Niezgoda

Pewien człowiek kupił sobie samochód. Długo na niego pracował, marzył, wybierał, czekał. W końcu obiekt jego westchnień stanął na podjeździe, piękny i lśniący. Szczęśliwego posiadacza rozpierała duma. Do czasu, aż na podjeździe u sąsiada stanął podobny.

To, co dotychczas było powodem do radości, stało się utrapieniem. Niedawny cel marzeń szybko zbrzydł, a człowieka dręczyło przekonanie, że skoro sąsiada również stać na podobny pojazd, to znaczy, że jego marzenia warte były dużo więcej.

Powyższa opowiastka jest oczywiście zmyślona, ale słyszę ją dość często. Od czasu do czasu z podobnej historyjki korzysta moja żona, do której zwracają się pracownicy pewnego korpo dręczeni przekonaniem, że nie zostali należycie docenieni. A ściślej rzecz ujmując: że ich koledzy zostali potraktowani lepiej. Bo przecież 7-procentowa podwyżka to nie to samo, co 10 procent, nawet jeśli na końcu równania pojawia się taka sama kwota. Obaj dostaną więcej o tyle samo, ale ten dotychczas lepiej wynagradzany zmaga się z poczuciem krzywdy.

Podobnych przykładów można przytoczyć bez liku, a takie historie zna każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z zarządzaniem ludźmi. I nie słyszałem dotąd o przypadku, by z powodu takiego poczucia „krzywdy” jednego pracownika, zrezygnowano z wynagrodzenia innego.

Mnie z kolei ta historia przypomina się zawsze, gdy na horyzoncie pojawia się temat równych nagród dla kobiet i mężczyzn za udział w sportowej rywalizacji.

Może mój słuch jest nieco wybiórczy, ale dotąd nie słyszałem postulatu, by odbierać w sporcie nagrody mężczyznom i przekazać je kobietom. We wszystkich przypadkach, które obiły mi się o uszy, chodziło wyłącznie o zrównywanie ich wysokości. A efekt bywa taki, jak w przytoczonej opowieści: larum, że facetom dzieje się krzywda, a kobiety na podniesienie wartości nagród muszą sobie dopiero zapracować. Może łaskawie rozpatrzymy ich wniosek, gdy sport w ich wykonaniu będzie równie popularny, co w wydaniu mężczyzn.

Prawo Godwina

W Internecie od lat istnieje coś takiego jak Prawo Godwina: argument odnoszący się do nazizmu i Hitlera kończy dyskusję i dyskwalifikuje dyskutanta. W mojej osobistej hierarchii wartości „argument” o niższej popularności kobiecych dyscyplin sportu, która usprawiedliwia często skandalicznie nierówne wynagradzanie, powinien podlegać temu samemu prawu.

Nie ma bowiem chyba w całym sporcie bardziej wyświechtanego i nadużywanego stwierdzenia od tego, że kobieca rywalizacja jest mniej popularna od męskiej i dlatego powinna być niżej wynagradzana.

Zapewnienie odpowiedniej jakości sygnału telewizyjnego jest jednym z obowiązków, jakie spoczywają na organizatorach najważniejszych imprez. Ale produkcja telewizyjna oznacza koszty, a koszty oznaczają mniejszy zarobek. Jak najłatwiej to rozwiązać? Pójść po linii najmniejszego oporu i „zapewnić” sygnał, nie zwracając uwagi na jego jakość. Albo w ogóle z niego zrezygnować, ryzykując obniżenie przez UCI rangi imprezy.

„Ale przecież nikt nie będzie tak głupi, żeby obniżać kategorię wyścigu!” – zakrzyknie ktoś w zapale. Tak? To przypomnijcie sobie, co zrobił przed rokiem lub dwoma organizator kobiecego Giro d’Italia.

Gdzie tu skutek, gdzie przyczyna

Bodaj w 2018 roku z wielką pompą zapowiadano telewizyjną relację z kobiecej edycji Strade Bianche. Ale kiedy dziewczyny walczyły na ostatnich kilometrach i wyścig robił się najciekawszy, widzowie mogli sobie pooglądać nieruchome obrazki z Piazza del Campo. Dlaczego? Bo na trudnej trasie panie jechały nieco wolniej niż przewidywano i „nie zmieściły się w harmonogramie”. Kamery z telewizyjnych motocykli trzeba było wycofać na wyścig panów, gdzie wówczas działo się niewiele. No ale wicie-rozumicie, „wyścigi kobiet nie cieszą się takim samym zainteresowaniem”. No ciekawe dlaczego…?

Drugim tego typu „argumentem” jest ten o mniejszym wysiłku, który muszą podejmować panie w trakcie rywalizacji. Teza o tyle bałamutna, że sprowadza cały sport jedynie do wymiaru zawodów. Jakby długość trasy była jedynym wymiernym wyznacznikiem inwestycji, jakie trzeba ponieść, by dojechać do jej mety.

„Kobiety jeżdżą krócej, więc nie powinny zarabiać tyle samo co mężczyźni” – mówią wówczas sportowi puryści. „Jakie równe nagrody? Przecież w tenisie kobiety grają tylko trzy sety, a mężczyźni nawet pięć!” – dodają kolejni „fachowcy”, nie mający na ogół pojęcia o tym, że tak jest tylko w Wielkim Szlemie, gdzie nagrody – o ironio! – już dawno temu zostały wyrównane.

„Kobiety i mężczyźni biegną maraton na dystansie 42,195 km. Tyle w temacie równości płac” – dodaje kolejny dyskutant, który prawdopodobnie zapomniał, że niedawno minęło ledwie pół wieku od momentu, w którym Maraton Bostoński ukończyła pierwsza kobieta. Startowała z ukrycia, bo mężczyźni byli przekonani, że kobiety nie są zdolne do biegania na tak długim dystansie. „Tyle w temacie równych szans” – chciałoby się powiedzieć. Już pomijając, że samo porównanie jest wyjęte z kapelusza, bo przecież w biegach nie dystans jest podstawowym kryterium, a czas. W tym przykładowym maratonie klasyfikacje są odrębne, rekordowe wyniki również rejestruje się osobno dla mężczyzn i kobiet, od których nikt nie wymaga biegania w takim samym tempie. Jak jest dokładnie z nagrodami – nie wiem, nie sprawdzałem.

Ale nie to jest najistotniejsze. Kluczem w tej umysłowej ekwilibrystyce jest sprowadzenie całego wysiłku wyłącznie do finałowego rezultatu. Jakby kobiety na trening poświęcały wielokrotnie mniej czasu od mężczyzn, na zgrupowaniach spędzały tylko popołudnia wolne od innych zajęć, a gdy podczas wyścigu złamią sobie jakąś kość, to do zdrowia wracają w trzy dni, a nie w trzy tygodnie, jak ci męscy herosi, niech bogowie sportu mają ich w nieustannej opiece.

Czasem argument o mniejszym wysiłku nie zdaje egzaminu. Na zwrócenie uwagi, że mecz w kobiecej piłce nożnej kobiet również trwa 90 minut, najczęściej słyszy się uwagę, że panie nie grają tak samo ładnie. No tak, w końcu teatralnie mdlejący po muśnięciu rywala Ronaldo, na którego konto co trzeci dzień wpada okrągły milion dolarów, ma zupełnie inny wymiar niż skopana i wytargana za włosy anonimowa piłkarka, która na boisku zostawia krew, pot i łzy. Albo zawodniczka WNBA, zarabiająca ledwie promil tego, co regularnie płynie do kieszeni LeBrona Jamesa. I niech płynie, bo przecież nikt im nie chce niczego zabierać. Gorzej, że na myśl, że nieco więcej mogłoby płynąć również do innych kieszeni, większości nagle uruchamia się casus przywołanego na początku tekstu pana z samochodem. Nie daj Bóg, żeby sąsiada stać było na podobny.

Są dobrze przykłady? Ale to nie to samo…

Wiele dyscyplin sportu przeszło już tę drogę i można garściami czerpać z ich doświadczeń i osiągnięć. Najlepszym przykładem wydaje się tenis, ale jego przywołanie w dyskusji zazwyczaj wywołuje reakcję: „Ale to przecież nie to samo! Nie można tego porównywać! Kobiecy tenis jest tak samo atrakcyjny jak męski!” itd.

Owszem, jest. Dzisiaj. Ale pół wieku temu Billie Jean King odpowiadała przecież dokładnie na takie same zarzuty o niskiej atrakcyjności kobiecej gry, o mniejszej popularności, idących za nią mniejszych wpływach i tak dalej. Droga tenisa do sytuacji, w której kobiety w najważniejszych turniejach są nagradzane tak samo jak mężczyźni była długa. Ale dotąd nie stwierdzono ani jednego przypadku, by ucierpiał w jej trakcie którykolwiek z uprawiających ten elegancki (na ogół) sport panów. Co prawda do dzisiaj daje się słyszeć jakiś zawodzący głos zranionego ego, ale na szczęście szybko jest zagłuszany, również przez samych organizatorów imprez, którzy na tej z trudem podejmowanej decyzji w perspektywie czasu również wiele zyskali.

Kolarstwo również mogłoby pójść tą drogą. Ba! W znacznym stopniu przecież już ją przeszło. Jakoś nie słychać przecież zarzutów o niskiej atrakcyjności wyścigów MTB w wykonaniu kobiet. Na torze konkurencje męskie i kobiece przeplatają się z sobą tak samo jak na lekkoatletycznej bieżni. I jakoś nie ma z tym problemu. Na szosie jest.

Czasem ktoś pyta o sposób, w jaki można by wyścigi kobiece i męskie pogodzić. Podpowiem jeden, jaki przychodzi mi do głowy, podsunięty zresztą przez organizatora Giro d’Italia.

Miałem okazję w tym roku przejechać kilka etapów Giro-E, komercyjnej imprezy promującej elektromobilność. Nasz wyścig jechał dokładnie po tej samej trasie, którą dwie godziny później przemierzali zawodowcy. Startowaliśmy nieco dalej i wcześniej, omijając zwykle pierwszą część trasy etapu „dużego” Giro. Tę, na której zazwyczaj nic się nie dzieje. Do przejechania było zazwyczaj ostatnie 100 km odcinka. Jechaliśmy po zamkniętych drogach, z pełnym zabezpieczeniem, policyjnymi pilotami, marshallami, operatorami kilku kamer i karawaną wozów technicznych. Regularny peleton. Dało się. Widzów przy drogach też było całkiem sporo, jak na grupę złożoną w większości z nołnejmów i byłych kolarzy.

Czy w ten sam sposób nie da się organizować wyścigów kobiecych? Da się, trzeba tylko chcieć. Można to nawet pogodzić z przejazdem karawany reklamowej np. między jednym wyścigiem a drugim. Ale dla organizatorów najważniejszych imprez ważniejsze jest pokazywanie od pierwszego kilometra na ogół nudnych jak flaki z olejem początków etapów, bo domagają się tego sponsorzy mniejszych ekip, które angażują się w ucieczki. To nie jest – wbrew pozorom – wymysł i wymóg telewizji. Osobiście znam tylko kilka osób, które oglądają te etapy od samego początku. To komentatorzy i technicy w stacji. Większość widzów ma na ogół te pierwsze kilometry w absolutnym poważaniu. Ale gdy mowa o wyścigach kobiet, natychmiast włącza się mantra o „niskiej atrakcyjności”.

Duży może więcej?

Dla mnie sprawa tych ogromnych dysproporcji w nagrodach jest o tyle bulwersująca, że dotyczy na ogół organizatorów dużych imprez. To nie jest tak, że za wyścigi kobiet biorą się tylko początkujący w branży ideowcy, którzy najpierw muszą zbudować swoją markę i obrosnąć warstwą tłuszczu, żeby kiedyś zacząć się dzielić. Mówimy o wielkich firmach, dysponujących wielomilionowymi budżetami. Siedem tysięcy euro nagród dla kobiet (łącznie! dla całej pierwszej dwudziestki!) to mniej niż kropla w tym budżecie. Tysiąc pięćset euro nagrody dla zwyciężczyni to policzek wymierzony jej przez „wszechmocnych” w tej branży panów z A.S.O.

„Pierwszy w historii kobiecy wyścig Paryż – Roubaix” był tygodniami odmieniany przez wszystkie przypadki. Imprezę zapowiadały liczne, nie tylko branżowe media. Gdyby zliczyć cały buzz, jaki wokół tego „historycznego wydarzenia” narósł, ekwiwalent mediowy liczony byłby w milionach euro. Ubłocona Liz Deignan dostała na mecie czek na 1 535 euro. Gdyby nie natychmiastowa reakcja jej zespołu Trek-Segafredo, który z własnej kieszeni wyrównał wartość jej nagrody do tej, jaką zarobił Sonny Colbrelli (30 tys. euro), miałaby prawo czuć się przez organizatorów upokorzona. Nawet zważywszy na fakt, że znała wysokość nagrody przed startem. (Uprzedzając pytania: nie, nie mogła nie startować, bo worldtourowe drużyny są zobligowane do uczestnictwa w imprezach rangi WT).

„Pozwalamy wam w końcu jechać kultowy wyścig, płacimy wam 20 razy mniej niż facetom, a wy jeszcze narzekacie? I weź tu się dogadaj z babami!” – trafnie skomentowała jedna z uczestniczek dyskusji na ten temat. W trzeciej dekadzie XXI wieku łaskawi panowie dopuścili panie do stołu. I to wystarczy, muszą się cieszyć.

Cieszy gest ekipy Trek-Segafredo, która zobowiązała się do wyrównywania różnic w nagrodach również w kolejnych imprezach (a wcześniej jako pierwsza wyrównała minimalne zarobki kobiet do poziomu minimum w męskim World Tourze, do czego UCI zobligowała zespoły dopiero w perspektywie kilku lat). Cieszą też gesty części kibiców, którzy organizując internetowe zrzutki na zasypanie różnic w nagrodach pokazują, że nie są obojętni na problem. Ale milcząca zgoda całej reszty przykrywa inne patologie, jakie mają miejsce w kobiecym kolarstwie, np. obciążanie zawodniczek kosztami użytkowania należącego do ekipy sprzętu. Kilka z nich opisałem w kwietniowym wydaniu „bikeBoard” – zachęcam.

Nie można się na to godzić

Bo o tym wszystkim trzeba głośno mówić. Oparta na fałszywych stereotypach szczątkowa wiedza o funkcjonowaniu sportu jest porażająca. Zatrważająca jest łatwość, z jaką przeciętny kibic racjonalizuje jawną niesprawiedliwość, myląc przy tym na ogół przyczyny ze skutkami (osławiona już „popularność”, która jest przecież efektem działań, a nie powodem, dla których się je podejmuje). Większość z nas zachowuje się dokładnie tak, jak ten człowiek z przytoczonej na początku historyjki: martwi nas to, że komuś może się powodzić równie dobrze.

Odkładanie rozwiązania tego problemu na jakąś bliżej nieokreśloną przyszłość i tłumaczenie, że „na to wszystko potrzeba czasu”, to zwykłe umywanie rąk. I usprawiedliwianie bezczynności odpowiedzialnych za to osób.

Jest we mnie wielka niezgoda na ten stan rzeczy. I do niej zachęcam. Może dzięki niej pewne sprawy wydarzą się szybciej i również o kobiecym kolarstwie będziemy mogli powiedzieć, że „przecież ogląda się je równie dobrze jak męskie”. Na razie to głos wołającego na puszczy.

Suplement (5.10.2021)

Już po opublikowaniu powyższego tekstu L’Equipe podał informację o oglądalności obu wyścigów we francuskiej telewizji France 3. Wyścig kobiet, relacjonowany w sobotę przez ostatnie dwie godziny rywalizacji, zgromadził 15,5% wszystkich widzów, którzy zasiedli wówczas przed telewizorami. Niedzielny wyścig mężczyzn, pokazywany od startu do mety – 21,8%.

Wartości bezwzględnych z uwagi na różne dni emisji nie powinno się bezpośrednio zestawiać, ale nawet one żadną miarą nie są w stanie usprawiedliwić 20-krotnej różnicy w wysokości nagród dla kobiet i mężczyzn. Niemniej dla porządku: wyścig kobiet oglądało 1,4 mln widzów we Francji. Rywalizację mężczyzn – 2,8 mln.

1 400 000 widów w samej Francji. 1 525 euro nagrody. To się komentuje samo.

rys. Cor M. Windhouwer / Flickr

Unia mizoginów

W jednym z tegorocznych numerów magazynu „bikeBoard” opublikowałem spory tekst o problemie pieniędzy w kobiecym kolarstwie szosowym. Long story short: jest źle i bez radykalnej zmiany sposobu myślenia niewiele się w tym temacie zmieni. Udawanie, że promujemy kobiece kolarstwo, bo tworzymy mini protezy dużych wyścigów, jest w istocie tylko pudrowaniem smutnej rzeczywistości.

W temacie przyszłości kobiecego kolarstwa wypowiadała się swego czasu Amerykanka Amber Neben.

– Bez znaczącej zmiany w sposobie prezentowania wyścigów ten projekt jest nierealny – mówiła. – Wyścigi powinny być krótsze, przez to bardziej emocjonujące, odbywać się na tych samych trasach i być w takim samym stopniu transmitowane w telewizji.

Jej postulat brzmi sensownie, ale rzeczywistość zdaje się tego sensu nie dostrzegać. Organizatorzy wyścigów wolą obiecywać sponsorom i partnerom pokazywanie nudnych jak flaki z olejem etapów wielkich tourów od pierwszego kilometra (co przecież nie jest wymysłem telewizji), zamiast na tej samej trasie zorganizować i pokazać wyścig kobiet. Można dla przykładu każdy etap zacząć nieco wcześniej i dalej, jak to robią choćby Włosi przy okazji Giro-E. Da się, trzeba tylko chcieć.

Ale o jakich chęciach my mówimy, skoro Patrick Lefevere, jedna z najbardziej charyzmatycznych i opiniotwórczych postaci w peletonie, pytany o zbudowanie kobiecej ekipy przy Deceuninck-Quick Step odpowiada z rozbrajającą szczerością, że nie jest organizacją charytatywną. I choć wywołał tymi słowami spory rwetes w mediach społecznościowych, dał jednocześnie pole do popisu wszystkim mizoginom, którzy poczuli się w obowiązku przypomnieć, że „kobiece kolarstwo to nie to samo”.

Można się śmiać z Lefevere, że kobieca ekipa prędzej powstanie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich niż w rozkochanej w kolarstwie Belgii (co nie do końca jest prawdą, bo kobiecy zespół ma już belgijskie Lotto-Soudal), ale prawda jest taka, że w tej postępowej i walczącej o równe prawa Europie, owe postęp i równość mają znaczenie tylko wtedy, gdy da się je przeliczyć na wymierny efekt w stabilnej walucie.

Później czytam publicystyczne dzieło jednego z naszych rodzimych myślicieli, który ogłasza światu wszem i wobec, że pomysł sztafety mieszanej na mistrzostwach świata może i wychodzi naprzeciw potrzebie równości, ale ostatecznie komu przeszkadzała drużynowa jazda na 100 kilometrów? Wszak to dyscyplina dla „prawdziwych mężczyzn”. Kobietom oddajmy szacunek pisząc je z wielkiej litery, ale do kolarstwa szosowego lepiej niech się nie pchają.

Kilka tygodni temu opublikowaliśmy w Eurosporcie tekst o jednym z turniejów tenisowych, który przyciśnięty koronawirusowym kryzysem wrócił (podobno tylko tymczasowo) do dawnej praktyki utrzymywania znaczących dysproporcji w wynagrodzeniach dla kobiet i mężczyzn. Czytałem później w komentarzach na Facebooku opinie ludzi powtarzających jak mantrę, że to przecież słuszna praktyka, wszak kobiety w Wielkim Szlemie grają maksymalnie trzy sety, a mężczyźni nawet pięć.

Czytałem i do końca nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać, bo trudno o większy popis ignorancji i odporności na wiedzę. Nie sposób przecież każdemu z osobna tłumaczyć, że to zupełnie absurdalny argument, bo akurat w Wielkim Szlemie nagrody już od dawna są równe. W mniejszych turniejach, w których wszyscy grają maksymalnie trzy sety, facetów wciąż wynagradza się znacznie hojniej tylko za zawartość spodenek. Ale tej różnicy przeciętny kibic za wszelką cenę próbuje nie dostrzegać.

W kolarstwie szosowym jest dokładnie tak samo, a wszelkie próby normalizacji tej sprawy na razie kończą się niczym. Co gorsza, deprecjonowane są nawet całkiem niezłe pomysły, jak choćby wspomniana wyżej sztafeta mieszana.

Przyznaję, że sam podchodziłem do tego projektu nieufnie. Bywa, że jego realizacja pozostawia czasem sporo do życzenia (jak choćby sposób rozegrania zawodów na niedawnych mistrzostwach Europy). Ale czy można było odmówić emocji i dramaturgii tej konkurencji podczas rozgrywanych właśnie we Flandrii mistrzostw świata?

Żyjemy w trzeciej dekadzie XXI wieku. Wiele dyscyplin już dawno uporało się z problemem nierównego traktowania: lekkoatletyka, narciarstwo alpejskie, w dużym stopniu tenis i inne. Nawet niektóre odmiany kolarstwa skutecznie sobie z tym poradziły. Na szosie wciąż nie potrafimy przebić tego szklanego sufitu. Wciąż żyjemy pod dyktatem ludzi, którzy rolę kobiet w kolarstwie nadal najchętniej ograniczaliby do odciskania śladów szminki na policzkach herosów na podium.

Ja zdecydowanie wolę jednak na podium takie obrazki jak ten poniżej.

Foto: Flickr / Sean Rowe

Lekcje, których nie odrobiliśmy

W poniedziałek 6 września w Wielkiej Brytanii rozpoczął się Tour of Britain, 8-etapowa impreza kategorii Pro, czyli drugiej po World Tourze wg hierarchii UCI. Miałem przyjemność skomentować w Eurosporcie wespół z Igorem Błachutem pierwsze dwa etapy tego wyścigu.

Naszą szczególną uwagę zwróciły – oprócz przepięknych okoliczności przyrody, w jakich rozgrywana jest impreza – nieprzebrane tłumy kibiców zgromadzonych w wielu miejscach trasy. Stało się to pretekstem do dłuższej rozmowy na temat zmiany, jaka w ciągu ostatnich dwóch dekad nastąpiła w brytyjskim kolarstwie i ogólnie w całym sporcie. Do samej rozmowy wrócę za chwilę, na początek dwie ciekawostki.

Tour of Britain po raz pierwszy w 17-letniej historii startował z Kornwalii. Trzy dni przed startem wyścigu otwarto West Kernow Way – ponad 240-kilometrową trasę grawelową, wijącą się w dużej części wzdłuż wybrzeża półwyspu i po lokalnych wzniesieniach.

West Kernow Way. Źródło: materiały prasowe Tour of Britain

Dzisiaj przeczytałem kolejną informację, dotyczącą tego samego hrabstwa, jednego z wielu odwiedzanych przez peleton. Obecność w okolicy dużej imprezy wykorzystano do zatwierdzenia do realizacji projektu budowy nowego ośrodka dla kolarzy, obejmującego m.in. zamkniętą pętlę dla szosowców, tor dla BMX, tor przełajowy i inne atrakcje.

Bardzo ciekawie brzmią przy tym wypowiedzi przedstawicieli lokalnych władz, którzy argumentowali potrzebę stworzenia takiej inicjatywy.

Centrum kolarskie ma być dla wszystkich zachętą do większej aktywności. Ma nie tylko zapewnić uprawiającym sport wyczynowy bezpieczne miejsce do treningu, z dala od ruchliwych dróg. Ma być też miejscem dostępnym dla osób niepełnosprawnych i dla wszystkich zmagających się z problemami psychicznymi i fizycznymi. Chcemy, żeby trafiała tutaj również młodzież ze szkół, która będzie mogła nauczyć się zasad bezpiecznej jazdy.

Tyle pan Steve Doble, członek lokalnego parlamentu. Można by w tym miejscu przytoczyć również wypowiedź reprezentanta lokalnej izby lekarskiej, zwracającego uwagę na ogromny problem z cukrzycą i otyłością oraz tłumaczącego prostą – wydawać by się mogło – zależność między zdrowiem społeczności a jej samopoczuciem i komfortem życia.

Można, ale mnie już po pierwszych zdaniach zrobiło się smutno, bo pokazują one nieprawdopodobną przepaść dzielącą brytyjski sposób myślenia o sporcie od naszego.

Projekt nowego ośrodka rowerowego w Kornwalii (UK). Źródło: Rada Kornwalii

Moja pamięć to kiepski argument, ale na przestrzeni ostatnich lat nie przypominam sobie żadnej podobnej inicjatywy, budowanej pod pretekstem odwiedzin Tour de Pologne. Wciąż pokutuje u nas myślenie, że pokazanie ładnych obrazków z trasy załatwia sprawę, bo przecież głównym zadaniem kolarstwa jako sportu jest promocja lokalnej turystyki.

W naszym myśleniu o kolarstwie ograniczamy się niemal wyłącznie do tego, co widzimy w relacjach telewizyjnych. Chcielibyśmy być jak Tour de France, na którym zresztą niemal od początku istnienia polska impreza się wzorowała. Mało kto jednak zwraca uwagę na to, że już w samej „książce wyścigu” Wielkiej Pętli przy opisie niemal każdego miasta statu i mety jedną z najważniejszych informacji jest ta, która dotyczy lokalnej infrastruktury sportowej: liczba mieszkańców / liczba klubów sportowych / liczba aktywnie trenujących i najważniejsze organizowane wydarzenia. My widzimy tylko widoczki i zameczki i najlepiej, żeby tylko o nich opowiadali komentatorzy.

I tu wracam do naszej rozmowy z Igorem, który przypomniał, że brytyjska rewolucja w sporcie miała swoje źródło w przegranych z kretesem igrzyskach w Atlancie. Brytyjczycy zrozumieli, że pod względem sportowym znaleźli się na dnie.

Oni postanowili się od niego odbić, przebudowując całkowicie swój sposób myślenia i inwestując w tę przebudowę ogromne środki i wysiłek, które pierwsze efekty przyniosły dopiero po wielu latach (celem były igrzyska w Londynie w 2012 roku).

My wciąż z trudem utrzymujemy głowy na powierzchni, ale za to nie mamy sobie równych jeśli idzie o szukanie wymówek. 14 medali przywiezionych z Tokio (co jest zasługą zaledwie pięciu dyscyplin) to „najlepsze igrzyska w XXI wieku”. I jakoś się to kręci.

W święcącej z roku na rok coraz większe sukcesy Wielkiej Brytanii jeden etap wyścigu kategorii Pro to pretekst do co najmniej dwóch potężnych inicjatyw na rzecz zdrowia i aktywności fizycznej. W dumnej Polsce mamy za to „kolarską Ligę Mistrzów” i nową ściankę w Przemyślu, która być może przez kilka lat będzie na parę dni rozpalać wyobraźnię siedzących za klawiaturami znawców życia, pastwiących się nad schyłkiem formy Kwiatkowskiego lub Majki.

I dalej będzie się to jakoś kręcić…

Foto: Flickr / Darren Griffiths

Kolejność rzeczy

Poniższy tekst opublikowałem wczoraj na facebookowej grupie Eurosportu „Wkręceni w kolarstwo”. Wywiązała się pod nim dość ciekawa dyskusja. Ponieważ jednak nie wszyscy tam zaglądają, postanowiłem podzielić się tą myślą również tutaj.

Nie mam gotowych odpowiedzi, jak rozwiązać opisane niżej problemy. Mam mnóstwo pytań. Ale może w końcu trzeba zacząć je głośno zadawać?


Powszechnie wiadomo, że pierwszym Brytyjczykiem, który wygrał wyścig Tour de France był Bradley Wiggins.

Miało to miejsce w roku 2012. Mało kto jednak pamięta, że zanim Wiggo został uhonorowany tytułem szlacheckim za zwycięstwo w Wielkiej Pętli, miał na koncie sześć tytułów mistrza świata i trzy złote medale olimpijskie w kolarstwie torowym. Wespół z Markiem Cavendishem i kilkoma innymi zawodnikami byli jednymi z pierwszych „owoców” brytyjskiego programu rozwoju kolarstwa, zainicjowanego jeszcze pod koniec ubiegłego wieku. Programu, który zanim przyniósł Wielkiej Brytanii medale i zwycięstwa w najważniejszych imprezach, kosztował dziesiątki milionów funtów i zaangażowanie setek, jeśli nie tysięcy ludzi.

Sukcesy w sporcie dwumilionowej Słowenii również nie wzięły się z tego, że nagle pojawiło się tam kilku panów ze strzykawkami, jak to lubią przedstawiać zwolennicy tanich teorii spiskowych. Pomijając dość bogate tradycje sportowe byłej Jugosławii, Słoweńcy tuż po uzyskaniu autonomii postawili na sport jako na jeden z najważniejszych czynników napędzających zainteresowanie ich krajem, który odwiedza co roku więcej turystów, niż mieszka tam ludzi. 

Aktywne uprawianie sportu deklaruje blisko dwie trzecie Słoweńców, a jednym z najważniejszych elementów całego systemu, który wciąż uważają za mocno niedoskonały, są lekcje wychowania fizycznego i dość mocno rozwinięty program skautingu, dzięki któremu wyławiane są talenty, rozwijane później przez wykwalifikowanych trenerów. O finanse na szkolenie młodzieży w dużej mierze dba państwo, ale sporą część dokładają rodzice, choćby angażując się lokalnie w pozyskiwanie sponsorów.

A teraz spójrzmy wokół siebie. 

Nie, to nie jest post o złym PZKol, bo większość związków sportowych w naszym kraju to w dużym stopniu lustrzane odbicie naszego podejścia do wielu spraw: ciągłego narzekania i braku chęci do kiwnięcia palcem.

Kilka lat temu zostałem przez znajomych poproszony o pomoc pewnemu klubowi w napisaniu oferty dla potencjalnego sponsora. Pogadałem z właścicielem klubu, który bez ogródek przyznał, że pieniądze to on przygarnie chętnie, ale nie chciałby się do niczego zobowiązywać, bo „wicie-rozumicie, te dzieciaki jak skończą szkołę to i tak sobie pójdą w cholerę, więc po co ja mam to sobie brać na głowę”

I to nie jest jednostkowy przypadek, tak to wygląda w wielu miejscach. Nie mówiąc już o tym, że po skończeniu szkoły średniej potencjalny zawodnik wpada w szkoleniową „czarną dziurę” – pieniędzy na jego szkolenie kluby nie mają, bo znika z państwowego systemu. 

Na końcu tego całego procesu są kibice, którzy „mają oczekiwania”: medali na igrzyskach, tytułów mistrzów świata, wygranych w Wielkich Tourach. 

Fun fact: przed mistrzostwami świata w Yorkshire w 2019 roku ujawniłem informację o tym, że związkowi działacze nie ogarnęli strojów dla kolarskiej kadry. O ubranie męskiej elity zadbał za własne pieniądze selekcjoner kadry. 

Kibice w „geście solidarności” ogłosili zbiórkę na zakup strojów. Zebrali… coś koło 1400 złotych. Pomijając, że sama inicjatywa nie należała do najlepiej przemyślanych, była poniekąd ciekawym testem na nasze „zaangażowanie”. Ale niech no tylko Majka lub Kwiatek za wcześnie „strzelą” na trasie… 

Kończąc ten nieco przydługi wywód, proponuję rozejrzeć się wokół siebie i trzy razy zastanowić przed napisaniem kolejnego komentarza o tym, że „Majka znowu nie wygra Wielkiego Touru”. Tych kilku chłopaków, którzy dziś jeżdżą w World Tourze, zawdzięcza to niemal wyłącznie sobie. Ich własnej determinacji i dążeniu do spełniania ich własnych marzeń. 

Chcemy to zmienić i częściej się cieszyć z sukcesów? Zacznijmy od siebie. Choćby od tupnięcia nogą w szkołach naszych dzieci, żeby na wuefie robili coś więcej niż prezentacje.

Foto: Szymon Sikora / MŚ w kolarstwie torowym Pruszków 2019

Pomyśl dwa razy

– Jeśli mogę przekazać jakąś wiadomość, to powiedziałbym tak: pomyśl dwa razy, zanim opublikujesz w sieci jakąś zniewagę wobec sportowca. Naprawdę staramy się dawać z siebie wszystko – powiedział w ubiegłym tygodniu Christopher Fromme. Zwrócił uwagę na problem, który poruszałem tutaj wielokrotnie. I który będę poruszał do skutku.

Froome nigdy nie był kolarzem z mojej bajki. Nie porywa mnie jego styl jazdy, trudno mi polubić jego dość ponure na ogół oblicze. Mojej sympatii do niego nie sprzyja też permanentny znak zapytania, który pojawia się przy jego niektórych sukcesach. Ale z drugiej strony nie sposób odmówić mu waleczności i determinacji, a jego beznadziejna momentami walka o powrót do formy po koszmarnym wypadku przed czasówką w Delfinacie przed dwoma laty budzi mój najwyższy podziw i szacunek.

Nie można mu odmówić również tego, że nie ma w dzisiejszym peletonie drugiego kolarza, który doświadczyłby tak zmasowanego hejtu. I to nie tylko ograniczającego się do internetowych komentarzy. Froome’owi nienawiść kibice wykrzykiwali prosto w twarz, oblewając go przy tym ekstrementami. Żaden z kolarzy nie ma więc silniejszego od Froome’a mandatu do wypowiadania się w tej sprawie, choć na pierwszy rzut oka po urodzonym w Kenii Brytyjczyku wszystko to spłynęło. Dosłownie i w przenośni.

Okazuje się jednak, że nie do końca, a komentarze po niedawnych igrzyskach olimpijskich skłoniły go do podzielenia się refleksją, że przed napisaniem komentarza w internecie zawsze warto się przynajmniej dwa razy zastanowić. I myśl ta jest mi wyjątkowo bliska.

– Wydaje mi się, że oczekiwania wobec sportowca powinny się ograniczać wyłącznie do tego, co faktycznie robi w sporcie. Nie można wymagać od każdego bycia tak silnym, aby radził sobie ze zmasowaną krytyką – mówi Froome. – Każdy z nas naprawdę stara się dawać z siebie wszystko za każdym razem, gdy reprezentujemy swój kraj lub zespół – dodaje.

Wątpię, by brytyjski kolarz zaglądał na moją zagubioną w czeluściach sieci stronkę, ale czuję delikatną satysfakcję czytając słowa o kibicach, którzy najpierw pozują do wspólnych selfies ze sportowcami, a chwilę później, ukryci za pozorną anonimowością, wylewają na tych samych ludzi wiadra pomyj, kiedy wyniki nie zgadzają się z ich wyobrażeniami. Pisałem tu o tym ponad trzy lata temu, gdy na Rafała Majkę wylano morze hejtu, bo nie powiodło mu się na jednym z etapów Tour de France. Znam osobiście co najmniej kilku takich „bohaterów”, którzy w sieci pozują na wytrawnych krytyków dyscypliny, a w rzeczywistości nie przepuszczą kolarzowi żadnej okazji do strzelenia sobie uśmiechniętej fotki.

Ale nie o moją satysfakcję tu idzie, a bardziej o to, że Froome swoim świadectwem zadał kłam jednemu z podstawowych „argumentów”, na jaki powołują się owi samozwańczy krytycy: że sportowcy tego i tak nie czytają. Niestety mimo wszystko często to do nich dociera, nawet jeśli czasem musi przebyć okrężną drogę.

Na marginesie: wciąż nie potrafię zrozumieć motywacji tych ludzi, którzy powołując się na swoje „święte prawo do krytyki”, egzekwują je ze świadomością, że owa krytyka nie dotrze do adresata. Po co? Kto z tej „krytyki” sportowca ma wyciągnąć wnioski i jakie? Co chcesz osiągnąć poza pokazaniem, że się „znasz” (choć to ostatnie na ogół jest bardzo wątpliwe).

Nie znam żadnego przykładu sportowca, który poprawiłby swoje wyniki pod wpływem krytyki ze strony kibiców. Znam dla odmiany wielu takich, którym z każdym dniem coraz trudniej było znaleźć motywację do walki. Trudno więc w tym przypadku uciec od skojarzenia z piłowaniem gałęzi, na której się siedzi.

Froome zdaje się to wiedzieć, a jego apel trudno odczytać inaczej niż jako wezwanie do opamiętania. Nie wszyscy sportowcy mają wystarczająco grubą skórę, by bez końca przyjmować na nią chłostę internetowych komentarzy. Pora przestać. To może być ostatni dzwonek.

Ślepa uliczka?

Kilka tygodni temu, po spektakularnym ataku Tadeja Pogacara na 8. etapie Tour de France, w sieci rozgorzała zażarta dyskusja o skuteczności walki z dopingiem. Pod adresem kolarza rzucano najcięższe oskarżenia, mając za dowód wyłącznie fakt, że zostawił za sobą najpoważniejszych rywali. WADA i organizatorom wyścigu zarzucano – również bez cienia dowodu – uległość wobec największych ekip. W końcu powiedzieć można wszystko, zwłaszcza pod pseudonimem.

Pozwoliłem sobie wówczas napisać, że choć pełen sukces ciągle jest przed nami, to jednak w politykę walki z dopingiem mimo wszystko wciąż warto wierzyć, za co też mi się oberwało, że „wspieram koksiarzy”. Wciąż jeszcze nie wiem jakim sposobem, ale już mniejsza o to. W końcu powiedzieć można wszystko.

Wczoraj jednak trafiłem na bardzo ciekawy materiał w serwisie Cyclingnews, który wziął na tapetę przypadek Katie Compton, wielokrotnej medalistki przełajowych mistrzostw świata, zdyskwalifikowanej niedawno na cztery lata po wykryciu w jej organizmie zbyt wysokiego stężenia testosteronu. Zainteresowanych odsyłam do źródła, a jeśli się komuś nie chce czytać, bo długie i zagraniczne, służę poniżej amatorskim streszczeniem.

W paszporcie biologicznym zawodniczki od 2014 roku zarejestrowano 90 kontroli, w tym również tę przeprowadzoną poza zawodami 16 września 2020 roku. Test nie wykazał niczego niepokojącego. USADA po kilku miesiącach postanowiła jednak podobnie zbadać te same próbki. I tu również – według danych, na jakie powołuje się Cyclingnews – nie stwierdzono żadnego przekroczenia dopuszczalnych norm. Zwrócono jednak uwagę na wyższy niż zazwyczaj poziom dwóch metabolitów testosteronu.

Tu drobna dygresja dla mniej zorientowanych, na czym – w dużym uproszczeniu – polega działanie tzw. paszportu biologicznego. Otóż rejestruje się w nim wszystkie wyniki badań właśnie po to, by obserwować zmiany na osi czasu. Jeśli w pewnym momencie któryś wskaźnik zaczyna się istotnie różnić od tego, co wykazały wcześniejsze badania, jest to sygnał do baczniejszego przyjrzenia się sprawie.

Tak też uczyniono w tym przypadku, sprawdzając czy źródłem wyższego niż zwykle poziomu testosteronu był sam organizm zawodniczki, czy był to efekt dostarczenia go z zewnątrz. Odpowiedź wskazała niestety drugą możliwość. Zawodniczce zarzucono stosowanie dopingu i zdyskwalifikowano na cztery lata, co w praktyce oznacza koniec jej kariery.

To jednak nie koniec historii, bo tu właśnie zaczynają się schody. Compton w rozmowie z serwisem domniemuje, że źródłem owego dopingu mogła być zanieczyszczona wołowina, zjedzona przez zawodniczkę niedługo przed kontrolą. Tłumaczenie skądinąd nienowe, znamy je bowiem z historii przegranej przed CAS batalii Alberto Contadora.

Jest tu jednak pewna istotna różnica. W Hiszpanii bowiem suplementacja bydła rozmaitymi hormonami nie jest dozwolona. W USA – owszem. Historia zna również przypadki oczyszczenia sportowców z zarzutów i przywrócenia ich do rywalizacji przez CAS po udowodnieniu, że faktycznie spożywali mięso pochodzące z wątpliwego co do jakości źródła.

Problem Compton polega jednak na tym, że po pierwsze: między kontrolą a ujawnieniem wyników powtórnych badań minęło tak wiele czasu, że wskazanie potencjalnego źródła zanieczyszczenia jest w praktyce niemożliwe. Po drugie zaś warto do tego dodać jeszcze ten drobny „szczegół”, że kolarki przełajowej zwyczajnie nie stać na sądową batalię toczoną przez dżentelmenów w drogich garniturach.

To jednak wciąż nie koniec tej historii, którą do tego momentu można by skwitować stwierdzeniem, że „no cóż, miała po prostu pecha”. Cyclingnews przytacza bowiem w tym miejscu wyniki śledztwa dokonanego przez dziennikarzy niemieckiej stacji ARD. Tych samych, którzy jakiś czas temu ujawnili szczegóły zorganizowanego i sponsorowanego przez państwo dopingowego procederu w Rosji, czego skutkiem było wykluczenie oficjalnej reprezentacji z igrzysk.

W kolejnym dokumencie ujawniają oni bowiem istnienie substancji, którymi można „zakazić” anabolikami dowolną osobę przez… skórę, zostawiając w jej organizmie ślady, dające się wykryć nawet po dwóch tygodniach. Również wtedy, gdy zaaplikowano im „ekstremalnie małe dawki”.

W tym momencie powinno się nam zapalić ostrzegawcze światło. Jeśli te ustalenia odzwierciedlają rzeczywistość, sport może stanąć przed kolejnym poważnym problemem. Już nie tylko będzie można wszystko powiedzieć. Oskarżenia będzie można również na własną rękę „potwierdzić”, nie tyle czekając aż rywal wpadnie na stosowaniu dopingu, ile samemu go w tym szambie nurzając.

Osobiście mam cichą (i nikłą) nadzieję, że niemieccy badacze jednak się mylą. Nie chcę dożyć w sporcie takich czasów, w których wszyscy będą się wzajemnie unikać.

Tak czy inaczej, WADA i inne instytucje walczące z dopingiem, choć i dotąd nie miały łatwego zadania, teraz mogą mieć jeszcze bardziej pod górę.

Foto: Flickr.com / Rapha

Prawo do milczenia

Tak się złożyło, że w poniedziałek miałem dyżur wideo, więc obraz płaczącej Igi Świątek przewinął mi się przez monitor co najmniej kilka razy. Patrzyłem, jak na długie minuty chowa w ręczniku twarz, a w uszach brzmiał mi genialny komentarz Marka Furiana o samotności sportowca.

Marek mówił o tenisie, że jest sportem przegranych, bo po turniejowych drabinkach wspina się wiele zawodniczek i zawodników, ale miejsce na szczycie jest tylko jedno. Ale tak jest przecież niemal w każdym sporcie. I każdy sportowiec ma tę świadomość, że wygrana to raczej rzadki przywilej niż oczywistość. A mimo to staje na starcie kolejnych zawodów i za każdym razem od początku zaczyna tę samą drogę. I pokonuje ją najczęściej niemal całkiem samotnie, walcząc nie tylko z rywalami, ale przede wszystkim z samym sobą.

Kilka dni temu Justyna Kowalczyk-Tekieli napisała kapitalny felieton o tym, jak dziś podchodzi do sportu i igrzysk oraz w jaki sposób traktowała je wcześniej. Napisała w nim m.in. „nie każdy jest stworzony do wygrywania, ale każdy na igrzyskach powinien przesunąć swoją granicę możliwości”.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że głównym powodem łez Igi było właśnie to, że nie zdołała przekroczyć tej granicy, którą sama sobie określiła i osiągnąć tego celu, który dla niej samej był najważniejszy. I z tym żalem została na koniec całkiem sama.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że to samo czuli Michał Kwiatkowski, Rafał Majka, Ania Plichta, Kasia Niewiadoma i każdy inny sportowiec, który poświęcił długie miesiące przygotowań, podporządkowując swoje życie tylko jednemu celowi, by na koniec nie móc go osiągnąć. Nie mówiąc już o takich pechowcach jak Mathieu van der Poel, któremu przez idiotyczny błąd sztabowców nie było dane nawet sprawdzić, czy jest w stanie zbliżyć się do granicy swoich możliwości. Wszyscy na koniec byli rozgoryczeni. I wszyscy z tą goryczą zostali w praktyce całkiem sami.

Sport, mimo dziesiątek kamer i milionów ludzi przed telewizorami, okazuje się bowiem na koniec dnia jedną z najbardziej samotnych aktywności człowieka.

Ktoś mi kiedyś zarzucił, że toczę jakąś krucjatę przeciw kibicom, a to przecież dla nich ten cały wysiłek. To oni „robią” oglądalność, za którą idą sponsorzy, to oni dają pracę dziennikarzom, a poza tym sport bez kibiców w ogóle nie ma większego sensu. Mają więc owi kibice pełne prawo mieć oczekiwania i obficie korzystać z prawa do krytyki, gdy „ich” sportowcy tym oczekiwaniom nie sprostają.

Żadna to krucjata. Jednak nie potrafię przejść obojętnie wobec traktowania sportu przez niektórych kibiców jak przez księgowego, który w księgach widzi tylko stronę „winien”.

Pasjami uwielbiam niekończące się dyskusje o tym, że od sportowców należy wymagać, bo przecież „mają sponsorów i kontrakty”. Gdyby się dłużej poskrobać w czuprynę można by z czasem dojść do pytania, co musieli zrobić, żeby owe kontrakty podpisać a sponsorów pozyskać, ale przeciętny sportowy kibic aż tak daleko w przeszłość nie wybiega.

Historia Kwiatkowskiego jako dzieciaka zasuwającego latami, by w przyszłości stać się znakomitym kolarzem, kanapowego widza zupełnie nie interesuje. Wcześniejsze dokonania też nie mają większego znaczenia. Widz ma przecież oczekiwania tu i teraz, zatem nawet jeśli sportowiec przed laty wywalczył jakieś tytuły, które rozpierały wówczas kibicowską dumę, winien te sukcesy regularnie powtarzać. Duma przecież nie boli tylko wtedy, gdy człowiek od niej aktualnie puchnie. Zaś głównym celem sportowca, jak przekonywał mnie niedawno jeden z dyskutantów, jest „przejście do historii”.

Kibica nieszczególnie interesuje czas spędzony przez sportowca na przygotowaniach. Chce startować – musi trenować, prosta sprawa. W końcu to jego praca, chociaż akurat ten argument również bywa zwodniczy, by gdy sportowiec wykonuje pracę zleconą mu przez przełożonych, to się również wcale kibicom nie musi podobać. Wtedy byłego mistrza świata bez cienia zażenowania nazywają „woziwodą”.

„Jak byś się nie obrócił, dupa zawsze z tyłu” – jak mawiał mój znajomy. Widz ma prawa, sportowiec ma obowiązki. Ma startować, ma wygrywać i najlepiej, żeby robił to w sposób przekonujący, upokarzając największych rywali. Wtedy się z dumy puchnie najszybciej. A! No i koniecznie przed 18:30, bo później szanowny pan kibic ma już inne plany.

Ktoś w tym miejscu pewnie powie, że przesadzam, ale historia nas uczy, że nieuprawniona krytyka, która pozostaje bez reakcji, z czasem przekształca się w otwartą nienawiść i fizyczną agresję. Na ogół tylko z tego powodu, że ktoś nie sprostał oczekiwaniom widzów. Fizyczne ataki na sportowców nie należą już niestety do rzadkości.

W dużej mierze „zasługą” kibiców jest też sytuacja, w której nazwisko psychologa staje się niemal na równi rozpoznawalne z nazwiskiem sportowca, którym się opiekuje, a gros czasu poświęconego na przygotowania do najważniejszych imprez to w dzisiejszych czasach tzw. trening mentalny, w którym pracuje się m.in. nad radzeniem sobie z presją i oczekiwaniami. Niczego nie odbierając rzecz jasna Darii Abramowicz, która jest doskonała w tym co robi i przed której życiową mądrością i wiedzą w pokorze chylę czoła, ale nie wydaje mi się zupełnie normalną sytuacja, w której sportowiec, by sięgnąć po upragnione trofeum, musi się odciąć od kontaktów z całym światem, by go nie dosięgły „życzliwe rady” i „krytyka” kibiców.

Rezygnacje nawet najlepszych sportowców z udziału w najważniejszych imprezach właśnie z powodów problemów mentalnych są dziś coraz częstsze. I jakoś wciąż nie skłaniają do refleksji, za to znacznie częściej wywołują głupawe uśmiechy na twarzach i kolejne komentarze, że „w głowach się już poprzewracało”.

Wolność wypowiedzi i prawo do krytyki nie są wartościami, które nie podlegają żadnym regułom. Czasem po prostu trzeba jeszcze wiedzieć, kiedy i co wypada powiedzieć.

Gdy we wtorek rano Adam Probosz w przepięknej przemowie dziękował Mai Włoszczowskiej za długie lata wspaniałych emocji, jakich nam wszystkim dostarczyła, na kolarskiej grupie krzykliwa garstka „znawców tematu” dzieliła się ze światem przemyśleniami, że do Tokio pojechała wyłącznie za zasługi (a to tylko jedno z bardziej życzliwych stwierdzeń).

I jasne, można to wszystko zbyć wzruszeniem ramion, że to wyłącznie tyrady życiowych przegrywów, którzy sami niczego nie osiągnęli. Najczęściej jednak jedna durna wypowiedź pociąga za sobą kolejne. Jeden z najbardziej wzruszających momentów tych igrzysk, zamykających okres wspaniałej sportowej kariery dwukrotnej medalistki, jakiejś grupie ludzi będzie się kojarzył z internetową defekacją, bo ktoś akurat w tej chwili poczuł silne pragnienie, aby „mieć rację”.

Jeśli nie zaczniemy na takie sytuacje reagować, wkrótce zostanie nam do oglądania wyłącznie symulacja sportu, bo ci, wobec których dziś czujemy się „w obowiązku” dzielić dobrymi radami, wkrótce skończą jako fizyczne i psychiczne wraki. Nie da się przecież bez końca tkwić w bańce. Pewnego dnia ten internetowy wyrzyg w końcu do sportowca dotrze.

Kto wtedy pospieszy z „dobrą radą”, by go zachęcić po raz kolejny do walki? I dla kogo właściwie będzie miał walczyć? Dla ludzi, którzy nie potrafili skorzystać z prawa do milczenia? Którzy nie czując smaku jego potu i trudności ze złapaniem oddechu przyznali sobie prawo do kategorycznych ocen? Którzy na koniec stwierdzą, że nie bawił ich w wystarczająco satysfakcjonujący sposób?

„Wam, drodzy kibice, życzę i wyrozumiałości, i powodów do łez radości!” – zakończyła swój felieton Justyna Kowalczyk-Tekieli.

Obiema rękoma się pod tym podpisuję, choć mam wrażenie, że nad tą „wyrozumiałością” czekają nas lata ciężkiej pracy. I jeśli dzisiaj nie zaczniemy, cieszyć się sportem z każdym kolejnym dniem będzie nam coraz trudniej.

Dlaczego – mimo wszystko – wciąż wierzę w walkę z dopingiem

Atak Tadeja Pogacara 30 km przed metą 8. etapu Tour de France tyleż zadziwił świat, co wzbudził w wielu kibicach mnóstwo wątpliwości. W pewnym stopniu uzasadnionych, bo wyliczenia dotyczące mocy i tempa wspinaczki kolarza skłaniają do zadawania pytań, jak to w ogóle jest możliwe. Ale z drugiej strony… no właśnie. Czy równie uprawnione jest automatyczne zarzucanie mu jazdy na dopingu?

Stwierdzenie, że nawet najbardziej nieprawdopodobny wynik nie może skutkować bezpośrednimi oskarżeniami o doping, postawiło mnie natychmiast w roli człowieka naiwnego, który „lubi dać się oszukiwać”, „broni dopingu” i – rzecz jasna – „nic nie wie o kolarstwie i dopiero jak się trochę oswoję z tym sportem, to nabiorę zdrowego dystansu”;).

Na personalne wycieczki, próby obrażania mnie i podważania moich dziennikarskich kompetencji jestem zasadniczo odporny, ale cały problem i związana z nim dyskusja skłoniły mnie do tego, żeby trochę poukładać myśli w tym temacie. Wydaje mi się on bowiem zbyt złożony, by go zamknąć w jednoznacznych deklaracjach i opowiedzeniu się po stronie „zdrowo zdystansowanych” lub „naiwnych”.

Słowa mają znaczenie

Przyszło mi w życiu uprawiać zawód, w którym niezwykle ważna jest odpowiedzialność za słowa, ich znaczenie i kontekst, w jakim zostają wypowiedziane. Wątpliwości wokół formy zawodnika są więc dla mnie niczym więcej, jak tylko wątpliwościami wokół formy zawodnika. Można je wyrazić na przykład słowami: ciekawe, w jaki sposób jest możliwa taka jazda? Albo: dlaczego nikomu wcześniej nie udało się osiągnąć takich parametrów?

Takie postawienie sprawy otwiera pole do dyskusji. Sugestie, że „coś takiego możliwe jest tylko na dopingu” lub bezpośrednie oskarżenie, że „musiał coś brać, bo to jest po prostu niemożliwe” zamykają tę dyskusję w jednej tylko możliwej odpowiedzi.

Tak naprawdę więc ci wszyscy, którzy w wielkich słowach powołują się na wolność wypowiedzi i prawo do swobodnej dyskusji na ten temat, w ogóle tej dyskusji nie chcą. Na ogół interesuje ich wyłącznie poklask dla wyrażonej przez nich jednoznacznej opinii. Oni żadnych wątpliwości nie mają, odpowiedzi przecież udzielili już Armstrong i inni.

O walce z dopingiem wiemy wciąż za mało

Jednoznaczność tych opinii wynika w dużej mierze – w moim przekonaniu – z niskiego poziomu wiedzy o tym, na czym tak naprawdę polega walka z dopingiem. Wnioskując z treści wielu internetowych komentarzy na ten temat, wyobrażenie ich autorów o tym, jak wygląda procedura badań antydopingowych sprowadza się wyłącznie do tego, że kontrolerzy poszukują w moczu śladu niedozwolonych substancji. Stąd zapewne popularność spiskowych teorii o „niewykrywalnym dopingu”, „substancji nieznanej WADA”, „byciu doperów zawsze o krok przed kontrolą” i wielu innych.

Tymczasem to zaledwie wycinek rzeczywistości. Wielu wyznawców tych teorii – świadomie lub nie – ignoruje fakt, że stosowanie dopingu nie przekłada się na lepsze rezultaty bez zmian w metabolizmie zawodnika, a to przecież do ich wykrywania wprowadzono tzw. paszporty biologiczne, śledzące – w znacznym uproszczeniu – wszelkie dewiacje w profilu metabolicznym sportowca.

Interesująco brzmią też teorie o niewykrywalnym podczas kontroli dopingu, do którego dostęp mają już nawet juniorzy, z roku na rok jeżdżący coraz szybciej. Wychodzi poniekąd na to, że zakazane substancje można już kupić nawet w gminnej aptece i wiedzą o tym wszyscy zainteresowani poza organami antydopingowymi. Trudno powiedzieć, jakim sposobem „Operacja Aderlass”, jedna z najgłośniejszych w ostatnim czasie i zakończona wyrokami więzienia dla organizatorów dopingowego procederu, została rozwiązana w dużej mierze dzięki działaniom wywiadowczym?

No i jeszcze taki drobiazg: skoro doping jest „niewykrywalny”, to po co Rosjanie zbudowali cały system fałszowania wyników badań i podmieniania próbek?

Rzecz jasna trochę w tym miejscu pokpiwam i trywializuję problem, ale zastanawiająca jest ta powszechna schizofrenia, która z jednej strony skłania część kibiców do rzucania oskarżeń o powszechne stosowanie dopingu w sporcie (osławione „prawda jest taka, że wszyscy biorą, a sztuką jest tylko nie dać się złapać”), a z drugiej nieustannie trzyma ich przed telewizorami.

Rozdwojenie jaźni

Czytam wypowiedź pewnego człowieka, który jest dumny ze swojego syna, startującego z powodzeniem w imprezach juniorów. Czytam, ale z każdym zdaniem rozumiem coraz mniej, bo oto tuż po zapowiedzi, że rozważają przyszłość w profesjonalnej drużynie pada kolejne, tym razem wyrażające przekonanie, że jazdę na dopingu w zawodowych ekipach wymuszają na zawodnikach ich szefowie i sponsorzy. Czyli jak to? Młody człowiek ma iść tam, gdzie będą od niego wymagać dopingu? I mówi to dumny z jego osiągnięć (i słusznie!) ojciec chłopaka?

Zresztą patrząc na ten problem nieco szerzej, owo rozdwojenie jaźni staje się jeszcze bardziej widoczne. Z jednej strony nieustannie powtarzamy, że doping zdominował kolarstwo i dyscyplina już nigdy się od niego nie uwolni, ale z drugiej narzekamy, że kolejka następców Kwiatkowskiego i Majki jest żałośnie skromna, że nie mamy żadnej drużyny nawet w drugiej dywizji, że młodzi ludzie do kolarstwa garną się coraz rzadziej itd.

Na coś się, do cholery, zdecydujmy. Albo przyjmijmy ten sport takim, jakim jest i zachęcajmy kolejnych do jego uprawiania, albo pogódźmy się z faktem, że ludzie nie muszą się garnąć do tego, co jest im od lat skutecznie obrzydzane.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że kolarstwo zasłużyło sobie na dużą nieufność ze strony kibiców. Ale z drugiej strony coraz częściej odnoszę wrażenie, że pokolenie rozczarowane dopingowymi historiami Armstronga i jemu podobnych, zawłaszczyło sobie jedynie słuszny sposób patrzenia na dyscyplinę i konsekwentnie próbuje go narzucić kolejnym generacjom.

W imię czego dzisiejsi 15-latkowie mają podzielać nasze rozczarowanie? Czasy Armstronga interesują ich mniej więcej tak samo, jak posiadanie telefonu z tarczą. To jest historia. Jest ważna dla dyscypliny, ale nie może być dla niej jedynym punktem odniesienia. Czasy się zmieniły. W peletonie jeździ dzisiaj zupełnie inne pokolenie. Z jakiego powodu ma być genetycznie obciążone błędami popełnianymi przez poprzedników?

Czasy się zmieniły

Przemek Zawada kilka dni temu podzielił się na Facebooku wypowiedziami Thomasa De Gendta i Philippe’a Gilberta odnośnie wyścigowego tempa na Tour de France.

I znowu: można powyższe wypowiedzi odebrać jako kolejny dowód na istnienie tajemniczej substancji, która popycha do przodu w nieprawdopodobnym tempie znaczącą część peletonu.

Ja tymczasem przypomniałem sobie moją rozmowę z Pawłem Poljańskim, który pod koniec ubiegłego roku postanowił zakończyć zawodową karierę.

– Równolegle z pojawieniem się w peletonie młodych zawodników sporo się zmieniło. Tempo jazdy gwałtownie wzrosło. Presja również. Żeby przygotować się na odpowiednim poziomie, trzeba było dużo czasu spędzać na dodatkowych treningach i zgrupowaniach wysokogórskich. To kosztowało wiele wysiłku i wiązało się z jeszcze większym stresem. I przebywaniem poza domem blisko dziesięć miesięcy w roku – mówił wówczas żegnający się z peletonem zawodnik.

Z jego wypowiedzi wynika, że utrzymanie szalonego tempa peletonu jest możliwe, ale wiąże się z dużymi zmianami w procesie przygotowań. Nie ma w tym miejsca na żadną tajemnicę. Po prostu trzeba pracować jeszcze więcej i ciężej niż kilka lat wcześniej, bo czasy się zmieniły i wymagania w zespołach również.

– Jedną z ważniejszych zmian, jakie zaszły w całym procesie treningowym, było istotne zmniejszenie liczby dni startowych, zwłaszcza w gronie topowych kolarzy. To właśnie jeden z tych błędów, których nauczyliśmy się nie popełniać. Mając do dyspozycji bardzo precyzyjne dane z pomiarów, jesteśmy w stanie dokładnie zaplanować, kiedy zawodnik osiągnie szczytową dyspozycję. Nie musimy go w niej utrzymywać przez długi czas, każąc mu jeździć z wyścigu na wyścig.

To z kolei wypowiedź Arka Koguta, doświadczonego trenera kolarstwa, opracowującego dzisiaj plany treningowe dla amatorów. Tu również nie widzę zbyt wiele przestrzeni do snucia spiskowych teorii o powszechnym dopingu. Ostatnia dekada, jeśli ktoś nie zauważył, to czas gwałtownego rozwoju zaawansowanych technologii w kolarstwie. Już dawno nikt nie ukrywa w zawodowym peletonie, że jeździ według tego, co „mówią mu liczby”. A mając odpowiednio wiele danych można na ich podstawie dość skutecznie wnioskować o przyszłości. Może więc tutaj się kryje jedna z możliwych odpowiedzi na pytanie o fenomenalną formę Pogacara na Tourze? Może po prostu wiedział, w jaki sposób ją osiągnąć dokładnie w tym czasie, w którym potrzebował?

W podobnych poszukiwaniach można iść jeszcze dalej, źródeł zadziwiającej formy i osiągnięć dopatrując się np. w zmianie nawyków żywieniowych, co sugerują specjaliści od odżywiania w sportach wytrzymałościowych.

Możliwych odpowiedzi istnieje bardzo wiele. My, rzekomo nauczeni doświadczeniem, najchętniej przyjmujemy tylko jedną.

Chcę zrozumieć

Marek Tyniec, który poniekąd wywołał mnie do tablicy i sprowokował do napisania tego posta, zapytał w toku dyskusji, czy wyniki mocy Pogacara, średnia prędkość jego wspinaczki i – last but not least – co najmniej dwuznaczna dopingowa przeszłość części jego ekipy, nie budzą moich podejrzeń i nie każą mi „bić na alarm”.

Otóż nie. Budzą one moje zainteresowanie. Chciałbym się dowiedzieć, co się za nimi kryje. Chciałbym lepiej zrozumieć zachodzące w jego otoczeniu procesy, bo owo zrozumienie wydaje mi się o wiele cenniejsze dla rozwoju kolarstwa niż granie larum i rzucanie bezpodstawnych oskarżeń.

Jeśli chcemy poznać odpowiedzi, powinniśmy zacząć zadawać właściwe pytania. Moim zdaniem w kwestii formy Pogacara na drodze do Le Grand-Bornand jeszcze takie nie padło. Padło za to wiele podejrzeń.

Nie jestem oczywiście aż tak naiwny, bu wierzyć w to, że ludzie nie będą nadal szukali dróg na skróty. Leży to poniekąd w ich naturze. Ale mimo wszystko chcę wierzyć (i na razie znajduję potwierdzenie tej wiary w publikowanych przez WADA raportach), że podjęty przez ostatnie lata wysiłek zmierzający do znacznego ograniczenia skali dopingu w kolarstwie nie poszedł na marne. Że paszporty biologiczne, system ADAMS i liczba przeprowadzanych kontroli oraz oczekiwanie przez sponsorów wynagradzania poniesionych strat wizerunkowych, mimo wszystko w dużej mierze skutecznie powstrzymują ten proceder.

W chwili, w której przestanę w to wierzyć, po prostu przestanę się również interesować sportem.

„Amore Infinito” to dopiero początek

Do kolarstwa (i do sportu w ogóle) podchodzę od jakiegoś czasu jak do lektury książki. Śledzę losy bohaterów i kibicuję im w realizacji ich celów. Cieszę się ich sukcesami, ale też godzę się z porażkami i z ciekawością obserwuję, jak schodzą ze sceny i ustępują miejsca kolejnym postaciom. Czasem zamykam oczy i próbuję sobie wyobrazić co czują, ale staram się nie zapominać, że jestem w tym spektaklu tylko widzem. Tak samo jak w przypadku książki jestem tylko czytelnikiem.

Biorę to, co autorzy mi oferują. Jeśli przedstawienie mi się nie podoba, zmieniam kanał, odkładam książkę i po prostu zajmuję się czymś innym. Nie próbuję ich poprawiać, bo doskonale rozumiem, że i tak nie mam na to żadnego wpływu.

Może to kwestia zwykłej dojrzałości, a może zawodowe doświadczenie, które każe mi pamiętać o tym, że ocenie tak naprawdę podlega wyłącznie to, co było, a nie to, co być mogło, ale się nie wydarzyło. A już tym bardziej nie to, co miało miejsce wyłącznie w moich wyobrażeniach.

Nie jest to wcale łatwe w świecie budowanym coraz częściej na filozofii przewidywań i zakładów. Ale można. Wystarczy pamiętać, że w „Fantasy Cycling Managerze” słowem-kluczem jest „fantasy”. Prawdziwych menedżerów kolarze i drużyny mają w realnym świecie. I tak naprawdę tylko oni wiedzą, czego mogą oczekiwać.

Wizyta w fabryce czekolady

Kiedy zrozumiałem, ile czasu marnuję na niekończące się dyskusje o tym, kto i dlaczego może, a nawet ba! „powinien” wygrać ten czy innych wyścig, odkryłem w sobie zupełnie nowy wymiar pasji, która trzyma mnie przy tej dyscyplinie. Oglądanie wyścigów z takim nastawieniem sprawia mi dużo większą radość niż kiedykolwiek wcześniej.

Bo ostatecznie w całej tej zabawie chodzi przede wszystkim o emocje, a nie o to, czy się „miało rację”.

Tegoroczne Giro było dla mnie jak wizyta w fabryce czekolady. Niemal każdego dnia oferowało coś wyjątkowego, prezentując całe bogactwo smaków. Było mnóstwo słodkich niespodzianek, jak zwycięstwo Taco van der Hoorna i fenomenalna wiktoria Lorenzo Fortunato na Zoncolan. Było też sporo goryczy, jak dolegliwości Tomka Marczyńskiego, pech Mikela Landy czy koszmarna kraksa Mateja Mohoricia.

Kibicowałem Remco Evenepoelowi, chociaż doskonale zdawałem sobie sprawę, że nie odegra w tym wyścigu znaczącej roli. Ale mocno wierzyłem, że wywiezie z Giro d’Italia to, po co tam pojechał: solidną lekcję kolarstwa. I pokory, bo przecież sam pomysł startu w pierwszej w karierze trzytygodniowej imprezie po blisko dziewięciu miesiącach przerwy od ścigania, można było traktować jako wyraz swego rodzaju buty. Jestem przekonany, że młody Belg wyjechał z Włoch jako zupełnie inny kolarz. Być może wróci w przyszłym roku. Jeśli dobrze przepracuje tę lekcję, rywale nie będą mogli spuścić go z oka nawet na chwilę.

Słaba obsada?

Ktoś napisał w komentarzu, że tegoroczna edycja była słabo obsadzona, że na liście startowej nie było wielkich nazwisk. Pozwolę sobie się nie zgodzić. Już pomijając obecność Bernala, Yatesa czy Nibalego, z których każdy ma na koncie wygrany przynajmniej jeden Wielki Tour, Bardeta albo Martina, łatwo zapomina się o tym, że za ich plecami czają się kolejni pretendenci do wielkich zwycięstw.

To właśnie jest jedna z pułapek wspomnianej na początku kultury zakładów, gdzie w algorytmie prognozującym wynik bierze się pod uwagę głównie wcześniejsze dokonania, pomijając zupełnie „ludzkie” czynniki, jak wola walki i determinacja. A tych nie sposób przecież odmówić np. Własowowi lub Ciccone, którzy obok Evenepoela również stoją u progu wielkich kolarskich sukcesów. Nie mają jeszcze „wielkich nazwisk”, ale Giro po raz kolejny pokazało, że nazwiska i palmares nie jeżdżą na rowerze.

Fascynowała mnie walka o zwycięstwo w wyścigu. Bernal nigdy nie był moim ulubieńcem, ale w chwili kryzysu pod Sega di Ala pokazał, że również jest człowiekiem. Trzymałem za niego kciuki z całej siły, by zdołał tę chwilę słabości przełamać.

Ale trzymałem je również za Yatesa i jego determinację do powetowania swojej klęski z 2018 roku. Nie udało mu się wygrać, ale raczej wyjeżdżał z Mediolanu z podniesioną głową. Nie mówiąc już o Caruso, który swoją szansę wykorzystał najlepiej jak potrafił. Ciekaw jestem, ilu internetowych znawców kolarstwa, potrafiących wyczytać ze statystyk niemal każdą przyszłość, miało 33-letniego Włocha w swoich notatkach na drugiej pozycji?

To właśnie w sporcie wydaje mi się najpiękniejsze: nieprzewidywalność. A pod tym względem tegoroczne Giro d’Italia z całą pewnością nie rozczarowało.

Wielkie włoskie święto

Dla mnie ten wyścig był o tyle wyjątkowy, że mogłem go znowu dotknąć z bliska, w dodatku z takiej perspektywy, z jakiej nigdy wcześniej nie miałem szansy go oglądać. Przejechanie kilku fragmentów trasy wśród włoskich i słoweńskich kibiców, przejazd pod bramą mety w Gorizji i Cortinie d’Ampezzo, jazda koło w koło z kilkoma włoskimi legendami kolarstwa czy codzienne prezentacje i podpisywanie listy w bliskiej obecności Trofeo Senza Fine były absolutnie wyjątkowym przeżyciem. Nawet ze świadomością, że to przecież tylko fajna zabawa.

Ale to również jest jeden z kluczy do zrozumienia fenomenu Giro d’Italia, które oprócz emocji sportowych i promocji tego pięknego kraju oferuje przede wszystkim atmosferę trzytygodniowego święta, w czasie którego ludzie gromadzą się przy drogach przede wszystkim po to, by się wspólnie bawić.

I to również jest coś, o czym bardzo łatwo jest zapomnieć, gdy się ten sport ogląda wyłącznie z perspektywy oczekiwań, przewidywań i sprawdzania, czy się „miało rację”: w kolarstwie kluczem do sukcesu jest współpraca: lokalnych społeczności, miast, sponsorów, organizatorów, służb technicznych, ekip, kolarzy i kibiców. Nie byłoby fenomenu Giro d’Italia bez zaangażowania ich wszystkich. Bez tego „Amore Infinito” byłoby tylko zwykłym reklamowym hasłem. Tymczasem ta miłość od 112 lat angażuje tych wszystkich ludzi i spaja ich bez reszty. Wszak nie bez powodu jednym z fundamentów powstania tej imprezy była idea zasypania gigantycznych podziałów między poszczególnymi regionami Włoch.

Zapewne za kilka dni rozpoczną się przygotowania do kolejnej edycji. Za kilka miesięcy poznamy trasę i usłyszymy, jakie historie tym razem zechcą nam opowiedzieć organizatorzy. Znów zobaczymy podświetlone na różowo najpiękniejsze włoskie miasta. Później poznamy aktorów, którzy wezmą udział w tym spektaklu, a na początku maja świat znów na trzy tygodnie zrobi się nieco bardziej różowy niż zwykle.

Ja już nie mogę się doczekać.

Foto: Ferrari/La Presse, Giro d’Italia

Grande casino

Jeśli jest coś, co podziwiam u innych ludzi i czego im czasem zazdroszczę, to jest to dystans do siebie i umiejętność godzenia się z tym, co przynosi los. Bez zupełnie zbędnego marnowania czasu i energii na roztrząsanie drobiazgów, na które nie ma się żadnego wpływu. Bo z życia warto czerpać pełnymi garściami tylko najlepsze.

Każdy ma jakieś miejsce na ziemi, w którym ładuje swoje baterie i nabiera ochoty do dalszego funkcjonowania. Ja swoje znalazłem we Włoszech. W codziennym „ciao” na przywitanie, w gęstym jak smoła espresso, jakiego nie ma w żadnym innym miejscu na świecie, w życzliwych uśmiechach zupełnie obcych ludzi pytających czy „tutto bene?” i w serdecznych życzeniach dobrego dnia na pożegnanie. Po to wszystko wracam do Włoch tak często, jak to tylko możliwe.

(Un)Fortunato

Bardzo lubię włoskie określenie „grande casino”, które często pada w sytuacji, gdy coś układa się niezgodnie z planem. Podczas Giro d’Italia słychać je bardzo często, bo przy organizacji tak wielkiego przedsięwzięcia spraw, które mogą pójść nie tak, jest bez liku.

Utkwiła mi w pamięci scena spod Monte Zoncolan, gdy już ukończyliśmy etap i poszliśmy do wydzielonej dla nas przy trasie wyścigu strefy z bufetem. Kibicowaliśmy jadącym w stronę mety Lorenzo Fortunato i Janowi Tratnikowi. Chwilę później przejechała grupka kolarzy z liderem wyścigu Eganem Bernalem. Nieco dalej jechał uwielbiany przez Włochów Vincenzo Nibali.

Kiedy Fortunato wspinał się po piekielnych 27-procentowych stopniach na metę odwróciliśmy się w stronę rozwieszonych pod namiotem ekranów. Włosi dopingowali swojego kolarza tak, jak tylko oni potrafią: głośnym krzykiem „Dai! Dai!”, śpiewem i bębnieniem dłońmi o stoły. Już wiedzieliśmy, że Tratnik nie da rady dogonić kolarza Eolo-Kometa, ekipy współtworzonej przez Ivana Basso, który jeszcze przed rokiem brał gościnny udział w zabawie w Giro-E. Emocje pod naszym namiotem sięgały zenitu.

Fortunato miał do mety niecałe 100 metrów. I właśnie wtedy na ekranach monitorów pojawił się komunikat o automatycznym wyłączeniu. 15 sekund, 14, 13… Włosi zaczęli ze śmiechem odliczać. „Cinque! Quattro! Tre! Due! Uno!”. Gdy telewizory zgasły rozległy się brawa i gromki śmiech. Nikt nie rzucił się w poszukiwaniu pilota, nie rozległ się żaden głos dezaprobaty, nikt nie zbeształ o zaniedbanie kierownika imprezy. Odwróciliśmy się na powrót w stronę drogi i zaczęliśmy kibicować kolejnym grupom zmierzających w stronę mety kolarzy. Zdarza się. Grande casino.

Nie udało mi się wjechać na szczyt Monte Zoncolan, bo z powodu gwałtownej ulewy poprzedniego wieczora miejsce, w którym mieliśmy biwakować zamieniło się w mieszaninę błota i śniegu. Dlatego nasz namiot ulokowano trzy kilometry przed metą. Tamtego dnia nie wyszło, więc nastawiałem się na przygodę na przełęczach Passo Pordoi i Passo Giau, jedne z moich ulubionych miejsc w Dolomitach, zjeżdżonych swego czasu wzdłuż i wszerz na nartach.

Siła wyższa

W niedzielę wieczorem dotarliśmy do Canazei. I chociaż wiedzieliśmy, że prognozy na następny dzień nie są optymistyczne, liczyliśmy na to, że pogoda mimo wszystko okaże się nieco bardziej łaskawa. Niebo w górach wyglądało obiecująco.

Poniedziałek przywitał nas jednak przerażającym chłodem i ulewnym deszczem. Wiedzieliśmy, że najprawdopodobniej z jazdy nic nie wyjdzie. Nikt o zdrowych zmysłach nie zaryzykowałby przegonienia w tych warunkach przez zaśnieżone przełęcze grupy składającej się w dużej mierze z amatorów.

Nikt też nie był zdziwiony, gdy podobną decyzję podjęła dyrekcja całego Giro d’Italia. To było najrozsądniejsze, co można było zrobić. I wbrew twierdzeniom wielu „kanapowych ekspertów” to nie było dla organizatorów żadne zaskoczenie. Standardem na takich wyścigach jest opracowywanie alternatywnej trasy właśnie na takie okoliczności. Wdrożenie tego rozwiązania w życie zajęło tyle czasu, ile potrzebne było na odwrócenie różowych tabliczek przed skrętem na Passo Fedaia, by pokazywały nowy kierunek. Przewiezienie z jednego miejsca w drugie bramy oznaczającej 50 km do mety nie było już żadnym problemem. Gdy przejeżdżaliśmy przez Passo Pordoi, brama górskiej premii była już elegancko złożona i czekała na zabranie. Dla Włochów to nic nowego. Kolejne grande casino, w którym czasem trzeba się po prostu liczyć z przegraną.

Niezrozumienie

Utyskiwania na brak telewizyjnej transmisji z trasy skróconego etapu czytałem później ze smutkiem. Mam wrażenie, że wielu ludzi zupełnie nie dopuszcza do siebie myśli, że bezpieczeństwo pilotów i obsługi jest ważniejsze od rozrywki, chociaż to przecież dla niej organizuje się całą tę zabawę. Ale jednocześnie uśmiecham się pod nosem, czytając wywody o tym, że „chłopaki z RAI powinni przecież wyciągnąć wnioski, bo taka sytuacja zdarza się nie po raz pierwszy”.

A może by tak wyciągać wnioski również po tej stronie ekranu? Może oglądając włoski wyścig warto pogodzić się z myślą, że właśnie tacy są Włosi? Może czasem warto się od nich nauczyć nie napinania się ponad miarę i nie wygrywania za wszelką cenę? Może warto przez te kilkadziesiąt minut popatrzeć na twarze ludzi, którzy moknąc w ulewnym deszczu przy temperaturze dwóch stopni, czekają na tych kilka sekund emocji na mecie?

Nie przejechałem Passo Pordoi i Passo Giau. Wsiadłem jednak na rower na ostatnich kilka kilometrów etapu. Tylko po to, żeby raz jeszcze poczuć ten dreszcz przy przejeżdżaniu przez bramę mety. Przy okazji poczułem parę innych dreszczy, bo jeszcze nigdy tak bardzo nie zmarzłem na rowerze, a przecież zdarzało mi się jeździć również zimą. Ale mimo to poczułem, że w tym grande casino sięgnąłem tym razem po swoją wygraną.

Przede wszystkim jednak doskonale się bawiłem. Bo poza sferą sportową Giro d’Italia i towarzyszące mu Giro-E to przede wszystkim wielkie kolarskie święto i okazja do wspaniałej zabawy.

Niezapomniane wrażenia

To była solidna dawka niezapomnianych emocji. Od jazdy ramię w ramię z Moreno Argentinem, Roberto Contim czy Moreno Moserem, przez codzienną ceremonię prezentacji i podpisywanie listy startowej (miałem i tutaj kapitalną zabawę, gdy spiker, próbując wymówić moje nazwisko, przedstawiał mnie w końcu przed każdym etapem: „Giornalista Eurosport Polonia: Marius Impossibile Cognome Sykajer”). Aż po niesamowite wrażenie jazdy w szpalerze kibiców na górską premię w Gornjem Cerovie, gdzie zostałem wyznaczony do walki w „sprincie”.

Byłem siódmy, zwycięzcy nawet nie widziałem, moje tętno sięgnęło 197 uderzeń na minutę, a oferowane przez silnik w moim e-bike’u 250 watów to było zdecydowanie za mało, by ułatwić to zadanie mnie, skądinąd nie należącemu do najlżejszych, i ważącemu prawie 14 kg rowerowi pode mną. Ale ten oszałamiający doping włoskich i słoweńskich kibiców będę pamiętał do końca życia. Podobnie jak wrażenie towarzyszące przejechaniu pod bramą mety etapu Giro d’Italia.

Ale oprócz fantastycznej przygody, ta krótka wyprawa na trzy etapy Giro-E była dla mnie niezwykle cenną lekcją o tym, że można cieszyć się drobiazgami bez tego uporczywego i niemal wszechobecnego pragnienia wygrywania za wszelką cenę. W „wyścigu” do świateł, w dyskusjach w internecie, w nieopanowanej potrzebie udowadniania na każdym kroku swoich racji.

Myśląc o Włoszech najczęściej stają nam przed oczami fantastyczne widoki, urokliwe miasteczka, piękne góry, nadmorskie kurorty i dobrą kuchnię. Ja za każdym razem najbardziej się cieszę z odkrycia kolejnego kawałka włoskiej duszy. Tej nieuchwytnej tajemnicy, która za każdym razem sprawia, że od chwili, kiedy przekraczam włoską granicę nie przestaję się uśmiechać. Nawet jeśli nie wszystko układa się po mojej myśli i nie wszystkie plany udaje się realizować.

Takie po prostu jest włoskie grande casino.

Foto: M.Czykier, Instagram/Giro-E