Ucieczka z szosy nie jest rozwiązaniem. Ale kolarze również muszą nauczyć się być uczestnikami ruchu

Ten schemat jest stary jak świat: po każdym głośniejszym wypadku kolarza wraca temat bezpieczeństwa na drogach. A wraz z nim dość stereotypowe myślenie, że odpowiedzialność za tragiczne żniwa na polskich drogach spada przede wszystkim na kierowców. Tymczasem to jest tylko fragment obrazu, na którego całość składają się również mniejsze lub większe grzechy wszystkich uczestników ruchu.

Na bezpieczeństwo na drogach składają się zwykle trzy elementy: infrastruktura, prawo i edukacja. Tylko razem tworzą to, co nazywamy „kulturą jazdy”. Nie ma się co oszukiwać: równe i szerokie drogi nie sprawią, że kierowcy będą po nich jeździć spokojniej. Bez koniecznych zmian w prawie i bez nieustannej edukacji będziemy każdego roku załamywać ręce nad fatalnymi statystykami. I organizować kolejne zbiórki na rehabilitację naszych przyjaciół, którzy ucierpieli w wypadkach.

Infrastrukturę mamy z roku na rok coraz lepszą. Bardzo dużo wciąż jest do zrobienia po stronie prawa, a tu niestety mamy najmniejsze możliwości skutecznego działania. Inaczej niż w obszarze edukacji, która – paradoksalnie – nie polega wyłącznie na wytykaniu palcem błędów popełnianych przez kierowców.

Pamiętam szok, jakiego doznałem podczas mojej wizyty na starcie Giro w Izraelu. Już podróż z lotniska do hotelu zapowiadała ciekawe doznania, gdy na autostradzie do Jerozolimy wyprzedził nas zdezelowany pojazd, którego kierowca urządził sobie slalom między jadącymi samochodami. Poczuliśmy się od razu prawie jak w domu.

Takich obrazków widzieliśmy znacznie więcej i zaczęliśmy się zastanawiać, jak w takich warunkach możliwe jest w ogóle promowanie kolarstwa szosowego, co przecież było jednym z głównym celów zorganizowania tam Grande Partenza i trzech etapów.

Kiedy przy kolacji postanowiłem o tym porozmawiać z przedstawicielem tamtejszego ministerstwa turystyki, odpowiedział mi mniej więcej w ten sposób: „Nasi kierowcy nigdy nie musieli się liczyć z innymi uczestnikami dróg, bo nigdy tu takich nie było. Odkąd z ulic zniknęły ostatnie zaprzęgi konne, drogi należą wyłącznie do samochodów”. Znowu poczułem się jak w domu. Ale wtedy dodał jeszcze jedno zdanie, które dało mi do myślenia: „Jeśli amatorzy kolarstwa nie wyjadą masowo na szosy, nigdy ich nie zdobędą”.

Pozwoliłem sobie wówczas na uwagę, że to dość ryzykowna strategia, bo to kolarze w celu tej „edukacji” narażają swój niczym nie osłonięty tyłek. Uzyskałem zapewnienie, że wszyscy są oczywiście tego świadomi, ale że w ślad za ową „zachętą” idą też odpowiednie zmiany w prawie, dyscyplinujące pozbawionych wyobraźni kierowców. Kilka dni później na ruchliwej obwodnicy Beer Szewy zobaczyłem setki kolarzy. Coś w tej strategii jednak działało.

Przypomniałem sobie o tym wszystkim w ubiegłą sobotę, gdy wybrałem się na swoją rundę bocznymi drogami w okolicach Krakowa. W pewnym momencie złapała mnie ulewa, a wiejący paskudnie wiatr sprawił, że okrutnie zmarzłem. Postanowiłem skrócić sobie drogę do domu i ostatnie kilkanaście kilometrów przejechałem krajową „siódemką”. Doświadczeniami z tej przejażdżki podzieliłem się później na Facebooku i Twitterze, bo to, co zobaczyłem zjeżyło mi pod kaskiem rzadki włos na głowie.

Ktoś wówczas na Twitterze napisał, że jazda krajówką to głupota. A we mnie się zagotowało. Bo niby – na miłość boską – dlaczego? Nie ma tam zakazu jazdy rowerem. Niemal na całym przejechanym przeze mnie odcinku drogi obowiązuje 50 kmh, bo wiedzie ona przez podkrakowskie miejscowości. Z wyjątkiem kilku dojazdów do skrzyżowań na całej długości jest szerokie asfaltowe pobocze.

Pomijając wyjątkowo niski poziom przyjemności z poruszania się w ciągłym hałasie i kłębach spalin, nie ma właściwie żadnego racjonalnego powodu, by takich dróg unikać. Mam to robić tylko dlatego, żeby „nie przeszkadzać” kierowcom? Coś się we mnie na taką myśl buntuje. W jaki sposób chcemy wpłynąć na zmianę zachowań kierowców, uciekając przed nimi na boczne drogi?

W ostatnich latach skupiliśmy się przede wszystkim na tym, by rozbudowywać infrastrukturę rowerową w miastach. I w wielu miejscach osiągnęliśmy cel, chociaż tak naprawdę w większości przypadków zrobiliśmy to kosztem pieszych. Zdecydowana większość dróg rowerowych lub ciągów pieszo-rowerowych powstała kosztem chodników. Ulice „oddały” nam tylko nieliczne fragmenty na tzw. kontrapasy.

Efekt jest taki, że zamiast współdzielić to, co nazywamy „przestrzenią publiczną”, stworzyliśmy sobie odrębne enklawy, nad którymi roztoczyliśmy panowanie. Nie daj Boże, by pieszy nadepnął na ścieżkę rowerową. I nie daj Boże, by kolarz wyjechał na ulicę. Każdy zazdrośnie pilnuje „swojej” przestrzeni. Sęk w tym, że kiedy wyjeżdżamy za miasto, te ostre podziały przestają obowiązywać. I wszyscy się gubią. Nikt nie wie, jak się zachować.

Obserwuję ostatnio w Krakowie coraz powszechniejsze „wykrawanie” fragmentów ulic na ścieżki rowerowe, co jest przejawem jakiejś pozytywnej zmiany w mieście, które jakiś czas temu zupełnie skapitulowało pod naporem samochodów. Ale na dłuższą metę to wcale nie jest dobre rozwiązanie. Bo te ścieżki zawsze się w którymś momencie kończą, a wtedy dochodzi do nieuchronnego konfliktu o prawo do „panowania” na jezdni. A w nim niemal zawsze cykliści są stroną przegraną.

„Jeśli amatorzy kolarstwa nie wyjadą masowo na szosy, nigdy ich nie zdobędą”. Coraz mocniej przekonuje mnie to zdanie i sam postanowiłem, że w miarę możliwości przynajmniej od czasu do czasu stanę się uczestnikiem większego ruchu. Wyłącznie w celach edukacyjnych. By stworzyć kierowcom więcej szans na to, żeby przyzwyczaili się do mojej obecności na drodze.

Tym bardziej, że te wąskie boczne drogi tylko z pozoru są bardziej bezpieczne. Bo choć ruch na nich jest zdecydowanie mniejszy, to znacznie częściej kierowcy są tam skłonni do brawurowych zachowań. Nie zliczę, ile razy właśnie na takiej bocznej drodze zostałem minięty na przysłowiową „gazetę” przez lokalnego kierowcę, który na „własnym” kawałku asfaltu czuje się niemal całkowicie bezkarny.

Ale jest jedno zastrzeżenie. Ta „walka” o zrozumienie naszego prawa do korzystania z każdej drogi i bycie uznanym za normalnego uczestnika ruchu, nie może się odbyć również bez zmiany zachowań po stronie kolarzy. Od używania na co dzień oświetlenia po przestrzeganie reguł poruszania się po drogach w grupie. (Pozdrawiam z tego miejsca te wszystkie kilkudziesięcioosobowe ustawki, zdziwione irytacją kierowców, kiedy nie sposób ich bezpiecznie wyprzedzić).

My również jesteśmy odpowiedzialni za bezpieczeństwo kolarzy na drogach. Nie tylko uciekając z głównych dróg, by tam się poczuć niczym nieskrępowanym. Ale przede wszystkim przestrzegając prawa i zasad zdrowego rozsądku wszędzie, gdzie tylko wolno nam jeździć.

Sypnęło dobrem.

Do pełni szczęścia brakuje mi właściwie jeszcze tylko wygranej w Lotto, która pozwoliłaby mi pozałatwiać kilka spraw doczesnych i nie martwić się szczególnie perspektywami na przyszłość. Nie musi być wysoka, żeby mi się nie poprzewracało w głowie. Poza tym mam już chyba wszystko: dwie ręce, dwie nogi, głowę (chyba) na karku, kochającą kobietę, ciepły dom oraz prawie już dorosłe i wyszczekane dzieci, które (mam nadzieję) powinny sobie dać w życiu radę. No i pracę, która jest jednocześnie moją pasją. Więcej mi nie trzeba.

Ostatnie miesiące i tygodnie były dość intensywne, bo chociaż sezon kolarski się skończył i nie spędzałem już tak wielu godzin na oglądaniu, pisaniu i czytaniu relacji z wyścigów, to w „normalnej” pracy też działo się sporo, a pewne rzeczy dość mocno przyspieszyły. Mam wrażenie, że zbliżamy się do momentu, w którym „zapach papieru o poranku” nadal będzie dużą przyjemnością, ale przestanie być fetyszem, za pomocą którego wydawcy będą racjonalizować nieustające spadki sprzedaży swoich tytułów.

Tu mała dygresja, żeby nie wchodzić zbyt głęboko w szczegóły, ale rozjaśnić trochę moją filozofię: nie, papier nie zginie, prasa nie upadnie, a ludzie nadal będą kupować wydania drukowane, bo jeśli idzie o komfort czytania, to nie ma (i raczej długo nie będzie) takiej formy, która byłaby go w stanie zastąpić. Tyle, że ów komfort czytania zazwyczaj musi być poprzedzony komfortem nabycia, a z tym już nie jest tak różowo, bo:
a) żyjemy w wiecznym biegu i mamy coraz mniej czasu,
b) liczba punktów sprzedaży prasy drastycznie zmalała, a w tych, które zostały nie zawsze wszystko jest dostępne,
c) dystrybucja zrobiła się piekielnie droga, a na koniec zdarza się jeszcze, że wydawca cały sprzedany nakład musi wpisać w straty, bo po stronie dystrybutora ktoś źle pododawał cyferki i nagle w kasie zabrakło pieniędzy dla wydawcy (vide: np. problemy Ruchu).
Po to właśnie wymyślono tzw. prasę cyfrową: żeby czytelnikowi było wygodniej, a wydawca miał większą kontrolę nad tym, co produkuje.

Jedni eksplorują ten teren dość ostrożnie, jak np. Szosa, z którą pracujemy od samego początku jej wydawania, ale dla której wydanie cyfrowe jest jedynie formą uzupełniającą dla druku (chociaż konsekwentnie zdobywa coraz większą popularność i z wydania na wydanie coraz większa liczba użytkowników sięga po tę formę). Inni postanowili rzucić się od razu na głęboką wodę, zupełnie odcinając się od ciężaru dystrybucji druku i całkowicie zmieniając swoją filozofię działania.

Taką ścieżką poszedł Magazyn Bieganie, który od początku stycznia ukazuje się wyłącznie w wersji cyfrowej, ale już nie jako miesięcznik, a tygodnik. To była trochę jazda bez trzymanki, bo stawialiśmy ten projekt w rekordowym tempie (od pierwszej rozmowy do publikacji w App Store i Google Play upłynęły niecałe cztery tygodnie), ale taki sposób pracy ze zdeterminowanymi do działania ludźmi lubię najbardziej. A gdy dzisiaj patrzę na wyniki (uwzględniające pewną premię za to, że magazyn do końca stycznia dostępny jest bezpłatnie), satysfakcja jest jeszcze większa.

Ale co z tego ma użytkownik i po co zawracam tym głowę na „kolarskim” blogu? Chodzi o wygodę. O to, że bez wychodzenia z domu, bez szukania miejsca do zaparkowania i eksplorowania później półek w salonie prasowym, albo bez przeszukiwania czeluści Internetu w poszukiwaniu czegoś interesującego, można mieć dokładnie te same, wybrane przez redakcję, wiarygodne treści, sięgając nie dalej, jak do własnej kieszeni. Od potrzeby i pomysłu na czytanie ulubionej gazety do zagłębienia się w jej treści dzielą czytelnika trzy ruchy kciukiem. Tylko tyle.

Styczeń jeszcze się dobrze nie rozpędził, a już sypnął mnóstwem dobra. Najnowsza Szosa jest niemal w całości poświęcona regeneracji (tu mój szczery podziw dla redakcji, która w kompletnie martwej części sezonu zawsze znajdzie temat, który potrafi zająć człowieka na długie godziny). W Magazynie Bieganie dla odmiany temat trenowania w deficycie kalorycznym, przegląd aplikacji dietetycznych oraz sporo innych, ciekawych tekstów. Chociaż – co zabawne – pamietam nasze pierwsze rozmowy i założenia, że jako tygodnik wydania nie będą przesadnie obszerne. Okazuje się jednak, że gdy nie ma ograniczeń w objętości, a „ssanie” na rynku jest spore, to i tematów się znajdzie bez liku. Drugi numer pękałby w szwach, gdyby je tylko miał 😉

Mało? Jak ktoś nie może usiedzieć na miejscu i nosi go po świecie, to polecam jeszcze całkiem świeże Kontynenty – grudniowy numer również przebogaty i na długie, zimowe wieczory jak znalazł.

Piszę to wszystko po to, żeby sprostować pewne nieporozumienie, wynikające z opinii, która czasem do mnie trafia, a która jest całkowicie pozbawiona podstaw (i sensu). Kupując wydanie cyfrowe nie wyrządzasz krzywdy wydawcy. Wprost przeciwnie: działasz na jego i swoją korzyść. On otrzyma swoją zapłatę znacznie szybciej, niż po pół roku (tyle, a czasami nawet dłużej, płyną na konto wydawcy pieniądze z punktu, w którym kupujesz gazetę, oczywiście zakładając, że w ogóle kiedyś do niego dotrą). Dzięki temu szybciej będzie miał możliwość zrealizowania kolejnego materiału, który z wypiekami na twarzy będziesz mógł przeczytać.

Nie musisz się obawiać. Po prostu kupuj i czytaj.

Bierzcie i czytajcie z tego wszyscy…

To nie jest post sponsorowany, choć poniekąd można by go za taki uznać, biorąc pod uwagę, że mój aktualny pracodawca cierpliwie przymyka oko na moją kolarską zajawkę i mimo dzielenia uwagi oraz czasu między pracę i pasję ciągle mi jakąś tam pensyjkę płaci 😉 Niemniej jedną z fajniejszych rzeczy, jakie udało mi się w zawodowej karierze osiągnąć, było przekonanie ekipy magazynu SZOSA do realizacji cyfrowego wydania pisma na naszej platformie Digitivo, równolegle z premierą wydania drukowanego.

Początki były trudne, jak początki wszystkiego. Tym trudniejsze, że zespół SZOSY przywiązywał ogromną wagę do wizualnej strony całego przedsięwzięcia, czego zresztą pilnuje do dziś, za co szacun, bo wydawcom rzadko udaje się trzymać wysoki poziom przez kilkanaście wydań, a tu już leci trzecia dziesiątka. Rzecz w tym, że przeniesienie do cyfrowej wersji różnych edycyjnych kwiatków w taki sposób, żeby równie dobrze jak w papierze wyglądały na różnych urządzeniach, z różnej wielkości ekranami, nie jest takie proste, jak się z pozoru wydaje. W końcu się udało i aplikacja SZOSY ujrzała światło dzienne. Po co?

Już widzę, jak w tym momencie wielu z Was się unosi słusznym gniewem, że i tak nic nie zastąpi papieru, bo przecież nie ma nic lepszego, jak zapach kawy i drukarskiej farby o poranku. Spoko, rozumiem, sam się wychowałem na lekturze m.in. „Przekroju”, który przez długie lata dzieciństwa (swoją drogą: w dzieciństwie lata były zdecydowanie dłuższe, niż teraz…) był dla mnie najbardziej dosłownym tytułem we wszechświecie, gdyż faktycznie trzeba go było przekrawać, rozcinając perforowane arkusze papieru, żeby można było przerzucić kolejną stronę. Dziś już takich gazet nie robią…

No ale skoro wszyscy tak kochają papier, to dlaczego w naszym kraju sprzedaje się tak mało gazet i czasopism? Nawet stok w Kitzbuhel nie jest tak stromy, jak linia obrazująca spadek sprzedaży prasy w Polsce. Powody są różne: począwszy od tego, że w ogóle czytamy coraz mniej, bo zamiast tego oglądamy zdjęcia kotów na Facebooku i śmieszne filmiki na Youtube, a skończywszy na tym, że do Empiku nie zawsze mamy po drodze, a i kiosków na ulicach jakby mniej i nie obok każdego można zaparkować samochód, żeby kupić gazetę.

Wydania cyfrowe nie służą temu, żeby zastąpić papier, ale żeby odpowiedzieć właśnie na tę potrzebę odbiorcy: wygodę. W nabyciu (wystarczy dwa razy poruszyć paluchem, żeby stać się posiadaczem najnowszego wydania) i w korzystaniu, bo mogę sobie sięgnąć po dowolne wydanie w każdej chwili i w prawie każdych okolicznościach przyrody. Nawet podczas przerwy w jeździe na rowerze – bo właściwie dlaczego nie?

Żałuję, że jeszcze nie wszyscy wydawcy dojrzeli do tego, żeby ułatwiać życie swoim czytelnikom i łamać bariery w ich dostępie do treści. Cieszę się za to, że od ponad trzech lat możemy realizować cyfrowe wydania dla SZOSY, bo to jest kawał naprawdę solidnie przygotowanego materiału, zawierającego znakomite teksty zacnych autorów i doskonałe zdjęcia.

Jeśli jeszcze nie kosztowaliście tego, co ma Wam do zaoferowania SZOSA – nie zwlekajcie. Kosztuje mniej niż dętka w Decathlonie, a zapewni Wam znakomitych treści do czytania na co najmniej kilka jesiennych wieczorów…

Tutaj można pobrać aplikację na iPhone’a lub iPada, tutaj na urządzenie z Androidem, a jeśli zdecydujesz się na zakup subskrypcji, to gorąco zachęcam, żeby to robić bezpośrednio w sklepie SZOSY.

Dobrej lektury!

Bałkańskie obietnice (wygrzebane z archiwum).

Robiłem porządki na dysku (choć miałem zająć się zupełnie czymś innym), gdy odnalazłem ten tekst. Chyba pisałem go pod koniec ubiegłego roku dla „Szosy”, bo kojarzę jakąś długą rozmowę z Borysem, podczas której wpadliśmy na taki pomysł. Ale chyba nie miał ciągu dalszego; nim umówiliśmy się na zdjęcia nastała zima, później pojawiło się tyle nowych pomysłów… A poza tym wcale nie byłem przekonany, że się do czegoś nadawał… Więc wrzucam, bo co będzie tak bez sensu na dysku leżał. A do Chorwacji na rower pojadę na dłużej. I zrobię lepsze zdjęcia. I pewnie napiszę też coś lepszego… 

_________

Alpy, Dolomity, Pireneje. Mount Ventoux, Alpe d’Huez, Stelvio, Furka Pass. Kultowe kolarskie miejsca. Sporo Skandynawii, Teneryfa, Majorka i Sycylia, czasem polskie Beskidy, lub Karkonosze. Gdy przeglądam Instagrama, Stravę, lub Facebooka, zdjęcia moich szosowych znajomych z tych miejsc widzę najczęściej. Niemal cała Europa, możliwa do zjeżdżenia wzdłuż i wszerz, z jedną wielką białą plamą Bałkan. Ale gdy wpisałem w wyszukiwarkę frazę „szosą po Czarnogórze”, otrzymałem długą listę pozytywnych rekomendacji: wspaniałe widoki, świetne trasy, długie podjazdy i niemal zawsze dobra pogoda. Do tego czysty i ciepły Adriatyk, więc decyzja mogła być tylko jedna: jedziemy. Oczywiście z rowerem.

Pomysł był dobry, realizacja nieco rozczarowująca. Czarnogóra jest pięknym krajem, pod warunkiem, że patrzy się daleko. Z bliska bardzo przypomina Polskę sprzed mniej więcej 25 lat: zaśmieconą, zaniedbaną, chaotycznie zabudowaną oraz – co z pozycji siodełka najważniejsze – potwornie dziurawą. Od pewnego Czarnogórca dowiedziałem się, że okolice Baru, dokąd trafiliśmy, zamieszkane są głównie przez Serbów, nie pałających szczególną atencją do obecnego rządu. Ten zaś „odwdzięcza” im się pomijaniem w inwestycjach infrastrukturalnych. Stąd między innymi fatalny stan dróg – znowu ta polityka…

A mogłoby być tak pięknie: droga, wiodąca zboczem wzdłuż Jeziora Skadarskiego, to jedno z najbardziej zapierających dech w piersiach miejsc, jakie widziałem. Olbrzymie jezioro z kilkoma maleńkimi wysepkami, stromo wznoszące się zbocze i wijąca się nim na wysokości około 400 metrów wąska droga. Blisko 30 kilometrów wspaniałych widoków i kompletnej ciszy – jedno z najprzyjemniejszych kolarskich doznań. Niestety później trzeba było zjechać w dół, co oznaczało kilkadziesiąt minut nieustannego ściskania klamek – jeszcze nigdy po jeździe tak bardzo nie bolały mnie dłonie. Nawet główna droga, wiodąca wzdłuż morza od Budvy aż do albańskiej granicy, nie pozwalała na wiele więcej. Choć asfalt na ogół był niezłej jakości, trzeba było niezwykle uważać. Niewiele brakowało, by zbyt szybki wjazd na wiadukt, kiedyś prawdopodobnie brukowany, a później tylko zalany asfaltem, skończyłby się bolesną przycierką na przeciwległym pasie. Wjazd z pełnego słońca do zupełnych ciemności w tunelu również nie należał do przyjemności – swoją drogą: ciekawe odkrycie, co wówczas się dzieje z błędnikiem. Kolarzy minąłem w sumie kilku, więc po jakimś czasie przestałem się dziwić kierowcom, którzy nie nawykli do spotkań z człowiekiem dość szybko jadącym na rowerze, zachowywali się często tak, jakbym jechał na hulajnodze. Zresztą, wymuszanie pierwszeństwa to w tym miejscu chleb powszedni, bez względu na środek lokomocji.

 

Po niespełna dwóch tygodniach i kilkuset przejechanych kilometrach, wyjeżdżałem z Czarnogóry wypoczęty i zrelaksowany, ale z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony: to naprawdę malownicze, ciche i spokojne miejsce, oferujące wspaniałe widoki i smaczną kuchnię. Z drugiej: mnóstwo dokuczliwych drobiazgów czyniło ten urlop, a jazdę na rowerze w szczególności, nieszczególnie udanym. Zbyt często łapałem się na tym, że radość i spokój ustępowały miejsca irytacji. I trochę się uśmiechałem pod nosem, złapawszy się na tym, że było trochę jak w anegdocie o kozie rabina: trzeba było wyjechać do Czarnogóry, by docenić naprawdę niezłe od jakiegoś czasu polskie szosy.

I pozostałby ten wyjazd naznaczony cieniem rozczarowania, gdyby nie pewien powzięty jeszcze na etapie planowania pomysł, żeby w drodze powrotnej zatrzymać się w Chorwacji. Trochę z sentymentu, bo jest to miejsce doskonale nam znane z realizacji drugiej sportowej pasji: żeglarstwa, a trochę z rozsądku, bo ponad 1600 km drogi do pokonania „od jednego przysiadu” nie jest najlepszym pomysłem. Ale kiedy znalazłem się już w Chorwacji i miałem z sobą rower…

To była najlepsza jazda od wielu tygodni. Niemal zupełnie pusta (mimo weekendu) „Jadranska Magistrala” – wijąca się wzdłuż Adriatyku od Rijeki aż po Dubrownik, wznosząca się i opadająca ze stromym chorwackim nabrzeżem. W sezonie niebywale zatłoczona, choć i wtedy można spotkać na niej wielu kolarzy. Na początku października zapraszała do jazdy szerokimi pasami i doskonałej jakości nawierzchnią. Ale najciekawsze odkrycia czaiły się po skręcie w głąb lądu.

Dla kogoś, kto nie interesował się historią tego regionu i nie widział go nigdy z innej strony, niż z turystycznej oferty, pierwszy kontakt może być szokujący. Zobaczy tu bowiem urocze wioski i maleńkie miasteczka, słoneczne, czyste i bardzo zadbane, pełne niewielkich domów, budowanych na ogół z jasnego kamienia, graniczących z szarymi ruinami, lub straszącymi pustymi okiennicami i śladami po kulach dawnymi domami Bośniaków lub Serbów. Niemi świadkowie niedawnej wojny. Trochę dziwne uczucie: mijać je na rowerze.

 

Między wioskami olbrzymie połacie winnic, oliwnych gajów i drzew figowych. Słońce, które wczesną jesienią jeszcze mocno tu grzeje, ale już tak nie pali. I cisza, do której przez chwilę trzeba przywyknąć. Idealne warunki do jazdy dla kogoś, kto od czasu do czasu lubi pobyć sam na sam z sobą i szosą.

Sieć dróg w północnej i środkowej części Dalmacji, gdzie miałem niebywałą przyjemność zakosztować jazdy (obszar między Zadarem i riwierą Makarską) jest dość gęsta i pozwala za zaplanowanie różnorodnych tras. Mimo, że teren jest mocno pofałdowany, drogi na ogół łagodnie pną się w górę i w dół, ze średnim nachyleniem w granicach 5-7%. Amatorzy ostrzejszych podjazdów znajdą coś dla siebie w południowej części regionu: w okolicach Trogiru, Splitu i Makarskiej, skąd wiedzie droga na drugi co do wysokości szczyt Chorwacji: Sveti Jure. Przede wszystkim jednak dostaniemy tu naprawdę dobrej jakości drogi, fantastyczne widoki oraz – poza szczytem sezonu – naprawdę niewielki ruch. Niczego więcej nie było mi trzeba.

Po powrocie do kraju po raz kolejny spojrzałem na mapę Chorwacji, przestudiowałem trasę Tour of Croatia i podjąłem decyzję: muszę tam wrócić. To miejsce, dzięki swojej różnorodności, obiecuje amatorowi kolarstwa tak wiele, że trudno to zaproszenie odrzucić. Tym oto sposobem listę noworocznych postanowień zacząłem – dość nietypowo – tworzyć już w październiku.