ale trzymam mocno kciuki za Piotra i jego ekipę, bo zdaję sobie sprawę na jak ciężki rynek wchodzą. Sprzedaż drukowanego magazynu w dzisiejszych czasach to zabawa w rosyjską ruletkę: albo masz masę szczęścia i każdy kolejny strzał cię umacnia, albo zabija cię nagła podwyżka na poczcie, upadek kolejnego dystrybutora, albo nowa akcyza na papier i farbę drukarską, bo właściwie dlaczego by nie?

Z dystrybucją cyfrową ryzyka są nieco mniejsze, ale to również nie jest takie Eldorado, jak się z pozoru wydaje, bo przebicie się z nowym tytułem do świadomości odbiorców w tym całym komunikacyjnym szumie, z jakim mamy do czynienia w dzisiejszym internecie, proste bynajmniej nie jest.

Sądząc jednak po pierwszych wynikach, im się udało. Bardzo się cieszę i zaciskam kciuki jeszcze mocniej, bo przygoda dopiero teraz się zaczyna: za dwa miesiące pierwszy numer płatny. Jeśli tylko utrzymają poziom (a nie mam powodu w to wątpić) – czeka nas ciekawa współpraca.

Zatem: pobierajcie i polecajcie znajomym! Wystarczy kliknąć i podać ten krótki link: onelink.to/magicbasketball (urządzenie samo rozpozna odpowiedni market, do którego będzie przekierowywać), lub wyświetlić na ekranie poniższy kod do zeskanowania. Częstujcie się i smacznego!

Niby po zdrowie, ale wbrew rozsądkowi…

Uprawianie amatorskiego sportu w Polsce coraz rzadziej jest walką z samym sobą i swoimi ograniczeniami. Coraz częściej to krucjata wszystkich przeciw wszystkim: kolarzy przeciw kierowcom, biegaczy przeciw mieszkańcom, rolkarzy przeciw pieszym. Tylko od normalności zdajemy się być coraz dalej…

No i się zaczęło. Przyszła wiosna, wystartowały pierwsze uliczne biegi, a wraz z nimi licytacja na najbardziej wymyślne obelgi, którymi można obrzucić organizatorów, władze miasta, służby porządkowe, czy wreszcie samych biegaczy. Każdemu się należy, bo każdy w mniejszym lub większym stopniu dołożył się do zrujnowania życiowych planów jakiejś grupie mieszkańców, którym – co też jest prawdą – ktoś na kilka godzin solidnie utrudnił życie.

Problem nie polega na tym, że krytykujący nie mają racji, bo mają. Ale coraz bardziej martwi mnie poziom tej dyskusji, coraz bardziej agresywny język i coraz bardziej absurdalne argumenty, wysuwane na obronę swoich tez. Trudno uwolnić się od wrażenia, że tu w ogóle nie chodzi o szukanie jakichkolwiek rozwiązań, bo w tych dyskusjach właściwie nikt nikogo nie słucha. Zdaje się, że chodzi bardziej o możliwość wyładowania własnej frustracji. Tylko czy aby na pewno jest to właściwy kierunek?

Słowo krytyki należy się tak naprawdę każdemu:

  • Organizatorom, którzy „trafili” z wielką imprezą w jedyną w miesiącu handlową niedzielę, co pewnie bardziej, niż zwykle wzmogło frustrację mieszkańców.
  • Władzom miasta, które od lat nie potrafi stworzyć sensownego i skutecznego sposobu informowania mieszkańców o tego typu wydarzeniach. Publikacja na miejskim profilu na FB jednego posta, i to na pół godziny przed startem imprezy, to czysta kpina z mieszkańców. Nie mówiąc już o tym, że jednym z celów organizacji tego typu imprez, jest promocja miasta. Zaiste, bardzo się miasto przy tej okazji wypromowało…
  • Służbom porządkowym, w tym policji i straży miejskiej, przydatnych w takich okolicznościach jak świni siodło: nic niewiedzących, niezdolnych do jakiejkolwiek pomocy, stojących i robiących dobrą minę do złej gry, bo stać kazali.
  • Mediom, a zwłaszcza tak zwanym „patronom medialnym”, których użyteczność przy tego typu wydarzeniach coraz bardziej mnie zastanawia.

Tu się zatrzymam, bo to poniekąd moja działka. Jakiś czas temu miałem okazję współpracować z takimi „patronami medialnymi” i przyznam, że z każdą chwilą coraz mniej rozumiałem sens nawiązywania tego typu współpracy. Po pierwsze dlatego, że partnerem do rozmowy o tego typu działaniach jest zwykle handlowiec, który ma to w głębokim poważaniu, bo pieniądz z takiej roboty jest żaden, a trochę nachodzić się trzeba. Po drugie dlatego, że redakcja najczęściej też ma na to wylane, zwłaszcza jak musi się zajmować tematem, który ją nieszczególnie interesuje i nie najlepiej się klika. Efekt jest taki, że zwykle trzeba dostarczyć gotowy tekst, który ktoś po prostu wrzuci na stronę i zapomni o sprawie. „Opublikowaliśmy, może wyskoczy wam w raportach mediowych, będziecie mogli wstawić do prezentacji dla sponsora, a poza tym macie nasz logotyp, to sobie przyklejcie i ogrzejcie się w blasku naszej chwały”. Nie twierdzę, że to reguła, ale niestety w przypadku imprez, które nie gromadzą tysięcy kibiców i dużej widowni telewizyjnej, jest to najczęściej przykry standard. Czasem przytrafi się jakiś wyjątek, gdy w redakcji siedzi pasjonat, który się zna na sprawie i potrafi swoich odbiorców zainteresować tematem. Gdy go brakuje, taki artykuł równie dobrze można przysypać liśćmi, byle nie kolidował z niezwykle ważnym newsem o tym, że Lewandowski zjadł śniadanie.

Skutki tej ignorancji wszystkich stron są opłakane i to nie tylko za sprawą sfrustrowanych mieszkańców, ale przede wszystkim tabunów ludzi, którzy bezrefleksyjnie powtarzają swoją mantrę: „biegacze do lasu!”, „cykliści won z miasta!”, „rolkarze do skate-parków!” i tak dalej. Jeśli do tego zmierza promocja amatorskiego sportu w Polsce, to nie wróżę nam zbytnio świetlanej przyszłości, bo uprawianie sportu coraz częściej przestaje być walką z samym sobą i własnymi ograniczeniami, a zaczyna być ustawką wszystkich z wszystkimi: rowerzystów z kierowcami, biegaczy z mieszkańcami, rolkarzy z pieszymi i tak dalej. Człowiek, który zamierza się zająć uprawianiem jakiegoś sportu, coraz częściej zaczyna tę przygodę od pytania o to, z kim będzie musiał dziś walczyć o kawałek przestrzeni dla siebie.

Na całym świecie udaje się jakoś wypracować rozsądne ramy do uprawiania amatorskiego sportu. Często udaje się to w dużych miastach, gdzie ze względu na siedzący na ogół tryb życia jest to sprawa szczególnie istotna. Wielkie imprezy biegowe organizuje się niemal w każdej większej europejskiej stolicy i choć zawsze znajdą również tam jacyś niezadowoleni, nie spotkałem się jeszcze z tak otwartym i bezceremonialnym hejtem. W Polsce mamy tendencję do zamykania się we własnych bańkach i zamiast szukać rozsądnych rozwiązań, szukamy miejsca, w których można postawić kolejne granice. Bo wprawdzie „miasto jest nasze”, ale „twoja wolność kończy się tam, gdzie przekracza granice mojej”.

Wydaje mi się to chore. I – niestety – jestem raczej pesymistą, jeśli idzie o to, czy zmierzamy w kierunku wyzdrowienia…

Foto: Flickr / A T Y

_____________________

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Trzeba być do bólu uczciwym.

Miałem wczoraj wielką przyjemność uczestniczyć w kameralnym spotkaniu z Jurkiem Górskim. Jeśli ktoś czytał książkę Łukasza Grassa „Najlepszy” lub oglądał film pod takim samym tytułem – wie z pewnością o kogo chodzi. Kto nie czytał lub nie widział – polecam.

Jurek Górski jest facetem, który w latach 70. ubiegłego stulecia dał się wciągnąć w kuszący świat narkotyków. Nietrudno się domyślić, że przepadł w uzależnieniu i konsekwentnie zmierzał w stronę dna, lądując w więzieniu i „lecząc się” spętany pasami na łóżku szpitala psychiatrycznego (w PRL-u oficjalnie nie występował problem narkomanii, więc uzależnieni ludzie byli w dość bezceremonialny sposób „leczeni” z uzależnienia od leków).

Żeby nie psuć nikomu zabawy, pominę w tym miejscu część opowieści o tym, w jaki sposób udało mu się z tego wyjść. Dość powiedzieć, że w pewnym momencie swego życia stanął w amerykańskim mieście Huntsville na najwyższym podium tzw. „podwójnego Ironmana” (8 kilometrów pływania, 360 kilometrów na rowerze i 84 kilometry biegu).

Nietrudno się też domyślić, że człowiek, który przeszedł taką drogę, nie zatrzymał się na swoich osiągnięciach i nie odcina od nich kuponów, ale konsekwentnie realizuje swoją misję, dzieląc się pasją, doświadczeniami i niespożytą energią z innymi. To właśnie głównie tej części jego aktywności dotyczyło nasze wczorajsze spotkanie.

Umówiłem się z Jurkiem na dłuższą rozmowę, więc być może w niedalekiej przyszłości będę mógł się również podzielić jego kilkoma ciekawymi spostrzeżeniami o życiu. Ale jedna myśl, którą wypowiedział już właściwie na zakończenie wczorajszego spotkania, bardzo mocno utkwiła mi w głowie i to nią właśnie chciałem się na gorąco podzielić.

Powiedział bowiem coś takiego: „Możesz na co dzień odgrywać przed światem swój spektakl i grać w nim swoją rolę. Przed kumplami możesz udawać i mówić, „nic się nie dzieje, wszystko jest w porządku”. Ale kiedy staniesz przed lustrem, to wobec siebie musisz być do bólu uczciwy. Musisz zdawać sobie sprawę z tego, w którym miejscu jesteś słaby. Dopiero wtedy będziesz w stanie zamienić swoją słabość w siłę”.

I zakończył spotkanie słowami: „Nazywam się Jurek Górski. Byłem narkomanem. Jestem uczciwym człowiekiem”.

Nie chciałbym popadać tutaj w nieszczery mentoring, ale fascynują mnie ludzie, którzy posiedli taką sztukę autorefleksji i potrafią najpierw zidentyfikować swoje słabości, a później z nimi walczyć. Większość z nas ocenia ludzi podobnych do Jurka przez pryzmat tego, jak długą drogę musieli przebyć, żeby osiągnąć swój cel i sukces. Tymczasem największa walka i najtrudniejszy proces nie miały miejsca podczas morderczego treningu, ale znacznie wcześniej: kiedy trzeba było we własnej głowie zobaczyć i zaakceptować prawdziwy obraz samego siebie.

Bardzo się cieszę na tę rozmowę.

Za zaproszenie dziękuję Klubowi Żeglarsko-Biznesowemu Sailing Poland.

___________________

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Niezasłużona sława głupich ludzi.

Za każdym razem, gdy w sporcie pojawia się temat dopingu, odczuwam lekkie przegrzanie systemu. Nie rozumiem bowiem dwóch rzeczy: tego, jak bardzo trzeba być głupim i naiwnym, by wierzyć, że oszustwo prędzej czy później nie wyjdzie na jaw, oraz tego, ile uwagi poświęcamy później ludziom, w gruncie rzeczy niewartym nawet wzmianki.

Oczywiście wiem jak działają media i wiem, że ten temat się „klika”. I w pewnym sensie to dobrze: o takich akcjach, jak ta, zorganizowana przez austriacką policję w Seefeld, powinno się mówić jak najwięcej, żeby każdy mógł sobie na zawsze wbić do łba, że nie ma przestępstw doskonałych. Że w każdym, nawet najlepiej zorganizowanym procederze oszustwa, zawsze znajdzie się jakiś słaby element. O tym powinniśmy trąbić, tego powinniśmy uczyć dzieci w szkołach (o wychowywaniu do uczciwego życia w domach nie wspominając).

Ale tego, że z oszustów robimy ludzi sławnych, nie jestem już w stanie pojąć. Facet, który uczciwie nie zapracował na swoje nazwisko na sportowej arenie, nie powinien od losu dostawać szansy na sławę z powodu oszustwa. I to my powinniśmy o to zadbać, jeśli chcemy faktycznie nagradzać tych, którzy na nagrodę zasługują i piętnować tych, którzy powinni zostać skazani na wieczne zapomnienie. Tymczasem to my: dziennikarze, blogerzy i kibice, często wytrwale pracujemy na ich niezasłużoną sławę, w nieskończoność piłując temat.

Wyniki dopingowiczów powinny być usuwane z annałów po cichu. Wszelki ślad po nich powinien po prostu zniknąć, żadnych skreślanych nazwisk. Jeśli udowodniono ci doping, to tak, jakby cię tam nie było. Chcesz zaistnieć na nowo – proszę bardzo: zrealizuj swoją karę, wróć i zostaw na szosie krew, pot i łzy. Uczciwie zapracuj i wykorzystaj swoją drugą szansę – wielu przecież to zrobiło. Ale nie licz na sławę tylko z tego powodu, że się przyznałeś do swojej głupoty.

Zapomnienie bywa najwyższym wymiarem kary. I takim powinno pozostać. Ludzie nieuczciwi na sportową sławę nie zasługują. Nie powinniśmy im czynić tej przyjemności.

Foto: Flickr / Ian Parker

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Pchamy!

Są w życiu czasem sprawy ważniejsze, niż sport i dobra zabawa. Czasem trzeba powalczyć o najwyższą stawkę. To właśnie jest taka sytuacja i w tej walce potrzebne jest mocne wsparcie.

W mieście, z którego pochodzę, mieszka Marcin – kolarz amator. To nieduża miejscowość, więc pewnie nie raz dreptaliśmy tymi samymi ścieżkami i zdarzyło nam się objechać te same drogi. Obaj pasjonujemy się kolarstwem i pewnie obaj kibicujemy naszym idolom, którzy sprawiają nam frajdę swoją walką na szosie. I na tym chyba kończy się to, co nas łączy.

Ja spędzałem wczorajszy poranek na śniadaniu m.in. z Rafałem Majką, Pawłem Poljańskim i Maćkiem Bodnarem. Marcin w tym czasie pewnie szukał w sobie siły do tego, żeby wstać i przeżyć bez bólu kolejny dzień. Życie bywa cholernie niesprawiedliwe.

Marcin do walki z rakiem potrzebuje tylko jednego: siły i woli walki. Na co dzień dopingujemy naszych walczaków, możemy dopingować również tego, który walczy o największą stawkę.

Dzięki życzliwości polskiego oddziału Hansgrohe oraz chłopaków mam dla Marcina koszulkę z ich autografami – dotrze do niego zapewne w przyszłym tygodniu. Dorzućcie proszę coś od siebie: dobre słowo, jakąś zachętę, fajną fotkę – cokolwiek, co pomoże mu uwierzyć, że niebawem wsiądzie na swoją Emondę i objedzie kolejną trasę. Tu w komentarzu, na Facebooku, Twitterze – gdziekolwiek. Zróbmy to, co przecież potrafimy robić najlepiej: pchajmy!

Foto otwierające: Flickr / cauldphoto

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!

Słaba płeć. Tylko która?

„To przecież tylko żarty” – zwykli się tłumaczyć mężczyźni, po których popisach część ludzkości odczuwa tylko zażenowanie. Ale może my naprawdę nie potrafimy się właściwie zachowywać względem kobiet? I w gruncie rzeczy może naprawdę nie mamy ochoty tego zmieniać? Tylko po co w takim razie gramy w tę grę pozorów?

„Słabo kolarzom wychodzą relacje z kobietami” – napisał ktoś w komentarzu na Twitterze, gdy wrzuciłem info o wykluczeniu z wyścigu Vuelta de San Juan Iljo Keisse, zawodnika Deceuninck-Quick Step, który pozwolił sobie na sztubacki żart, symulując akt seksualny wobec niczego nieświadomej kibicki, pragnącej zrobić sobie zdjęcie z kolarzami.

Może nie posuwałbym się aż tak daleko w generalizowaniu, bo podejrzewam, że zdecydowanej większości kolarzy udaje się utrzymywać z płcią piękną relacje przynajmniej poprawne, ale faktem jest, że nie tylko kolarstwo, ale w ogóle świat sportu (i nie tylko) wyjątkowo często się w tych relacjach gubi i zachowuje jak słoń w składzie porcelany. Niby wszyscy chcieliby jakiejś „normalności”, ale raz, że niespecjalnie potrafią określić, na czym ta „normalność” miałaby polegać, a dwa: jeśli już uda się wypracować przynajmniej jakąś jej namiastkę, to zawsze znajdzie się jakiś trefniś, który dzięki swojej głupocie cały wysiłek puści z dymem.

Przykładów takich sytuacji można mnożyć bez liku, począwszy od tego, jak na gali Złotej Piłki potraktowano Adę Hegerberg, na popisach Iljo Keisse, czy naszego rodzimego blogera Majka skończywszy – a przecież wszystkie je dzieli ledwie kilka tygodni. I w każdym przypadku to były „tylko żarty”.

Zresztą na tym ostatnim przykładzie chciałbym się na moment zatrzymać, bynajmniej nie dlatego, żeby się pastwić nad specyficznym poczuciem humoru blogera, ale aby zacytować całkiem trafne zdanie, rzucone przez satyryczny ASZ Dziennik, który na grillowaniu tego typu przypadków zna się o niebo lepiej ode mnie. Owo zdanie brzmi: „Popis rowerzysty Michała Fornala to jedna z tych afer, kiedy cały internet doskonale widzi, co jest nie w porządku – tylko główny bohater dalej nic nie rozumie.”

Tutaj dla odmiany poszerzyłbym grono nic nie rozumiejących, bo wydaje mi się, że w świecie sportu jest to choroba dość powszechna. Koledzy Iljo Keisse na przykład nie rozumieją tak bardzo, że strzelili wczoraj focha i w akcie solidarności nie pojawili się na dekoracji. Majk Cycling wciąż nie rozumie, dlaczego Kross natychmiast zerwał z nim umowę, ale jeszcze zanim usunął z Facebooka rzewny post, w którym się skarży na swój niezasłużony los, można było pod nim poczytać setki komentarzy ludzi, którzy nie rozumieją jeszcze bardziej. I tak dalej.

Przypomniała mi się przy tej okazji ubiegłoroczna awantura o tzw. podium girls, które w imię politycznej poprawności i rzekomej walki z seksizmem postanowiono wykolegować z Formuły 1 (a potem również z innych dyscyplin), zapomniawszy jednak przy tej okazji w ogóle zapytać je o zdanie. Czyli zrobiono dokładnie to, z czym chciano walczyć: potraktowano je przedmiotowo, tyle że pod sztandarem troski o to, by nie były traktowane przedmiotowo. Zresztą popełniłem kiedyś na ten temat również mały felieton.

Dzisiaj, z perspektywy blisko roku i kolejnych doświadczeń, jakie w tym czasie zafundowali nam zatroskani o poczucie humoru kobiet koledzy, widzę tę sprawę jeszcze wyraźniej: wszystkie męskie wysiłki, zmierzające do rzekomej poprawy sytuacji kobiet w sporcie, to w istocie próba przyklejenia na tą samą próżność nieco bardziej feministycznego plastra.

Gdybyśmy naprawdę chcieli rozwiązać ten problem, wystarczyłoby sięgnąć po rozwiązanie, które leży u stóp: zapytać kobiety, co tak naprawdę chciałyby robić, a następnie pozwolić im to robić. Chcecie jeździć na rowerach? Wsiadajcie na rowery! Chcecie grać w piłkę nożną? Grajcie w piłkę nożną! Chcecie tworzyć własne drużyny i zrzeszać się we własnych federacjach? A nie, chwileczkę, to jest przecież męska sprawa, my się tym zajmiemy, my się na tym znamy, mamy doświadczenie, kontakty, wypracowane procedury, a wy idźcie pokopać piłkę i pojeździć na rowerach, tak jak przecież chciałyście od początku…

Tak to niestety wygląda, bo zdecydowanie wciąż zbyt duża grupa facetów w sporcie to ci, którzy nadal nic nie rozumieją. Przede wszystkim tego, że jeśli chcemy coś zmienić, to po prostu musimy to zmienić, a nie tylko symulować zmiany. Tymczasem trudno uwolnić się od wrażenia, że wychodzi nam to tak, jak temu kolesiowi ze starego dowcipu, który chciał poprosić żonę, żeby podała mu cukier, ale mu się niechcący wyrwało: „pół życia przez ciebie, jędzo, zmarnowałem”.

My udajemy, że coś zmieniamy, kobiety udają, że są zadowolone. Deklarujemy, że chętnie widzielibyśmy je ubłocone na trasie jakiegoś górskiego maratonu, ale jednocześnie drapiemy się w czuprynę, bo kto w tym czasie ugotuje obiad i ogarnie lekcje z dzieciakami? I tak jest do czasu, aż komuś się wypsknie jakiś „niewinny” dowcip. Wtedy się okazuje, że dla nas od początku to były tylko żarty, a one potraktowały tę zabawę nieco bardziej serio.

I niesmak pozostaje.

Fot. Scott Robarts / Flickr