Wrogie przejęcie.

Dawno, dawno temu, w czasach, gdy jeszcze nie wychodziło się z pokoju podczas emisji reklam w telewizorze, bo były fascynującą nowością i oglądało się je z zaciekawieniem, emitowano między innymi spot, promujący jakąś markę komputerów. Warto w tym miejscu wspomnieć, że schemat produkcji reklam z wczesnych lat 90. był stosunkowo prosty: zachwalano walory produktu, a dla podkreślenia jego absolutnej wyjątkowości stosowano jakiś trik z pogranicza czarnego humoru i kompletnego absurdu, trochę w stylu Monty Pythona. I tak w rzeczonym spocie z komputerem sprzedawca zjawiał się na ekranie z wielkim rzeźnickim toporem, pytając kupującego czy mu towar poporcjować, na co ten żarliwie zaprzeczał, że „Nie, nie, nie, biorę w całości”.

Przypomniał mi się ten facet z toporem, bo był on wówczas jednym z wielu dowodów na to, że reklamy mógł produkować dosłownie każdy, kto tylko miał wystarczająco dużo szczęścia i paru znajomych na rodzącym się dopiero rynku reklamowym. Dzisiaj jest podobnie w każdej innej dziedzinie i wystarczy tylko dostęp do Internetu, by pierwszy lepszy Iksiński mógł zostać lekarzem, prawnikiem, trenerem, dietetykiem, albo specjalistą od naprawiania związków sportowych. Istnieje co prawda pewna subtelna różnica, bo farciarze od – nomen omen – topornych spotów z wczesnych lat 90. porobili fortuny, a my w większości przypadków wciąż jesteśmy w ciemnej d…, ale kto by się przejmował takimi drobiazgami. Ważne, że można sobie pogadać.

Czytam sobie zatem te litanie pomysłów na uzdrowienie naszego ulubionego związku sportowego i uśmiecham się pod wąsem, bo mam nieodparte wrażenie, że oglądam jakąś grę, w której ktoś godzinami lawiruje w gąszczu argumentów, by na koniec się o nie rozbić, zobaczyć napis „game over” i zacząć od nowa, bo to przecież niemożliwe, żeby się za setnym razem nie udało przejść tego poziomu, popełniając te same błędy. Przyglądam się więc temu z niezdrowym zainteresowaniem i na ogół staram się nie reagować, ale gdy widzę takie pomysły, że np. „należy w uzgodnieniu z ministerstwem i UCI dokonać czegoś na kształt „wrogiego przejęcia” PZKol, by uporządkować w nim sytuację”, jakaś część mojej racjonalnej duszy kona, ostatkiem sił wołając o litość.

No nie, panowie. Nie tędy droga. Ja rozumiem, że odniesienia do PZPN z czasów Fryzjera i spółki wyglądają atrakcyjnie, ale po pierwsze: kaliber tamtej sprawy był istotnie większy, niż tylko nieudolne zarządzanie związkiem; po drugie: na stole leżały poważne zarzuty korupcyjne, wobec których organy państwa nie mogły zachowywać wygodnej neutralności; a po trzecie wreszcie: pardon maj frencz, ale mimo wszystko środowisko kibiców piłkarskich stanowi jakąś siłę, istotną z punktu widzenia politycznej walki, więc i z tego powodu nie można było sprawy zostawić samej sobie, żeby się po prostu rozwiązała wewnątrz organizacji.

Nie jestem pewien, czy to w tym wszystkim nie jest argument kluczowy i czy nie warto zdać sobie w końcu sprawy, że w porównaniu z piłkarskimi ultrasami środowisko rowerzystów i kibiców kolarstwa w Polsce to w istocie zupełnie niewielka garstka miłych ludzi, z którymi fajnie jest żyć w zgodzie i budować im ścieżki, bo bywają upierdliwi z blokowaniem miasta w piątkowe popołudnia, ale z politycznego punktu widzenia są zupełnie pomijalni i trzeba by mieć nierówno pod sufitem, żeby ryzykować dla nich karierę i naginać obowiązujące reguły. Bardzo mi przykro, ale w tym kraju Rodzina Radia Maryja ma znacznie większą siłę, niż środowisko kolarskie, więc oczekiwanie, że się cudownie znajdą jakieś pieniądze na spłatę długów PZKol, to raczej czekanie na śnieg w lipcu. Z punktu widzenia interesów politycznych nie ma tutaj do ugrania zupełnie nic. Środowisko kolarskie skazane jest na siebie i na ludzi, których samo sobie wybrało do reprezentowania we władzach związku.

Ktoś w tym miejscu pewnie powie: „Ale zaraz, zaraz! Przecież ja nikogo nie wybierałem!”. W gruncie rzeczy byłoby dobrze, gdyby to powiedziała większość zainteresowanych, a jeszcze lepiej, gdyby im zaraz potem gdzieś między synapsami zaiskrzyło pytanie, czy się możliwość takiego wyboru ma. Bo i owszem: ma się.

Związek sportowy tym się różni np. od partii politycznej, że co do zasady powstaje oddolnie: najpierw są kluby, które zrzeszają się w organizacje na poziomie lokalnym, a następnie te powołują swoją reprezentację w postaci stowarzyszenia, którym w istocie jest każdy związek sportowy. Dokładnie taka sama ścieżka obowiązuje w przypadku powoływania władz tegoż, bowiem zarząd związku sportowego wybierany jest przez delegatów, którzy wcześniej wybierani są w strukturach lokalnych.

Jeśli więc ktoś dziś narzeka, że we władzach związku nie ma menedżerów, tylko średnio rozgarnięci działacze, to z dużym prawdopodobieństwem nigdy się nie zainteresował nawet tym, kto – poniekąd w jego imieniu – dokonał takiego, a nie innego wyboru. Żeby się nie bić tylko w cudze piersi przyznaję: ja też się tym nigdy wcześniej szczególnie nie interesowałem. Pies z kulawą nogą się tym nie interesował i między innymi dlatego mamy to, co mamy, bo zdecydowana większość lokalnych działaczy podejmuje decyzje według schematu tak prostego, jak przywołane na początku scenariusze reklam z lat 90.: ważne jest tylko to, żeby mieć swojego człowieka w zarządzie.

Wszyscy ludzie, z którymi na ten temat rozmawiałem, są zgodni co do jednego: nie ma fizycznej możliwości, żeby w takiej kryzysowej sytuacji, w jakiej obecnie znajduje się związek, mógł nim sprawnie zarządzać aż 9-osobowy zarząd, złożony w znacznej mierze z ludzi, którzy są tam wyłącznie po to, by reprezentować jakąś frakcję lub strukturę lokalną. Motywacja części z nich jest wyłącznie „reprezentacyjna” (sukcesem jest już sam fakt bycia w zarządzie), kompetencje żadne, a zaangażowanie zerowe, tym bardziej, że pracują za darmo. Jeśli do tego dodać, że na ogół wzajemnie się nie znoszą – mamy przepis na katastrofę doskonałą. Efektów nie trzeba daleko szukać, wystarczy posłuchać, co na przykład część zarządu mówi o człowieku, odpowiedzialnym za nieogarnięcie tematu strojów reprezentacji na mistrzostwa świata: „nie dał rady”. Helou?

Żeby zmienić tę sytuację nie trzeba wcale organizować pełzającego zamachu stanu i namawiać UCI i ministerstwo na „wrogie przejęcie” PZKol (jakby to usłyszał minister Bańka, to echo jego śmiechu straszyłoby kolejnych ministrów co najmniej trzy kadencje). Wystarczy się zaangażować w działanie struktur lokalnych i zadbać o to, żeby na następne Walne Zgromadzenie Delegatów wybrać takich ludzi, którzy nie pojadą tam na kolejne towarzyskie spotkanie i test trwałości wątroby, tylko z wolą rozwiązania problemu i pomysłami na to, jak realnie ratować związek. Dopóki jednak my będziemy snuli fantastyczne wizje o ministrze na białym koniu, który wjeżdża na pruszkowski tor z workiem pieniędzy i pręgierzem, przy którym publicznie wybatoży leniwych działaczy, dopóty oni będą kolportować mrzonki o tym, jak to kiedyś będzie fajnie. Ale nie zjawi się tam też żaden menedżer, jeśli sami o to nie zadbamy.

Tymczasem my wolimy marnować czas na jałowe dyskusje, a o sukcesach polskich kolarzy przez najbliższe lata będziemy czytali wyłącznie w podręcznikach historii. Niewykluczone, że na tajnych kompletach.

PS. O sytuacji związku i o tym, czy w ogóle jest jeszcze jakieś światło w tunelu, pogadaliśmy sobie w ubiegły czwartek podczas audycji Turdetur w Weszło.FM. Wpadł też na chwilę jeden z wiceprezesów PZKol, Sebastian Rubin i próbował nas przekonać, że w związku nastała nowa jakość. Czy faktycznie? Niech każdy sam się przekona, odsłuchać można tutaj.

Foto: Flickr / TechGeeks

(O)wal to! Po prostu ciesz się jazdą!

Problem z jakimikolwiek testami w kolarstwie szosowym jest taki, że poza laboratoriami i tunelami aerodynamicznymi nie ma właściwie żadnej możliwości osiągnięcia porównywalnych warunków do przetestowania czegokolwiek. To, że jednego dnia osiągasz takie wyniki, a kolejnego inne, może zależeć od tylu zmiennych, że nie sposób rozumem ogarnąć. Inny jest wiatr, inna temperatura, inna wilgotność, inaczej się wyspałeś, co innego zjadłeś, o czym innym myślisz i coś innego uwiera cię w życie. Bywa, że w poniedziałek czujesz się świetnie, a we wtorek boli cię cały człowiek – zupełnie bez wyraźnego powodu. Ot, proza życia.

Ten przydługi wstęp zamieszczam dlatego, że swego czasu pochwaliłem się na socialach, że przesiadłem się na owalne tarcze i oczekuję, że moje życie istotnie się zmieni. Ale ponieważ z wyżej wymienionych powodów nie da się w sensowny sposób porównać mojego życia „przed” i „po” tym zabiegu, postanowiłem się podzielić wyłącznie moimi wrażeniami i mocno osobistymi odczuciami. Czujcie się ostrzeżeni.

Aha! Znowu musiałem coś zaniedbać, ale za ten materiał zupełnie nikt i nic mi nie płaci, więc nie ma obawy, że sprowadzę kogoś na manowce, bo tak sobie winszował reklamodawca. Nic z tych rzeczy. Zainwestowałem w tę zmianę własny pieniądz i nie wiem, czy to nie jeszcze gorzej, bo strasznie trudno mi się teraz oprzeć pokusie racjonalizowania tego (na szczęście niezbyt wielkiego) wydatku. W każdym razie: czujcie się ostrzeżeni.

Wbrew pozorom eliptyczny napęd nie powstał w wyniku tego, że Krzysiek Froome pedałował tak zapamiętale, że mu się tarcze w jednym miejscu nieco zdeformowały. Zanim świat zobaczył, jak Froomiemu łańcuch się majta w jedną stronę bardziej, ktoś musiał usiąść i pokombinować, jak wyeliminować z prostego – jak się na pozór wydaje – pedałowania ten nieprzyjemny moment, w którym jedna noga jeszcze nie naciska, a druga jeszcze nie ciągnie w górę. Z jakich używek korzystał, zanim doszedł do tego, że rozwiązaniem będzie zmiana koła w jajo – niech zostanie jego tajemnicą. Grunt, że wymyślił.

Czy to działa? Hm… to zależy. Przede wszystkim od tego, co rozumiemy pod pojęciem „działa”. Jeśli ktoś chciałby zapytać, czy przybywa od tego mocy, to szczerze mówiąc: nie wiem, bo nie sprawdzałem (dotąd nie przyszło mi do głowy inwestować w pomiar mocy), a po drugie: raczej nie sądzę. Przypominałoby to trochę instalację na smartfonie aplikacji, która czyni go wodoodpornym – mniej więcej podobny poziom abstrakcji, bo zasadniczo źródłem mocy jest pedałujący, a nie pedały.

Intuicja podpowiada mi więc, że generowana przeze mnie moc jest mniej więcej taka sama, jak poprzednio, ale jest teraz efektywniej wykorzystywana, bo znacznie mniejszy jest tzw. martwy obszar, w którym nogi zajęte są bardziej zmianą swoich pozycji, niż popychaniem roweru naprzód. I to w sumie tyle „magii”. A jakie są konsekwencje?

Przede wszystkim (to bardzo subiektywne odczucie) jeździ się zdecydowanie lżej. Zmiana, jaką zaobserwowałem w moich statystykach na Stravie, polega przede wszystkim na tym, że jadę z podobną lub nieco większą średnią prędkością, ale za to z niższą kadencją i niższym średnim tętnem (choć to znowu dobre miejsce dla przypomnienia, że nawet pokonana kilka razy ta sama trasa to żadna miara, bo inny wiatr, inna temperatura, inne jedzenie, a czasem również inne towarzystwo, które wystarczy, że da kilka mocniejszych zmian i wszystkie porównania idą w piach).

Ale zaobserwowałem również inną zmianę: znacznie mniej się męczę, szybciej regeneruję i nieco inaczej bolą mnie nogi po długiej jeździe. Trudno to precyzyjnie opisać, ale jak wcześniej zdarzało mi się po dłuższej jeździe poczuć solidny zapiek w udach, a bywało, że kilka godzin po treningu łapał mnie jakiś skurcz, tak od prawie miesiąca nie pamiętam takiej sytuacji, choć jeździłem zdecydowanie więcej (co też może być samo w sobie odpowiedzią: inne wytrenowanie, inny wiatr, inne żarcie, inne towarzystwo i tak dalej…).

Zastanawia mnie tylko jedno: skoro to jest takie fajne i takie efektywne, to dlaczego – poza nielicznymi wyjątkami, ze wspomnianym wcześniej Froome’m na czele – nie korzystają z tego rozwiązania zawodowcy? Szczerze mówiąc: pojęcia nie mam. Może jest z tym za dużo roboty, bo każda zmiana tarczy wymaga zmiany ustawienia ramienia przedniej przerzutki? Może przy ich poziomie wytrenowania różnica jest niezauważalna (ja sam w pierwszym odruchu oceniłem, że na płaskim to mniej więcej 65% marketingu i 35% efektywności, choć pod górę dokładnie na odwrót i raczej podtrzymuję ten pogląd)? Może chodzi o to, że jeden Froomie już wystarczy, więc inni nie będą robić siary? Nie wiem.

Wiem natomiast, obserwując dość entuzjastyczne reakcje wszystkich, którzy z tego rozwiązania skorzystali, że prędzej czy później będzie ten patent zdobywać coraz większy rynek, bo nawet jeśli naukowo nie da się bez cienia wątpliwości udowodnić skuteczności tego rozwiązania, to powodowane przez nie uczucie większej frajdy warte jest swojej ceny. Ostatecznie przecież wielu z nas (w tym piszący niniejsze słowa) jeździ wyłącznie dla przyjemności.

Na koniec pro-tip: są miejsca, gdzie można ten patent po prostu wypożyczyć i wypróbować, np. krakowski Bike-RS, gdzie nabywałem swoje tarcze. Ja korzystam z rozwiązania absoluteBLACK, ale kiedyś muszę spróbować jeszcze patentu O.Symetric, który ma jeszcze dziwniejszy kształt (aB i Q-Rings są regularną elipsą, O.Symetric przypomina pisane kursywą duże O) i podobno jest źródłem jeszcze ciekawszych wrażeń.

Siła fantazji, klęska kalkulacji.

Rozmawiałem kilka dni temu z Piotrem Wadeckim i nagle rozmowa zeszła nam na Remco Evenepoela. Czekam jeszcze na autoryzację, więc nie mogę odesłać do pełnego tekstu, ale padło tam takie zdanie, że tym, co wyróżnia młodego Belga spośród wszystkich innych kolarzy, jest brak maniery kalkulowania i oszczędzania sił na ostatni atak. Jeśli czuje, że ma siłę – daje z siebie wszystko.

I tak sobie patrzę teraz na zwycięzców ostatnich wyścigów i etapów: Bernal w Tour de France (22 lata), wspomniany wyżej Evenepoel (19 lat) w San Sebastian i we wczorajszej czasówce na ME, Jonas Vingegaard (22 lata) na etapie TDP w Kościelisku, za plecami którego przyjechali Pawel Sivakow (również 22 lata) i Ian Hindley (23). Dzisiejszy zwycięzca etapu, Matej Mohorič to też raczej młodziak (24 lata), który popisał się kapitalną ucieczką i niesamowitą siłą woli do końca.

OK – ktoś powie, że nikt go nie gonił, bo nie liczył się w generalce. Ale mimo wszystko z tyłu toczyła się jakaś walka, a on jechał, nie oddając ani sekundy z uzyskanej przewagi. Przecież nie potrzebował na mecie aż blisko minuty, mógł odpuścić i nie wycinać się tak mocno.

Patrzę sobie na to wszystko i budzi się we mnie jakaś nadzieja, że może ci młodzi kolarze wniosą do peletonu nie tylko świeżą krew, ale przede wszystkim nieco fantazji, ambicji i szaleństwa. Może nie zawsze się to będzie opłacało, no ale z drugiej strony: czy opłaca się to liczenie na ostatni, decydujący atak, który wcale nie musi nastąpić?

Śmiesznie brzmiały tłumaczenia Kruijswijka, niezadowolonego z neutralizacji 19. etapu Tour de France, bo przecież on miał w planach decydujący atak właśnie na tym ostatnim podjeździe, którego nie było. Dziwnie było patrzeć na Vincenzo Nibalego, który podczas Giro zlekceważył Richarda Carapaza (26 lat, więc też jeszcze nie weteran), bo przecież niemożliwe, żeby się taki wyścig rozstrzygał już na 14 etapie. A jednak! Pawel Sivakow też nie czekał na ostatni podjazd, tylko zaatakował na 6. etapie Tour de Pologne i to dzięki temu wygrał wyścig. Co ryzykował? Tylko ewentualną walkę z Vingegaardem i Hindleyem. Wobec reszty musiał już tylko pilnować, by mu nie odjechali.

Przed startem Tour de Pologne spędziłem długą chwilę na rozmowie z Krzysztofem Wyrzykowskim. Pewnie wszyscy znają zdanie Krzysztofa na temat słuchawek w World Tourze. W pewnym sensie się z tym zgadzam, ale gdzieś z tyłu głowy zawsze miałem kwestie bezpieczeństwa. Wydawało mi się, że gdyby peleton zrezygnował ze słuchawek, to musiałby jednocześnie nieco zwolnić. Nawet sprawdziłem przy jakiejś okazji, o ile wzrosła średnia prędkość na Tour de France od początku lat ’90, kiedy w peletonie zaczęły się pojawiać radia: ponad 3 kmh! Niewiele? Przy 90-godzinnym wyścigu to jest prawie 300 kilometrów, czyli dwa etapy różnicy! (Co oczywiście nie jest zasługą wyłącznie radia, ale to bez wątpienia jeden z wielu elementów tej zmiany).

Kiedy dzisiaj patrzę na tych młodych kolarzy, atakujących wtedy, gdy czują, że „mają pod nogą” i dzięki temu wygrywają wyścigi, albo gdy widzę, jak niektórzy w decydujących momentach wyrywają sobie słuchawki z ucha, zastanawiam się, czy to aby przypadkiem nie jest dobra metoda na ożywienie wyścigów? Na to, by skończyć z tymi kalkulacjami i zdalnym sterowaniem z wozu technicznego. Masz pod nogą? Jedź! Potrzebujesz pomocy? Dogadaj się! Chcesz zaryzykować? Ryzykuj!

Kolarstwo jest sportem, w którym strategia jest niezmiernie ważna. Ale strategia, pozbawiona odrobiny fantazji i ryzyka, strasznie ten sport wyjaławia. I trochę dziwię się Rafałowi Majce, że po doświadczeniach sprzed dwóch lat, gdy przegrał wyścig już w Szczyrku (choć nieco „pomógł” mu w tym Peter Sagan), próbował wygrać tegoroczny Tour de Pologne jednym atakiem, przeprowadzonym 40 kilometrów przed metą ostatniego etapu.

Rozumiem, że mógł nie mieć siły na więcej. Szanuję to, bo wiem, jak ciężka to jest robota. Ale jako kibic czuję się trochę zawiedziony. Nie brakiem zwycięstwa. Brakiem fantazji i determinacji, które prawdopodobnie wynikały z kolejnych kalkulacji: oszczędzania sił na Vueltę.

Oby się opłaciło, choć śmiem podejrzewać, że Vueltę również wygra kolarz, który w decydującym momencie wyrwie sobie słuchawkę z ucha i zda się na instynkt. Kimkolwiek będzie – jemu będę kibicował.

Foto: Szymon Gruchalski / Tour de Pologne

(Za)duma.

Są takie momenty, w których najwłaściwiej jest po prostu milczeć. Przeczekać, aż przetoczą się pełne patosu akty żalu, teorie, wymyślane na poczekaniu przez domorosłych specjalistów od wszystkiego, kipiące poczuciem wyższości „dobre rady”, czy wreszcie rozpaczliwie wołające o kliknięcie tytuły w serwisach, przechodzących siebie w kombinowaniu, jak tu podzielić włos na czworo i z maską troski na twarzy wycisnąć jeszcze kilka odsłon i reklamowych grosików.

Są takie momenty, w których zwyczajnie odechciewa się bycia częścią tego paskudnego świata. Wtedy najlepiej jest posiedzieć w ciszy. Bo i o czym tu mówić? Przegadać śmierć? Nonsens.

Nigdy nie widziałem w sporcie czegoś tak smutnego, a jednocześnie tak pięknego, jak wczorajszy etap Tour de Pologne z Jaworzna na Kocierz. I chociaż wiem, że to nie jest najwłaściwsze na tę okoliczność słowo, to nie znajduję niczego bardziej odpowiedniego: czułem po prostu dumę.

Ktoś kiedyś powiedział, że jak nie wiesz, jak powinieneś się zachować, zachowaj się po prostu przyzwoicie. Tak zachowali się wczoraj organizatorzy Tour de Pologne, zdejmując i zasłaniając wszystkie reklamy, neutralizując – w porozumieniu z zawodnikami – etap i nie przerywając wyścigu, ale pozwalając mu dojechać do mety, w kierunku której zmierzał również Bjorg Lambrecht. Tak zachowali się wczoraj kibice, którzy liczyli przecież na zabawę, festyn i widowisko, a zamiast tego, z przewiązanymi żałobnym kirem flagami i naprędce namalowanymi numerami Belga, stanęli wzdłuż drogi i w milczeniu odprowadzali wzrokiem smutny peleton.

Mignęło mi gdzieś w poniedziałkowy wieczór wypowiedziane przez Czesława Langa zdanie, że 76. edycja Tour de Pologne będzie się wszystkim kojarzyła już tylko z tym nieszczęśliwym wypadkiem. To nieprawda. Będzie się kojarzyła z młodym Belgiem, który stracił tu życie i z tysiącami Polaków, którzy stanęli przy trasie, by go pożegnać i oddać mu hołd. I z numerem 143, którego już nigdy nie zobaczymy na trasie tego wyścigu.

Jakiś czas temu napisałem, że moim zdaniem wyścigowi Tour de Pologne brakuje legendy. Nie mamy ikonicznych alpejskich szczytów, nie mamy flandryjskich bruków, nie mamy toskańskich „białych dróg”, a nade wszystko nie mamy tradycji, bo tę na długie lata „zagrabił” Tour de Pologne Wyścig Pokoju. Nasz wyścig musi budować swoją legendę od nowa, przez własnych bohaterów i własne historie. Również te tragiczne, jak śmierć Bjorga Lambrechta. Ale przede wszystkim te piękne, jak etap, którym go wyścig pożegnał.

Ale powinniśmy w sobie pielęgnować te obrazy nie tylko dla Tour de Pologne, ale przede wszystkim dla siebie. Bo w takich gestach, w takich chwilach i w takiej ciszy, zdajemy się być nieco lepszymi ludźmi, niż w tym nieustannym jazgocie, przez który rozpaczliwie (i nie zawsze mądrze) każdego dnia próbujemy się przebić.

Foto: Szymon Gruchalski / Tour de Pologne

Umarł Tour, niech żyje Tour!

Tour de France 2019 przeszedł wczoraj do historii, więc przez najbliższe kilka dni będziemy zapewne obrastać w rozmaite podsumowania. Ja sam mam za sobą już bardzo miłą – choć krótką – wizytę w Polskim Radiu 24, w zacnym towarzystwie Czesława Langa oraz tradycyjne podsumowanie dla Sport.pl. I na pewno nie jest to ostatnie słowo, bo jeszcze dziś biegnę do Eurosportu, prowadzić program „Best of TDF”, w czwartek zapewne spotkamy się w Weszło.FM na tradycyjnym dziennikarskim „sabacie”, a kto wie, co jeszcze wydarzy się po drodze…

Ta klęska urodzaju nie pojawiła się bez przyczyny, bo powiedzenie, że tegoroczny Tour de France był najciekawszym z Wielkich Tourów ostatnich lat, powoli staje się już truizmem. Bez wątpienia wielka w tym zasługa znakomicie zaprojektowanej trasy, która nawet na moment nie pozwalała się nudzić i niemal każdego dnia otwierała wyścig na nowe scenariusze. Swoje trzy grosze dorzuciła też pogoda, przez pierwszą połowę oferujące niemal perfekcyjne warunki do ścigania, ale na koniec serwująca jak nie upał, to nawałnice, konieczność neutralizowania etapu i skracania kolejnego. Ale nie zmienia to faktu, że ten wyścig pięknym i ciekawym zrobili przede wszystkim kolarze.

W niektórych komentarzach pojawia się stwierdzenie, że Team INEOS pojechał gorzej, niż się spodziewano. Nie do końca się z tym zgadzam, moim zdaniem zespół Brailsforda pojechał tak, jak zwykle (pomijając znacznie gorszą dyspozycję Michała Kwiatkowskiego i Gianniego Moscona, zwłaszcza w drugiej połowie wyścigu). Ale wydaje mi się, że na obraz wyścigu wpłynęło przede wszystkim to, że inne ekipy przygotowały się do tego Touru znacznie lepiej, wyciągając wnioski z wcześniejszych edycji.

W tym kontekście szczególnie mocno wybija się Team Jumbo-Visma, który – poza INEOS – jest chyba największym wygranym tegorocznego Touru. Cztery wygrane etapy i trzecie miejsce Kruijswijka robią wrażenie, a kto wie, jak by się to skończyło, gdyby Wout Van Aert nie rozbił się na czasówce (martwi to, że jego kontuzja okazuje się znacznie poważniejsza, niż się na początku wydawało) i gdyby 19. etap dojechał do mety zgodnie z planem? Ale nawet bez tego gdybania można sobie powiedzieć jasno, że holenderski zespół ma z każdym wyścigiem coraz mocniejsze papiery do walki w Wielkich Tourach o najwyższe cele.

Mitchelton-Scott, chociaż postawił na złego konia (Adam Yates był na tym wyścigu kompletnie bez formy), również pokazał, że słaba postawa lidera to nie powód do składania broni i zgranął cztery etapowe skalpy. W pewnym sensie zupełnie inaczej, niż Astana, która startowała w bardzo silnym składzie, ale po fatalnym upadku Fuglsanga już na pierwszym etapie, zupełnie się rozsypała i nie pozbierała do samego końca. I tak dalej, i tak dalej…

Bardzo jestem ciekaw jakie wnioski z tegorocznej Wielkiej Pętli wyciągnie Patrick Lefevere? Czy nadal będzie się dogmatycznie trzymał linii, że liczą się tylko klasyki i zwycięstwa etapowe? Przedłużenie kontraktu z Julianem Alaphilippe okazało się doskonałą inwestycją, ale czy fakt, że przez moment wielu ludzi skłonnych było wierzyć, że może on nawet wygrać Tour de France, nie poruszył tej struny również w głowie Lefevere? Zobaczymy pewnie za jakiś czas…

Do budowy dramaturgii tego Touru dorzucili się również kolarze CCC Team, z nieustępliwym Gregiem Van Avermaetem na czele. Wprawdzie sukces jest wciąż przed nimi, ale na jazdę GVA, Michaela Schära, Simona Geschke, Joya Roskopfa, Serge’a Pauwelsa i Łukasza Wiśniowskiego patrzyło się często z dużą przyjemnością. Szkoda, że tak wcześnie stracili Patricka Bevina i że do wycofania się po koszmarnej kraksie został zmuszony kapitalnie jeżdżący Alessandro De Marchi. Jeśli krążące po rynku plotki transferowe się potwierdzą, można się spodziewać, że na kolejnym TDF polska ekipa będzie miała szansę zagrać znacznie mocniejszymi kartami.

Ale jest jeszcze jeden element, który w tym roku zwrócił moją szczególną uwagę: kibice. Może to wynik tego, że w wyścigu nie jechał nieszczególnie lubiany Chris Froome, a może również tego, że tak fantastycznie jechali Francuzi, z Julianem Alaphilippem na czele, może po części fantastycznej pogody, ale odniosłem wrażenie, że atmosfera wzdłuż trasy od początku do końca przypominała niekończące się święto. Szczególnie ujęło mnie to, że nawet po wycofaniu się Thibauta Pinot, wciąż mnóstwo ludzi na drodze do Paryża machało transparentami z jego nazwiskiem.

Nikt nie przekonał się lepiej o tym, jak cenne jest to wsparcie kibiców na dobre i na złe, niż Egan Bernal. Ponad trzy dekady trwał marsz Kolumbijczyków po zwycięstwo w Tour de France. Wielu było blisko, ale dopiero Bernalowi się udało, niemniej przez te wszystkie lata i wszystkie wyścigi kibice z Kolumbii zawsze byli obecni na trasie, zawsze tworzyli fantastyczny klimat i ani na moment nie zwątpili w to, że pewnego dnia doczekają się swojego hymnu na Polach Elizejskich.

Chciałbym poczuć chociaż część tej wiary i część tego entuzjazmu nad Wisłą. Wierzę, że kiedyś też się doczekam.

Foto: A.S.O. / Pauline Ballet

A gdybym był Brailsfordem…

Bardzo lubię po etapach Tour de France przeglądać sobie Twittera i czytać pojawiające się tam opinie na temat tego, co się wydarzyło. Jednym z dominujących w tej przestrzeni tematem jest wewnętrzna rywalizacja w Team INEOS między Eganem Bernalem a Geraintem Thomasem. Moim zdaniem rzekoma, ale do tego za moment dojdziemy.

Takie etapy, jak dzisiejszy, tylko tę dyskusję nakręcają, a ponieważ każdy może w tej przestrzeni snuć własne wizje, to pozwolę sobie na swoją. A rzeczona wizja (która już jutro może się okazać funta kłaków warta) nosi tytuł: „nie sądzę…”.

Zacznijmy od didaskaliów: od początku maja Team INEOS ma nowego sponsora, a Sir Dave Brailsford, przedstawiając go światu deklarował wszem i wobec, że poza napisem na koszulkach w filozofii zespołu nic się nie zmieni, a najważniejszym celem w sezonie jest wygrana w Tour de France. Nie mieliśmy powodu nie wierzyć mu wtedy i nie mamy zbyt wiele powodów, żeby powątpiewać w to teraz. Wprawdzie po drodze sytuacja trochę się pokomplikowała, bo kontuzje wyeliminowały z walki kolarzy, którzy mieli grać pierwsze skrzypce podczas Giro (Bernal) i Touru (Froome), ale nie bez powodu w ekipie jest prawie 30 chłopa. Jest zatem w czym wybierać.

O ile kontuzja Bernala przydarzyła się niemal w ostatniej chwili i na Giro wystawiono skład, który śmiało można nazwać eksperymentalnym (choć byli i tacy, którzy interpretowali go wprost jako demonstrację stosunku do włoskiego wyścigu i wzmocnienie deklaracji, że Wielka Pętla jest celem numer 1), o tyle w przypadku Tour de France wypadek Froome’a w pewnym sensie rozwiązał Brailsfordowi problem klęski urodzaju, jeśli idzie o liderów na TDF. Od dawna było wiadomo, że będzie nim Geraint Thomas. I choć do końca nie było wiadomo, w jakiej „G” jest dyspozycji, bo jeździł niewiele, a po drodze zdarzyło mu się wywracać (co w jego przypadku nie jest niczym szczególnie zaskakującym), to jestem więcej niż pewien, że planująca każde posunięcie z aptekarską dokładnością ekipa INEOS nie certyfikowała by go na lidera, gdyby nie miała pewności, że sobie poradzi.

W odwodzie cały czas był Egan Bernal, ale od samego początku było jasne, że powierzenie mu roli lidera po raz pierwszy w karierze na najważniejszym wyścigu w kalendarzu, to zagranie bardziej pod publiczność, która lubuje się w tego typu wewnętrznych „porachunkach”. I jak widać od początku Touru: sporo ryb złapało tę przynętę i wije się na haczykach.

Niemal od samego początku tego wyścigu, aż do czasówki w Pau (etap 13.) tych dwóch kolarzy dzieliło kilka sekund. Najpierw prowadził Bernal, a na La Planche des Belles Filles wyprzedził go Thomas. Różnica była w gruncie rzeczy dokładnie taka sama: 5 sekund w jedną, 4 sekundy w drugą. Plan (bo w moim przekonaniu jest to element planu) posypał się dopiero na czasówce, która Bernalowi poszła umiarkowanie i stracił do Thomasa około półtorej minuty. Odkąd wyścig wjechał w góry, Bernal te stracone minuty odrabia, ale nie rzuca się w jakieś szalone ataki, tylko skubie sobie po kawałku: trochę pod Tourmalet, trochę pod d’Albis i trochę pod Galibier.

Z pozoru wygląda to jak wewnętrzna rywalizacja, ale moim zdaniem jest to element zmyślnego planu i nie byłbym szczególnie zdziwiony, gdyby się okazało, że „słabość” Thomasa była również precyzyjnie wykalkulowana. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że w INEOS coś się posypało, jak to się zdarza w Movistarze. W INEOS – jak pamiętamy – zmienił się tylko napis na koszulkach. I gdybym był Dave’m Brailsfordem albo Nicolasem Portalem, robiłbym właśnie wszystko, żeby tuż przed decydującymi momentami tego wyścigu mieć dokładnie taką sytuację, jaką ma teraz: dwóch kolarzy, których dzieli ledwie kilka sekund.

Dlaczego? Bo gdybym był Kruijswijkiem, Pinotem, albo Alaphilippem, miałbym teraz nielichą zagadkę do rozwiązania: „Mam w czołówce dwóch kolarzy z jednej ekipy, których dzieli kilka sekund w GC. Każdy z nich może w dowolnym momencie stanąć w korbach i odjechać. Na atak którego z nich powinienem odpowiedzieć?”

____________________________

Foto: A.S.O. / Alex Broadway

Kibice sukcesu.

Eurovision Sport i A.S.O. podały wczoraj wyniki oglądalności wybranych etapów tegorocznej edycji Tour de France. Duńczycy pozamiatali: kanał, w którym transmitowano etap na Tourmalet, osiągnął 66,6% udział w rynku (czyli w pewnym uproszczeniu: dwóch na trzech Duńczyków kibicowało w sobotę Fuglsangowi i spółce). Podobnie było w Belgii (59,4%) i Holandii (56%). A u nas? Hmm…

Ktoś przytomnie zauważył, że skoki narciarskie uprawia w Polsce może 300 osób, a oglądają miliony. Z kolarstwem jest dokładnie na odwrót. I nawet, jeśli jest w tym stwierdzeniu sporo przesady, to mimo wszystko trend jest właśnie mniej więcej taki.

Rozumiem oczywiście, że sukcesy budują zainteresowanie, choć to również nie jest reguła. Sukcesy Roberta Korzeniowskiego nie spowodowały, że ludzie zaczęli masowo uprawiać chód sportowy. Olimpijskie złota Renaty Mauer czy Pawła Nastuli nie zagnały milionów ludzi na strzelnice czy tatami. Mnóstwo dyscyplin, w których Polacy zdobywają medale, to sporty absolutnie niszowe, w których przeżycie bywa większym sukcesem, niż zdobycie złotego krążka. Czyli to jednak nie zawsze tak działa. OK, do popularności skoków z całą pewnością przyczyniła się organizacja zawodów w Zakopanem i Wiśle, ale przecież kolarzy z World Touru również możemy oglądać na naszych drogach. Gdzie więc tkwi źródło problemu?

Wnioskując z ostatnich dyskusji i komentarzy największym zmartwieniem polskiego kibica jest to, że Polacy w Wielkich Tourach nie osiągają znaczących sukcesów, więc nie ma się czym emocjonować. „Nie ma komu kibicować” – czytam niemal na każdym kroku, choć to akurat pierwszy Tour de France od ładnych paru lat, w którym występuje tylko dwóch Polaków (co zresztą nie jest wynikiem jakiejś wyjątkowo słabej formy pozostałych, ale decyzji odnośnie wyboru imprez, podjętych już dawno temu, bo nie sposób przecież startować we wszystkich wyścigach z puchnącego z roku na rok kalendarza UCI). Można odnieść wrażenie, że 4 etapowe zwycięstwa Majki i Bodnara na Wielkiej Pętli, zwycięstwa Tomka Marczyńskiego i podium Rafała w Vuelcie, mistrzostwo świata Kwiatkowskiego – a to wszystko w ostatnich 5 latach – rozochociły nas tak bardzo, że teraz miejsce w czołówce należy nam się przez zasiedzenie i jak nie jadą biało-czerwoni, to dyscyplina kuleje i nie jest warta oglądania.

Mnie ten argument smuci i bawi zarazem. I wydaje mi się mocno naciągany. Zanim wybuchła „małyszomania” przed długie lata w polskich skokach działo się raczej niewiele. Urodziłem się kilka lat po sukcesie Wojciecha Fortuny, więc nie mogę pamiętać tamtej euforii. A mimo to przez całe lata 80. żywo interesowałem się skokami, kibicując Nykaenenowi, Weissflogowi i innym. Pamiętam występy Piotra Fijasa, a po nich długo, długo nic, aż do czasu, gdy skakać zaczął Małysz.

W kolarstwie dla odmiany sukcesów mieliśmy zawsze dużo więcej, a możliwość jego oglądania ograniczoną niemal wyłącznie do relacji z Wyścigu Pokoju. Później jego legenda przygasła, a dla kolarstwa szosowego w Polsce nadszedł długi okres posuchy, z rzadka pokrapianej radością z sukcesów Halupczoka czy Jaskuły. Od kilku lat na brak sukcesów narzekać nie możemy, ale oczekiwania widzów najwyraźniej rosną jeszcze szybciej, a jak już się kibicom znudzi wyzywanie naszych kolarzy od „wyrobników” i planowanie na nowo ich karier, to dostaje się też Eurosportowi, że relacje są za długie i nudne (jakby istniał jakiś nakaz oglądania ich od początku do końca).

Martwi mnie to o tyle, że dotychczas postrzegałem kibiców kolarstwa jako ludzi ciekawych świata, szanujących i bezinteresownie nagradzających wysiłek sportowców. Dziś zmienia się to w niepokojącym kierunku: również w tej dyscyplinie kibicowanie zaczyna być podszyte zaściankowością i ksenofobią: jak inni pracują dla naszego kolarza – wszystko jest w porządku, ale jak nasz pracuje dla innych – to wyrobnik, który dał się kupić za zachodnie srebrniki. Zgrabnie to podsumował Sebastian Parfjanowicz, odpowiadając na Twitterze jednemu z uczestników dyskusji o Michale Kwiatkowskim: „Pan nie jest kibicem Michała, tylko kibicem sukcesów Michała”. I w tym kierunku niestety coraz częściej to zmierza: coraz częściej jesteśmy wyłącznie kibicami sukcesu.

Zastanawia mnie w tym kontekście jeszcze jedno: skąd w takim razie u nas tylu kibiców Barcelony? Przecież z Messim i spółką nie gra żaden Polak!? A może chodzi o to, że mecze Barcelony warto oglądać dla samego widowiska? Ale dlaczego w takim razie Tour de France już nie? Tutaj się liczy wyłącznie tabela wyników?

Zazdroszczę Duńczykom, Belgom, Holendrom tego zainteresowania i życzliwości, z jakimi spotyka się kolarstwo w ich krajach (choć niestety wszędzie zdarzają się i tacy, którzy malują penisy na szosie). Polskich wyników oglądalności jeszcze nie znam, ale jak patrzę na to, co się dzieje, to nie wiem, czy nie wolałbym, żeby zostały na raczej niskim poziomie. Bo jeśli miałoby to iść w tę stronę, którą właśnie obserwuję, to nie wiem, czy jestem na to gotowy. Bo do zwykłego kibolstwa droga stąd nieszczególnie daleka.

Foto: A.S.O. / Alex Broadway