Tak, możesz. Ty również.

No proszę. Wiele ciepłych słów podczas Tour de France skierowałem pod adresem Lawsona Craddocka, który z dość poważną kontuzją przejechał cały wyścig, zbierając jednocześnie pieniądze na odbudowę toru kolarskiego (zebrana suma już przekroczyła 200 tysięcy dolarów), a tymczasem okazuje się, że tuż za miedzą żyją ludzie, których dokonaniom i determinacji należałoby klaskać jeszcze częściej i jeszcze głośniej. Jak się w dodatku okazuje, nie są zupełnie anonimowi, choć nie ukrywam, że gdyby nie pani Julia – żona bohatera tego felietoniku – to pewnie jeszcze długo żyłbym w nieświadomości, ponieważ jako człowiek od ponad dwóch dekad pracujący w mediach, konsumuję je w sposób mocno ograniczony, więc pewne rzeczy mnie omijają (całkiem jak tego szewca, co bez butów chadzał). Tymczasem tym człowiekiem zza miedzy jest niejaki Kamil Misztal – 28-latek z Lublina, który 9 lat temu, w wyniku powikłań po poważnym poparzeniu, któremu uległ w dzieciństwie, stracił nogę.

Tu dygresja: wiele razy w swoim życiu zastanawiałem się, co bym zrobił, gdyby jakiś wypadek lub choroba wyłączyły mnie z takiego życia, jakie znam od ponad 40 lat? I uczciwie muszę przyznać: nie mam bladego pojęcia. Uważam się za faceta dość silnego psychicznie, który raczej na co dzień widzi wszędzie szklanki do połowy pełne, ale próba odpowiedzi na tak postawione pytanie wykracza daleko poza granice mojej wyobraźni. Najzwyczajniej w świecie nie wiem.

Kamil natomiast zaczął od zbierania nakrętek, żeby zgromadzić środki na protezę. A gdy już na nią uzbierał i z pomocą innych ludzi znowu stanął na nogach, zabrał się za pomaganie innym. W tym celu między innymi wsiadł na rower i za pośrednictwem założonej przez siebie fundacji „Krok Do Marzeń” zaczął realizować różnego rodzaju projekty charytatywne. Wspierał między innymi chorego na dziecięce porażenie mózgowe Oskara, pomagał zawodnikom lubelskiego klubu AMP Futbol, a jednym z ostatnich projektów Kamila była 17-dniowa podróż rowerem z Lublina do Rzymu, której celem była między innymi promocja aktywności fizycznej, zwłaszcza wśród osób niepełnosprawnych oraz udowodnienie wszystkim, że mimo pewnych ograniczeń można mieć pasję, w pełni się jej oddawać i realizować marzenia.

36944757_1723412814372570_5576984861710745600_o

17 dni, 2.800 kilometrów, po drodze wspinaczki na ikoniczne Passo dello Stelvio, Passo Gavia i wiele innych wzniesień, a to wszystko na rowerze, napędzanym jedną nogą i protezą. Można? Można. Czy na tym koniec? W żadnym wypadku. W związku z rozpoczynającym się pojutrze Tour de Pologne Kamil postanowił przejechać również trasę najważniejszego w kraju wyścigu. Pokona trasę pięciu z siedmiu etapów, przejeżdżając je dzień przed zawodowym peletonem. Wystartuje w niedzielę spod Stadionu Śląskiego, a w piątek zamelduje się na starcie Tour de Pologne Amatorów, mierząc się wraz z innymi zawodnikami z podjazdem pod Ścianę Bukowina w Gliczarowie.

IMG_20180714_164056

Wiele wskazuje na to, że w Bukowinie będę mógł się osobiście ukłonić temu niezłomnemu facetowi i razem z nim przejechać trasę wyścigu (jeśli dam radę i nie strzelę po drodze, bo różnie bywa;). Wszystkich za to namawiam do kibicowania mu na trasie oraz wspierania inicjatyw i zbiórek, organizowanych przez fundację Kamila, bo to po prostu kawał dobrej i bardzo potrzebnej roboty.

Kamila znajdziecie na Facebooku, na stronie „W protezie na rowerze”, a jego Fundację, która tym razem zbiera środki na dalszą działalność, można wspierać bezpośrednio tutaj. Ważna jest każda złotówka, ale duzi sponsorzy i większe kwoty są szczególnie miło widziane 😉

IMG_4625.jpg2

 

Foto: Adam Wójcik, Julia Misztal

Krótki (i smutny) post o kibicowaniu…

Nie chciałbym być sportowcem.

Chciałem, jak byłem młody i naiwny, ale nie wystarczyło mi do tego determinacji i konsekwencji – co jest dzisiaj pierwszym powodem, dla którego unikam krytyki tych, którzy przez to przeszli i osiągnęli sukces, bez względu nawet na jego wymiar. Szanuję też tych, którym się niespecjalnie powiodło. Ale dzisiaj nie chciałbym być sportowcem głównie dlatego, że jest to chyba najbardziej niewdzięczna robota na świecie.

Nie chciałbym wstawać o świcie, zarzynać się na treningach, startować w zawodach, a potem z trudem łapiąc oddech rozdawać autografy i pozować do selfie, mając jednocześnie świadomość, że większość z tych miłych ludzi, uśmiechających się ze mną do zdjęcia, którym się będą chwalić znajomym, przy pierwszym z brzegu niepowodzeniu obrzuci mnie długą listą wyzwisk i wyrazów niezadowolenia. Nie chciałbym być sportowcem, który rygorystycznie przestrzega diety i od rana do wieczora katuje swój organizm, żeby jakiś opasły Janusz, siedzący na kanapie z piwem w dłoni, dzielił się z całym światem pomysłami na to, jak mnie udoskonalić, żeby on był w końcu zadowolony.

Mam świadomość, że nie jestem ideałem. Zdarza mi się w pośpiechu i emocjach popełniać błędy, nawet tak banalne, jak umieszczenie podmiotu na końcu zdania, przez co wygląda ono pokracznie. Z pokorą przyjmuję krytykę i następnym razem staram się nie powtórzyć tego samego błędu. Ale gdy ktoś mi pisze w komentarzu „wracaj do szkoły Czykier, nieuku!”, to mam czasem ochotę zapytać: „co ja ci, chłopie, takiego zrobiłem, że próbujesz jednym zdaniem przekreślić wszystko, co do tej pory udało mi się osiągnąć?”. Oczywiście olewam i nie wchodzę w dyskusję, pomny słów Kisiela, że „polemika z głupotą nobilituje ją bez potrzeby”. Ale mimo wyrobienia sobie na takie uwagi grubej skóry, gdzieś głęboko to we mnie siedzi. Podejrzewam, że sportowcy czują podobnie, tylko nieporównywalnie mocniej.

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co czuł wczoraj Rafał Majka, widząc odjeżdżającą mu grupę. Znam co prawda podobne uczucie z własnego doświadczenia, bo na pierwszych lepszych zawodach dla amatorów często widzę, jak postać kolarza jadącego przede mną robi się z każdą chwilą coraz mniejsza, a ja nie jestem już w stanie kręcić mocniej. Tylko dla mnie to jest zabawa, której poświęcam kilka godzin w tygodniu. Dla Zgreda to niemal całe jego życie. Mogę się tylko domyślać ile razy na tej górze miał ochotę zejść z roweru, wyrzucić go w krzaki, wrócić do Zegartowic i zająć się choćby wypasem owiec, byle nie musieć znów wsiadać na rower. Historia kolarstwa zna przecież wiele takich przykładów. Dojechał do końca. Ilu czekało tam na niego kibiców, którzy mogli mu spojrzeć w oczy i powiedzieć, że trzymają kciuki mimo wszystko, bo przecież nic się nie kończy na tym niezbyt udanym 11. etapie? A ilu było takich, którzy z poczuciem wyższości i satysfakcją, że „znowu mieli rację” radośnie dzieliło się ze światem nowiną, że „kolejny balon z hukiem pękł”?

Drogi kibicu. Usiądź wygodnie i rozejrzyj się wokół siebie. Czy na pewno jesteś w tym miejscu, o którym przez całe życie marzyłeś? Czy osiągnąłeś wszystko, co sobie zaplanowałeś? Czy każdego dnia od świtu do nocy udoskonalasz swoje życie z taką samą determinacją, jakiej oczekujesz od sportowców? Wybacz, ale… nie sądzę.

Możesz czuć się rozczarowany. Możesz czuć zawód, bo spodziewałeś się innego wyniku. Ale nie zapominaj proszę, że bez względu na to, co czujesz, ty nadal siedzisz na wygodnej kanapie, a ktoś inny ze zgrabionym grzbietem pedałuje pod górę w upale. Wsparcie, jakie oferujesz sportowcom, to w sumie niewielka inwestycja, która nie zawsze się zwraca w formie radosnych uniesień. Nie codziennie jest święto. Zanim przekreślisz Majkę po raz kolejny, przypomnij sobie jego olimpijski brąz, dwie koszule w grochy, trzy etapy w Tourze i jeden w Vuelcie, Tour de Pologne, Słowenię i mnóstwo innych dobrych emocji, których ci dostarczył.

Niepowodzenie, czy nawet ich seria, to jeszcze nie powód, by skreślać sportowca i złorzeczyć na sport, o który przez całe życie… nic nie robiłeś.