Siła fantazji, klęska kalkulacji.

Rozmawiałem kilka dni temu z Piotrem Wadeckim i nagle rozmowa zeszła nam na Remco Evenepoela. Czekam jeszcze na autoryzację, więc nie mogę odesłać do pełnego tekstu, ale padło tam takie zdanie, że tym, co wyróżnia młodego Belga spośród wszystkich innych kolarzy, jest brak maniery kalkulowania i oszczędzania sił na ostatni atak. Jeśli czuje, że ma siłę – daje z siebie wszystko.

I tak sobie patrzę teraz na zwycięzców ostatnich wyścigów i etapów: Bernal w Tour de France (22 lata), wspomniany wyżej Evenepoel (19 lat) w San Sebastian i we wczorajszej czasówce na ME, Jonas Vingegaard (22 lata) na etapie TDP w Kościelisku, za plecami którego przyjechali Pawel Sivakow (również 22 lata) i Ian Hindley (23). Dzisiejszy zwycięzca etapu, Matej Mohorič to też raczej młodziak (24 lata), który popisał się kapitalną ucieczką i niesamowitą siłą woli do końca.

OK – ktoś powie, że nikt go nie gonił, bo nie liczył się w generalce. Ale mimo wszystko z tyłu toczyła się jakaś walka, a on jechał, nie oddając ani sekundy z uzyskanej przewagi. Przecież nie potrzebował na mecie aż blisko minuty, mógł odpuścić i nie wycinać się tak mocno.

Patrzę sobie na to wszystko i budzi się we mnie jakaś nadzieja, że może ci młodzi kolarze wniosą do peletonu nie tylko świeżą krew, ale przede wszystkim nieco fantazji, ambicji i szaleństwa. Może nie zawsze się to będzie opłacało, no ale z drugiej strony: czy opłaca się to liczenie na ostatni, decydujący atak, który wcale nie musi nastąpić?

Śmiesznie brzmiały tłumaczenia Kruijswijka, niezadowolonego z neutralizacji 19. etapu Tour de France, bo przecież on miał w planach decydujący atak właśnie na tym ostatnim podjeździe, którego nie było. Dziwnie było patrzeć na Vincenzo Nibalego, który podczas Giro zlekceważył Richarda Carapaza (26 lat, więc też jeszcze nie weteran), bo przecież niemożliwe, żeby się taki wyścig rozstrzygał już na 14 etapie. A jednak! Pawel Sivakow też nie czekał na ostatni podjazd, tylko zaatakował na 6. etapie Tour de Pologne i to dzięki temu wygrał wyścig. Co ryzykował? Tylko ewentualną walkę z Vingegaardem i Hindleyem. Wobec reszty musiał już tylko pilnować, by mu nie odjechali.

Przed startem Tour de Pologne spędziłem długą chwilę na rozmowie z Krzysztofem Wyrzykowskim. Pewnie wszyscy znają zdanie Krzysztofa na temat słuchawek w World Tourze. W pewnym sensie się z tym zgadzam, ale gdzieś z tyłu głowy zawsze miałem kwestie bezpieczeństwa. Wydawało mi się, że gdyby peleton zrezygnował ze słuchawek, to musiałby jednocześnie nieco zwolnić. Nawet sprawdziłem przy jakiejś okazji, o ile wzrosła średnia prędkość na Tour de France od początku lat ’90, kiedy w peletonie zaczęły się pojawiać radia: ponad 3 kmh! Niewiele? Przy 90-godzinnym wyścigu to jest prawie 300 kilometrów, czyli dwa etapy różnicy! (Co oczywiście nie jest zasługą wyłącznie radia, ale to bez wątpienia jeden z wielu elementów tej zmiany).

Kiedy dzisiaj patrzę na tych młodych kolarzy, atakujących wtedy, gdy czują, że „mają pod nogą” i dzięki temu wygrywają wyścigi, albo gdy widzę, jak niektórzy w decydujących momentach wyrywają sobie słuchawki z ucha, zastanawiam się, czy to aby przypadkiem nie jest dobra metoda na ożywienie wyścigów? Na to, by skończyć z tymi kalkulacjami i zdalnym sterowaniem z wozu technicznego. Masz pod nogą? Jedź! Potrzebujesz pomocy? Dogadaj się! Chcesz zaryzykować? Ryzykuj!

Kolarstwo jest sportem, w którym strategia jest niezmiernie ważna. Ale strategia, pozbawiona odrobiny fantazji i ryzyka, strasznie ten sport wyjaławia. I trochę dziwię się Rafałowi Majce, że po doświadczeniach sprzed dwóch lat, gdy przegrał wyścig już w Szczyrku (choć nieco „pomógł” mu w tym Peter Sagan), próbował wygrać tegoroczny Tour de Pologne jednym atakiem, przeprowadzonym 40 kilometrów przed metą ostatniego etapu.

Rozumiem, że mógł nie mieć siły na więcej. Szanuję to, bo wiem, jak ciężka to jest robota. Ale jako kibic czuję się trochę zawiedziony. Nie brakiem zwycięstwa. Brakiem fantazji i determinacji, które prawdopodobnie wynikały z kolejnych kalkulacji: oszczędzania sił na Vueltę.

Oby się opłaciło, choć śmiem podejrzewać, że Vueltę również wygra kolarz, który w decydującym momencie wyrwie sobie słuchawkę z ucha i zda się na instynkt. Kimkolwiek będzie – jemu będę kibicował.

Foto: Szymon Gruchalski / Tour de Pologne

(Za)duma.

Są takie momenty, w których najwłaściwiej jest po prostu milczeć. Przeczekać, aż przetoczą się pełne patosu akty żalu, teorie, wymyślane na poczekaniu przez domorosłych specjalistów od wszystkiego, kipiące poczuciem wyższości „dobre rady”, czy wreszcie rozpaczliwie wołające o kliknięcie tytuły w serwisach, przechodzących siebie w kombinowaniu, jak tu podzielić włos na czworo i z maską troski na twarzy wycisnąć jeszcze kilka odsłon i reklamowych grosików.

Są takie momenty, w których zwyczajnie odechciewa się bycia częścią tego paskudnego świata. Wtedy najlepiej jest posiedzieć w ciszy. Bo i o czym tu mówić? Przegadać śmierć? Nonsens.

Nigdy nie widziałem w sporcie czegoś tak smutnego, a jednocześnie tak pięknego, jak wczorajszy etap Tour de Pologne z Jaworzna na Kocierz. I chociaż wiem, że to nie jest najwłaściwsze na tę okoliczność słowo, to nie znajduję niczego bardziej odpowiedniego: czułem po prostu dumę.

Ktoś kiedyś powiedział, że jak nie wiesz, jak powinieneś się zachować, zachowaj się po prostu przyzwoicie. Tak zachowali się wczoraj organizatorzy Tour de Pologne, zdejmując i zasłaniając wszystkie reklamy, neutralizując – w porozumieniu z zawodnikami – etap i nie przerywając wyścigu, ale pozwalając mu dojechać do mety, w kierunku której zmierzał również Bjorg Lambrecht. Tak zachowali się wczoraj kibice, którzy liczyli przecież na zabawę, festyn i widowisko, a zamiast tego, z przewiązanymi żałobnym kirem flagami i naprędce namalowanymi numerami Belga, stanęli wzdłuż drogi i w milczeniu odprowadzali wzrokiem smutny peleton.

Mignęło mi gdzieś w poniedziałkowy wieczór wypowiedziane przez Czesława Langa zdanie, że 76. edycja Tour de Pologne będzie się wszystkim kojarzyła już tylko z tym nieszczęśliwym wypadkiem. To nieprawda. Będzie się kojarzyła z młodym Belgiem, który stracił tu życie i z tysiącami Polaków, którzy stanęli przy trasie, by go pożegnać i oddać mu hołd. I z numerem 143, którego już nigdy nie zobaczymy na trasie tego wyścigu.

Jakiś czas temu napisałem, że moim zdaniem wyścigowi Tour de Pologne brakuje legendy. Nie mamy ikonicznych alpejskich szczytów, nie mamy flandryjskich bruków, nie mamy toskańskich „białych dróg”, a nade wszystko nie mamy tradycji, bo tę na długie lata „zagrabił” Tour de Pologne Wyścig Pokoju. Nasz wyścig musi budować swoją legendę od nowa, przez własnych bohaterów i własne historie. Również te tragiczne, jak śmierć Bjorga Lambrechta. Ale przede wszystkim te piękne, jak etap, którym go wyścig pożegnał.

Ale powinniśmy w sobie pielęgnować te obrazy nie tylko dla Tour de Pologne, ale przede wszystkim dla siebie. Bo w takich gestach, w takich chwilach i w takiej ciszy, zdajemy się być nieco lepszymi ludźmi, niż w tym nieustannym jazgocie, przez który rozpaczliwie (i nie zawsze mądrze) każdego dnia próbujemy się przebić.

Foto: Szymon Gruchalski / Tour de Pologne

Kibice sukcesu.

Eurovision Sport i A.S.O. podały wczoraj wyniki oglądalności wybranych etapów tegorocznej edycji Tour de France. Duńczycy pozamiatali: kanał, w którym transmitowano etap na Tourmalet, osiągnął 66,6% udział w rynku (czyli w pewnym uproszczeniu: dwóch na trzech Duńczyków kibicowało w sobotę Fuglsangowi i spółce). Podobnie było w Belgii (59,4%) i Holandii (56%). A u nas? Hmm…

Ktoś przytomnie zauważył, że skoki narciarskie uprawia w Polsce może 300 osób, a oglądają miliony. Z kolarstwem jest dokładnie na odwrót. I nawet, jeśli jest w tym stwierdzeniu sporo przesady, to mimo wszystko trend jest właśnie mniej więcej taki.

Rozumiem oczywiście, że sukcesy budują zainteresowanie, choć to również nie jest reguła. Sukcesy Roberta Korzeniowskiego nie spowodowały, że ludzie zaczęli masowo uprawiać chód sportowy. Olimpijskie złota Renaty Mauer czy Pawła Nastuli nie zagnały milionów ludzi na strzelnice czy tatami. Mnóstwo dyscyplin, w których Polacy zdobywają medale, to sporty absolutnie niszowe, w których przeżycie bywa większym sukcesem, niż zdobycie złotego krążka. Czyli to jednak nie zawsze tak działa. OK, do popularności skoków z całą pewnością przyczyniła się organizacja zawodów w Zakopanem i Wiśle, ale przecież kolarzy z World Touru również możemy oglądać na naszych drogach. Gdzie więc tkwi źródło problemu?

Wnioskując z ostatnich dyskusji i komentarzy największym zmartwieniem polskiego kibica jest to, że Polacy w Wielkich Tourach nie osiągają znaczących sukcesów, więc nie ma się czym emocjonować. „Nie ma komu kibicować” – czytam niemal na każdym kroku, choć to akurat pierwszy Tour de France od ładnych paru lat, w którym występuje tylko dwóch Polaków (co zresztą nie jest wynikiem jakiejś wyjątkowo słabej formy pozostałych, ale decyzji odnośnie wyboru imprez, podjętych już dawno temu, bo nie sposób przecież startować we wszystkich wyścigach z puchnącego z roku na rok kalendarza UCI). Można odnieść wrażenie, że 4 etapowe zwycięstwa Majki i Bodnara na Wielkiej Pętli, zwycięstwa Tomka Marczyńskiego i podium Rafała w Vuelcie, mistrzostwo świata Kwiatkowskiego – a to wszystko w ostatnich 5 latach – rozochociły nas tak bardzo, że teraz miejsce w czołówce należy nam się przez zasiedzenie i jak nie jadą biało-czerwoni, to dyscyplina kuleje i nie jest warta oglądania.

Mnie ten argument smuci i bawi zarazem. I wydaje mi się mocno naciągany. Zanim wybuchła „małyszomania” przed długie lata w polskich skokach działo się raczej niewiele. Urodziłem się kilka lat po sukcesie Wojciecha Fortuny, więc nie mogę pamiętać tamtej euforii. A mimo to przez całe lata 80. żywo interesowałem się skokami, kibicując Nykaenenowi, Weissflogowi i innym. Pamiętam występy Piotra Fijasa, a po nich długo, długo nic, aż do czasu, gdy skakać zaczął Małysz.

W kolarstwie dla odmiany sukcesów mieliśmy zawsze dużo więcej, a możliwość jego oglądania ograniczoną niemal wyłącznie do relacji z Wyścigu Pokoju. Później jego legenda przygasła, a dla kolarstwa szosowego w Polsce nadszedł długi okres posuchy, z rzadka pokrapianej radością z sukcesów Halupczoka czy Jaskuły. Od kilku lat na brak sukcesów narzekać nie możemy, ale oczekiwania widzów najwyraźniej rosną jeszcze szybciej, a jak już się kibicom znudzi wyzywanie naszych kolarzy od „wyrobników” i planowanie na nowo ich karier, to dostaje się też Eurosportowi, że relacje są za długie i nudne (jakby istniał jakiś nakaz oglądania ich od początku do końca).

Martwi mnie to o tyle, że dotychczas postrzegałem kibiców kolarstwa jako ludzi ciekawych świata, szanujących i bezinteresownie nagradzających wysiłek sportowców. Dziś zmienia się to w niepokojącym kierunku: również w tej dyscyplinie kibicowanie zaczyna być podszyte zaściankowością i ksenofobią: jak inni pracują dla naszego kolarza – wszystko jest w porządku, ale jak nasz pracuje dla innych – to wyrobnik, który dał się kupić za zachodnie srebrniki. Zgrabnie to podsumował Sebastian Parfjanowicz, odpowiadając na Twitterze jednemu z uczestników dyskusji o Michale Kwiatkowskim: „Pan nie jest kibicem Michała, tylko kibicem sukcesów Michała”. I w tym kierunku niestety coraz częściej to zmierza: coraz częściej jesteśmy wyłącznie kibicami sukcesu.

Zastanawia mnie w tym kontekście jeszcze jedno: skąd w takim razie u nas tylu kibiców Barcelony? Przecież z Messim i spółką nie gra żaden Polak!? A może chodzi o to, że mecze Barcelony warto oglądać dla samego widowiska? Ale dlaczego w takim razie Tour de France już nie? Tutaj się liczy wyłącznie tabela wyników?

Zazdroszczę Duńczykom, Belgom, Holendrom tego zainteresowania i życzliwości, z jakimi spotyka się kolarstwo w ich krajach (choć niestety wszędzie zdarzają się i tacy, którzy malują penisy na szosie). Polskich wyników oglądalności jeszcze nie znam, ale jak patrzę na to, co się dzieje, to nie wiem, czy nie wolałbym, żeby zostały na raczej niskim poziomie. Bo jeśli miałoby to iść w tę stronę, którą właśnie obserwuję, to nie wiem, czy jestem na to gotowy. Bo do zwykłego kibolstwa droga stąd nieszczególnie daleka.

Foto: A.S.O. / Alex Broadway

Plebiscyty, czyli „kiedy w końcu polski kolarz…”

Na kolarza, który zdominuje plebiscyty popularności sportowców w Polsce prawdopodobnie jeszcze musimy poczekać. Nie tylko do zwycięstwa w Tour de France, bo ono raczej wiele nie zmieni. Raczej do zmiany postrzegania całego kolarstwa w naszym kraju.

Koniec roku, więc wiadomo: czas podsumowań, wspomnień, rankingów i… plebiscytów, w których kibicowska gawiedź wybierać będzie swoich faworytów w wyścigach o tytuł Najlepszego Sportowca (kraju / regionu / miasta / powiatu itp. – niepotrzebne skreślić). To zresztą nie jest domena wyłącznie naszego podwórka, bo podobnie dzieje się w wielu miejscach na Ziemi. Ponieważ jednak przedwczoraj świat obiegła wiadomość, że w organizowanym przez BBC konkursie na „Sportową Osobowość Roku” zwyciężył Geraint Thomas, było tylko kwestią czasu, że padnie sakramentalne pytanie: kiedy w końcu jakiś kolarz wygra podobny plebiscyt w Polsce? 

Dziś pytanie – dziś odpowiedź, a wśród nich najczęściej pojawiająca się przepowiednia: „gdy wygra Tour de France”. Otóż, moim skromnym zdaniem: niekoniecznie. Co najmniej z kilku powodów. 

Po pierwsze: w Polsce nie ma tak silnej i ugruntowanej tysiącletnią historią wkurzania Francuzów obsesji na punkcie wygrywania na Polach Elizejskich. Śmiem podejrzewać, że gdy wreszcie w żółtej koszulce dojedzie do Paryża jakiś kolarz z biało-czerwoną flagą przy nazwisku, większość ludzi – na co dzień niezbyt wnikliwie śledzących kolarskie zmagania – uzna, że się nam to zwycięstwo zwyczajnie należało (wiadomo: historie z widelcem, te sprawy). Niuanse walki w tym najbardziej prestiżowym w kolarskim świecie wyścigu są tak naprawdę domeną nielicznych, choć jest też faktem, że każdego roku w lipcu liczba „ekspertów” lawinowo rośnie. Ponadto, jak się rozmawia z kolarską bracią w naszym kraju, to częściej można odnieść wrażenie, że choć wielu – rzecz jasna – uznaje wielkość Tour de France, to jednak znacznie większą estymą darzy Giro d’Italia, o mistrzostwach świata nie wspominając (bo wiadomo: najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy 😉

Po drugie: historia kolarskich zwycięzców w największym w Polsce plebiscycie, organizowanym przez Przegląd Sportowy, to w gruncie rzeczy odzwierciedlenie historii popularności samej dyscypliny, bo zabawa Przeglądu sama w sobie jest w istocie formą badania popularności sportowca w relacji do osiąganych przez niego wyników. Nie dziwią więc sukcesy Ryszarda Szurkowskiego z czasów, kiedy wyobraźnię kibiców na kilka majowych tygodni pochłaniał Wyścig Pokoju (przez lata najważniejsze wydarzenie sportowe w kraju), a jedynymi wydarzeniami w kalendarzu, które mogły z nim konkurować, były igrzyska olimpijskie i mistrzostwa świata. Stąd obecność na liście zwycięzców Jankiewicza, Piaseckiego i Halupczoka oraz dość wysokie miejsce Michała Kwiatkowskiego, po jego sukcesie w Ponferradzie. Bo najważniejszym budulcem tego, co określamy mianem „Sportowca Roku” jest uczucie narodowej dumy, związanej z jego sukcesem na międzynarodowej arenie.

Po trzecie wreszcie: właśnie ta formuła, oparta o miarę popularności, a w ostatnich latach dodatkowo dość mocno podlana ekspozycją medialną oraz – nie ma się co czarować – w wielu wypadkach podkręcana perspektywą przychodów z wysyłanych sms-ów, mocno zakrzywia rzeczywisty obraz polskiego sportu, mimowolnie koncentrując uwagę kibiców na tych, o których mówi się najwięcej. A o kolarzach – mimo znaczącej w ostatnich latach poprawy – mówi się w polskich mediach wciąż niewiele. 

Niecałe trzy tygodnie temu miałem okazję uczestniczyć w konferencji po opublikowaniu przez Forbes i Pentagon Research wyników rankingu „50 Najbardziej Wpływowych Ludzi w Polskim Sporcie”. Ranking jak ranking, mierzyć w sumie można wszystko, ale bardzo zaintrygowała mnie jego dość skomplikowana metodologia. Oprócz ekspozycji w mediach, którą w dzisiejszych czasach można dość łatwo zmierzyć, nawet w kontekście wydźwięku (pozytywny / negatywny / neutralny), bierze się tam pod uwagę również element, który już tak łatwo nie poddaje się algorytmom specjalistycznych wyszukiwarek: umiejętność wywierania wpływu na opinie i działania innych. Ten element oraz ostateczny kształt rankingu był opracowywany przez dość duże gremium, w znacznym stopniu złożone z ekspertów i naukowców. Spojrzałem na zasady plebiscytu BBC i znalazłem tam w sumie niemal identyczną konstrukcję: o wyborze również decydowali eksperci, a nie tylko sms-y.

Może to jest kwestia mojego wciąż większego zaufania do autorytetu nauki, niż do wyników wyszukiwania w Google, ale wydaje mi się, że jeśli z popularności sportowców chcemy wyciągać jakieś racjonalne wnioski, to powinniśmy iść w tę stronę. Nie po to, żeby zwiększyć szanse kolarzy, ale po to, by w ogóle aktywność sportową lepiej wykorzystać do budowania czegoś, co umownie nazywamy kulturą fizyczną, choć na co dzień sport z kulturą kojarzymy wyłącznie w kategoriach rozrywki. 

Nie zauważyłem, by ktoś zwrócił uwagę na pewien niuans, związany z wyborem Thomasa w plebiscycie BBC: został wybrany „osobowością”, a nie „sportowcem roku”. Może to drobiazg, ale wiele mówi o tym, w jaki sposób Brytyjczycy myślą o roli sportu w budowaniu społeczeństwa, gdzie liczy się charakter, konsekwencja, wytrwałość, nieustępliwość, współpraca i wiele, wiele innych cech. To, że nagroda trafiła w końcu do kolarza, to nie wyłącznie kwestia zwycięstwa w Tour de France. Na sukces „G” przez lata pracowali i Wiggins, i Froome, i Cavendish, i bracia Yates, i całe Team Sky, a na koniec również cała brytyjska federacja i ci wszyscy, którzy sprawili, że kolarstwo na Wyspach w ciągu ostatniej dekady dosłownie eksplodowało popularnością. Jeśli chcemy oglądać polskich kolarzy w roli zwycięzców popularnych plebiscytów na „Sportowca Roku”, prawdopodobnie musimy przejść dokładnie taką samą drogę: również popularyzując kolarstwo i „oswajając” całe społeczeństwo z tym, że jazda na rowerze to zarówno kapitalny sport, świetna zabawa, jak i znakomity sposób na poruszanie się po drogach.

Dopóki kolarze w Polsce nie przestaną być przez gros społeczeństwa traktowani jako zawalidrogi w rajtuzach, raczej wątpię, by to samo społeczeństwo było skłonne lokować w nich swoje pozytywne uczucia i nadzieje. I samo zwycięstwo w Tour de France niewiele tutaj pomoże. 

PS. Koniec roku, więc sporo się dzieje w innych obszarach, stąd moja nieco mniejsza aktywność na blogasku. Ale zainteresowanym polecam dwa tematy, nad którymi się ostatnio pochylałem:
– genezę problemów PZKol w związku z budową toru kolarskiego w Pruszkowie oraz bieżące działania, zmierzające do organizacji rozgrywanych już na przełomie lutego i marca Mistrzostw Świata (do poczytania tutaj)
– krótkie info o przyczynach i ewentualnych konsekwencjach wycofania się SKY z roli sponsora tytularnego ekipy Michała Kwiatkowskiego i Michała Gołasia (to z kolei tutaj).

Zapraszam!

Foto: © Jon Wallace Photography 

Kasa musi się zgadzać…

Sponsorskie „pogromy” już się w historii zdarzały, ale tym razem sytuacja nie ma związku z próbą ratowania reputacji marek w obliczu dopingowej awantury, za to wydarza się w samym szczycie znakomitej – wydawać by się mogło – koniunktury w kolarstwie. Powoli, acz nieubłaganie, zmienia się cały model funkcjonowania tego sportu w mediach. A co za tym idzie – sposób jego finansowania.

Zakrawa na pewną ironię losu, że Quick-Step Floors, który w tym sezonie jest bliski pobicia wszelkich rekordów, jeśli idzie o liczbę zwycięstw (na dziś ma ich na koncie już 60), wciąż szuka nowego sponsora. Dla Patricka Lefevere nie jest to co prawda sytuacja nowa (w 2014 roku, gdy ekipa Omega Pharma – Quickstep zgarnęła 61 triumfów również pożegnał głównego partnera), ale skala zjawiska jest w tym roku zastanawiająca. Co prawda producent podłóg, który kolarstwo wspiera od 19 lat (najpierw wespół z Mapei, a potem jeszcze z wieloma innymi sponsorami) zapowiedział, że pozostanie w sporcie, ale z ograniczonym budżetem, to mimo wszystko powstała w ten sposób dziura w kasie drużyny może być trudna do zasypania. Informacje o problemach finansowych drużyn kolarskich zaczęły się ostatnio pojawiać hurtem: Jelly Belly się wycofuje, Aqua Blue znika, One Pro Cycling ogranicza działalność (zamierza skoncentrować się wyłącznie na drużynie kobiet), Verandas Willems-Crelan łączy się z Roompotem, Lotto NL zniknie sprzed Jumbo, a gdyby nie polska marka CCC, to niewykluczone, że pożegnalibyśmy się również z ekipą BMC (choć tu akurat główną przyczyną była śmierć właściciela marki i zespołu, Andy’ego Rihsa, którego spadkobiercy nieszczególnie byli zainteresowani wyścigową schedą). I tak dalej…

W gruncie rzeczy nie jest to też nic nowego, bo takie sponsorskie „pogromy” już się w historii zdarzały, ale tym razem sytuacja nie ma związku z próbą ratowania reputacji marek w obliczu dopingowej awantury, za to wydarza się w samym szczycie znakomitej – wydawać by się mogło – koniunktury w kolarstwie, którego popularność od ładnych kilku lat nieustannie rośnie i sięga w coraz bardziej egzotyczne zakątki świata. O co więc chodzi?

Z jednej strony o zjawisko, które można (w dużym uproszczeniu) określić popularnym określeniem „zmęczenie materiału” i koniecznością zmiany strategii marketingowej w wielu firmach. Jest to dość naturalny proces, wynikający z faktu, że zbyt długie powtarzanie tego samego komunikatu do tej samej grupy odbiorców powoduje, że przestają oni na ten komunikat reagować, albo przestaje im się kojarzyć z produktem, którego markę miało całe to działanie wspierać. Na polskim rynku można to dość łatwo wytłumaczyć na przykładzie Team Sky, który nie ma u nas pierwotnego desygnatu, bo mało który przeciętny kibic zdaje sobie sprawę, że za tym projektem nie stoi tylko kilkunastu facetów ubranych w ciasne wdzianka oraz gburowaty Sir Dave Brailsford, a gigantyczny koncern mediowy, obecny w kilkudziesięciu krajach: od Irlandii po Nową Zelandię i od Meksyku po Turcję. Polskiemu odbiorcy Sky kojarzy się jednoznacznie z kolarstwem, za to w wielu innych krajach – po prostu z zespołem, który reprezentuje barwy telewizji, która ich budzi, bawi, informuje, czasem straszy, a czasem podpowiada, gdzie pojechać na wakacje. Problem powstaje wtedy, gdy w miejscu, gdzie produkt jest obecny, marka przestaje się z nim kojarzyć. Kiedy więc przeciętny Brytyjczyk na hasło „Sky” przestanie sięgać po pilota, a zacznie – tak jak kibic z Polski – wypatrywać kolarzy, z dużym prawdopodobieństwem załoga Brailsforda zostanie odesłana na emeryturę, albo po prostu ktoś z zarządu wyśle maila, zatytułowanego: „A teraz radźcie sobie sami”. W tym kontekście przywołani na początku tego wpisu kolarze Quick-Step Floors w pewnym sensie są ofiarami własnego sukcesu: ktoś u producenta podłóg mógł się przestraszyć, że jak tak dalej pójdzie, to łatwiej mu będzie sprzedawać rowery 😉

Drugi powód jest nieco bardziej złożony i wynika – moim zdaniem – głównie z tego, że całkowicie zmieniły się zarówno sposób konsumowania mediów, jak i reguły, które rządzą marketingiem i komunikacją marek. A to oznacza, że ten model funkcjonowania peletonu, który znamy dzisiaj i który polega w dużej mierze na eksponowaniu i wzmacnianiu znajomości marki sponsora będzie powoli, acz nieubłaganie odchodził do lamusa.

Po pierwsze dlatego, że media coraz częściej przestają być konsumowane linearnie (czyli program po programie), co przekłada się na znacznie większą trudność w określeniu skali świadczeń, oferowanych sponsorowi. Dotychczas wyglądało to mniej więcej w ten sposób (znowu w dużym uproszczeniu), że siedział sobie przed ekranem smutny człowiek i cierpliwie mierzył wielkość logotypu, obliczał jego proporcję względem całego ekranu, czas ekspozycji, otoczenie innych marek i jeszcze kilka innych mniej lub bardziej ważnych parametrów, po czym wrzucał to wszystko w excela, wpisywał skomplikowaną formułę, mnożącą to wszystko przez cenę standardowego spotu reklamowego w danym programie i o danej godzinie, a następnie wysyłał do klienta w formie opasłego raportu, zatytułowanego „ekwiwalent reklamowy ekspozycji marki”. Sponsor zaś się cieszył, że wydał „tylko” milion euro za działania, które były „warte” dziewięć, bo tak mniej więcej wynikało z tego zestawienia. Schody zaczynają się w momencie, gdy nie włączamy telewizora, ale odpalamy streaming w internecie, albo oglądamy sobie to samo, co inni, ale trzy godziny później, korzystając z usługi VOD, lub zwykłego nagrania programu w dekoderze. My się cieszymy, ale sponsor nie wie do końca, za co płaci.

Po drugie: rewolucja social media, z której konsekwencji jeszcze nie wszyscy zdajemy sobie sprawę, przyniosła nie tylko zmianę modelu funkcjonowania mediów z „Paid” (czyli to, co znaliśmy do niedawna: płacisz za czas i jesteś) na „Owned” (media własne marketera) i „Earned” (tworzone przez odbiorców marki, chociażby w formie blogów), ale również model samej komunikacji marketingowej, która przeszła ewolucję z tzw. 4P (product / price / place / promotion – czyli: produkt / cena / miejsce sprzedaży / promocja) na formułę 4C: customer value / cost / convenience / communication (czyli: wartość dla klienta / koszt (którego cena jest tylko składnikiem, bo kosztem jest np. czas) / wygoda / komunikacja). Jak to się przekłada na kolarstwo? Wbrew pozorom bardzo prosto.

Weźmy przykład z naszego podwórka i Tour de Pologne, powszechnie krytykowany za to, że nie objeżdża całego kraju i nie promuje pięknej naszej Polski całej, ale tylko wybrane miejsca, zazwyczaj wciąż te same. Odłóżmy na bok kwestie stricte organizacyjne, czyli to, czy jakieś miasto chce mieć wyścig u siebie, czy nie. Co do zasady: motocykl z kamerą wjedzie za kolarzami wszędzie, a pilotowi śmigłowca rejon, w którym lata, również nie robi większej różnicy. W czym więc problem? Ano w tym, że jak spojrzeć na listę sponsorów, to ekspozycję w telewizji większość z nich może sobie ogarnąć jednym telefonem do domu mediowego. W wielu przypadkach byłoby nawet taniej. Ale to, czego w ten sposób nie kupią, to bezpośredni kontakt z kibicem, możliwość poczęstowania go zwykłym lizakiem, obdarowania czapeczką lub plastikową łapą do robienia hałasu, czy czymkolwiek, co w bezpośrednim kontakcie staje się zalążkiem jakiejś więzi między marką a odbiorcą, niemożliwej do nawiązania w zwykłym bloku reklamowym. Carrefour na TDP się nie tyle promuje, ile komunikuje się ze swoimi potencjalnymi klientami. Ale żeby to było możliwe, wyścig musi jeździć tam, gdzie ma największe szanse spotkania tych potencjalnych klientów.

To właśnie z tego powodu Tour de France (i inne wielkie wyścigi) poprzedza gigantyczna karawana reklamowa, z tego samego powodu Geraint Thomas założy w listopadzie żółtą koszulkę i pojedzie na kilka pokazowych wyścigów do Szanghaju lub Indonezji i z tego samego powodu Peter Sagan będzie na rękach noszony w ekipie BORA-hansgrohe po kres swojej kolarskiej kariery, bo nikt inny w taki sposób nie buduje interakcji kolarstwa z kibicami. I mogę się założyć (choć na razie to tylko moje gdybanie), że sponsoring w kolarstwie powoli, acz nieubłaganie będzie ewoluował w tę stronę. Będziemy świadkami kryzysów i upadków jeszcze wielu zespołów, a później ich odradzania się w zupełnie innej formule, z innym nastawieniem do sponsorów, innym otwarciem na kibiców i zupełnie inną komunikacją. Oby tylko na rowerach jeździli tak samo, jak dzisiaj 😉

Sukces. Największy polski problem.

Jeden z moich znajomych na Twitterze napisał dzisiaj rano: „Jest jakiś gen destrukcji w narodzie. Im gorzej, tym lepiej…”.

Trudno o lepsze podsumowanie wszystkich dyskusji, jakie tradycyjnie rozpętały się po zakończeniu Tour de Pologne. I choć właściwie sam chciałbym również ten temat jakoś zamknąć, korci mnie, żeby jeszcze o kilku rzeczach – być może banalnych – przypomnieć.

Po pierwsze: ten wyścig jest nie tylko dla nas: dziennikarzy, blogerów, kolarskich freaków, znawców tematu – tych, którzy kolarstwa dotykają z bliska i tych, którzy je znają przez zasiedzenie przed telewizorem. Czasem odnoszę wrażenie, że próbujemy kolarstwo zawłaszczyć i za wszelką cenę ulepić je na obraz i podobieństwo tego, co sami chcielibyśmy oglądać. To w sumie zacna idea, ale chyba też powinniśmy się trochę rozejrzeć wokół siebie i z pokorą przyznać, że gdyby nas wszystkich zebrać w jednym miejscu wzdłuż trasy, to prawdopodobnie nie zapełnilibyśmy nawet kilometra. A Tour de Pologne przemierza ich ponad tysiąc.

Trochę pokory, panowie. Może z tych dyskusji od czasu do czasu uda się wyłuskać jakiś dobry pomysł, ale powiedzmy sobie otwarcie: wiele do kolarstwa w ten sposób nie wniesiemy. Zamiast zapalać do jego uprawiania nasze dzieci, spędzamy długie godziny nad klawiaturą lub ekranem smartfona i z uporem maniaka klepiemy długie mantry, że to wszystko do bani, trasa ciągle ta sama, nikt nie traktuje wyścigu poważnie, a Kwiato wygrał, bo w końcu musiał. Dość to żałosne, nieprawdaż?

Ten wyścig jest dla ludzi. Dla tych dziesiątek, czy setek tysięcy, którzy wychodzą na trasę, żeby przez kilka minut popatrzeć na przejeżdżających kolarzy. Dla tych dzieciaków, proszących o bidony. Owszem, znajdą się wśród nich i tacy, którzy o te nieszczęsne bidony będą walczyć, a na trasie pojawią się tylko po to, by się załapać na czapkę z daszkiem lub parasol od sponsora. Ale ci, którzy dzisiaj wsiadają na rower i dają nam tyle frajdy, w większości sami kiedyś stawali przy drodze i sami prosili innych kolarzy o bidony. Wątpię, by którykolwiek z nich został kolarzem dlatego, że przeczytał w internecie dyskusję o tym, jak bardzo do dupy był wyścig, który właśnie oglądał. Nie znam przypadku sportowca, którego stworzyła krytyka.

Po drugie: można się z tym zgadzać lub nie, ale moim zdaniem w sporcie chodzi przede wszystkim o emocje, a nie tylko o statystyki i zapisy w annałach sportowej historii. Tymczasem coraz częściej odnoszę wrażenie, że emocje najmniej w tym wszystkim nas interesują. Chcielibyśmy mieć epicki wyścig nie po to, by kogokolwiek bardziej niż dzisiaj interesował, ale żeby mieć więcej tematów do dyskusji o niczym: o prędkości wspinania, porównaniu generowanej mocy i dziesiątkach innych rzeczy.

Wracałem wczoraj z mety wyścigu, mijając po drodze przemokniętych ludzi i przysłuchując się ich rozmowom. Wielu nie potrafiło nawet dokładnie opisać tego, co widzieli, co nie przeszkadzało im dzielić się ze sobą emocjami. Mijałem kobietę, która rozentuzjazmowana opowiadała komuś przez telefon, że „to było niesamowite i do końca nie wiedzieliśmy czy Kwiatkowski wygra!”. Co byśmy chcieli, drodzy Panowie fachowcy, powiedzieć jej sprzed naszych ekranów? Że brała udział w czymś bezwartościowym, bo podjazdy były za krótkie i przejechał je peleton, a nie pojedynczy kolarze? To miałaby być ta promocja kolarstwa, na której niedostatek wiecznie utyskujemy?

I po trzecie wreszcie: chciałbym, żeby Tour de Pologne miało status Giro. Ale mam też świadomość, że Giro i mnóstwo innych kultowych wyścigów powstało w atmosferze bardzo silnej konkurencji, a swój status wykuwały przez lata. Lang tymczasem wskrzesił trupa. Wykupił i ożywił upadły wyścig, o długiej co prawda historii, ale zerowej renomie. Zabrał się za wyścig przez długie lata sztucznie tłumiony państwową propagandą, realizującą swój Wyścig Pokoju, a gdy w końcu trafił w prywatne ręce, to akurat w momencie, gdy kolarstwo szosowe w Polsce na długie lata schodziło ze sceny, ustępując miejsca popularności MTB – kolarstwa dla wszystkich i możliwego do uprawiania dosłownie wszędzie, a w dodatku nie skażonego dopingowym odium, jakie zawisło nad szosą. Ożywił i utrzymywał przy życiu wyścig przez ponad dwie dekady, wprowadzając do WorldTouru i cierpliwie czekając na ponowny wybuch popularności kolarstwa szosowego, który na dobrą sprawę nastąpił dopiero wtedy, gdy na scenę weszli Majka z Kwiatkowskim.

Cztery lata. To jest realna perspektywa czasowa, w jakiej powinniśmy mierzyć sukces Tour de Pologne. A my mu zarzucamy powtarzalność trasy i marketing, w którym porównuje się z Ligą Mistrzów, jakby to był najważniejszy problem polskiego kolarstwa. W każdym innym kraju i w każdych innych okolicznościach Lang już dawno zostałby określony mianem „wizjonera”. W Polsce jego komercyjny sukces większość ludzi zwyczajnie szczypie w oczy. Bo tutaj każdy sukces jest strupem na ranie wiecznych niepowodzeń i trzeba go natychmiast zdrapać. A ranę jak najszybciej posypać solą. Bo jeszcze – nie daj Boże – przywykniemy do czegoś w miarę dobrego.

Spróbować czegoś innego.

Tak tu tylko położę, żeby się nie zgubiło, bo ostatecznie nie codziennie mam okazję usiąść wygodnie w fotelu i spędzić dłuższą chwilę na rozmowie z jednym z najlepszych kolarzy na świecie. Zwłaszcza, że te nieliczne okazje trafiają się głównie na wyścigach, a wtedy większość zawodników skupiona jest na swojej robocie. W pewnym więc sensie szczęśliwym okazał się pomysł Czesława Langa z rozgrywaniem niektórych etapów Tour de Pologne późnym popołudniem, bo dzięki temu czasu przed etapem było nieco więcej.

Najważniejsze, że się udało i mogłem Michałowi Kwiatkowskiemu zadać kilka pytań, na które odpowiedzi – tak mi się przynajmniej wydaje – mogły być interesujące dla wielu kibiców kolarstwa. Zwłaszcza tych, którzy nie śledzą dyscypliny zbyt wnikliwie, a z obserwacji kilku największych wyścigów łatwo jest wyciągać błędne wnioski.

I chyba się udało, bo na jednej z facebookowych grup, gdzie dość powszechna jest krytyka wszystkich i wszystkiego, komentarze do tej rozmowy są w większości bardzo pozytywne.

Zatem… zapraszam do lektury.

Ladies and gentleman: mistrz świata z Ponferrady, aktualny lider i zwycięzca dwóch etapów Tour de Pologne 2018 – Michał Kwiatkowski!

 

P.S. Nasza rozmowa miała miejsce 6 sierpnia 2018, przed startem trzeciego etapu Tour de Pologne. Dzień później Kwiato wygrał etap w Szczyrku. Kolejnego dnia powtórzył ten wyczyn w Bielsku-Białej

Fota: znowu ja.