Lekcje, których nie odrobiliśmy

W poniedziałek 6 września w Wielkiej Brytanii rozpoczął się Tour of Britain, 8-etapowa impreza kategorii Pro, czyli drugiej po World Tourze wg hierarchii UCI. Miałem przyjemność skomentować w Eurosporcie wespół z Igorem Błachutem pierwsze dwa etapy tego wyścigu.

Naszą szczególną uwagę zwróciły – oprócz przepięknych okoliczności przyrody, w jakich rozgrywana jest impreza – nieprzebrane tłumy kibiców zgromadzonych w wielu miejscach trasy. Stało się to pretekstem do dłuższej rozmowy na temat zmiany, jaka w ciągu ostatnich dwóch dekad nastąpiła w brytyjskim kolarstwie i ogólnie w całym sporcie. Do samej rozmowy wrócę za chwilę, na początek dwie ciekawostki.

Tour of Britain po raz pierwszy w 17-letniej historii startował z Kornwalii. Trzy dni przed startem wyścigu otwarto West Kernow Way – ponad 240-kilometrową trasę grawelową, wijącą się w dużej części wzdłuż wybrzeża półwyspu i po lokalnych wzniesieniach.

West Kernow Way. Źródło: materiały prasowe Tour of Britain

Dzisiaj przeczytałem kolejną informację, dotyczącą tego samego hrabstwa, jednego z wielu odwiedzanych przez peleton. Obecność w okolicy dużej imprezy wykorzystano do zatwierdzenia do realizacji projektu budowy nowego ośrodka dla kolarzy, obejmującego m.in. zamkniętą pętlę dla szosowców, tor dla BMX, tor przełajowy i inne atrakcje.

Bardzo ciekawie brzmią przy tym wypowiedzi przedstawicieli lokalnych władz, którzy argumentowali potrzebę stworzenia takiej inicjatywy.

Centrum kolarskie ma być dla wszystkich zachętą do większej aktywności. Ma nie tylko zapewnić uprawiającym sport wyczynowy bezpieczne miejsce do treningu, z dala od ruchliwych dróg. Ma być też miejscem dostępnym dla osób niepełnosprawnych i dla wszystkich zmagających się z problemami psychicznymi i fizycznymi. Chcemy, żeby trafiała tutaj również młodzież ze szkół, która będzie mogła nauczyć się zasad bezpiecznej jazdy.

Tyle pan Steve Doble, członek lokalnego parlamentu. Można by w tym miejscu przytoczyć również wypowiedź reprezentanta lokalnej izby lekarskiej, zwracającego uwagę na ogromny problem z cukrzycą i otyłością oraz tłumaczącego prostą – wydawać by się mogło – zależność między zdrowiem społeczności a jej samopoczuciem i komfortem życia.

Można, ale mnie już po pierwszych zdaniach zrobiło się smutno, bo pokazują one nieprawdopodobną przepaść dzielącą brytyjski sposób myślenia o sporcie od naszego.

Projekt nowego ośrodka rowerowego w Kornwalii (UK). Źródło: Rada Kornwalii

Moja pamięć to kiepski argument, ale na przestrzeni ostatnich lat nie przypominam sobie żadnej podobnej inicjatywy, budowanej pod pretekstem odwiedzin Tour de Pologne. Wciąż pokutuje u nas myślenie, że pokazanie ładnych obrazków z trasy załatwia sprawę, bo przecież głównym zadaniem kolarstwa jako sportu jest promocja lokalnej turystyki.

W naszym myśleniu o kolarstwie ograniczamy się niemal wyłącznie do tego, co widzimy w relacjach telewizyjnych. Chcielibyśmy być jak Tour de France, na którym zresztą niemal od początku istnienia polska impreza się wzorowała. Mało kto jednak zwraca uwagę na to, że już w samej „książce wyścigu” Wielkiej Pętli przy opisie niemal każdego miasta statu i mety jedną z najważniejszych informacji jest ta, która dotyczy lokalnej infrastruktury sportowej: liczba mieszkańców / liczba klubów sportowych / liczba aktywnie trenujących i najważniejsze organizowane wydarzenia. My widzimy tylko widoczki i zameczki i najlepiej, żeby tylko o nich opowiadali komentatorzy.

I tu wracam do naszej rozmowy z Igorem, który przypomniał, że brytyjska rewolucja w sporcie miała swoje źródło w przegranych z kretesem igrzyskach w Atlancie. Brytyjczycy zrozumieli, że pod względem sportowym znaleźli się na dnie.

Oni postanowili się od niego odbić, przebudowując całkowicie swój sposób myślenia i inwestując w tę przebudowę ogromne środki i wysiłek, które pierwsze efekty przyniosły dopiero po wielu latach (celem były igrzyska w Londynie w 2012 roku).

My wciąż z trudem utrzymujemy głowy na powierzchni, ale za to nie mamy sobie równych jeśli idzie o szukanie wymówek. 14 medali przywiezionych z Tokio (co jest zasługą zaledwie pięciu dyscyplin) to „najlepsze igrzyska w XXI wieku”. I jakoś się to kręci.

W święcącej z roku na rok coraz większe sukcesy Wielkiej Brytanii jeden etap wyścigu kategorii Pro to pretekst do co najmniej dwóch potężnych inicjatyw na rzecz zdrowia i aktywności fizycznej. W dumnej Polsce mamy za to „kolarską Ligę Mistrzów” i nową ściankę w Przemyślu, która być może przez kilka lat będzie na parę dni rozpalać wyobraźnię siedzących za klawiaturami znawców życia, pastwiących się nad schyłkiem formy Kwiatkowskiego lub Majki.

I dalej będzie się to jakoś kręcić…

Foto: Flickr / Darren Griffiths

Dlaczego – mimo wszystko – wciąż wierzę w walkę z dopingiem

Atak Tadeja Pogacara 30 km przed metą 8. etapu Tour de France tyleż zadziwił świat, co wzbudził w wielu kibicach mnóstwo wątpliwości. W pewnym stopniu uzasadnionych, bo wyliczenia dotyczące mocy i tempa wspinaczki kolarza skłaniają do zadawania pytań, jak to w ogóle jest możliwe. Ale z drugiej strony… no właśnie. Czy równie uprawnione jest automatyczne zarzucanie mu jazdy na dopingu?

Stwierdzenie, że nawet najbardziej nieprawdopodobny wynik nie może skutkować bezpośrednimi oskarżeniami o doping, postawiło mnie natychmiast w roli człowieka naiwnego, który „lubi dać się oszukiwać”, „broni dopingu” i – rzecz jasna – „nic nie wie o kolarstwie i dopiero jak się trochę oswoję z tym sportem, to nabiorę zdrowego dystansu”;).

Na personalne wycieczki, próby obrażania mnie i podważania moich dziennikarskich kompetencji jestem zasadniczo odporny, ale cały problem i związana z nim dyskusja skłoniły mnie do tego, żeby trochę poukładać myśli w tym temacie. Wydaje mi się on bowiem zbyt złożony, by go zamknąć w jednoznacznych deklaracjach i opowiedzeniu się po stronie „zdrowo zdystansowanych” lub „naiwnych”.

Słowa mają znaczenie

Przyszło mi w życiu uprawiać zawód, w którym niezwykle ważna jest odpowiedzialność za słowa, ich znaczenie i kontekst, w jakim zostają wypowiedziane. Wątpliwości wokół formy zawodnika są więc dla mnie niczym więcej, jak tylko wątpliwościami wokół formy zawodnika. Można je wyrazić na przykład słowami: ciekawe, w jaki sposób jest możliwa taka jazda? Albo: dlaczego nikomu wcześniej nie udało się osiągnąć takich parametrów?

Takie postawienie sprawy otwiera pole do dyskusji. Sugestie, że „coś takiego możliwe jest tylko na dopingu” lub bezpośrednie oskarżenie, że „musiał coś brać, bo to jest po prostu niemożliwe” zamykają tę dyskusję w jednej tylko możliwej odpowiedzi.

Tak naprawdę więc ci wszyscy, którzy w wielkich słowach powołują się na wolność wypowiedzi i prawo do swobodnej dyskusji na ten temat, w ogóle tej dyskusji nie chcą. Na ogół interesuje ich wyłącznie poklask dla wyrażonej przez nich jednoznacznej opinii. Oni żadnych wątpliwości nie mają, odpowiedzi przecież udzielili już Armstrong i inni.

O walce z dopingiem wiemy wciąż za mało

Jednoznaczność tych opinii wynika w dużej mierze – w moim przekonaniu – z niskiego poziomu wiedzy o tym, na czym tak naprawdę polega walka z dopingiem. Wnioskując z treści wielu internetowych komentarzy na ten temat, wyobrażenie ich autorów o tym, jak wygląda procedura badań antydopingowych sprowadza się wyłącznie do tego, że kontrolerzy poszukują w moczu śladu niedozwolonych substancji. Stąd zapewne popularność spiskowych teorii o „niewykrywalnym dopingu”, „substancji nieznanej WADA”, „byciu doperów zawsze o krok przed kontrolą” i wielu innych.

Tymczasem to zaledwie wycinek rzeczywistości. Wielu wyznawców tych teorii – świadomie lub nie – ignoruje fakt, że stosowanie dopingu nie przekłada się na lepsze rezultaty bez zmian w metabolizmie zawodnika, a to przecież do ich wykrywania wprowadzono tzw. paszporty biologiczne, śledzące – w znacznym uproszczeniu – wszelkie dewiacje w profilu metabolicznym sportowca.

Interesująco brzmią też teorie o niewykrywalnym podczas kontroli dopingu, do którego dostęp mają już nawet juniorzy, z roku na rok jeżdżący coraz szybciej. Wychodzi poniekąd na to, że zakazane substancje można już kupić nawet w gminnej aptece i wiedzą o tym wszyscy zainteresowani poza organami antydopingowymi. Trudno powiedzieć, jakim sposobem „Operacja Aderlass”, jedna z najgłośniejszych w ostatnim czasie i zakończona wyrokami więzienia dla organizatorów dopingowego procederu, została rozwiązana w dużej mierze dzięki działaniom wywiadowczym?

No i jeszcze taki drobiazg: skoro doping jest „niewykrywalny”, to po co Rosjanie zbudowali cały system fałszowania wyników badań i podmieniania próbek?

Rzecz jasna trochę w tym miejscu pokpiwam i trywializuję problem, ale zastanawiająca jest ta powszechna schizofrenia, która z jednej strony skłania część kibiców do rzucania oskarżeń o powszechne stosowanie dopingu w sporcie (osławione „prawda jest taka, że wszyscy biorą, a sztuką jest tylko nie dać się złapać”), a z drugiej nieustannie trzyma ich przed telewizorami.

Rozdwojenie jaźni

Czytam wypowiedź pewnego człowieka, który jest dumny ze swojego syna, startującego z powodzeniem w imprezach juniorów. Czytam, ale z każdym zdaniem rozumiem coraz mniej, bo oto tuż po zapowiedzi, że rozważają przyszłość w profesjonalnej drużynie pada kolejne, tym razem wyrażające przekonanie, że jazdę na dopingu w zawodowych ekipach wymuszają na zawodnikach ich szefowie i sponsorzy. Czyli jak to? Młody człowiek ma iść tam, gdzie będą od niego wymagać dopingu? I mówi to dumny z jego osiągnięć (i słusznie!) ojciec chłopaka?

Zresztą patrząc na ten problem nieco szerzej, owo rozdwojenie jaźni staje się jeszcze bardziej widoczne. Z jednej strony nieustannie powtarzamy, że doping zdominował kolarstwo i dyscyplina już nigdy się od niego nie uwolni, ale z drugiej narzekamy, że kolejka następców Kwiatkowskiego i Majki jest żałośnie skromna, że nie mamy żadnej drużyny nawet w drugiej dywizji, że młodzi ludzie do kolarstwa garną się coraz rzadziej itd.

Na coś się, do cholery, zdecydujmy. Albo przyjmijmy ten sport takim, jakim jest i zachęcajmy kolejnych do jego uprawiania, albo pogódźmy się z faktem, że ludzie nie muszą się garnąć do tego, co jest im od lat skutecznie obrzydzane.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że kolarstwo zasłużyło sobie na dużą nieufność ze strony kibiców. Ale z drugiej strony coraz częściej odnoszę wrażenie, że pokolenie rozczarowane dopingowymi historiami Armstronga i jemu podobnych, zawłaszczyło sobie jedynie słuszny sposób patrzenia na dyscyplinę i konsekwentnie próbuje go narzucić kolejnym generacjom.

W imię czego dzisiejsi 15-latkowie mają podzielać nasze rozczarowanie? Czasy Armstronga interesują ich mniej więcej tak samo, jak posiadanie telefonu z tarczą. To jest historia. Jest ważna dla dyscypliny, ale nie może być dla niej jedynym punktem odniesienia. Czasy się zmieniły. W peletonie jeździ dzisiaj zupełnie inne pokolenie. Z jakiego powodu ma być genetycznie obciążone błędami popełnianymi przez poprzedników?

Czasy się zmieniły

Przemek Zawada kilka dni temu podzielił się na Facebooku wypowiedziami Thomasa De Gendta i Philippe’a Gilberta odnośnie wyścigowego tempa na Tour de France.

I znowu: można powyższe wypowiedzi odebrać jako kolejny dowód na istnienie tajemniczej substancji, która popycha do przodu w nieprawdopodobnym tempie znaczącą część peletonu.

Ja tymczasem przypomniałem sobie moją rozmowę z Pawłem Poljańskim, który pod koniec ubiegłego roku postanowił zakończyć zawodową karierę.

– Równolegle z pojawieniem się w peletonie młodych zawodników sporo się zmieniło. Tempo jazdy gwałtownie wzrosło. Presja również. Żeby przygotować się na odpowiednim poziomie, trzeba było dużo czasu spędzać na dodatkowych treningach i zgrupowaniach wysokogórskich. To kosztowało wiele wysiłku i wiązało się z jeszcze większym stresem. I przebywaniem poza domem blisko dziesięć miesięcy w roku – mówił wówczas żegnający się z peletonem zawodnik.

Z jego wypowiedzi wynika, że utrzymanie szalonego tempa peletonu jest możliwe, ale wiąże się z dużymi zmianami w procesie przygotowań. Nie ma w tym miejsca na żadną tajemnicę. Po prostu trzeba pracować jeszcze więcej i ciężej niż kilka lat wcześniej, bo czasy się zmieniły i wymagania w zespołach również.

– Jedną z ważniejszych zmian, jakie zaszły w całym procesie treningowym, było istotne zmniejszenie liczby dni startowych, zwłaszcza w gronie topowych kolarzy. To właśnie jeden z tych błędów, których nauczyliśmy się nie popełniać. Mając do dyspozycji bardzo precyzyjne dane z pomiarów, jesteśmy w stanie dokładnie zaplanować, kiedy zawodnik osiągnie szczytową dyspozycję. Nie musimy go w niej utrzymywać przez długi czas, każąc mu jeździć z wyścigu na wyścig.

To z kolei wypowiedź Arka Koguta, doświadczonego trenera kolarstwa, opracowującego dzisiaj plany treningowe dla amatorów. Tu również nie widzę zbyt wiele przestrzeni do snucia spiskowych teorii o powszechnym dopingu. Ostatnia dekada, jeśli ktoś nie zauważył, to czas gwałtownego rozwoju zaawansowanych technologii w kolarstwie. Już dawno nikt nie ukrywa w zawodowym peletonie, że jeździ według tego, co „mówią mu liczby”. A mając odpowiednio wiele danych można na ich podstawie dość skutecznie wnioskować o przyszłości. Może więc tutaj się kryje jedna z możliwych odpowiedzi na pytanie o fenomenalną formę Pogacara na Tourze? Może po prostu wiedział, w jaki sposób ją osiągnąć dokładnie w tym czasie, w którym potrzebował?

W podobnych poszukiwaniach można iść jeszcze dalej, źródeł zadziwiającej formy i osiągnięć dopatrując się np. w zmianie nawyków żywieniowych, co sugerują specjaliści od odżywiania w sportach wytrzymałościowych.

Możliwych odpowiedzi istnieje bardzo wiele. My, rzekomo nauczeni doświadczeniem, najchętniej przyjmujemy tylko jedną.

Chcę zrozumieć

Marek Tyniec, który poniekąd wywołał mnie do tablicy i sprowokował do napisania tego posta, zapytał w toku dyskusji, czy wyniki mocy Pogacara, średnia prędkość jego wspinaczki i – last but not least – co najmniej dwuznaczna dopingowa przeszłość części jego ekipy, nie budzą moich podejrzeń i nie każą mi „bić na alarm”.

Otóż nie. Budzą one moje zainteresowanie. Chciałbym się dowiedzieć, co się za nimi kryje. Chciałbym lepiej zrozumieć zachodzące w jego otoczeniu procesy, bo owo zrozumienie wydaje mi się o wiele cenniejsze dla rozwoju kolarstwa niż granie larum i rzucanie bezpodstawnych oskarżeń.

Jeśli chcemy poznać odpowiedzi, powinniśmy zacząć zadawać właściwe pytania. Moim zdaniem w kwestii formy Pogacara na drodze do Le Grand-Bornand jeszcze takie nie padło. Padło za to wiele podejrzeń.

Nie jestem oczywiście aż tak naiwny, bu wierzyć w to, że ludzie nie będą nadal szukali dróg na skróty. Leży to poniekąd w ich naturze. Ale mimo wszystko chcę wierzyć (i na razie znajduję potwierdzenie tej wiary w publikowanych przez WADA raportach), że podjęty przez ostatnie lata wysiłek zmierzający do znacznego ograniczenia skali dopingu w kolarstwie nie poszedł na marne. Że paszporty biologiczne, system ADAMS i liczba przeprowadzanych kontroli oraz oczekiwanie przez sponsorów wynagradzania poniesionych strat wizerunkowych, mimo wszystko w dużej mierze skutecznie powstrzymują ten proceder.

W chwili, w której przestanę w to wierzyć, po prostu przestanę się również interesować sportem.

Niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu

Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) postanowiła zadbać o dobre samopoczucie kolarskiej społeczności w trudnych czasach pandemii i dzień po dniu publikuje kolejne produkty swojej nieograniczonej wyobraźni, których stosowanie ma znacząco poprawić bezpieczeństwo kolarzy. Na razie światło dzienne ujrzały m.in. zakazy zjeżdżania siedząc na górnej rurze (tzw. pozycja super tuck) i opierania się łokciami o kierownicę, czyli jazda na „niewidzialnej czasówce”. Czekam na obowiązek instalacji dzwonka.

Mam podejrzenia, że cichym sponsorem UCI został jakiś producent maści na zajady, bo na razie to chyba będzie jedyny realny efekt tych „regulacji”. 1 kwietnia jako data wejścia tych pomysłów w życie też wiele mówi o ich powadze. Choć nie można wykluczyć, że paluchy w tym maczał również Zwift. Być może organizacja wirtualnego czempionatu weszła UCI tak mocno, że postanowiła wszystkie inne imprezy sprowadzić pod względem atrakcyjności do wspólnego mianownika z jazdą na trenażerze.

Kiedy jakiś czas temu ujawniono listę postulatów i projekty regulacji, mających na celu poprawę bezpieczeństwa kolarzy w wyścigach, patrzyłem na nią z podziwem i lekkim niedowierzaniem, że komuś udało się towarzystwo z Aigle przekonać do tak racjonalnych pomysłów. Bo w tym projekcie prawie wszystko trzymało się kupy: jednolite standardy zabezpieczenia trasy (nie tylko na finiszach), idący za standardem system ocen organizatorów i obowiązek powoływania menedżera ds. bezpieczeństwa, obszerna baza danych o wypadkach i ich przyczynach itd. To wszystko miało ręce i nogi. To, co widzimy dzisiaj, to jakaś niesmaczna groteska.

Trudno odmówić racji Michałowi Kwiatkowskiemu, który twierdzi, że te wszystkie pomysły to forma zrzucania odpowiedzialności za bezpieczeństwo wyścigów na kolarzy. Zamiast skupić się na zagwarantowaniu odpowiednich warunków do ścigania, Unia koncentruje się na wymyślaniu sytuacji, w których kolarze mogą popełnić błąd.

Jedynym skutkiem takich działań będzie przeregulowanie zasad, skutkujące tym, że wyścigi staną się śmiertelnie nudne. Zapomnijmy o ucieczkach i szukaniu minimalnych przewag. Przyzwyczajmy się do kończenia każdego etapu finiszem. Bezpiecznym dopiero od przyszłego roku, bo wdrożenie jednolitego standardu barier na metach odłożono w czasie. Są ważniejsze sprawy, jak chociażby super tuck.

Co gorsza, nawet do sensownych rozwiązań UCI podeszła od d… strony. Bo o ile rozsądne jest zwrócenie uwagi na nagminne śmiecenie na trasie wyścigów, z wyrzucaniem bidonów gdzie popadnie na czele, o tyle przerzucenie obowiązku pilnowania tego na kolarzy nie ma większego sensu. Wożenie w kieszeniach pustych bidonów nieszczególnie poprawi bezpieczeństwo jazdy. Konieczność zorganizowania na trasie większej liczby „zielonych stref” rozwiązałaby ten problem. O tym pomyśle, choć również znalazł się na ogłoszonej w grudniu liście postulatów, na razie jest jakoś niespecjalnie głośno. Zamiast tego proponuje się karanie kolarzy.

Stworzenie rankingu „zielonych wyścigów”, co poniekąd jakiś czas temu zapoczątkowali organizatorzy Giro d’Italia, tworząc na własne potrzeby kategorię „Green Ride”, mogłoby całe kolarstwo uczynić atrakcyjniejszym i społecznie nieco bardziej odpowiedzialnym. Na razie jednak „Green Ride” funkcjonuje tylko w postaci hasztagu i wysyłanych kilka razy w roku komunikatów prasowych, w których RCS Sport chwali się hybrydową lub elektryczną flotą. I to by było na tyle, jeśli idzie o walory „edukacyjne”.

Już nie mówiąc o tym, że „dawanie przykładu” UCI mogłaby zacząć od siebie, ustawiając kalendarz i wymogi wobec organizatorów w taki sposób, by kolarstwo nie wymagało nieustannego latania samolotami. Bo na razie ten „zielony sport” zostawia za sobą całkiem pokaźny ślad węglowy.

Ale to nie tym razem. Na razie UCI największy problem widzi w „niewidzialnej kierownicy”.

Foto: Lotto-Soudal Cycling Team

Maszyna do uszczęśliwiania

Z Michałem Kwiatkowskim rozmawiałem ostatni raz tuż przed mistrzostwami świata. Świeżo po Tour de France, podczas którego wygrał jeden z etapów i to w stylu, który na długo pozostanie w pamięci kolarskich kibiców.

Zapytałem go wówczas, czy ta wygrana daje mu poczucie, że jest choćby częściowo „rozliczony” z Tourem. Odpowiedział, że chociaż to zwycięstwo smakowało mu szczególnie i cieszy się, że wpadło do jego palmares, to w istocie niewiele ono zmienia w jego podejściu do jazdy. Bo ta zmiana nastąpiła znacznie wcześniej.

„Moje marzenia o rozwijaniu się jako kolarz na klasyfikację generalną Wielkich Tourów musiałem już jakiś czas temu zrewidować. Czas mnie goni, a nie wybaczyłbym sobie, gdybym przed końcem kariery nie wygrał chociażby po raz trzeci Strade Bianche” – powiedział. I dodał: „Mam jeszcze wiele do ugrania w wyścigach, które wygrywałem do tej pory i to jest mój plan na przyszłość”.

Przygotowując się do tej rozmowy uznałem, że dzień przed wyścigiem o tęczową koszulkę to nie jest właściwy moment na pytanie o nowy kontrakt. Po tych zdaniach, które przytoczyłem powyżej, byłem jednak pewien, że jeśli nawet sprawa nie jest jeszcze do końca dogadana, to z dużym prawdopodobieństwem jakiś ogólny jej zarys został już ustalony. Bo kiedy Michał mówi o „planach”, to zwykle ma na myśli rzeczy, nad którymi jakaś praca już się rozpoczęła. Wszystkie inne znajdują się w sferze „marzeń”.

Kłopot z polskimi kibicami kolarstwa w dużej mierze polega na tym, że nie potrafią od siebie tych dwóch pojęć odróżnić. Kiedy więc Kwiato mówi o swoich marzeniach, są zazwyczaj odbierane jako deklaracja przyniesienia na tacy kolejnych zwycięstw.

Trochę przewrotnie zapytałem na Facebooku, czy jest jakieś jedno miejsce, w którym można poczytać lamenty na temat przedłużonego przez Michała kontraktu. Do tego nie trzeba się szczególnie wysilać, bo niemal pod każdą wzmianką na ten temat na bank znajdzie się jakiś „fachowiec”, który zaserwuje gawiedzi rozkminę o tym, jak to Kwiatkowski marnuje swój talent na wożenie bidonów i bycie „wyrobnikiem” pracującym dla innych kolarzy. Można by w tym miejscu ze znudzeniem ziewnąć, gdyby nie to, że te „opinie” są później bezmyślnie powielane przez innych.

Chyba nigdy nie zrozumiem nieustannego postponowania jednego z najwyżej cenionych za wszechstronność kolarzy, który mógłby być fundamentem dowolnego zespołu. Żaden jednak nie zagwarantuje mu zwycięstw i żaden nie zapewni mu roli lidera, bo dziś właściwie „etatów” liderów w zespołach już nie ma. Wyścigów jest zbyt dużo, a przyszłość wielu ekip zbyt niepewna, by odgrywać jakiekolwiek partie rozpisane na wcześniej określone role. To wszystko zmienia się zbyt szybko, by przywiązywać się do jednego scenariusza. Geraint Thomas i Tao Geoghegan Hart mi świadkami.

Kwiato miał niebywałe szczęście i dobrego nosa, trafiając do ekipy, która jako jedna z nielicznych jest w stanie swoim kolarzom zapewnić względną stabilność. Drużyny, która w tym roku udowodniła, że nie ma w jej szeregach świętych krów i że nawet ci wyżej wspomniani „etatowi” liderzy muszą się nauczyć godzić z rozczarowującymi decyzjami.

To w barwach tego zespołu sięgnął po znakomitą większość swoich wspaniałych zwycięstw, chociaż wielu ludzi ciągle twierdzi (a ja nadal nie wiem na jakiej podstawie), że gdzie indziej zdobyłby ich więcej.

I teraz ta właśnie ekipa z nie najmłodszym, bo już 30-letnim i jednym z najlepiej zarabiających w peletonie kolarzem przedłuża kontrakt o kolejne trzy lata.

Michał ma plan nadal wygrywać. Jeśli to nie jest droga do jego realizacji, to nie wiem, co by nią mogło być.

I jeszcze taki cytat mi się przypomniał, który pasuje do tej sytuacji jak ulał. „Ludzie muszą zrozumieć, że Maradona nie jest maszyną do ich uszczęśliwiania” – miał onegdaj o sobie samym powiedzieć „Boski Diego”.

Michał rzecz jasna nie ma w sobie tyle buty. Choć czasami powinien.

Foto: Getty Images

A jeśli to właśnie Lang ma rację?

Wiele razy krytykowałem Tour de Pologne. Za wizerunkową przaśność, za patos, za nieprzystające do końca drugiej dekady XXI wieku traktowanie hostess. Ale czym dłużej o tym myślę i czym bardziej rozglądam się wokół siebie, zadaję sobie pytanie: a może to jednak Lang ma rację? Może po prostu właśnie tacy jesteśmy?

A teraz mnie bawcie! – zdaje się mówić przeciętny polski fan kolarstwa, zasiadając wygodnie przed ekranem. Koniecznie z laptopem na kolanach lub telefonem w dłoni, by nie stracić nawet sekundy, gdy tylko nadarzy się okazja do krytyki. A przy okazji Tour de Pologne przyczepić się można do wszystkiego: do niewystarczająco atrakcyjnej trasy, do pokazywanych z helikoptera obrazków blokowisk, do patetycznych porównań do Ligi Mistrzów, a nawet do uśmiechu jego organizatora.

Trochę się dziwię, że wytrzymywał tak długo, zanim w końcu stracił cierpliwość i rzucił wyzwanie niezłomnym krytykantom.

– Do wszystkich ekspertów kieruję propozycję: rozpiszmy konkurs na nową trasę. Niech się ludzie wypowiedzą. Zbierzemy wszystkie opinie i zastanowimy się nad nimi. Niech się zgłaszają miasta chętne do organizacji etapów. Zdajmy się na konkurs – powiedział w poniedziałek w rozmowie z Polską Agencją Prasową, określając jednocześnie zarys zadania: siedem zróżnicowanych etapów średnio po 180 km, maksymalnie dwie godziny transferu dziennie oraz starty i mety w miastach skłonnych zaangażować się organizacyjnie i finansowo.

„A dlaczego mamy szukać panu Langowi samorządów chętnych do płacenia za jego wyścig? – rozległo się niemal natychmiast w odpowiedzi. „A ile to wszystko kosztuje?” – zainteresowało się nagle kilka osób, choć nie przypominam sobie, by ktokolwiek zadawał to pytanie, gdy wieszano na Langu psy za „kręcenie się wokół komina” albo „Tour de Małopolska i Śląsk”. Nagle się okazało, że kreślenie flamastrami po mapie i rysowanie swojej „trasy marzeń”, to zaledwie początek zabawy. Raczej z tych łatwiejszych.

Ciekaw jestem naprawdę tych pomysłów i bardzo liczę, że znajdą się wśród nich i takie, które okażą się możliwe do zrealizowania. Ale jestem głęboko przekonany, że będzie ich raczej niewiele. Kilka kropel wobec całego morza hejtu, który z roku na rok się wylewa na organizatorów Tour de Pologne.

Nie twierdzę, że Czesław Lang jest nieomylny. Zresztą wiele razy sam krytykowałem TdP. Za wizerunkową przaśność, która była może atrakcyjna w połowie lat ’90, ale już dawno przestała pasować do coraz bardziej nowoczesnych i zadbanych centrów miast i miasteczek. Za nieprzystające do końca drugiej dekady XXI wieku traktowanie hostess, przeganianych jak na wystawie przed oczyma rozbawionej gawiedzi. Za przesadny patos i często natrętne poszukiwanie dodatkowej symboliki, jakby za mało było w tym wszystkim emocji sportowych i trzeba było na siłę szukać innych.

Ale z drugiej strony… rozglądam się też wokół siebie i poza centrami miast widzę dokładnie taką samą feerię atakujących mnie zewsząd reklam. Ten sam przesadnie demonstracyjny patriotyzm, tak samo nachalną i pozbawioną głębszego znaczenia symbolikę.

I czym dłużej o tym myślę, tym częściej zadaję sobie pytanie: a co, jeśli to jednak Lang ma rację? Jeśli po prostu tacy właśnie jesteśmy? Jeśli to do takiego „ogółu” adresowana jest jego impreza? W imię czego mam się domagać, żeby zaczął ją lepić na moją modłę? Jeśli to właśnie ta metoda się sprawdza, to dlaczego miałby ją zmieniać pod wpływem mojej krytyki?

Wysłuchuje tych samych lamentów dokładnie co roku, bo każdy rości sobie prawo do podzielenia się ze światem własnymi przemyśleniami na temat Tour de Pologne, na ogół nie zdając sobie sprawy nawet z ułamka problemów, jakie są po drodze do ogarnięcia. Od zawierającej wiele zer w obcej walucie kwoty za wpis do kalendarza UCI, po wynagrodzenie ochrony pilnującej parkingu dla autokarów drużyn. Od zorganizowania w szczycie sezonu urlopowego blisko tysiąca miejsc w hotelach, po toaletę dla ekipy, która montuje barierki. Od dziesiątek pozwoleń na przejazd po publicznych drogach, po zapewnienie w karetce ekipy, która w razie takiego wypadku, jaki zdarzył się na mecie w Katowicach, niezwłocznie znajdzie się tam gdzie trzeba i stanie na wysokości zadania.

A my siedzimy w wygodnych fotelach i kolejny rok z rzędu bijemy pianę o to, że niewystarczająco nas usatysfakcjonował zakreślając trasę na mapie.

Zapominamy przy tym wszystkim o tym, że Tour de Pologne to w pierwszej kolejności wydarzenie sportowe, a jako takie broni się lepiej niż dobrze. Tylko że sport nas już niespecjalnie w tym wszystkim interesuje.

Bardzo mnie ubawiło, gdy wśród „nowych” pomysłów na „trasę marzeń” TdP ponownie ujrzałem Bukowinę. Okazuje się bowiem, że to co jedni zawzięcie krytykują, inni na swój sposób wysoko cenią. Nie można więc wykluczyć, że pomysł Czesława okaże się w istocie znacznie prostszy, niż się wydaje. Będzie całkiem zabawnie, gdy w wyniku „konkursu” otrzymamy całkiem podobną do dzisiejszej trasę, tylko będącą „pomysłem” internautów.

Tylko czy krytyka ucichnie, gdy się okaże, że jednak miał rację?

Małą łyżeczką też można się najeść. Polskie kolarstwo woli się zadławić

Polskim kolarstwem od lat rządzi mania wielkości: silna potrzeba budowania wszystkiego z wielkim rozmachem. W myśl staropolskiego „zastaw się, a postaw się”. Tymczasem najwięcej do zrobienia jest wciąż na poziomie fundamentów. Najbliżej siebie, gdzie nie wymaga to wielkich nakładów i logistyki. Ale tego unikamy, bo to na nikim nie robi wrażenia. Chociaż bez tego trudno w ogóle funkcjonować.

Od kilku tygodni obserwuję dyskusję, jaka narasta wokół decyzji szefa CCC o wycofaniu się ze sponsorowania kolarstwa. Zresztą „dyskusja” to w tym miejscu słowo mocno na wyrost, bo częściej przybiera ona postać gorzkich żali, że oto „kończy się w polskim kolarstwie jakaś epoka”, „pryska sen o potędze”, „kończą się marzenia” i tak dalej. Można w tym miejscu właściwie wstawić dowolne zdanie, które tym większy zyska poklask, czym bardziej dokopie panu Miłkowi, który – w zależności od aktualnej potrzeby lub kondycji psychicznej komentującego – przybiera postać albo zbawcy polskiego kolarstwa, albo żerującej na nim hydry, której czym prędzej trzeba odciąć łeb.

No cóż. Mogę się mylić, ale nie kojarzę żadnego wyroku, który by pana Miłka skazywał na obowiązek inwestowania w kolarstwo, więc na własne potrzeby przyjmuję założenie, że czynił to z własnej i nieprzymuszonej woli. Bo chciał, bo lubił, bo uważał, że można na tym zarobić, albo ktoś mu podpowiedział, że to świetny sposób budowania rozpoznawalności marki. Żaden z wyżej wymienionych powodów nie jest – wedle mojej najlepszej wiedzy – nielegalny, więc każdy był tak samo dobry, żeby się w to angażować.

Nie mnie więc oceniać jego intencje i nie sądzę, żeby ktokolwiek inny miał do tego wystarczająco dobry mandat. Nie czuję się również upoważniony do wytykania komukolwiek błędów, bo ten biznes – jak zresztą każdy inny – to spory poligon doświadczalny, na którym nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Z mojej perspektywy polskie kolarstwo dostało przez te wszystkie lata to, na co kompletnie nie zasłużyło: mecenat prywatnego inwestora, który widział w tym sporcie duży potencjał do rozwoju, zarówno ludzi, którymi się opiekował, jak i własnej firmy, która za to płaciła.

Wywołany koronawirusem kryzys pokazał, że był to kolos na glinianych nogach. Potwierdziła się zresztą znana od dawna prawda, że wydatki na marketing i promocję są pierwszymi, które tnie się w trudnych czasach. Nihil novi. Ta sytuacja zresztą w ogóle nie powinna nikogo dziwić, bo na wątłych fundamentach oparte jest całe polskie kolarstwo, od lat zresztą trzymające się w swojej części instytucjonalnej tylko siłą woli i życzliwej bezradności prezesa Rybaka. Ten z jednej strony chciałby po latach odzyskać swój dług, ale jednocześnie niekoniecznie chce być zapamiętany jako grabarz PZKol. Moim zdaniem nie ma się czego obawiać, bo kolejka do tego mało zaszczytnego miana jest długa.

Rzecz w tym, że tak jak polskiego kolarstwa w żaden sposób nie uratowały pieniądze CCC (choć przez chwilę było miło, nawet bardzo), tak nie uratuje go nikt inny, dopóki nie zrozumiemy, że nie da się budować żadnej trwałej wartości w sporcie bez solidnych fundamentów. A tych w kolarstwie po prostu nie ma. I nie zmienią tego nawet cysterny Orlenu z potężnymi przelewami, jeśli w ogóle kiedykolwiek przyjadą. Owszem, może byłoby trochę więcej kasy na szkolenie, może udałoby się wyłowić i wychować jakiś olimpijski talent, może nawet zdobyć medal. Ale każdy kolejny, nawet najmniejszy kryzys chwiałby tą wątłą konstrukcją w prawo i lewo. I po każdym – odpukać – upadku, trzeba by się podnosić od nowa: znowu pakować furmanki pieniędzy, znowu szukać talentów i tak w kółko.

Moim zdaniem głównym problemem polskiego kolarstwa jest mania wielkości: trudna do uzasadnienia, ale bardzo silna potrzeba budowania wszystkiego od razu z wielkim rozmachem, żeby wielkimi wartościami zrobić wrażenie na potencjalnych sponsorach. W myśl staropolskiego: „zastaw się, a postaw się”. Jak organizować wyścig, to najlepiej, żeby go od razu wpisali do kalendarza UCI. A potem taki sponsor przyjeżdża na imprezę, widzi garstkę ludzi klaszczących burmistrzowi i zniechęcony liczy w głowie, ile kasy właśnie stracił. Pół biedy, jak się jakaś wzmianka pojawi w lokalnych mediach, to może nie będzie miał do końca poczucia przegranej. Czasem sprawę ratuje lokalna internetowa „telewizja”.

Zabawne jest to, że do wyjaśnienia tego fenomenu stosuje się zwykle argumentację, że przecież w Polsce kolarstwo nie jest tak popularne, jak w Belgii czy we Włoszech, więc nie należy spodziewać się zbyt wiele. Powstaje więc dziwny paradoks: zamiast popularyzować kolarstwo, próbujemy od razu w możliwie największym stopniu zdyskontować dyscyplinę, o której wiemy, że popularna jest u nas raczej średnio. Dziwi mnie, gdy ktoś się dziwi, że to się równie średnio udaje.

Nie mówię rzecz jasna o jeździe amatorskiej, bo to zupełnie inna historia i ze sportem wyczynowym ma niewiele wspólnego. Imprezy dla amatorów to temat na inną opowieść.

Przywołując przykład Włoch, Belgii, Francji, czy innych krajów, w których kolarstwo jest popularne i których reprezentanci rozdają karty w światowym peletonie, bardzo często zapominamy o jednej prostej rzeczy: popularność dyscypliny jest tam wynikiem bardzo wytrwałej pracy u podstaw i mnóstwa systemowych rozwiązań. My chcielibyśmy, żeby popularność kolarstwa stała się powodem, dla którego należy w nie inwestować. A to jest postawienie sprawy na głowie.

Przejrzałem sobie jakiś czas temu kalendarz PZKol za ubiegły rok. W skali całego kraju wyścigów w kategorii juniorów doliczyłem się bodaj 25. Nawet zakładając, że jest ich nieco więcej, bo nie wszystkie są zgłaszane do kalendarza związku, to przyjmując, że sezon trwa u nas 7-8 miesięcy wypadnie nam średnio po 5 wyścigów na miesiąc. Może 7. W 38-milionowym kraju. Jakieś 0,5 wyścigu na województwo.

Dla wyobrażenia sobie skali: ubiegłoroczny kalendarz włoskiej federacji zawiera około 40 zgłoszonych imprez dla juniorów. Ale uwaga: tylko w maju. W całym sezonie naliczyłem ich grubo ponad 200.

Mam świeżo w głowie biografię Pantaniego, ale kojarzę też trochę innych historii wybitnych kolarzy. Zdecydowaną większość z nich łączy jedno: odkąd wsiedli na rower nieustannie się ścigali. Gdyby zapytać starsze pokolenie polskich kolarzy, pewnie opowiedzieliby to samo. Teraz niemal na każdym roku słyszę, że żeby zacząć się na serio ścigać trzeba wyjechać za granicę. O ironio: właśnie teraz, kiedy mamy coraz lepsze szosy…

To zamknijmy teraz oczy i wyobraźmy sobie piłkę nożną, w której drużyna rozgrywa jeden mecz na dwa miesiące i idzie z tym ambitnym planem do sponsora. Wątpię, czy zdążyliby dopić kawę, zanim zostaliby uprzejmie wyproszeni.

Kolejny paradoks polega na tym, że właśnie na tym najbardziej lokalnym poziomie wbrew pozorom jest najwięcej pieniędzy. Tylko trzeba się po nie schylić i nauczyć się jeść małą łyżeczką. Tu się właśnie kłania wspomniana wyżej mania wielkości i pragnienie robienia od razu rzeczy wielkich: zróbmy coś raz, ale z rozmachem. Rzecz w tym, że to tak nie działa.

Tu się przydaje elementarna wiedza z dziedziny marketingu: komunikat staje się skuteczny dopiero wtedy, gdy zostanie wielokrotnie powtórzony. Kiedyś przyjmowano, że skuteczne jest już 6-7 powtórzeń, ale dzisiaj, kiedy wszyscy funkcjonujemy w nieprawdopodobnie dużym szumie reklamowym (tzw. clutterze), albo ta liczba musi być wielokrotnie wyższa, albo komunikat musi nieść z sobą większy ładunek emocji.

Nie bez powodu w wielu dyscyplinach sportowych tak dobrze sprawdzają się rozgrywki ligowe. Nie tylko mobilizują samych uczestników i wzmacniają element rywalizacji, ale przy okazji są również znacznie atrakcyjniejsze dla sponsorów i dużo łatwiej je sprzedać. Przede wszystkim dlatego, że są cykliczne, dzięki czemu komunikat sponsorski ma szansę zostać częściej powtórzony.

Jeśli się pod tym kątem przyjrzeć organizacji kolarstwa na najwyższym poziomie, można znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego ASO i RCS Sport w pewnym sensie „zmonopolizowały” rynek wyścigów. Wykorzystały właśnie powyższy mechanizm, może niekoniecznie tworząc formalną „ligę”, ale oferując swoim biznesowym partnerom określoną cykliczność realizowanych przez siebie wydarzeń. W ten sposób mogą zagwarantować sponsorom, że ich komunikat nie tylko zostanie wyeksponowany określoną liczbę razy i nie tylko wróci do nich w postaci tzw. ekwiwalentu mediowego (który jest miarą wartości, a nie wartością, z czym często jest błędnie utożsamiany), ale że również ich zaangażowanie wróci w postaci realnej sprzedaży. Na koniec dnia przecież każdemu sponsorowi chodzi przede wszystkim o to, by sprzedać więcej tego, co akurat ma do sprzedania.

Na tym najniższym, lokalnym poziomie, działa to dokładnie w taki sam sposób, ale w mniejszej skali. Kiedy więc w zwyczajowej corocznej dyskusji przy okazji Tour de Pologne i okolicznych imprez ktoś wraca z argumentem, że „Lang nam zabiera pieniądze z rynku”, kiwam tylko głową z politowaniem. Nikt niczego nikomu nie zabiera. Po prostu szukacie na niewłaściwym rynku. Pokutujące w wielu miejscach myślenie, że „przecież Orlen u nas też ma stacje benzynowe, więc powinien dawać kasę również na nasze wyścigi”, to zupełne pomieszanie pojęć.

Po pieniądze trzeba się schylać w pierwszej kolejności najbliżej siebie. W tych samych firmach, w których zakupy robią rodziny i znajomi lokalnych zawodników i uczestników lokalnych imprez. To oni są rynkiem i z nimi oraz o nich należy na tym rynku walczyć. Pierwszy zespół Pantaniego też zdaje się sponsorowała miejscowa lodziarnia i supermarket, a wyścigi, na których startował finansowali inni lokalni przedsiębiorcy. Mercatore Uno też nie miało być mesjaszem włoskiego kolarstwa. To firma urosła dzięki sponsoringowi, prawie trzykrotnie zwiększając liczbę sklepów i zwielokrotniając przychody.

Wylewanie frustracji na właściciela CCC wydaje mi się bardzo nie na miejscu. Nie było jego rolą zbawianie dyscypliny, a gdyby nawet – nomen omen – próbował wejść w te buty, daleko by w nich nie zaszedł. Bo w polskim kolarstwie – jak wspomniałem na początku – zupełnie brakuje fundamentów. Bo tak naprawdę pod tym, co nieco na przekór naturze wyrosło i od ładnych paru lat kwitnie na najwyższym światowym poziomie, nie ma żadnego trwałego gruntu. Wypatrujemy następców Kwiatkowskiego i Majki, ale ich nie wyszukujemy i nie rozwijamy. Jeśli już, to objawiają się sami, wspierani pasją rodziców i kilku lokalnych trenerów. Ale systemowo nie robimy z tym nic, poza przepalaniem budżetowych pieniędzy na „szkolenie”, którego efektów nie jesteśmy w stanie nawet solidnie ocenić, bo się po tym szkoleniu w praktyce prawie w ogóle nie ścigamy.

Na koniec małe zastrzeżenie: celowo pewne rzeczy upraszczam, a inne przerysowuję, bo to nie ma być przepis na szarlotkę, ale publicystyczny impuls do przemyślenia pewnych mechanizmów. Jeśli więc ktoś się już w połowie wyrywał ze sprostowaniem: „ale przecież u nas ścigamy się co tydzień!”, to odpowiadam: wspaniale! W takim razie warto podzielić się tymi doświadczeniami z innymi i zachęcić ich do pracy u podstaw. Może wspólnymi siłami w końcu uda się zbudować jakiś solidny fundament. W budowanie czegokolwiek „od góry” raczej nie wierzę.

Foto: Flickr / Sean Rowe

Dlaczego nie jestem zaskoczony?

Aż 91 dni startowych. Prawie 14 tysięcy kilometrów, przejechanych w tempie wyścigowym. 33.300 kilometrów (jeśli wierzyć Stravie), przejechanych łącznie na wyścigach i treningach. To więcej, niż większość z nas przejeżdża w ciągu roku samochodem.

Wśród kolarzy z czołówki światowego peletonu tylko bracia Izagirre zbliżyli się w ubiegłym roku do tego wyniku. Gorka przejechał w wyścigach jeden dzień więcej, Ion – jeden mniej. Ale żaden z nich nie walczył o tak wysokie cele, jak Michał. Dostaliśmy zwycięstwo w Volta ao Algarve, Tirreno-Adriatico, Tour de Pologne. Kilka wygranych etapów, mnóstwo dobrych emocji. A do tego fenomenalny występ w Tour de France i trzy etapy, przejechane w czerwonej koszulce lidera Vuelty.

Kiedyś trzeba było za to zapłacić.

Rozmawiałem z kilkoma osobami, kiedy niepewny stawał się start Michała w Tour de Pologne. Wszyscy jak jeden mówili, że Michał jest po prostu potwornie zmęczony. Zresztą mówił o tym sam, choć część ludzi odebrała to początkowo jako usprawiedliwienie dla słabego sezonu. Ale ci, którzy kolarstwo znają lepiej z perspektywy kolarza, podkreślali, że to nie jest zwykły kryzys. To nie jest chwilowy spadek formy. To organizm upomina się o „swoje”. To zmęczenie narastało przez lata, aż w końcu, po kompletnie szalonym sezonie 2018 i mocnym początku bieżącego (pierwsze oznaki kryzysu pojawiły się dopiero pod koniec Paryż-Nicea), organizm Kwiato powiedział „dość”.

Podczas ubiegłorocznego Tour de Pologne zapytałem Michała, czy nie ma obawy, że dwa Wielkie Toury przed piekielnie trudnymi mistrzostwami świata to będzie za dużo? Odpowiedział wówczas, że chce spróbować czegoś innego, bo wcześniej stosowane schematy przygotowań też nie zawsze przynosiły spodziewane rezultaty. ” W sumie na tym to polega w kolarstwie, żeby próbować poznać swój organizm, a kiedy już osiągnę „dojrzały” kolarski wiek, będę to miał jakby „zaprogramowane” i łatwiej mi będzie dojść do szczytowej formy.” – mówił wówczas Kwiato.

Jedną z tych rzeczy, za które szanuję Kwiatka najbardziej, jest właśnie to, że każdego rozwiązania chce spróbować sam. Pewnie bez większych problemów znalazłby plan treningowy, odpowiadający jego charakterystyce. Ale w sportowej filozofii Michała doświadczenia innych są doświadczeniami innych, a jego kształtuje tylko to, czego sam doświadcza. Jestem przekonany, że tegoroczne doświadczenia uczynią go mocniejszym.

Decyzja o tym, że nie wystartuje w Yorkshire jest dla niego z pewnością rozczarowująca, bo na kolejne mistrzostwa świata o takim profilu trasy pewnie trzeba będzie jakiś czas poczekać. Ale jest jednocześnie decyzją niezwykle dojrzałą i odpowiedzialną, bo start za wszelką cenę byłby w tej sytuacji osłabieniem kadry biało-czerwonych, która z będącym w kapitalnej dyspozycji Rafałem Majką wcale nie jest zupełnie pozbawiona szans na sukces (choć oczywiście łatwo nie będzie).

Mam jednocześnie wielką nadzieję, że Michałowi uda się odbudować na tyle szybko i skutecznie, by śmiało mógł spojrzeć przed siebie na nowy cel, rysujący się na horyzoncie: igrzyska w Tokio. Za to trzymam kciuki najmocniej.

Nie wszystko zło(to)…

Palec do budki, kto przed każdym wyścigiem uważnie studiuje regulamin imprezy? Pytam rzecz jasna o te wyścigi, które oglądamy w telewizji, bo co do tych, w których startujemy zakładam (naiwnie), że sprawa jest oczywista. A dlaczego pytam? Otóż pozwoliłem sobie w moim ostatnim felietonie w NaSzosie na krytykę tej części kibiców, która zasiada przed telewizorami z encyklopedyczną wiedzą o wszystkich edycjach Wielkich Tourów, o ich zwycięzcach, kluczowych momentach i innych ważnych – nie zaprzeczam – wydarzeniach, po czym dzieli się z resztą swoimi przemyśleniami, że to wszystko nie tak, kiedyś to było inaczej, a teraz to tylko doping, wyścigi zamurowane przez Sky, a Kwiatkowski sprowadzony do roli parobka. Część odbiorów oczywiście poczuła się urażona, choć moją intencją było przecież opisanie zjawiska, a nie obrażanie kogokolwiek.

Co wspólnego z tym wszystkim mają szczegółowe regulacje dla każdego z wyścigów? Wbrew pozorom bardzo wiele, bo wiedząc o co tak naprawdę walczą kolarze na trasie wyścigu można na pewne ruchy taktyczne spojrzeć z nieco innej perspektywy i odkryć, że to, co w pierwszym odruchu nazywamy „do dupy strategią”, może być w rzeczywistości dobrze przemyślanym ruchem taktycznym, który może na pierwszy rzut oka wygląda dziwnie, ale w istocie przynosi drużynie i kolarzom wymierne korzyści.

Bardzo łatwo ucieka nam z pola widzenia, że sportowcy (nie tylko kolarze) nie walczą wyłącznie o sławę, wieczną pamięć i wzmianki w Wikipedii, ale również o czas antenowy (bo mają zobowiązania wobec sponsorów), punkty do rozmaitych klasyfikacji (np. punkty UCI, od liczby których zależy choćby to, ilu zawodników może wystawić reprezentacja danego kraju na mistrzostwa świata lub Europy) oraz – last but not least – o pieniądze. A niejednokrotnie głównie o pieniądze, bo – o czym również bardzo często zapominamy – to, co dla nas jest czystą rozrywką, dla nich jest sposobem na życie, nawiasem mówiąc dosyć krótkie, jeśli chodzi o tzw. „aktywność zawodową” (chociaż – rzecz jasna – po zakończeniu kariery można robić różne rzeczy, ale to temat na inną opowieść).

Chyba nie ma takiej ekipy, która miałaby komfort ścigania się wyłącznie dla sławy i dzielenia się nią ze sponsorami, którzy wyasygnują za to wystarczającą kwotę we właściwej walucie (to w ogóle odwieczny problem i wina Fenicjan, którzy wynaleźli za mało pieniędzy…). Z rocznego raportu firmy Tour Racing Ltd (właściciela Team Ineos, czyli do niedawna Sky) wynika, że prawie 21% rocznych przychodów spółki pochodzi od partnerów technicznych (bez uwzględnienia sprzętu, bo wartość w naturze to osobna pozycja) oraz z nagród pieniężnych, zdobywanych na wyścigach, które prawdopodobnie stanowią lwią część tej kwoty. 21% z 38 milionów funtów to sporo, a biorąc pod uwagę, że cały roczny bilans zamyka się tzw. „czarnym zerem”, czyli niewielką kwotą na plusie (niecałe 50.000 GBP), można podejrzewać, że gdyby nie zdobywane nagrody, zespół musiałby ograniczyć swój apetyt w pozyskiwaniu nowych zawodników albo pozbyć się kilku z obecnego składu.

Wróćmy do tego, że pewne sytuacje wyglądają inaczej, jeśli na nie spojrzeć z innej perspektywy. Budżet nagród pieniężnych w tegorocznym Giro d’Italia wynosi dokładnie 1.499.860 euro, a nagrody przyznawane są w tylu kategoriach, że ich wymienienie i opisanie zajmuje dokładnie połowę 20-stronicowego dokumentu, przygotowanego przez organizatorów. Jedną z tych klasyfikacji jest oczywiście klasyfikacja punktowa i wszystkie związane z nią benefity. Jest ich sporo, ale jednym z nich – o czym nie wszyscy wiedzą i stąd właśnie pytanie, postawione na wstępie – jest nagroda za to, że kolarz jedzie w fioletowej (o pardon: cyklamenowej) koszulce. Mówiąc wprost: za sam fakt jechania w koszulce lidera klasyfikacji (każdej) na koncie drużyny ląduje kasa.

I teraz weźmy sobie dla przykładu ten nieszczęsny 4. etap do Frascati, na którym Rafał Majka stracił 16 sekund do Roglića, bo zespół był mocniej zaangażowany w to, żeby podciągnąć jak najwyżej Pascala Ackermanna. Część polskich kibiców zapłonęła świętym oburzeniem, no bo jak to? Majka miał być przecież liderem na generalkę, a oni tu holują faceta, żeby sobie zdobył jakieś punkty?

Oczywiście, strata 16 sekund przez kandydata do wysokiego miejsca w klasyfikacji generalnej to przy tak mocnej konkurencji spore ryzyko, nawet jak na tak wczesną fazę wyścigu. Ale co było do wygrania? Nic. Nawet gdyby Rafał dojechał z grupą liderów do mety, to prawdopodobnie nie angażowałby się w walkę na finiszu, bo to po pierwsze: nieszczególnie odpowiadający mu profil, a po drugie: zbyt wczesna faza wyścigu, żeby ryzykować utratę sił. Jedyną korzyścią byłoby zachowanie dotychczasowych różnic czasowych.

Co wygrał Ackermann? Pomijając drobiazg, że ponownie otworzył sobie szansę na sukces w klasyfikacji punktowej, zdobył całkiem realne punkty UCI (co z punktu widzenia niemieckiej drużyny nie jest zupełnie bez znaczenia) oraz 750 euro za sam fakt ściągnięcia koszulki z pleców Gavirii. I będzie takie 750 jurków inkasował za każdy dzień, przejechany w cyklamenowym trykocie. A ponieważ na 7. etapie Gaviria się wycofał, a Vivianiego z punktów ogołocili wcześniej sędziowie, Ackermann (jeśli nie popełni żadnego błędu i zmieści się w limitach czasu na górskich etapach) ma duże szanse na dojechanie jako lider klasyfikacji punktowej do Verony, zbierając te codzienne bonusy w niebagatelną kwotę 14 tysięcy euro, do których na podium wyścigu dołoży kolejne 10 tysięcy. Wydaje się mało? A przecież to ponad 1/3 ubiegłorocznego zysku Ineos!;) A poza tym codziennie podium, szampan, migawki w telewizji, zdjęcia na Instagramie, uściski dłoni, autografy, wizyty w zakładach pracy…

W tym miejscu ważne zastrzeżenie: to wszystko oczywiście nie oznacza, że dyrektorzy sportowi siedzą w samochodach z kalkulatorem na kolanach, a strategię na wyścig układają z księgowymi, których mają na gorącej linii i którzy podpowiadają, kto powinien jutro zaatakować, bo trzeba zapłacić ZUS i podatek. Ale w zawodowym sporcie jest to również jeden z ważnych elementów tej całej układanki. Bo sława, palmares, wieczna pamięć i wpisy w Wikipedii są bardzo OK, ale – pardon maj frencz – kolarze ścigają się również dla kasy. I z tej perspektywy wydaje się zrozumiałe, że ich interes może być czasem stawiany wyżej, niż nasze zadowolenie przed ekranem telewizora.

Foto: La Presse – D’Alberto / Ferrari / Paolone / Alpozzi

__________________________________

PS. Zapraszam niezmiennie do śledzenia mojego profilu na Twitterze i Facebooku – tam też wrzucam czasem jakieś kolarskie ciekawostki…

Wyjątkowo zimny maj.

Trochę tu zarasta kurzem, ale tegoroczny maj jest nie dość, że wściekle zimny, to jeszcze wyjątkowo pracowity. Bynajmniej nie narzekam, bo bardzo lubię tę robotę, ale trudno pominąć fakt, że czasu jest mało, a stres spory.

Dość późno się zabrałem za przygotowywanie zapowiedzi Giro d’Italia w Sport.pl, więc wysłałem materiał w ostatniej chwili i nie za bardzo miałem możliwość sprawdzenia, co się z nim dzieje. A podziało się sporo, bo z oryginalnego tytułu „Niekończąca się opowieść” specjaliści od SEO zrobili jakiegoś potworka. No trudno. Nie nadążam za tymi wymogami „nowoczesnego” dziennikarstwa. Abstrahując więc od tego nieszczęsnego tytułu, cała reszta jest chyba zjadliwa, więc jak ktoś ma ochotę (lepiej późno, niż wcale), to można się częstować tutaj.

A na co dzień, przez całe trzy tygodnie wyścigu, mam do realizacji codzienne wydania Giro Extra w Eurosporcie. Bardzo mnie cieszy zdobywanie nowych doświadczeń, ale przyznaję się bez bicia, że stres jest ogromny i po tych 20-30 minutach wychodzę ze studia całkowicie wypompowany. Nie wdając się specjalnie w szczegóły kuchni, dość powiedzieć, że o tym, co zobaczę za moment na ekranie, dowiaduję się zazwyczaj kilka sekund wcześniej. A ponieważ nie jest to typowa relacja na żywo, ale zestaw migawek z fragmentami etapu, który skończył się kilka chwil wcześniej, przeplatanych rozmowami na żywo z tymi, których się właśnie uda złapać, trzeba być czujnym jak ważka, żeby nie dać się niczym zaskoczyć. Wychodzi mi raz lepiej, raz gorzej, czasem ten komentarz jest potwornie drewniany, ale cóż… robię to w sumie po raz pierwszy, więc mam nadzieję, że zanim wyścig się skończy, uda mi się tę nieokiełznaną materię jakoś opanować…

Tak czy inaczej trzymajcie kciuki. I zapraszam codziennie, kilka minut po relacji z każdego etapu Giro – te oglądajcie koniecznie, bo tam się naprawdę pięknie dzieje i będzie działo.

A’propos: o tym, co się może zadziać w Corsa Rosa porozmawiałem sobie też krótką chwilę z Andrzejem Grabowskim na antenie Polskiego Radia 24. Też zapraszam, tu mnie jeszcze nie było 😉

Team (jeszcze) Sky w ucieczce.

To jest właściwie ten moment, w którym z czystym sumieniem mógłbym napisać: „a nie mówiłem?”. Pojawiające się od grudnia pogłoski o rzekomym „końcu” Team Sky może i nabijały portalom trochę kliknięć, ale z rzeczywistością związek miały dość luźny. Swoją drogą… ciekawe, kto pierwszy puścił farbę i spowodował, że ludzie zaczęli węszyć, m.in. w rejestrach Whois, aż w końcu ktoś „odkrył”, że 5 marca zarejestrowano domenę teamineos.com i lawina domysłów ruszyła na dobre?

O tym, że przyszłość drużyny (jeszcze) Team Sky jest niemal na pewno bezpieczna pisałem wcześniej tutaj, więc nie ma powodu, żeby się ponownie zagłębiać w temat. Właściwie jedno pytanie, na które dzisiaj nie znam odpowiedzi, brzmi: jak im się udało załatwić z UCI taką zmianę w trakcie sezonu (drużyna w nowych barwach wystartuje 2 maja w Tour de Yorkshire)? W oficjalnym komunikacie jest wprawdzie mowa o tym, że ten temat wciąż jest przedmiotem dyskusji z UCI, ale nie chce mi się wierzyć, że przynajmniej kierunkowo sprawa nie została już rozwiązana. Faktem jednak jest, że w ostatnich tygodniach sprawy mocno przyspieszyły, bo pierwotnie nowy sponsor miał zostać ogłoszony podczas Tour de France, na który zwrócone są oczy całego kolarskiego świata, ale najwyraźniej sir Jim Ratcliffe nie lubi czekać, aż mu gaz ucieknie z szampana.

Interesująca jest natomiast przyszłość. Nowy sponsor zobowiązał się do kontynuacji od 1 maja wszystkich aktualnych umów z zawodnikami, managementem i obsługą techniczną dzisiejszego Team Sky, ale nie doczytałem się nigdzie informacji, o jakiej perspektywie czasowej myśli Ratcliffe. Być może ten horyzont nie jest w żaden sposób określony, bo z formalnego punktu widzenia to nie jest tradycyjna umowa sponsorska, tylko odkupienie od Sky i 21st Century Fox 100% udziałów w spółce Tour Racing Limited, co pozwala sądzić, że inwestycja jest raczej długoterminowa, a ewentualne wyjście z niej w przyszłości będzie się odbywać na identycznych zasadach, jak miało to miejsce teraz, czyli jako sprzedaż udziałów, co na ogół nie następuje z dnia na dzień. Pod tym względem Michał Kwiatkowski i Michał Gołaś (oraz zatrudnieni w drużynie Marek Sawicki i Jacek Walczak) przyszłość mają raczej zapewnioną.

Zagadką jest natomiast współpraca Dave’a Brailsforda z nowym właścicielem drużyny. Na razie obaj wzajemnie podkreślają swoje wizjonerstwo, co jest wiadomością dobrą i złą jednocześnie. Dobrą, bo jest gwarancją tego, że drużyna będzie nadal inwestować w rozwój i innowacje, podnosząc swoją filozofię „marginal gain” do rangi sztuki. Przy okazji: ten fokus na rozwój będzie najlepszą z możliwych wiadomości dla Michała Kwiatkowskiego, który właśnie na perspektywie stałego rozwoju opiera całą swoją kolarską karierę.

To również informacje dobre dla peletonu: raz, że mogą być przykładem dla innych sponsorów, żeby nie bali się odważnych inwestycji w ten sport, a dwa: dla samych drużyn, które na innowacje Brailsforda i spółki prędzej czy później będą musiały jakoś odpowiedzieć.

Ale ta nowa sytuacja rodzi też pewne ryzyka, związane ze współpracą dwóch wizjonerów: Brailsforda i Ratcliffe’a. Historia zna przypadki, w których dwie silne i charyzmatyczne osobowości potrafiły zbudować przedsięwzięcia o gigantycznej wartości (tu mój ulubiony przykład współpracy Steve’a Jobsa z Johny’m Ive), ale na ogół znacznie więcej jest przykładów na to, że gdy dwie odmienne wizje zaczynają się ścierać, trup wokół ściele się gęsto. Wiele zależy od tego, jak panowie się dogadają i jaką autonomię od nowego właściciela otrzyma Sir Dave.

Czas pokaże, jak się to wszystko ułoży. W każdym razie najbliższe miesiące i (oby!) lata z Team INEOS zapowiadają się z pewnością pasjonująco.

Foto: Alex Broadway / ASO

PS. Obserwuj moją stronę na Facebooku lub profil na Twitterze, żeby śledzić na bieżąco kolarskie (i nie tylko) komentarze i dyskusje. Zapraszam!