Najpierw jajko, potem kura. Złote jajka na samym końcu…

Kilka miesięcy temu jeden z moich znajomych zwrócił się do mnie z prośbą o pomoc w stworzeniu oferty sponsorskiej dla małego, lokalnego klubu, w którym trenuje jego syn. Sprawa nie wygląda najgorzej, bo klub jest, boisko jest, trener jest i nawet od czasu do czasu zdarza się chłopakom gdzieś wyjechać na mecz. Nawet dresy chyba mają klubowe i jakiś sprzęt do ćwiczeń. Ale już na przykład masażystę to widzieli tylko w telewizorze, przy okazji Ligi Mistrzów, a w temacie odżywek i suplementów nie są do końca pewni, czy jak widzą w Żabce baton z napisem „protein bar”, to może być? Może nie są to zupełnie podstawowe rzeczy, ale skoro chłopaki się w tę zabawę angażują, to w sumie co im szkodzi mieć?

Spoko, nie ma sprawy, tylko potrzymaj mi kota i powiedz, co też ja takiemu potencjalnemu sponsorowi – poza ewentualną fakturą – mógłbym zaproponować w ramach jego sponsorskich świadczeń? Nie wiedział, więc odesłał mnie do właściciela klubu.

Dzwonię, przedstawiam się, mówię w czym rzecz i kto mnie przysłał, a po drugiej stronie słyszę sapanie, że no tak, to prawda, tylko on nie jest do końca pewien, czy mamy o czym rozmawiać, bo z tymi rodzicami to tak jest, że teraz im zależy, ale za chwilę dzieciak skończy szkołę, pójdzie sobie gdzieś indziej i rodzicowi będzie już zależało na czymś innym. Oczywiście, jak mam ochotę dostarczyć mu trochę gotówki, to on chętnie przyjmie i coś mi za to zaproponuje, może jakąś bandę na boisku, albo coś, ale teraz to on nie wie, bo się nigdy nad tym nie zastanawiał. O, w sumie jak już chcę, to mogę mu zrobić taką ofertę, jak ma jeden klub z miasta X, bo to się mu podoba, a oni to chyba nawet mają dedykowanego do takich zadań człowieka.

Obejrzałem sobie stronę rzeczonego klubu z miasta X, a później jeszcze kilkadziesiąt innych i na dobrą sprawę wszystkie one miały dwa elementy wspólne: na niemal wszystkich była imponująca galeria nikomu nie znanych sław, których noga miała szczęście w owym klubie stanąć. I na żadnej z nich nie było ani słowa o przyszłości, misji, celu działania – nic z tych rzeczy. Wrażenie miałem mniej więcej takie, jak po wejściu na przydrożny cmentarz – równie pełen nazwisk, które postronnemu nic nie mówią i równie jałowy w nadzieję na lepsze jutro.

I tu jest – nomen omen – pies pogrzebany. To, co mnie najmocniej uderzyło w tej rozmowie, to perspektywa jutra, która kończy się z chwilą opuszczenia przez dzieciaka szkoły.

Jak się dobrze zastanowić, to dokładnie w ten sposób funkcjonuje to na wszystkich poziomach: liczy się wyłącznie tu i teraz, a inwestowanie w przyszłość nie ma większego sensu, bo ta przyszłość najprawdopodobniej zmaterializuje się już w innym miejscu, więc nie ma najmniejszego sensu robić innym dobrze. A stąd już bardzo blisko do konkluzji, że pojawienie się w takim lokalnym klubie jakiegoś talentu to w gruncie rzeczy problem, bo trzeba w jego rozwój więcej inwestować, a on na koniec i tak pójdzie gdzieś indziej, w najlepszym razie zasilając listę znanych wychowanków, którymi klub się chwali w internecie. I tu historia zatacza koło.

Bardzo mi się podoba inicjatywa ministra sportu, który wdrożył w życie program nagradzania pierwszych trenerów, ale umówmy się: to zaledwie kropla w morzu potrzeb i to tylko jeden z wielu drobnych elementów, który może wpłynąć na poprawę sytuacji w polskim sporcie. Takich programów powinno być znacznie więcej, z systemem wynagradzania lokalnym klubom kosztów łowienia i rozwijania talentów na czele.

W Żywcu, z którego pochodzę, swego czasu rozbłysł talent Piotrka Haczka, jednego z naszych „złotych” czterystumetrowców. Jakimś sobie tylko znanym sposobem w chuderlawym i szczerbatym „Ziupie”, jak go nazywaliśmy w drużynie harcerskiej, Bogusław Wyleciał zobaczył potencjał na lekkoatletę. Dziś już nawet nie pamiętam, co to był za klub, prawdopodobnie któryś MKS (Międzyszkolny Klub Sportowy) – postpeerelowski relikt, w które obfitowała wówczas cała sportowa Polska. Trener miał nosa, zawodnik osiągnął szczyty, ale dla lokalnej społeczności skończyło się to zasadniczo niczym. Wszystko, co zostało po Piotrku w Żywcu, to kilka emocjonujących chwil przed telewizorami i pewnie kilka dyplomów. Nikt nie pociągnął za jego przykładem młodych ludzi, nikt nie zbudował wokół lekkoatletyki choćby najmniejszej lokalnej społeczności. Dla niej wybudowano pływalnię – czynną cały rok i współfinansowaną przez UE. I to by było na tyle, jeśli idzie o lokalne benefity z wychowania – jakby nie patrzeć – światowego formatu sportowej gwiazdy. (Na marginesie: dziś Piotrek rozwija lekkoatletykę w… Danii).

Czasem mam wrażenie, że „reset”, którego minister oczekuje od Polskiego Związku Kolarskiego, przydałby się tak naprawdę we wszystkich związkach i we wszystkich dyscyplinach. Kiedyś sobie tłumaczyliśmy, że starsze pokolenie, które nie odnajduje się w nowej rzeczywistości, w naturalny sposób musi odejść, żeby zmieniło się w Polsce myślenie o sporcie. I faktycznie: z jednej strony zmieniło się sporo: ludzie dostrzegli w końcu korzyści, płynące z aktywności fizycznej i biegający po parkowych alejkach, albo kręcący na rowerze na szosie przestali już wzbudzać niezdrową sensację. Ale na poziomie organizacyjnym polski sport zrobił moim zdaniem krok wstecz i poza kilkoma aktami strzelistymi w postaci imprez biegowych (głównie z inicjatywy sponsorów) i coraz większą liczbą imprez kolarskich (często z inicjatywy byłych kolarzy oraz paru zapaleńców), na poziomie lokalnym nie dzieje się właściwie nic więcej. A i tutaj, gdzie się coś dzieje, częściej zamiast integrować lokalną społeczność, budzi dyskusje i spory o zamykanie ulic. Tymczasem bez zmiany mentalności na poziomie lokalnej społeczności w polskim sporcie nie zmieni się zupełnie nic. Tylko w tym celu trzeba jednak przestać odkurzać dawne dyplomy i spojrzeć w kierunku przyszłości. Bez tego medale będą się nam nadal tylko przytrafiać, a my nadal będziemy wylewać swoje frustracje na Twitterze. I tak bez końca.

No dobra. Pora kończyć to marudzenie, bo poza tym, że sobie trochę obniżę ciśnienie, niewiele to zmieni. Czas wracać do kolarstwa, bo nasze chłopaki ze Sky i BORA-hansgrohe napierają, a już za niespełna tydzień Strade Bianche, czyli sezon na pełnej petardzie 😉

Baloniku nasz malutki…

„Krystyna Guzik nie chciała rozmawiać z dziennikarzami po nieudanym biegu sztafetowym. Oskarża media o krzywdzenie biathlonu” – czytałem dziś w serwisach i uśmiechałem się pod wąsem. Nieudanym? Serio? Oglądaliśmy te same zawody? Ja – owszem – słyszałem, jak Krzysztof Wyrzykowski krzyknął, że „wszystko przepadło!”, ale to nie było po zmianie Weroniki Nowakowskiej, tylko po pierwszym strzelaniu Krystyny Guzik. To prawda: chwilę później mieliśmy olbrzymią szansę na wspaniały sukces, ale była ona w najwyższym stopniu wynikiem splotu szczęśliwych okoliczności. Bynajmniej nie „udanego” biegu. Bo ta sztafeta była po prostu na miarę naszych obecnych możliwości, ani wiele mniej, ani wiele bardziej udana od tego, czego spodziewaliśmy się jeszcze w południe polskiego czasu.

Skąd się więc nagle wziął ów „nieudany” wyścig? Ano właśnie… To chyba powinno być pytanie skierowane do nas: do mediów. To my, bardziej lub mniej świadomie, nieustannie pompujemy ten balon oczekiwań, a kiedy pęka, jesteśmy z dziecięcą szczerością zadziwieni, że znów się nie udało, a kibice są rozczarowani.

Ostatnim wielkim sukcesem, który pamiętam z lat szczenięcych, było trzecie miejsce naszych piłkarzy w hiszpańskim mundialu. Później przez trzy i pół dekady byłem karmiony opowieściami o „matematycznych szansach na awans”. Zdążyłem przywyknąć. Ale dzisiaj żyjemy w czasach gloryfikacji każdego sukcesu i jego natychmiastowej gratyfikacji setkami lajków i udostępnień. Zapominamy o tym, że dziś mówimy do zupełnie innych odbiorców. Traktujemy sukces jak zestaw memów: publikujemy prognozy, szacunki i przewidywania, jedno za drugim, wciągając w tę grę naszych odbiorców. A na końcu ktoś im odbiera zabawkę. Kto? A to już nie my. To sportowcy. Tworzymy przestrzeń do hejtu, który na końcu spływa prosto na nich.

Pod moimi relacjami z kolarskich wyścigów na Sport.pl często udziela się kilku dyżurnych „fachowców”, dzielących się aktami strzelistymi o „dekownikach”, czy uczestnikach „wyścigu równoległego”. Dlaczego? Bo nikt ich nigdy nie nauczył, na czym ten sport właściwie polega. Że to jest dyscyplina drużynowa (choć zwycięstwo jest indywidualne, co dodatkowo komplikuje temat), że każdy człowiek w teamie ma bardzo precyzyjnie określone zadania do wykonania, że na każdy odcinek wyścigu ustala się precyzyjną strategię i tak dalej. Ale przede wszystkim: nikt im nie mówi, że to jest sport, czyli cholernie ciężki kawałek chleba, w którym nie zawsze nagroda jest adekwatna do włożonego wysiłku. I że trzeba mieć jeszcze masę szczęścia. Zamiast tego roztaczamy wizje o tym, że wszystko zostało przygotowane właśnie z myślą o tym wyścigu i że – jak wszystko pójdzie dobrze – to tym razem powinno się udać. I tak z wyścigu na wyścig, bo w sporcie rzadko zdarzają się sytuacje, w których wszystko idzie dobrze.

Zbyt rzadko o tym mówimy, zbyt mało miejsca poświęcamy na wyjaśnianie mechanizmów, które działają w sporcie i które – o ironio! – sprawiają, że sport jest właśnie dlatego pasjonujący, że to porażki są jego codziennością, a zwycięstwa się tylko zdarzają. Czasem częściej sportowcom wybitnym, ale tacy trafiają się niezwykle rzadko i w niezwykle sprzyjających okolicznościach. Dziennikarzy, którzy sport kibicom tłumaczą, przybliżają i czynią bardziej zrozumiałym, można policzyć na palcach, być może nawet starczyłoby jednej ręki. Większość weszła w rolę sportowych wodzirejów, dbających głównie o to, żeby kibice dłużej byli uśmiechnięci i częściej włączali się do zabawy. I obawiam się niestety, że dopóki nie wyzwolimy się spod dyktatu klików, polubień i share’ów, to szybko się to raczej nie zmieni.

Szkoda mi oczywiście tego, że nie udało się dziś naszym biathlonistkom wykorzystać szansy, jaka się zupełnie niespodziewanie pojawiła. Ale bardziej mi szkoda tego, że teraz znacznie trudniej im będzie wyciągnąć z tej porażki jakieś pozytywne wnioski na przyszłość, gdy wynik, jeszcze parę godzin temu brany nieomal w ciemno, teraz określamy jako „nieudany występ”. Mam w sobie jakieś głębokie przekonanie, że traktujemy naszych sportowców potwornie niesprawiedliwie. Na to sobie raczej nie zasłużyli. Jestem też zdania, że medale i miejsca w klasyfikacji to nagroda za sportowców za robotę, którą wykonują. Dla kibiców są emocje. A na ich brak w olimpijskiej sztafecie raczej nie powinniśmy narzekać. Owszem, pozostał jakiś niedosyt. Ale raczej powinniśmy do niego przywyknąć, zamiast wystawiać za niego rachunki sportowcom.

Ile wydajemy, a ile nam się wydaje?

A może jednak to kibice mają rację? – pomyślałem, śledząc dyskusje na temat występów polskich olimpijczyków. W końcu tak wielu sportowców deklaruje uprawianie sportu przede wszystkim dla kibiców, że być może, skoro ci ostatni są niezadowoleni, jakimś rozwiązaniem byłoby dopasowanie się do potrzeb rynku? Może sportem również rządzą prawa popytu i podaży?

Przypomniałem sobie wówczas, że jakiś czas temu, przygotowując materiał na temat sponsoringu w sporcie (gdyby to kogoś interesowało, to jest do znalezienia tutaj), przeglądałem trochę informacji na temat popularności dyscyplin sportowych i ich atrakcyjności dla potencjalnych sponsorów. Spróbowałem pójść tym tropem, ale „im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”. Czym gorętsze deklaracje uprawiania sportu dla kibiców, tym mniej to kibiców interesuje. I odwrotnie. Zupełnie jak w tym starym dowcipie o warunkach pracy w Polsce: my udajemy, że pracujemy, a pracodawcy udają, że nam płacą.

Lektura deklaracji kibiców na temat oglądalności sportu, a w szczególności sportów zimowych, jest naprawdę pasjonująca. Na przykład z badania ARC Rynek i Opinia sprzed dwóch lat wynika, że co czwarty Polak (24%) interesuje się sportem w stopniu wysokim. Trudno powiedzieć, co dokładnie oznacza to sformułowanie, ale zakładam, że zainteresowanie „w stopniu wysokim” to może niekoniecznie wyrywkowa znajomość wszystkich wyników z ostatniej dekady, ale przynajmniej próba bycia w miarę na bieżąco z aktualnymi wydarzeniami. W tym świetle dość zabawnie brzmi informacja, że najpopularniejszym sportowcem w kraju, którego co czwarty mieszkaniec interesuje się sportem „w stopniu wysokim”, jest wciąż Adam Małysz (wg badania za 2017 rok, opublikowanego niespełna trzy tygodnie temu).

Te deklaracje wyglądają jeszcze ciekawiej, jeśli wziąć pod uwagę zainteresowanie poszczególnymi dyscyplinami. Tak to wyglądało w badaniu ze stycznia 2016 r.:

Zrzut ekranu 2018-02-21 08.54.00

Już 10% uczestniczenie w zawodach piłki ręcznej daje do myślenia, a czym dalej, tym jest ciekawiej. Najzabawniej chyba w przypadku Formuły 1, która w 2015 roku (tego dotyczy badanie) transmitowana była na kanałach Polsat Sport i Polsat Sport Extra, notujących niespełna 1% udziału w widowni telewizyjnej. Ale deklarację oglądalności złożyła ponad połowa badanych, a aż 4% z nich oświadczyło, że oglądało wyścigi z trybun. W piątym sezonie bez udziału Roberta Kubicy w stawce. Gdyby Justyna Kowalczyk zdawała sobie sprawę, że gromadzi widownię tylko o 1/3 mniejszą od tłumów pod Wielką Krokwią, być może namówiłaby do wytężonej pracy jeszcze kilka swoich utalentowanych koleżanek. Dziwnym trafem tak się nie stało. Ciekawe dlaczego?

Gdyby się opierać o deklaracje kibiców, to we wszystkich sportach zimowych bylibyśmy prawdziwą potęgą, no bo jak tu sobie nie poradzić w kraju, w którym 1/3 mieszkańców deklaruje oglądanie narciarstwa alpejskiego (relacje w Eurosporcie, mającym 0,35% udział w rynku TV (listopad 2017)), lub łyżwiarstwo szybkie, które nie wiem – nie sprawdzałem, czy jest relacjonowane gdziekolwiek? (Edit: jest w TVP Sport). Dziwne w sumie, że nie ma mowy o saneczkarstwie, a mam wrażenie, że w programie TV jest często gdzieś bardzo blisko biathlonu. No, ale może kibice idą wtedy po herbatę?

Zrzut ekranu 2018-02-21 10.07.53

Naturalną konsekwencją zainteresowania daną dyscypliną jest zaangażowanie w nią sponsorów. W sumie normalna sprawa: jeśli coś przykuwa uwagę ludzi, to natychmiast trzeba tam przykleić swoje logo, bo wtedy mamy fejm, wdzięczność i oczywiście udział własny w sukcesie. Gdyby więc rzeczywiste zaangażowanie odzwierciedlało deklaracje, składane przez kibiców, to nie tylko Adam Małysz i Justyna Kowalczyk (jak się dziś wydaje kibicom), ale również pozostali olimpijczycy opływaliby w luksusy. Tymczasem rodzina Michała Kłusaka na przygotowania do występów w Korei wydała podobno spory majątek, a właśnie czytam, że Sylwia Jaśkowiec narty do sprintu pożyczała od Justyny. Co zatem poszło nie tak?

Według ubiegłorocznego raportu Sponsoring Insight zaangażowanie sponsorów w poszczególne dyscypliny wygląda mniej więcej tak:

Zrzut ekranu 2018-02-21 09.47.51

Na wszelki wypadek, gdyby ktoś zgłaszał wątpliwość, że to tylko 10 najpopularniejszych dyscyplin, a jest przecież cała reszta, od razu dodam, że ta „cała reszta” lekko w życiu raczej nie ma:

Zrzut ekranu 2018-02-21 09.48.15

Konkluzja jest więc taka, że albo sponsorzy nie nadążają za zainteresowaniem kibiców, albo tym ostatnim więcej się wydaje, niż w rzeczywistości się interesują.

Doświadczenie i intuicja podpowiadają mi raczej tę drugą możliwość. Po pierwsze dlatego, że żaden sponsor, który w podejmowanych decyzjach kieruje się przede wszystkim biznesową korzyścią, nie przepuściłby okazji do zmonetyzowania zaangażowania odbiorców, gdyby tylko ono miało wymiar rzeczywisty, a nie deklarowany. Tymczasem, o ile bez trudu jesteśmy w stanie policzyć ilu kibiców staje na widowni pod skoczniami w Wiśle lub Zakopanem, o tyle nie tak łatwo znaleźć choćby trasę biegową, o biathlonowej strzelnicy nie wspominając, wzdłuż których ustawiają się podobne tłumy. O zawodach alpejskiego Pucharu Świata w Polsce zdążyli już zapomnieć nawet najstarsi górale.

Po drugie dlatego (choć to już temat na odrębną opowieść), że cały problem z badaniem preferencji kibiców opiera się nie tyle o ich rzeczywiste zaangażowanie w kibicowanie danej dyscyplinie, ile głównie o ich opinię na własny temat: „ja się interesuję, ja oglądam, ja uczestniczę, a nawet gdyby nie miało to nic wspólnego z rzeczywistością, to ja się dobrze czuję z moim przekonaniem o tej sytuacji”. Czyli jest to bardziej wyraz aspiracji, niż faktycznego zaangażowania.

I tu jest cały pies pogrzebany: rzeczywistość w polskim sporcie jest niestety bardzo daleka od tego, jak ją sobie wyobrażają kibice. Podejrzewam, że gdyby poskrobać mocniej, to bardzo ciekawe wnioski można by wyciągnąć z kibicowskich wyobrażeń na temat zarobków sportowców, kształtowanych głównie informacjami o kontraktach topowych piłkarzy. Tymczasem sportowa codzienność znacznie bliższa jest tych pożyczanych nart, niż latania na zawody business-klasą.

(Foto otwierające ukradłem ze strony tvp.pl, proszę o łagodny wyrok 😉

Źródła: ARC Rynek i OpiniaSponsoring Insight

Taka piękna katastrofa…

Awantura z pewnym tweetem, którym jeden niezbyt rozgarnięty polityk postanowił „uczcić” sukces Kamila Stocha, podsunęła mi pewien pomysł. Otóż może by tak państwo politycy, w przypadku sportowych porażek, zaczęli się zachowywać dokładnie tak samo, jak to mają w zwyczaju przy okazji innego rodzaju nieszczęść?

Pogratulować zwycięstwa postem na Facebooku lub Twitterze jest łatwo. Napisać „nic się nie stało” również. Ale gdyby tak pan poseł z panią posłanką pojechali na przykład do jakiegoś klubu narciarskiego ze stropioną miną i pytaniem „co tu u was zaszło?”, albo „skąd ta klęska na kolejnej imprezie?”. Myślę, że mają to opanowane do perfekcji, więc na zdjęciach wyszłoby całkiem naturalnie. Ale przy okazji dowiedzieliby się może, a wraz z nimi cała kibicowska Polska, że po te olimpijskie medale to nam trudno sięgać nie dlatego, że nam Bozia dała za krótkie ręce, tylko z powodu tego, że sportowa kołdra niemal zawsze i niemal wszędzie jest za krótka?

Może odwiedziliby przy okazji jakąś szkołę i zobaczyli na własne oczy lekcję wuefu na korytarzu, bo sala gimnastyczna jest akurat udekorowana na kolejną rocznicę urodzin papieża, albo historyczną akademię ku czci poległych? Nie mam rzecz jasna nic przeciwko historycznym bohaterom, ani tym bardziej przeciw papieżowi, ale jak już sobie zadajemy pytania o przyczyny słabych występów naszych sportowców, a minister sportu mówi jasno, że musimy poczekać na efekty pracy u podstaw, to pozwolę sobie na pewien sceptycyzm w oczekiwaniu na te efekty, bo odnoszę wrażenie, że akurat „u podstaw” z roku na rok jest coraz gorzej.

Skoro więc nasi decydenci wprawili się już w szybkim reagowaniu na susze, powodzie, huragany i inne klęski żywiołowe, to może uda im się wykorzystać te umiejętności do reagowania na niechybną posuchę przyszłych olimpijskich medalistów? Jakoś zniosę te strapione sztucznie miny. Byle gdzieś na końcu rzeczywiście ktoś się przejął.

Podwójne życie Weroniki

Ostrzegam: będę używał wulgaryzmów.

Bo żeby wysyłać do sportowca prywatne wiadomości z wyzwiskami, trzeba być naprawdę zdrowo pojebanym. Wcale się nie dziwię, że Weronice Nowakowskiej pękła żyłka. Bardziej się dziwię tym wszystkim, którzy na nią za to wsiedli. Tak, to prawda, że przekroczyła pewną granicę, której reprezentantowi przekraczać nie wypada. Ale bycie sportowcem nie oznacza, że się człowiek z automatu zrzeka prawa do własnych emocji, a przyznaje je tym, którzy sobie z emocjami nie radzą.

Bardzo polecam tę rozmowę, bo pokazuje ona w pełnej krasie patologię, jaka panuje w polskim sporcie: wieczne niedoinwestowanie, fastrygowanie braków czym popadnie, technologiczną i szkoleniową zapaść. Ale przeciętny Janusz widzi wielkie stadiony, Orliki oraz aquaparki i żyje w głębokim przekonaniu, że zainwestował w kariery sportowców już tyle pieniędzy, że właściwie do każdego zawodnika powinien mieć prywatną czerwoną linię, żeby móc o dowolnej porze dnia i nocy zadzwonić i wyartykułować pretensję, że mu reprezentant nieudanym występem zepsuł humor oraz plany, bo on już się raczył z kolegami przy piwie umówić na wspólne śpiewanie hymnu.

Kilka lat temu z moim serdecznym przyjacielem podjęliśmy się zadania znalezienia sponsora dla Polskiego Związku Biathlonu i reprezentacji. To był sezon po tym, jak Krystyna Guzik zdobyła wicemistrzostwo świata, a pozostałe dziewczyny zaczęły regularnie punktować w Pucharze Świata. W życiu nie realizowałem bardziej beznadziejnego zadania. W życiu tak bardzo nie poległem jak w chwili, kiedy jeden pan powiedział, że jak już zaczną te puchary i mistrzostwa zdobywać regularnie, to on się zastanowi. Inny zapytał całkiem serio, czy bieganie z karabinem jest legalne, a wiadomość, że jest to sport olimpijski, osobiście przy mnie weryfikował w Wikipedii. Daliśmy sobie spokój z całą zabawą w marketing sportowy, bo w naszych warunkach kojarzył się on wyłącznie z umieszczeniem reklamy na stadionowej bandzie. Ale oczekiwania były niezmienne: najpierw zwycięstwa. Najlepiej dużo. I dużo fotografii zawodników z prezesami, którzy się zastanowią.

Polecam lekturę rozmowy z Weroniką, bo wszystko, o czym mówi, widziałem na własne oczy. Za to, że jeszcze w ogóle się im chce w to angażować tyle sił i środków, szczerze ich wszystkich podziwiam.

Zrzut ekranu 2018-02-19 13.37.30

http://www.sport.pl/zimowe/56,64996,23038699,pjongczang-2018-weronika-nowakowskia-dla-sport-pl-dzis-jestem.html

Foto: Sport.pl

 

Za nasze! A jakże!

Słabo mi idzie w tym roku oglądanie relacji z Igrzysk Olimpijskich, ale w miarę możliwości na bieżąco śledzę źródła pisane, żeby być w temacie. Oraz przyglądam się ogólnonarodowej wrzawie pt. „jeżdżo za nasze i przegrywajo”.

Strasznie mnie bawi ta dyskusja, choć z drugiej strony pokazuje w jasnym świetle, jak łatwo jest nam dzisiaj poruszać się w świecie półprawd, niedomówień oraz wyobrażeń, mających niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Zacznijmy od tego, że wysłaliśmy tam 58-osobową reprezentację, oczywiście z nadziejami na kilka medali. Z nadziejami na wyrost, bo poza dopieszczanymi przez PZN i sponsorów skoczkami, cała reszta polskich sportów zimowych do zabawa bardziej dla desperatów, niż sportowców. Media żyły przez chwilę sprawą Michała Kłusaka, który za własne (niemałe) pieniądze przygotowywał się do Igrzysk i niemal do ostatniego dnia, mimo osiągnięcia kwalifikacyjnego minimum, nie był pewien wyjazdu do Korei. Ale takich przypadków jest więcej i to nie tylko w sportach, o których mało kto w Polsce w ogóle słyszał. Nawet Justyna Kowalczyk, która jest w polskim sporcie wielką marką, trenuje na własną rękę (już od lat zresztą). Jak kilka lat temu pracowaliśmy nad ofertą sponsorską dla Polskiego Związku Biathlonu, to większość klientów robiła wielkie oczy i pytała, o co właściwie chodzi, a trafili się i tacy, którzy pytali czy bieganie na nartach z karabinem na pewno jest legalne i czy to nie jest promocja przemocy? Mniej więcej taką mamy w Polsce świadomość sportów zimowych. Nie mam pojęcia, gdzie trenują saneczkarze i bobsleiści, ale nie byłbym szczególnie zdziwiony, gdyby się okazało, że na zjeżdżalni w aquaparku, bo akurat tego nabudowaliśmy na potęgę.

No ale jedziemy po medale, a idea olimpijska została w gablocie w PKOl. Jak sobie pozwoliłem na komentarz u Tomka Smokowskiego, że moim zdaniem warto wysyłać sportowców na Igrzyska nawet po to, żeby pokazać ludziom wartość zdrowej rywalizacji w duchu pokoju, bez wzajemnej nienawiści i niszczenia się za wszelką cenę, zostałem ostentacyjnie obśmiany i sprowadzony na ziemię, że od tego to są biura podróży.

Bo w świadomości większości Polaków wciąż tkwi głębokie przekonanie, że reprezentacje narodowe są finansowane z budżetu, a przydział olimpijskich kwalifikacji to wstępna deklaracja medalowa. Zdaję sobie sprawę, że ustawa budżetowa to nie jest ulubiona lektura do poduszki, ale w czasach internetu wyguglanie sobie informacji o tym, ile państwo przeznacza na sport wyczynowy, zajmuje jakieś 17 sekund. A przeznacza – uwaga! – 142,5 mln złotych w 2018 roku. Czyli każdy podatnik do sportu wyczynowego dołożył jakieś 5 złotych. Na cały rok. Na cały sport. Jak to przeliczyć na jednego olimpijczyka, to wyjdzie coś około pół grosza. No dobra, Stochowi daruję, ale już Piotrkowi Żyle to chyba wyślę fakturę.

Oczywiście w tym miejscu pojawia się nieśmiertelny argument: „Tu cię mam, panie Czykier! Bo polski sport finansują w pierwszej kolejności spółki skarbu państwa! Czyli jednak jeżdżą za nasze!”. Cały się kulę i słaniam na nogach, porażony siłą tego argumentu, ale na szczęście w ostatniej chwili sobie przypominam, że zaraz zaraz… przecież spółki skarbu państwa są powołane po to, żeby do budżetu kasy dosypywać! Nie są z niego utrzymywane! Ich wydatki na sponsoring sportu są realizowane między innymi po to, żeby mogły zarabiać więcej i żeby przeciętny Kowalski nie musiał więcej dokładać do mrożących krew w żyłach eskapad pani Kępy, pędzącej na ratunek uchodźcom w pięciogwiazdkowym hotelu. A już najbardziej rozkładające na łopatki jest umieszczanie na tej liście Totalizatora Sportowego, którego statutowym celem jest wspieranie sportu w Polsce.

Ale taką właśnie mamy świadomość. Nieważne są fakty, ważne jest, jak sobie Janusz wyobraża finansowanie sportu. Jeśli więc Janusz wysłał swojego reprezentanta na igrzyska… o, pardon: jeśli Janusz wysłał swojego reprezentanta „na olimpiadę”, to reprezentant jest zobowiązany przynieść Januszowi w zębach medal (wyłącznie złoty, bo srebrny to już porażka) i dumnie prężyć się przy słuchaniu hymnu (przy czym trzeba mieć zawsze pendrive’a z odpowiednią wersją, bo wrogie siły przeciwne Polsce potrafią się porwać nawet na tę świętość). Przecież Janusz płaci za te fanaberie garstki ludzi w obcisłych gatkach, to Janusz może mieć wymagania.

Obrazek ilustrujący niniejszą opowieść zajumałem od Andrzej Rysuje, ale w moim przekonaniu najdoskonalej oddaje on tę sytuację.

Zrzut ekranu 2018-02-15 10.59.47

Sprawa Rafała Majki – podejrzenie czy plotka grozy?

W niedzielne popołudnie większość polskich serwisów informacyjnych obiegła informacja o rzekomym stosowania dopingu przez Rafała Majkę. Rzekomo miało to miejsce około 8 lat temu, rzekomo miał przyjmować testosteron, rzekomo podawany przez ówczesnego trenera. „Rzekomo” – to słowo-klucz do zrozumienia całej sprawy, która rzekomo dotyczy Rafała, choć tak naprawdę jest to tylko niewielki odprysk zupełnie innej sprawy. Czy groźny dla polskiego kolarza? Mało prawdopodobne.

Całość tutaj: http://www.sport.pl/kolarstwo/7,64993,23016393,sprawa-rafala-majki-podejrzenie-czy-plotka-grozy.html