Ucieczka z szosy nie jest rozwiązaniem. Ale kolarze również muszą nauczyć się być uczestnikami ruchu

Ten schemat jest stary jak świat: po każdym głośniejszym wypadku kolarza wraca temat bezpieczeństwa na drogach. A wraz z nim dość stereotypowe myślenie, że odpowiedzialność za tragiczne żniwa na polskich drogach spada przede wszystkim na kierowców. Tymczasem to jest tylko fragment obrazu, na którego całość składają się również mniejsze lub większe grzechy wszystkich uczestników ruchu.

Na bezpieczeństwo na drogach składają się zwykle trzy elementy: infrastruktura, prawo i edukacja. Tylko razem tworzą to, co nazywamy „kulturą jazdy”. Nie ma się co oszukiwać: równe i szerokie drogi nie sprawią, że kierowcy będą po nich jeździć spokojniej. Bez koniecznych zmian w prawie i bez nieustannej edukacji będziemy każdego roku załamywać ręce nad fatalnymi statystykami. I organizować kolejne zbiórki na rehabilitację naszych przyjaciół, którzy ucierpieli w wypadkach.

Infrastrukturę mamy z roku na rok coraz lepszą. Bardzo dużo wciąż jest do zrobienia po stronie prawa, a tu niestety mamy najmniejsze możliwości skutecznego działania. Inaczej niż w obszarze edukacji, która – paradoksalnie – nie polega wyłącznie na wytykaniu palcem błędów popełnianych przez kierowców.

Pamiętam szok, jakiego doznałem podczas mojej wizyty na starcie Giro w Izraelu. Już podróż z lotniska do hotelu zapowiadała ciekawe doznania, gdy na autostradzie do Jerozolimy wyprzedził nas zdezelowany pojazd, którego kierowca urządził sobie slalom między jadącymi samochodami. Poczuliśmy się od razu prawie jak w domu.

Takich obrazków widzieliśmy znacznie więcej i zaczęliśmy się zastanawiać, jak w takich warunkach możliwe jest w ogóle promowanie kolarstwa szosowego, co przecież było jednym z głównym celów zorganizowania tam Grande Partenza i trzech etapów.

Kiedy przy kolacji postanowiłem o tym porozmawiać z przedstawicielem tamtejszego ministerstwa turystyki, odpowiedział mi mniej więcej w ten sposób: „Nasi kierowcy nigdy nie musieli się liczyć z innymi uczestnikami dróg, bo nigdy tu takich nie było. Odkąd z ulic zniknęły ostatnie zaprzęgi konne, drogi należą wyłącznie do samochodów”. Znowu poczułem się jak w domu. Ale wtedy dodał jeszcze jedno zdanie, które dało mi do myślenia: „Jeśli amatorzy kolarstwa nie wyjadą masowo na szosy, nigdy ich nie zdobędą”.

Pozwoliłem sobie wówczas na uwagę, że to dość ryzykowna strategia, bo to kolarze w celu tej „edukacji” narażają swój niczym nie osłonięty tyłek. Uzyskałem zapewnienie, że wszyscy są oczywiście tego świadomi, ale że w ślad za ową „zachętą” idą też odpowiednie zmiany w prawie, dyscyplinujące pozbawionych wyobraźni kierowców. Kilka dni później na ruchliwej obwodnicy Beer Szewy zobaczyłem setki kolarzy. Coś w tej strategii jednak działało.

Przypomniałem sobie o tym wszystkim w ubiegłą sobotę, gdy wybrałem się na swoją rundę bocznymi drogami w okolicach Krakowa. W pewnym momencie złapała mnie ulewa, a wiejący paskudnie wiatr sprawił, że okrutnie zmarzłem. Postanowiłem skrócić sobie drogę do domu i ostatnie kilkanaście kilometrów przejechałem krajową „siódemką”. Doświadczeniami z tej przejażdżki podzieliłem się później na Facebooku i Twitterze, bo to, co zobaczyłem zjeżyło mi pod kaskiem rzadki włos na głowie.

Ktoś wówczas na Twitterze napisał, że jazda krajówką to głupota. A we mnie się zagotowało. Bo niby – na miłość boską – dlaczego? Nie ma tam zakazu jazdy rowerem. Niemal na całym przejechanym przeze mnie odcinku drogi obowiązuje 50 kmh, bo wiedzie ona przez podkrakowskie miejscowości. Z wyjątkiem kilku dojazdów do skrzyżowań na całej długości jest szerokie asfaltowe pobocze.

Pomijając wyjątkowo niski poziom przyjemności z poruszania się w ciągłym hałasie i kłębach spalin, nie ma właściwie żadnego racjonalnego powodu, by takich dróg unikać. Mam to robić tylko dlatego, żeby „nie przeszkadzać” kierowcom? Coś się we mnie na taką myśl buntuje. W jaki sposób chcemy wpłynąć na zmianę zachowań kierowców, uciekając przed nimi na boczne drogi?

W ostatnich latach skupiliśmy się przede wszystkim na tym, by rozbudowywać infrastrukturę rowerową w miastach. I w wielu miejscach osiągnęliśmy cel, chociaż tak naprawdę w większości przypadków zrobiliśmy to kosztem pieszych. Zdecydowana większość dróg rowerowych lub ciągów pieszo-rowerowych powstała kosztem chodników. Ulice „oddały” nam tylko nieliczne fragmenty na tzw. kontrapasy.

Efekt jest taki, że zamiast współdzielić to, co nazywamy „przestrzenią publiczną”, stworzyliśmy sobie odrębne enklawy, nad którymi roztoczyliśmy panowanie. Nie daj Boże, by pieszy nadepnął na ścieżkę rowerową. I nie daj Boże, by kolarz wyjechał na ulicę. Każdy zazdrośnie pilnuje „swojej” przestrzeni. Sęk w tym, że kiedy wyjeżdżamy za miasto, te ostre podziały przestają obowiązywać. I wszyscy się gubią. Nikt nie wie, jak się zachować.

Obserwuję ostatnio w Krakowie coraz powszechniejsze „wykrawanie” fragmentów ulic na ścieżki rowerowe, co jest przejawem jakiejś pozytywnej zmiany w mieście, które jakiś czas temu zupełnie skapitulowało pod naporem samochodów. Ale na dłuższą metę to wcale nie jest dobre rozwiązanie. Bo te ścieżki zawsze się w którymś momencie kończą, a wtedy dochodzi do nieuchronnego konfliktu o prawo do „panowania” na jezdni. A w nim niemal zawsze cykliści są stroną przegraną.

„Jeśli amatorzy kolarstwa nie wyjadą masowo na szosy, nigdy ich nie zdobędą”. Coraz mocniej przekonuje mnie to zdanie i sam postanowiłem, że w miarę możliwości przynajmniej od czasu do czasu stanę się uczestnikiem większego ruchu. Wyłącznie w celach edukacyjnych. By stworzyć kierowcom więcej szans na to, żeby przyzwyczaili się do mojej obecności na drodze.

Tym bardziej, że te wąskie boczne drogi tylko z pozoru są bardziej bezpieczne. Bo choć ruch na nich jest zdecydowanie mniejszy, to znacznie częściej kierowcy są tam skłonni do brawurowych zachowań. Nie zliczę, ile razy właśnie na takiej bocznej drodze zostałem minięty na przysłowiową „gazetę” przez lokalnego kierowcę, który na „własnym” kawałku asfaltu czuje się niemal całkowicie bezkarny.

Ale jest jedno zastrzeżenie. Ta „walka” o zrozumienie naszego prawa do korzystania z każdej drogi i bycie uznanym za normalnego uczestnika ruchu, nie może się odbyć również bez zmiany zachowań po stronie kolarzy. Od używania na co dzień oświetlenia po przestrzeganie reguł poruszania się po drogach w grupie. (Pozdrawiam z tego miejsca te wszystkie kilkudziesięcioosobowe ustawki, zdziwione irytacją kierowców, kiedy nie sposób ich bezpiecznie wyprzedzić).

My również jesteśmy odpowiedzialni za bezpieczeństwo kolarzy na drogach. Nie tylko uciekając z głównych dróg, by tam się poczuć niczym nieskrępowanym. Ale przede wszystkim przestrzegając prawa i zasad zdrowego rozsądku wszędzie, gdzie tylko wolno nam jeździć.

Pinkie, czyli jak chcieć nie chcieć

Cała sztuka nie polega tylko na sprawianiu, żeby ludzie nie mogli czegoś zrobić, bo prędzej czy później i tak to zrobią. Sztuka polega na tym, żeby tego NIE CHCIELI robić.

Uważni czytelnicy tego bloga zwrócili pewnie uwagę, że drugą po kolarstwie kategorią tematyczną, którą tu poruszam, jest bezpieczeństwo ruchu drogowego. Dzieje się tak nie bez przyczyny. Zwykle bowiem kilka razy w tygodniu narażam swoje życie, wystawiając obleczony w lycrę odwłok na widok pań i panów kierowców, co sprawia, że jestem żywo zainteresowany ich zachowaniem w moim bezpośrednim sąsiedztwie. A ponieważ zdarza mi się to czynić w różnych częściach tak kraju, jak i kontynentu, wniosków z tych obserwacji, uzupełnionych różnego rodzaju lekturami i badaniami, mam (tak mi się wydaje) całkiem sporo.

Nie chcę tu pozować na eksperta, co się naczytał badań i będzie teraz dowodził, że skoro nie jest prawdą, że piesi notorycznie wchodzą na ulicę, zapatrzeni w swoje telefony (a nie jest), to problemu nie ma. Nie zamierzam też nikogo przekonywać, że skoro jeżdżę od 1993 roku i pokonałem dotychczas samochodem lekko licząc milion kilometrów, a dotąd jeszcze nie potrąciłem jelenia, to znaczy, że empirycznie udowodniłem, iż jelenie nie wbiegają na drogę (bo i takie ciągi myślowe gdzieś się w przestrzeni pojawiają). Nic z tych rzeczy. Po prostu czasem odzywa się we mnie filozoficzna natura i każe zebrać swoje przemyślenia w jednym miejscu.

Mam do tego w zanadrzu dość upierdliwy asset, polegający na tym, że jestem aktywnym uczestnikiem ruchu, należącym jednocześnie do trzech, zwykle wzajemnie się zwalczających kategorii: kierowców, rowerzystów i pieszych. I nie to, że jestem pieszym tylko wtedy, kiedy idę z domu na parking, ale np. w Warszawie, gdzie spędzam większość „roboczego” tygodnia, korzystam wyłącznie z własnych nóg i transportu zbiorowego (polecam). I jakby tego wszystkiego było mało, to do tych wszystkich trzech grup, poruszających się po naszych drogach i chodnikach, mam stosunek dość krytyczny i nie zamierzam tu nikogo bronić, bo w kontekście bezpieczeństwa na drogach wszyscy mamy porządnie za uszami. Dosłownie wszyscy. (Z wyjątkiem użytkowników elektrycznych hulajnóg, których w ogóle nie powinno być).

Sorry za ten przydługi disclaimer, ale wbrew pozorom on też ma swoją przyczynę. Chodzi mi bowiem o to, że problemów, związanych z BRD nie da się rozwiązać, patrząc na nie tylko z jednej perspektywy: albo kierowców, albo pieszych, albo rowerzystów, zarządców dróg, włodarzy miast, miejskich aktywistów, czy – last but not least – ludzi, którzy prawo stanowią. Na ten problem składa się tyle elementów, że sprowadzenie tego wszystkiego do zdania: „trzeba zwęzić ulice, bo w Jaworznie się udało”, prowadzi nas wszystkich na kompletne manowce.

Przyglądam się od dłuższego czasu internetowej dyskusji na ten temat i tylko przez szacunek dla ofiar wypadków oraz ich rodzin unikam tu określenia „gównoburza”. Problem naprawdę jest poważny, ale trudno poważnie traktować ludzi, którzy bezrefleksyjnie sięgają po badania (a najczęściej wyłącznie po ich wycinek), byle tylko udowodnić swoją tezę. Zaprawdę trudno się dogadać w sytuacji, kiedy każdy szuka argumentów przeciw drugiej stronie, zamiast wspólnie się zastanowić, gdzie tak naprawdę tkwią przyczyny tego stanu rzeczy, z jakim od lat mamy do czynienia na polskich drogach.

Żeby było zabawniej: wszyscy właściwie mają rację. Ale ta dyskusja przypomina kłótnię matematyków, z których jeden uważa, że 5+4=9, drugi twierdzi, że to nieprawda, bo 3×3=9, a jeszcze inny, że ci dwaj nie mają racji, bo przecież to 8+1=9. I nie potrafią znaleźć sposobu na to, by ogłosić światu, że istnieje całkiem sporo metod na uzyskanie liczby 9 i większość z nich się wzajemnie nie wyklucza.

Przysłuchując się tej dyskusji nie mogę się uwolnić od wrażenia, że w jednym aspekcie błądzimy dokładnie wszyscy. Wszyscy bowiem próbujemy znaleźć metodę na to, żeby zmusić innych do przestrzegania przepisów, albo sprawić, żeby nie mogli ich łamać. Moim zdaniem brniemy w ślepy zaułek, bo jeśli na jakiejś drodze można jechać 50 kmh, to prawdopodobnie można jechać też szybciej. Zgoda: utrudniajmy tę możliwość, ale nie oczekujmy, że to rozwiąże problem, bo łamanie barier – zwłaszcza sztucznych – leży w ludzkiej naturze i zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał spróbować. „Co, ja nie pojadę? A na pewno powinno tu być 50?”.

Kiedyś w jakiejś rozmowie użyłem przykładu, który okazał się skutecznie obrazować problem. Otóż ludzie starają się czasem o pozwolenie na użytkowanie broni. Mniejsza o ich motywacje, ale tak po prostu jest. Starając się o pozwolenie na używanie broni, muszą przejść szereg upierdliwych procedur i wylegitymować się znajomością określonych przepisów oraz umiejętnością posługiwania się rzeczoną bronią. W gruncie rzeczy dokładnie tak samo jest z prawem jazdy: muszę przejść określone badania, zdać egzamin z przepisów i udowodnić, że potrafię we właściwy sposób korzystać z pojazdu.

Dostając pozwolenie na broń nie dostaje się z automatu licencji na zabijanie. Dostaje się wyłącznie prawo użycia jej w ściśle określonych okolicznościach. Dlaczego więc otrzymując prawo jazdy ludziom się wydaje, że mogą użytkować pojazd w każdy możliwy sposób i w każdych okolicznościach? Facet, który wyszedłby na Marszałkowską, żeby sobie postrzelać, nawet w powietrze, bez zamiaru zranienia kogokolwiek, byłby prawdopodobnie przez wszystkich w okolicy nazwany chorym pojebem. Dlaczego więc ten sam facet, który na tej samej Marszałkowskiej rozpędza się swoją ryczącą furą do 120 kmh, jest przez większość ludzi nazywany cool gościem, a część towarzystwa robi mu z zachwytem zdjęcia?

Sztuka nie polega tylko na sprawianiu, żeby ludzie NIE MOGLI czegoś zrobić. Sztuka polega na tym, żeby tego NIE CHCIELI robić. Tak, jak większość ludzi, posiadających pozwolenie na broń, nie wychodzi sobie ot tak postrzelać. Przecież – technicznie rzecz ujmując – mogą. A jednak z różnych powodów nie chcą.

Jakiś czas temu z podobnym problemem, występującym na podobną skalę, jak u nas, borykali się Australijczycy. Imali się różnych sposobów: progi zwalniające, wysepki, obowiązek jazdy z opiekunem przez 2 lata od uzyskania prawa jazdy itd. Z czasem z pomocą przyszła im technologia, masowo instalowane fotoradary, wykorzystywanie systemów GPS itd. Do tego jeszcze sporo zmian w prawie, z kosmicznie wysokimi mandatami, zwłaszcza za kolejne wykroczenia. Nie wiem, jak wyglądały wtedy, a jak wyglądają dzisiaj ich statystyki, więc nie będę się na ten temat wymądrzał, ale z zeznań dość licznie mieszkającej tam rodziny wynika, że nawet pająki i węże nie budzą takiego lęku, jak widok listonosza z przesyłką z wydziału komunikacji. Wiem jednak, że kilkanaście lat temu Australijczycy zrealizowali pewną kampanię, o której mówili tam wówczas niemal wszyscy i która walnie przyczyniła się do tego, że Aussie przekraczać prędkości na ogół po prostu nie chcą.

Kampania nosiła tytuł „Pinkie” i promowała z pozoru niewinny gest, który niósł ze sobą dość konkretny przekaz: „pewnie ma małego i musi sobie kompensować szybką i niebezpieczną jazdą”. Zresztą… klipy latają do dziś po sieci i można sobie obejrzeć:

W reklamowym światku ten przykład też raz po raz wypływa, bo pomysł zdobył sporo nagród i do dziś jest jednym z nielicznych przykładów skutecznej kampanii, zbudowanej na pozytywnym przekazie, zamiast epatowania przydrożnymi krzyżami, śmiercią z kosą, zniczami i innymi tego typu precjozami, które do refleksji mogą skłonić wyłącznie księgowego, robiącego przelew za te smutne produkcje. Jak kto ciekaw, jak to było zbudowane, na jakie obszary mózgu działało i dlaczego ostatecznie zadziałało, można sobie poczytać tutaj.

Wracając na nasze podwórko i do niekończących się dyskusji o poprawie bezpieczeństwa na naszych drogach, to jest jeszcze jeden element, który się w tym wszystkim dość mocno wybija: wszyscy chcemy coś zrobić, ale najlepiej, żeby coś więcej zrobili inni. Przy tym wszystkim dochodzi czasem do absurdów, bo jak się czyta niektóre wypowiedzi, to można się natknąć na taką ekwilibrystykę, z której wynika, że drogi powinny być szersze, żeby nie było korków, ale węższe, żeby ludzie jeździli wolniej. Z podniesieniem kwot mandatów też już nie taka prosta sprawa, bo niby wszyscy się zgadzają, że te obowiązujące już ponad dwie dekady budzą bardziej śmiech niż trwogę, ale niech no który poseł podniesie za tym rękę, to już na pewno więcej na niego nie zagłosujemy. Fotoradary – wiadomo: powinno być ich jak najwięcej, ale to maszynki do wyciągania kasy z kieszeni kierowców. Totalna schizofrenia.

Fajnym przykładem, jak to działa w praktyce, były niedawne próby wprowadzenia tzw. „zielonej strefy” na krakowskim Kazimierzu. Najpierw wszyscy gromko przytaknęli, gdy ktoś zdiagnozował problem, że ta turystyczno-imprezowa dzielnica jest zastawiona samochodami w stopniu już dawno przekraczający zdrowy rozsądek. Co należy zrobić? Wyrzućmy samochody z Kazimierza! Ale tam jeździ sporo meleksów z turystami, a jak ich ubędzie, to biznes przestanie się kręcić. No to wymyślmy, że elektryczne mogą jeździć. Ale nie ma elektrycznych dostawczaków, a towar do knajpy trzeba jakoś dowieźć. No to dostawcze też niech wjeżdżają. Ale jak my właściwie wniesiemy nasze zakupy? Jak przywieziemy dzieci ze szkoły? Jak dowieziemy babcię do szpitala? I na tym skończyły się konsultacje i zostało po staremu. Aż żałuję, że nie zrobiłem foty tablicy z zielonym samochodem, oznaczającej początek „zielonej strefy”. Nie wiem, czy wisiała tam dwa tygodnie.

Konkludując: fajnie, żeby wreszcie ludzie przestali na ulicy zabijać innych. Tylko zanim to nastąpi powinniśmy chyba sami zrozumieć, że to w naszych głowach powinna się najpierw dokonać ta zmiana. Bo raczej nie mam powodu podejrzewać, że mój kumpel będzie jeździł przepisowo i przepuszczał staruszki na przejściu, jeśli cmokam z zachwytem nad każdym koniem mechanicznym w jego wypasionej bryce, a informację o przyspieszeniu kwituję przeciągłym „ojacjenjepjerdoooolę”.

Pora dorosnąć i nauczyć się traktować samochód jak narzędzie do przemieszczania z miejsca na miejsce, a nie jak przedłużacz na… pinkie. Może wtedy będzie łatwiej zmienić wszystko inne.

Foto: zajumane ze strony mvmm.com.au

(Za)duma.

Są takie momenty, w których najwłaściwiej jest po prostu milczeć. Przeczekać, aż przetoczą się pełne patosu akty żalu, teorie, wymyślane na poczekaniu przez domorosłych specjalistów od wszystkiego, kipiące poczuciem wyższości „dobre rady”, czy wreszcie rozpaczliwie wołające o kliknięcie tytuły w serwisach, przechodzących siebie w kombinowaniu, jak tu podzielić włos na czworo i z maską troski na twarzy wycisnąć jeszcze kilka odsłon i reklamowych grosików.

Są takie momenty, w których zwyczajnie odechciewa się bycia częścią tego paskudnego świata. Wtedy najlepiej jest posiedzieć w ciszy. Bo i o czym tu mówić? Przegadać śmierć? Nonsens.

Nigdy nie widziałem w sporcie czegoś tak smutnego, a jednocześnie tak pięknego, jak wczorajszy etap Tour de Pologne z Jaworzna na Kocierz. I chociaż wiem, że to nie jest najwłaściwsze na tę okoliczność słowo, to nie znajduję niczego bardziej odpowiedniego: czułem po prostu dumę.

Ktoś kiedyś powiedział, że jak nie wiesz, jak powinieneś się zachować, zachowaj się po prostu przyzwoicie. Tak zachowali się wczoraj organizatorzy Tour de Pologne, zdejmując i zasłaniając wszystkie reklamy, neutralizując – w porozumieniu z zawodnikami – etap i nie przerywając wyścigu, ale pozwalając mu dojechać do mety, w kierunku której zmierzał również Bjorg Lambrecht. Tak zachowali się wczoraj kibice, którzy liczyli przecież na zabawę, festyn i widowisko, a zamiast tego, z przewiązanymi żałobnym kirem flagami i naprędce namalowanymi numerami Belga, stanęli wzdłuż drogi i w milczeniu odprowadzali wzrokiem smutny peleton.

Mignęło mi gdzieś w poniedziałkowy wieczór wypowiedziane przez Czesława Langa zdanie, że 76. edycja Tour de Pologne będzie się wszystkim kojarzyła już tylko z tym nieszczęśliwym wypadkiem. To nieprawda. Będzie się kojarzyła z młodym Belgiem, który stracił tu życie i z tysiącami Polaków, którzy stanęli przy trasie, by go pożegnać i oddać mu hołd. I z numerem 143, którego już nigdy nie zobaczymy na trasie tego wyścigu.

Jakiś czas temu napisałem, że moim zdaniem wyścigowi Tour de Pologne brakuje legendy. Nie mamy ikonicznych alpejskich szczytów, nie mamy flandryjskich bruków, nie mamy toskańskich „białych dróg”, a nade wszystko nie mamy tradycji, bo tę na długie lata „zagrabił” Tour de Pologne Wyścig Pokoju. Nasz wyścig musi budować swoją legendę od nowa, przez własnych bohaterów i własne historie. Również te tragiczne, jak śmierć Bjorga Lambrechta. Ale przede wszystkim te piękne, jak etap, którym go wyścig pożegnał.

Ale powinniśmy w sobie pielęgnować te obrazy nie tylko dla Tour de Pologne, ale przede wszystkim dla siebie. Bo w takich gestach, w takich chwilach i w takiej ciszy, zdajemy się być nieco lepszymi ludźmi, niż w tym nieustannym jazgocie, przez który rozpaczliwie (i nie zawsze mądrze) każdego dnia próbujemy się przebić.

Foto: Szymon Gruchalski / Tour de Pologne