Tour de France 2020. Znamy zwycięzcę!

Thibaut Pinot wygrał 107. edycję Wielkiej Pętli! A nie, czekaj… Przecież dopiero ogłoszono jej trasę! Najwyraźniej nie przeszkadza to jednak dziesiątkom komentatorów porozdzielać tytuły blisko 9 miesięcy przed finałem imprezy. Lubię to! Tym bardziej, że już dawno chciałem sprawdzić, jak w rzeczywistości działa taki clickbajtowy tytuł, a nie miałem na niego dobrego pomysłu. Manna z nieba! 😉

No dobra. Ponabijałem się trochę z kolegów, ale mam nadzieję, że mi wybaczą te drobne złośliwości, choć tak po prawdzie to zupełnie nie rozumiem czemu takie wróżenie z fusów ma dziś służyć. Jasne, pokusa trafnego wytypowania zwycięzcy Tour de France od zawsze była i jest pociągająca, ale już teza, że trasa została ułożona pod konkretnego kolarza, bo Francuzi wciąż czekają na zwycięstwo w swoim najważniejszym wyścigu, wydaje mi się mocno naciągana, jeśli nie wręcz szkodliwa dla dyscypliny. Tym bardziej, że całkiem spora grupa ludzi, która dzisiaj wieszczy długo wyczekiwaną francuską wiktorię, zupełnie niedawno twierdziła z nie mniejszym przekonaniem, że trasa Tour de France układana jest pod Team Sky i Christophera Froome’a. Czy to oznacza, że Francuzi zmienili zdanie, bo Chrisowi od dwóch lat nie poszło? Nie sądzę.

Christian Prudhomme przez kilka ostatnich lat musiał się mierzyć z potężną krytyką swojego wyścigu, ale bynajmniej nie z tego powodu, że nie wygrywali Francuzi, ale przede wszystkim dlatego, że Tour de France bywał do niedawna śmiertelnie nudny i bardzo przewidywalny. Team Sky (dziś Ineos) znalazł w tej nudzie sposób na wygrywanie, ale stało się tak głównie dlatego, że bardzo chciał go znaleźć, o co w sumie nietrudno, jeśli się ten jeden wyścig w roku traktuje jako cel nadrzędny i wszystko mu podporządkowuje. Gdyby wcześniej zaczęły to robić również inne drużyny (albo gdyby robiły to nieco umiejętniej – tu piję np. do Movistaru), hegemonia Brytyjczyków już dawno zostałaby przełamana. Tyle, że wyścig nie zrobiłby się od tego wiele ciekawszy.

Tegoroczna edycja Tour de France była swoistym eksperymentem, a podczas jej prezentacji w październiku 2018 roku nastroje były – delikatnie mówiąc – mieszane. Dominowała rzecz jasna radość, że w końcu wyścig będzie bardziej urozmaicony, co pozwoli wreszcie przerwać panowanie Team Sky, ale nie brakowało również głosów, że zaplanowanie na trasie tak wielu trudnych etapów wcale nie oznacza tego, że będzie ciekawiej, bo niewykluczone, że faworyci pojadą bardziej zachowawczo. Wtedy również prognozowano zwycięzcę, którego zadziwiająco wielu widziało w Nairo Quintanie, a z newsfeedów w social mediach przez długie tygodnie nie schodziła dyskusja, czy tym razem znowu wygra Froome, czy może jednak koszulkę obroni Geraint Thomas.

Jak jednak mawiał Woody Allen: „jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach”. Froome nawiązał bliską znajomość ze ścianą pewnego budynku i start TDF obejrzał w telewizorze, G. okazał się na tyle zdeterminowany, że zdarzyło mu się (bez efektu) gonić Egana Bernala, a Quintana… no cóż. Jedyne, co się w tej układance na koniec zgadzało, to zwycięstwo jakiegoś Kolumbijczyka, który – nawiasem mówiąc – miał przed tym sezonem zupełnie inne plany. Ale najważniejsze, że wyścig od samego początku do końca był niezwykle interesujący, choć to nie tylko zasługa samej trasy, ale również mocno nastawionych na walkę kolarzy, na czele z Julianem Alaphilippe, który uczynił ten wyścig szalenie pasjonującym.

Nic więc dziwnego, że organizatorzy postanowili pójść za ciosem i na 2020 rok zaproponowali trasę, przy której nawet tegoroczna Vuelta dostaje rumieńców. Nie sądzę, by motywowała ich chęć zrobienia przyjemności Pinotowi, choć ten nie ukrywa, że profil trasy bardzo mu się podoba. Ale ciekawa i trudna trasa nie daje mimo wszystko żadnej gwarancji, że francuski kolarz nie znajdzie sposobu na kolejną spektakularną porażkę, co piszę nieco złośliwie, ale spluwając przez lewe ramię, bo akurat jazdę Pinota cenię sobie wysoko i we wszelkich przewidywaniach widzę go zawsze w roli faworyta. Los chce, że zwykle niestety dość pechowego.

Za typowanie faworytów przyszłorocznej Wielkiej Pętli zabiorę się nie wcześniej, niż na kilka dni przed startem wyścigu, bo dopiero wtedy będą znane przynajmniej przybliżone składy i dopiero wtedy będziemy mieli jako takie pojęcie o formie poszczególnych zawodników. Gdybym jednak miał dziś powiedzieć cokolwiek o tym, gdzie wypatrywać potencjalnego zwycięzcy Tour de France 2020, to odpowiedziałbym, że po prostu w najsilniejszej drużynie. Bo można się cieszyć widokiem tej trasy razem z Pinotem, albo można się na jej widok srodze zmartwić, co stało się przedmiotem żartów z Toma Dumoulina, ale nie zmienia to faktu, że zanim przyszłoroczny wyścig stanie u podnóża La Planche des Belles Filles, gdzie rozegrana zostanie 36-kilometrowa jazda na czas pod górę, trzeba tam będzie dojechać. A do tego trzeba będzie mieć piekielnie silny zespół, który będzie w stanie kontrolować wyścig od pierwszego do ostatniego etapu.

Nie spodziewam się wożenia liderów „w futerale”, spodziewam się za to wielu niestandardowych rozstrzygnięć i fantastycznej potyczki co najmniej kilku ekip. Już w tym roku chłopaki z Jumbo-Visma pokazali, że mają całkiem sprawnie działający patent na Wielkie Toury, wprowadzając swoich kolarzy na podium wszystkich, a jeden w cuglach wygrywając. A przecież to nie jedyny zespół, który będzie chętny do nawiązania walki z Team Ineos. Bo na przykład dlaczegoż nie miałaby tego zrobić nieźle na przyszły sezon uzbrojona ekipa Trek-Segafredo? I dlaczego – że tak prowokacyjnie zapytam – na dobry występ nie miałby mieć szans na przykład Giulio Ciccone?

Nie mam pojęcia kto wygra przyszłoroczną edycję Tour de France. I – prawdę powiedziawszy – nie chcę tego wiedzieć przed 19 lipca 2020 roku. Ten sport i ta zabawa polegają dla mnie między innymi na tym, żeby dać się codziennie zaskakiwać. Dopiero wtedy wydaje mi się to naprawdę ciekawe.

Foto: ASO / Thomas Colpaert

Umarł Tour, niech żyje Tour!

Tour de France 2019 przeszedł wczoraj do historii, więc przez najbliższe kilka dni będziemy zapewne obrastać w rozmaite podsumowania. Ja sam mam za sobą już bardzo miłą – choć krótką – wizytę w Polskim Radiu 24, w zacnym towarzystwie Czesława Langa oraz tradycyjne podsumowanie dla Sport.pl. I na pewno nie jest to ostatnie słowo, bo jeszcze dziś biegnę do Eurosportu, prowadzić program „Best of TDF”, w czwartek zapewne spotkamy się w Weszło.FM na tradycyjnym dziennikarskim „sabacie”, a kto wie, co jeszcze wydarzy się po drodze…

Ta klęska urodzaju nie pojawiła się bez przyczyny, bo powiedzenie, że tegoroczny Tour de France był najciekawszym z Wielkich Tourów ostatnich lat, powoli staje się już truizmem. Bez wątpienia wielka w tym zasługa znakomicie zaprojektowanej trasy, która nawet na moment nie pozwalała się nudzić i niemal każdego dnia otwierała wyścig na nowe scenariusze. Swoje trzy grosze dorzuciła też pogoda, przez pierwszą połowę oferujące niemal perfekcyjne warunki do ścigania, ale na koniec serwująca jak nie upał, to nawałnice, konieczność neutralizowania etapu i skracania kolejnego. Ale nie zmienia to faktu, że ten wyścig pięknym i ciekawym zrobili przede wszystkim kolarze.

W niektórych komentarzach pojawia się stwierdzenie, że Team INEOS pojechał gorzej, niż się spodziewano. Nie do końca się z tym zgadzam, moim zdaniem zespół Brailsforda pojechał tak, jak zwykle (pomijając znacznie gorszą dyspozycję Michała Kwiatkowskiego i Gianniego Moscona, zwłaszcza w drugiej połowie wyścigu). Ale wydaje mi się, że na obraz wyścigu wpłynęło przede wszystkim to, że inne ekipy przygotowały się do tego Touru znacznie lepiej, wyciągając wnioski z wcześniejszych edycji.

W tym kontekście szczególnie mocno wybija się Team Jumbo-Visma, który – poza INEOS – jest chyba największym wygranym tegorocznego Touru. Cztery wygrane etapy i trzecie miejsce Kruijswijka robią wrażenie, a kto wie, jak by się to skończyło, gdyby Wout Van Aert nie rozbił się na czasówce (martwi to, że jego kontuzja okazuje się znacznie poważniejsza, niż się na początku wydawało) i gdyby 19. etap dojechał do mety zgodnie z planem? Ale nawet bez tego gdybania można sobie powiedzieć jasno, że holenderski zespół ma z każdym wyścigiem coraz mocniejsze papiery do walki w Wielkich Tourach o najwyższe cele.

Mitchelton-Scott, chociaż postawił na złego konia (Adam Yates był na tym wyścigu kompletnie bez formy), również pokazał, że słaba postawa lidera to nie powód do składania broni i zgranął cztery etapowe skalpy. W pewnym sensie zupełnie inaczej, niż Astana, która startowała w bardzo silnym składzie, ale po fatalnym upadku Fuglsanga już na pierwszym etapie, zupełnie się rozsypała i nie pozbierała do samego końca. I tak dalej, i tak dalej…

Bardzo jestem ciekaw jakie wnioski z tegorocznej Wielkiej Pętli wyciągnie Patrick Lefevere? Czy nadal będzie się dogmatycznie trzymał linii, że liczą się tylko klasyki i zwycięstwa etapowe? Przedłużenie kontraktu z Julianem Alaphilippe okazało się doskonałą inwestycją, ale czy fakt, że przez moment wielu ludzi skłonnych było wierzyć, że może on nawet wygrać Tour de France, nie poruszył tej struny również w głowie Lefevere? Zobaczymy pewnie za jakiś czas…

Do budowy dramaturgii tego Touru dorzucili się również kolarze CCC Team, z nieustępliwym Gregiem Van Avermaetem na czele. Wprawdzie sukces jest wciąż przed nimi, ale na jazdę GVA, Michaela Schära, Simona Geschke, Joya Roskopfa, Serge’a Pauwelsa i Łukasza Wiśniowskiego patrzyło się często z dużą przyjemnością. Szkoda, że tak wcześnie stracili Patricka Bevina i że do wycofania się po koszmarnej kraksie został zmuszony kapitalnie jeżdżący Alessandro De Marchi. Jeśli krążące po rynku plotki transferowe się potwierdzą, można się spodziewać, że na kolejnym TDF polska ekipa będzie miała szansę zagrać znacznie mocniejszymi kartami.

Ale jest jeszcze jeden element, który w tym roku zwrócił moją szczególną uwagę: kibice. Może to wynik tego, że w wyścigu nie jechał nieszczególnie lubiany Chris Froome, a może również tego, że tak fantastycznie jechali Francuzi, z Julianem Alaphilippem na czele, może po części fantastycznej pogody, ale odniosłem wrażenie, że atmosfera wzdłuż trasy od początku do końca przypominała niekończące się święto. Szczególnie ujęło mnie to, że nawet po wycofaniu się Thibauta Pinot, wciąż mnóstwo ludzi na drodze do Paryża machało transparentami z jego nazwiskiem.

Nikt nie przekonał się lepiej o tym, jak cenne jest to wsparcie kibiców na dobre i na złe, niż Egan Bernal. Ponad trzy dekady trwał marsz Kolumbijczyków po zwycięstwo w Tour de France. Wielu było blisko, ale dopiero Bernalowi się udało, niemniej przez te wszystkie lata i wszystkie wyścigi kibice z Kolumbii zawsze byli obecni na trasie, zawsze tworzyli fantastyczny klimat i ani na moment nie zwątpili w to, że pewnego dnia doczekają się swojego hymnu na Polach Elizejskich.

Chciałbym poczuć chociaż część tej wiary i część tego entuzjazmu nad Wisłą. Wierzę, że kiedyś też się doczekam.

Foto: A.S.O. / Pauline Ballet

A gdybym był Brailsfordem…

Bardzo lubię po etapach Tour de France przeglądać sobie Twittera i czytać pojawiające się tam opinie na temat tego, co się wydarzyło. Jednym z dominujących w tej przestrzeni tematem jest wewnętrzna rywalizacja w Team INEOS między Eganem Bernalem a Geraintem Thomasem. Moim zdaniem rzekoma, ale do tego za moment dojdziemy.

Takie etapy, jak dzisiejszy, tylko tę dyskusję nakręcają, a ponieważ każdy może w tej przestrzeni snuć własne wizje, to pozwolę sobie na swoją. A rzeczona wizja (która już jutro może się okazać funta kłaków warta) nosi tytuł: „nie sądzę…”.

Zacznijmy od didaskaliów: od początku maja Team INEOS ma nowego sponsora, a Sir Dave Brailsford, przedstawiając go światu deklarował wszem i wobec, że poza napisem na koszulkach w filozofii zespołu nic się nie zmieni, a najważniejszym celem w sezonie jest wygrana w Tour de France. Nie mieliśmy powodu nie wierzyć mu wtedy i nie mamy zbyt wiele powodów, żeby powątpiewać w to teraz. Wprawdzie po drodze sytuacja trochę się pokomplikowała, bo kontuzje wyeliminowały z walki kolarzy, którzy mieli grać pierwsze skrzypce podczas Giro (Bernal) i Touru (Froome), ale nie bez powodu w ekipie jest prawie 30 chłopa. Jest zatem w czym wybierać.

O ile kontuzja Bernala przydarzyła się niemal w ostatniej chwili i na Giro wystawiono skład, który śmiało można nazwać eksperymentalnym (choć byli i tacy, którzy interpretowali go wprost jako demonstrację stosunku do włoskiego wyścigu i wzmocnienie deklaracji, że Wielka Pętla jest celem numer 1), o tyle w przypadku Tour de France wypadek Froome’a w pewnym sensie rozwiązał Brailsfordowi problem klęski urodzaju, jeśli idzie o liderów na TDF. Od dawna było wiadomo, że będzie nim Geraint Thomas. I choć do końca nie było wiadomo, w jakiej „G” jest dyspozycji, bo jeździł niewiele, a po drodze zdarzyło mu się wywracać (co w jego przypadku nie jest niczym szczególnie zaskakującym), to jestem więcej niż pewien, że planująca każde posunięcie z aptekarską dokładnością ekipa INEOS nie certyfikowała by go na lidera, gdyby nie miała pewności, że sobie poradzi.

W odwodzie cały czas był Egan Bernal, ale od samego początku było jasne, że powierzenie mu roli lidera po raz pierwszy w karierze na najważniejszym wyścigu w kalendarzu, to zagranie bardziej pod publiczność, która lubuje się w tego typu wewnętrznych „porachunkach”. I jak widać od początku Touru: sporo ryb złapało tę przynętę i wije się na haczykach.

Niemal od samego początku tego wyścigu, aż do czasówki w Pau (etap 13.) tych dwóch kolarzy dzieliło kilka sekund. Najpierw prowadził Bernal, a na La Planche des Belles Filles wyprzedził go Thomas. Różnica była w gruncie rzeczy dokładnie taka sama: 5 sekund w jedną, 4 sekundy w drugą. Plan (bo w moim przekonaniu jest to element planu) posypał się dopiero na czasówce, która Bernalowi poszła umiarkowanie i stracił do Thomasa około półtorej minuty. Odkąd wyścig wjechał w góry, Bernal te stracone minuty odrabia, ale nie rzuca się w jakieś szalone ataki, tylko skubie sobie po kawałku: trochę pod Tourmalet, trochę pod d’Albis i trochę pod Galibier.

Z pozoru wygląda to jak wewnętrzna rywalizacja, ale moim zdaniem jest to element zmyślnego planu i nie byłbym szczególnie zdziwiony, gdyby się okazało, że „słabość” Thomasa była również precyzyjnie wykalkulowana. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że w INEOS coś się posypało, jak to się zdarza w Movistarze. W INEOS – jak pamiętamy – zmienił się tylko napis na koszulkach. I gdybym był Dave’m Brailsfordem albo Nicolasem Portalem, robiłbym właśnie wszystko, żeby tuż przed decydującymi momentami tego wyścigu mieć dokładnie taką sytuację, jaką ma teraz: dwóch kolarzy, których dzieli ledwie kilka sekund.

Dlaczego? Bo gdybym był Kruijswijkiem, Pinotem, albo Alaphilippem, miałbym teraz nielichą zagadkę do rozwiązania: „Mam w czołówce dwóch kolarzy z jednej ekipy, których dzieli kilka sekund w GC. Każdy z nich może w dowolnym momencie stanąć w korbach i odjechać. Na atak którego z nich powinienem odpowiedzieć?”

____________________________

Foto: A.S.O. / Alex Broadway

Kariera pod specjalnym nadzorem.

Czasem sobie myślę, że to wielkie szczęście, że w Polsce nie ma jeszcze specjalistycznych studiów z naprawiania kariery Michała Kwiatkowskiego, bo w lipcu drukarnie nie nadążyłyby z produkcją dyplomów. Nie mam też pojęcia, kiedy prezydent jeździ na wakacje, ale na wszelki wypadek nie powinien wówczas nic planować na lipiec, bo na bank byłoby też do wręczenia parę tytułów profesorskich. W lipcu bowiem na kraj spływa oświecenie i niemal wszyscy wiedzą: jak wyciągnąć kleszcza, jak fachowo rozstawić parawan i do jakiego zespołu powinien niezwłocznie przejść Michał Kwiatkowski, którego praca na rzecz liderów INEOS jest niegodna polskiej racji stanu.

Nie wiem, czy istnieje druga taka dyscyplina, w której sportowiec byłby poddawany krytyce za to, że perfekcyjnie wykonuje swoje zadania? Serio, nie potrafię sobie wyobrazić. Widziałem już gromy, sypiące się na sportowców po przegranych zawodach i choć nie akceptuję pojawiającego się wówczas hejtu, to jestem w stanie jakoś zrozumieć niezadowolenie. Ja co prawda wzruszam wówczas ramionami, bo bez względu na to, jak wysoko i z jakiego powodu przegrała moja ulubiona drużyna, nie ma to najmniejszego wpływu na moje życie; w najgorszym wypadku popsuje mi na chwilę humor. Ale rozumiem, że są ludzie, którzy się w te sprawy angażują mocniej i przeżywają to głębiej, posuwając się do mało parlamentarnych form ekspresji swojego niezadowolenia. Trudno, nobody’s perfect. Ale w sytuacji, w której sportowiec realizuje to, co do niego należy? Nie pojmuję. Tymczasem w kolarstwie zdarza się to notorycznie.

Bywa, że jak chcę się maksymalnie zdołować, zerkam sobie w komentarze pod moimi tekstami. W gruncie rzeczy nie powinno się tego robić bez opieki terapeuty, ale czasem podejmuję ryzyko. Pal już licho te teorie o „wyścigach równoległych”, ale niedawno dowiedziałem się z takiego komentarza, że nie rozumiem duszy kibica, bo ów chciałby „kibicować polskim kolarzom, ale pomagierów nie liczy”. No cóż. Istotnie nie rozumiem. Tak samo jak nie rozumiem tego, dlaczego w autobusie nie możemy wszyscy siedzieć obok kierowcy? Przecież stamtąd jest lepszy widok i jak ktoś się nie załapuje, to z pewnością jest frajerem.

Czym dalej w las, tym robi się ciekawiej, bo jak już spłynie cała pierwsza fala pomyj, że „polski mistrz świata hańbi nasze barwy, pozwalając obcym na to, żeby się nim wysługiwali” (tej duszy kibica bardzo współczuję, bo musiała strasznie cierpieć), to do głosu dochodzą wspomniani na wstępie doktoranci od naprawiania kariery Michała. I tu się zaczyna długa litania pomysłów, co powinien zrobić Michał, na jaki zespół zamienić INEOS i dlaczego na CCC Team.

Tu mała dygresja: dawno, dawno temu, jeszcze w czasach, kiedy świat był dużo lepszy, bo nie było na nim Facebooka, Twittera i wielu innych miejsc, w których ludzie nieskrępowanie chwalą się swoją głupotą, pewna moja znajoma prowadziła dość popularnego bloga, zresztą jednego z pierwszych, które powstały w rodzącej się dopiero tzw. blogosferze. Pewnego dnia podzieliła się na nim informacją, że właśnie została „zrestrukturyzowana” i musi budować swoją karierę poza organizacją, która do tej pory płaciła jej pensję. Ludzkość ruszyła na pomoc, najczęściej dzieląc się dobrą radą: „załóż firmę!”. „No dobra, ale JAKĄ?” – dopytywała. „Najlepiej jakąś dobrze prosperującą” – otrzymała w odpowiedzi.

Mniej więcej taką samą wartość mają „porady”, adresowane w stronę Michała, że powinien się rozglądać za nową ekipą. Mnie osobiście najbardziej rozbawia argumentacja, wedle której Michał musi natychmiast zmienić zespół na taki, w którym znajdzie nareszcie „bezpieczną przystań”, „należny szacunek” i byłaby to wreszcie drużyna „zbudowana pod niego”. W tym kontekście najczęściej pojawia się oczywiście CCC Team.

Zostawmy na boku pewne zakrzywienie czasoprzestrzeni, z którego wynika, że Michał poszedł do INEOS po to, żeby przeczekać trudny okres w swojej karierze do momentu, aż na białym koniu przybędzie Dariusz Miłek, żeby go uratować i stworzyć zespół, wymarzony dla realizacji celów Kwiatkowskiego. To, że CCC Team powstało jakieś dwa i pół roku po tym, jak Kwiato rozpoczął jazdę w SKY, nie może mieć przecież większego znaczenia, bo kiedy trzeba ratować nasz narodowy skarb, to kto by się przejmował takim drobiazgiem, jak chronologia zdarzeń…

Odłóżmy też na moment romantyczne pragnienia, aby w końcu polska drużyna jeździła w World Tourze z polskimi kolarzami, bo te marzenia akurat jestem w stanie zrozumieć, z zastrzeżeniem, że traktujemy je jako cel, do którego w pewnej perspektywie konsekwentnie dążymy. Oraz z zastrzeżeniem, że projekty, budowane na dumie narodowej nie zawsze przynoszą oczekiwane rezultaty, o czym powinna nas uczyć chociażby ledwie 10-letnia historia Teamu Katusha, którego przyszłość wisi właśnie na włosku (i za którego sukcesy odpowiadają w największym stopniu – o ironio! – Norweg i Hiszpan).

Nader często zapomina się też o takim drobiazgu, że sam Kwiatkowski jest po prostu typem faceta, skoncentrowanego w 100% na realizacji zadania. I co ważniejsze: zadania, związane z wynikiem zespołu, są dla niego zawsze priorytetowe. Bywa, że pokrywają się z jego własnymi ambicjami (jak np. walka o zwycięstwo w Tour de Pologne), ale bywa też, że te cele są zupełnie różne – jak w tej chwili w Tour de France. Rozmawiałem z nim o tym dość długo w ubiegłym roku i w tej kwestii był i jest absolutnie jednoznaczny: celem jest wygrana drużyny, bo na tym przecież polega ten sport.

Zasadniczy problem polega na tym, że drużyny kolarskie buduje się nie po to, żeby zapewnić bezpieczną przystań kolarzom, ale po to, żeby wygrywać wyścigi. I buduje się je w taki sposób, żeby zapewnić właścicielom i sponsorom możliwie najwięcej wygranych. Myślę, że żaden odpowiedzialny dyrektor sportowy nie wziąłby na siebie ryzyka wydawania fortuny na gwiazdę i budowania wokół niej zespołu, tylko po to, żeby spełnić marzenia kibiców. Drużyny sportowe buduje się najczęściej w taki sposób, żeby mieć możliwie najwięcej dostępnych wariantów zestawienia składów na różnego rodzaju wyścigi (czasem rozgrywane w tym samym czasie), przy dodatkowym uwzględnieniu ryzyka, że każdy z członków zespołu może w każdym momencie ulec kontuzji, zachorować, albo z dowolnego innego powodu być w słabszej dyspozycji. Fajnie, jak zespół ma w szeregach gwiazdy, ale drużyna sportowa to nie boys band, w którym wszyscy mają fajnie wyglądać i wywoływać mdlenie fanek. Tutaj wszyscy, z liderem włącznie, mają po prostu do ostatniej kropli potu zasuwać, żeby zrealizować zadanie. A jak lider upada i trzeba go wsadzić na rower, to nie myśli się o narodowej dumie i cierpieniach duszy kibica, tylko o upływających sekundach, bo w tym sporcie na końcu chodzi o to, żeby ich bilans na mecie był ujemny.

Od kilku dni krążą plotki o tym, że z drużyną INEOS wita się powoli zwycięzca tegorocznego Giro, Richard Carapaz, na co część kibiców reaguje gromkim „Michał! Uciekaj!”. Zupełnie jakby ludzie w INEOS nie mieli nic lepszego do roboty, tylko szukali metody na utrudnienie Kwiatkowskiemu życia. Drobiazg, że jeszcze do końca nie wiadomo, ile potrwa rekonwalescencja Froomiego i w jakiej formie (i kiedy) wróci na rower. Grunt, że można Michałowi rzucić pod nogi kolejną kłodę. Tak przynajmniej widzi problem większość profesorów od kariery Kwiatkowskiego (o którą jak dotąd nic nie robili, ale są gotowi z zapałem ją reperować), którzy przy okazji zupełnie zapominają, że Kwiato poszedł do SKY z własnej woli i z jasno określonymi celami: zdobywaniem doświadczeń i pracy nad tym, by kiedyś stanąć na starcie Tour de France jako jeden z liderów drużyny. I moja osobista dusza kibica wierzy, że w końcu uda mu się to zrealizować.

Zdaję sobie sprawę, że jesteśmy wszyscy mocno przyzwyczajeni do traktowania sportu w kategoriach narodowościowych i kolarstwo pod tym względem jest dyscypliną dość trudną do zrozumienia. Ale w gruncie rzeczy niczym specjalnie się nie różni od klubowej piłki nożnej. Czy ktoś kiedyś miał pretensje do na przykład Łukasza Piszczka, że był obrońcą w Borussii, a nie napastnikiem w Legii? Przecież na tej pozycji miałby większe szanse na strzelanie bramek. OK, może oczekiwania wobec Piszczka są mniejsze, bo nie był wcześniej mistrzem świata. Ale nie sądzę, żeby to był ten powód.

Może więc faktycznie dusza kibica kolarstwa jest inna od duszy piłkarskiej? Może ja faktycznie jej nie rozumiem? I co to będzie, jak podczas Tour de Pologne w roli liderów swoich drużyn wystąpią Kwiatkowski i Majka? Co wówczas zrobi dusza kibica? Kogo z nich uzna za „pomagiera” i pominie?

Na koniec jedna ważna uwaga: nie chodzi o to, że nie można na ten temat dyskutować i snuć śmiałych wizji. Ale przed wygłoszeniem po raz tysięczny tej samej opinii warto sobie zadać pytanie, czy ów akt strzelisty, którym radośnie dzielę się w anonimowym komentarzu, wnosi do dyskusji jakikolwiek element wiedzy? Bo jeśli nie, to może warto sobie darować? Po co wrzucać kolejny kamyczek do ogródka, w którym i tak nic nie wyrośnie?

Nie wszystko zło(to)…

Palec do budki, kto przed każdym wyścigiem uważnie studiuje regulamin imprezy? Pytam rzecz jasna o te wyścigi, które oglądamy w telewizji, bo co do tych, w których startujemy zakładam (naiwnie), że sprawa jest oczywista. A dlaczego pytam? Otóż pozwoliłem sobie w moim ostatnim felietonie w NaSzosie na krytykę tej części kibiców, która zasiada przed telewizorami z encyklopedyczną wiedzą o wszystkich edycjach Wielkich Tourów, o ich zwycięzcach, kluczowych momentach i innych ważnych – nie zaprzeczam – wydarzeniach, po czym dzieli się z resztą swoimi przemyśleniami, że to wszystko nie tak, kiedyś to było inaczej, a teraz to tylko doping, wyścigi zamurowane przez Sky, a Kwiatkowski sprowadzony do roli parobka. Część odbiorów oczywiście poczuła się urażona, choć moją intencją było przecież opisanie zjawiska, a nie obrażanie kogokolwiek.

Co wspólnego z tym wszystkim mają szczegółowe regulacje dla każdego z wyścigów? Wbrew pozorom bardzo wiele, bo wiedząc o co tak naprawdę walczą kolarze na trasie wyścigu można na pewne ruchy taktyczne spojrzeć z nieco innej perspektywy i odkryć, że to, co w pierwszym odruchu nazywamy „do dupy strategią”, może być w rzeczywistości dobrze przemyślanym ruchem taktycznym, który może na pierwszy rzut oka wygląda dziwnie, ale w istocie przynosi drużynie i kolarzom wymierne korzyści.

Bardzo łatwo ucieka nam z pola widzenia, że sportowcy (nie tylko kolarze) nie walczą wyłącznie o sławę, wieczną pamięć i wzmianki w Wikipedii, ale również o czas antenowy (bo mają zobowiązania wobec sponsorów), punkty do rozmaitych klasyfikacji (np. punkty UCI, od liczby których zależy choćby to, ilu zawodników może wystawić reprezentacja danego kraju na mistrzostwa świata lub Europy) oraz – last but not least – o pieniądze. A niejednokrotnie głównie o pieniądze, bo – o czym również bardzo często zapominamy – to, co dla nas jest czystą rozrywką, dla nich jest sposobem na życie, nawiasem mówiąc dosyć krótkie, jeśli chodzi o tzw. „aktywność zawodową” (chociaż – rzecz jasna – po zakończeniu kariery można robić różne rzeczy, ale to temat na inną opowieść).

Chyba nie ma takiej ekipy, która miałaby komfort ścigania się wyłącznie dla sławy i dzielenia się nią ze sponsorami, którzy wyasygnują za to wystarczającą kwotę we właściwej walucie (to w ogóle odwieczny problem i wina Fenicjan, którzy wynaleźli za mało pieniędzy…). Z rocznego raportu firmy Tour Racing Ltd (właściciela Team Ineos, czyli do niedawna Sky) wynika, że prawie 21% rocznych przychodów spółki pochodzi od partnerów technicznych (bez uwzględnienia sprzętu, bo wartość w naturze to osobna pozycja) oraz z nagród pieniężnych, zdobywanych na wyścigach, które prawdopodobnie stanowią lwią część tej kwoty. 21% z 38 milionów funtów to sporo, a biorąc pod uwagę, że cały roczny bilans zamyka się tzw. „czarnym zerem”, czyli niewielką kwotą na plusie (niecałe 50.000 GBP), można podejrzewać, że gdyby nie zdobywane nagrody, zespół musiałby ograniczyć swój apetyt w pozyskiwaniu nowych zawodników albo pozbyć się kilku z obecnego składu.

Wróćmy do tego, że pewne sytuacje wyglądają inaczej, jeśli na nie spojrzeć z innej perspektywy. Budżet nagród pieniężnych w tegorocznym Giro d’Italia wynosi dokładnie 1.499.860 euro, a nagrody przyznawane są w tylu kategoriach, że ich wymienienie i opisanie zajmuje dokładnie połowę 20-stronicowego dokumentu, przygotowanego przez organizatorów. Jedną z tych klasyfikacji jest oczywiście klasyfikacja punktowa i wszystkie związane z nią benefity. Jest ich sporo, ale jednym z nich – o czym nie wszyscy wiedzą i stąd właśnie pytanie, postawione na wstępie – jest nagroda za to, że kolarz jedzie w fioletowej (o pardon: cyklamenowej) koszulce. Mówiąc wprost: za sam fakt jechania w koszulce lidera klasyfikacji (każdej) na koncie drużyny ląduje kasa.

I teraz weźmy sobie dla przykładu ten nieszczęsny 4. etap do Frascati, na którym Rafał Majka stracił 16 sekund do Roglića, bo zespół był mocniej zaangażowany w to, żeby podciągnąć jak najwyżej Pascala Ackermanna. Część polskich kibiców zapłonęła świętym oburzeniem, no bo jak to? Majka miał być przecież liderem na generalkę, a oni tu holują faceta, żeby sobie zdobył jakieś punkty?

Oczywiście, strata 16 sekund przez kandydata do wysokiego miejsca w klasyfikacji generalnej to przy tak mocnej konkurencji spore ryzyko, nawet jak na tak wczesną fazę wyścigu. Ale co było do wygrania? Nic. Nawet gdyby Rafał dojechał z grupą liderów do mety, to prawdopodobnie nie angażowałby się w walkę na finiszu, bo to po pierwsze: nieszczególnie odpowiadający mu profil, a po drugie: zbyt wczesna faza wyścigu, żeby ryzykować utratę sił. Jedyną korzyścią byłoby zachowanie dotychczasowych różnic czasowych.

Co wygrał Ackermann? Pomijając drobiazg, że ponownie otworzył sobie szansę na sukces w klasyfikacji punktowej, zdobył całkiem realne punkty UCI (co z punktu widzenia niemieckiej drużyny nie jest zupełnie bez znaczenia) oraz 750 euro za sam fakt ściągnięcia koszulki z pleców Gavirii. I będzie takie 750 jurków inkasował za każdy dzień, przejechany w cyklamenowym trykocie. A ponieważ na 7. etapie Gaviria się wycofał, a Vivianiego z punktów ogołocili wcześniej sędziowie, Ackermann (jeśli nie popełni żadnego błędu i zmieści się w limitach czasu na górskich etapach) ma duże szanse na dojechanie jako lider klasyfikacji punktowej do Verony, zbierając te codzienne bonusy w niebagatelną kwotę 14 tysięcy euro, do których na podium wyścigu dołoży kolejne 10 tysięcy. Wydaje się mało? A przecież to ponad 1/3 ubiegłorocznego zysku Ineos!;) A poza tym codziennie podium, szampan, migawki w telewizji, zdjęcia na Instagramie, uściski dłoni, autografy, wizyty w zakładach pracy…

W tym miejscu ważne zastrzeżenie: to wszystko oczywiście nie oznacza, że dyrektorzy sportowi siedzą w samochodach z kalkulatorem na kolanach, a strategię na wyścig układają z księgowymi, których mają na gorącej linii i którzy podpowiadają, kto powinien jutro zaatakować, bo trzeba zapłacić ZUS i podatek. Ale w zawodowym sporcie jest to również jeden z ważnych elementów tej całej układanki. Bo sława, palmares, wieczna pamięć i wpisy w Wikipedii są bardzo OK, ale – pardon maj frencz – kolarze ścigają się również dla kasy. I z tej perspektywy wydaje się zrozumiałe, że ich interes może być czasem stawiany wyżej, niż nasze zadowolenie przed ekranem telewizora.

Foto: La Presse – D’Alberto / Ferrari / Paolone / Alpozzi

__________________________________

PS. Zapraszam niezmiennie do śledzenia mojego profilu na Twitterze i Facebooku – tam też wrzucam czasem jakieś kolarskie ciekawostki…

Team (jeszcze) Sky w ucieczce.

To jest właściwie ten moment, w którym z czystym sumieniem mógłbym napisać: „a nie mówiłem?”. Pojawiające się od grudnia pogłoski o rzekomym „końcu” Team Sky może i nabijały portalom trochę kliknięć, ale z rzeczywistością związek miały dość luźny. Swoją drogą… ciekawe, kto pierwszy puścił farbę i spowodował, że ludzie zaczęli węszyć, m.in. w rejestrach Whois, aż w końcu ktoś „odkrył”, że 5 marca zarejestrowano domenę teamineos.com i lawina domysłów ruszyła na dobre?

O tym, że przyszłość drużyny (jeszcze) Team Sky jest niemal na pewno bezpieczna pisałem wcześniej tutaj, więc nie ma powodu, żeby się ponownie zagłębiać w temat. Właściwie jedno pytanie, na które dzisiaj nie znam odpowiedzi, brzmi: jak im się udało załatwić z UCI taką zmianę w trakcie sezonu (drużyna w nowych barwach wystartuje 2 maja w Tour de Yorkshire)? W oficjalnym komunikacie jest wprawdzie mowa o tym, że ten temat wciąż jest przedmiotem dyskusji z UCI, ale nie chce mi się wierzyć, że przynajmniej kierunkowo sprawa nie została już rozwiązana. Faktem jednak jest, że w ostatnich tygodniach sprawy mocno przyspieszyły, bo pierwotnie nowy sponsor miał zostać ogłoszony podczas Tour de France, na który zwrócone są oczy całego kolarskiego świata, ale najwyraźniej sir Jim Ratcliffe nie lubi czekać, aż mu gaz ucieknie z szampana.

Interesująca jest natomiast przyszłość. Nowy sponsor zobowiązał się do kontynuacji od 1 maja wszystkich aktualnych umów z zawodnikami, managementem i obsługą techniczną dzisiejszego Team Sky, ale nie doczytałem się nigdzie informacji, o jakiej perspektywie czasowej myśli Ratcliffe. Być może ten horyzont nie jest w żaden sposób określony, bo z formalnego punktu widzenia to nie jest tradycyjna umowa sponsorska, tylko odkupienie od Sky i 21st Century Fox 100% udziałów w spółce Tour Racing Limited, co pozwala sądzić, że inwestycja jest raczej długoterminowa, a ewentualne wyjście z niej w przyszłości będzie się odbywać na identycznych zasadach, jak miało to miejsce teraz, czyli jako sprzedaż udziałów, co na ogół nie następuje z dnia na dzień. Pod tym względem Michał Kwiatkowski i Michał Gołaś (oraz zatrudnieni w drużynie Marek Sawicki i Jacek Walczak) przyszłość mają raczej zapewnioną.

Zagadką jest natomiast współpraca Dave’a Brailsforda z nowym właścicielem drużyny. Na razie obaj wzajemnie podkreślają swoje wizjonerstwo, co jest wiadomością dobrą i złą jednocześnie. Dobrą, bo jest gwarancją tego, że drużyna będzie nadal inwestować w rozwój i innowacje, podnosząc swoją filozofię „marginal gain” do rangi sztuki. Przy okazji: ten fokus na rozwój będzie najlepszą z możliwych wiadomości dla Michała Kwiatkowskiego, który właśnie na perspektywie stałego rozwoju opiera całą swoją kolarską karierę.

To również informacje dobre dla peletonu: raz, że mogą być przykładem dla innych sponsorów, żeby nie bali się odważnych inwestycji w ten sport, a dwa: dla samych drużyn, które na innowacje Brailsforda i spółki prędzej czy później będą musiały jakoś odpowiedzieć.

Ale ta nowa sytuacja rodzi też pewne ryzyka, związane ze współpracą dwóch wizjonerów: Brailsforda i Ratcliffe’a. Historia zna przypadki, w których dwie silne i charyzmatyczne osobowości potrafiły zbudować przedsięwzięcia o gigantycznej wartości (tu mój ulubiony przykład współpracy Steve’a Jobsa z Johny’m Ive), ale na ogół znacznie więcej jest przykładów na to, że gdy dwie odmienne wizje zaczynają się ścierać, trup wokół ściele się gęsto. Wiele zależy od tego, jak panowie się dogadają i jaką autonomię od nowego właściciela otrzyma Sir Dave.

Czas pokaże, jak się to wszystko ułoży. W każdym razie najbliższe miesiące i (oby!) lata z Team INEOS zapowiadają się z pewnością pasjonująco.

Foto: Alex Broadway / ASO

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!